Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 50 min czytania

LISTA cz.4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ 12

Prawdę mówiąc nie mieliśmy planów, co zrobimy dalej. Jakoś w trakcie jazdy samochodem czuliśmy się znacznie bezpieczniej, niż siedząc w hotelu. Jednakże nie mogliśmy tak jeździć bez przerwy. Ja czułem się coraz bardziej zmęczony, a Michalina raczej nie garnęła się do prowadzenia dużego wozu. Zawsze jeździła małymi samochodami i wszelkie manewry dość sporym Nissanem, bardzo ją denerwowały. W końcu postanowiliśmy, że ja będę kierować podczas przejeżdżania miast, natomiast ona zasiądzie za kierownicą na prostych drogach. - Musimy w końcu się zdecydować gdzie przenocujemy. – Powiedziałem, gdy na zegarku właśnie minęła osiemnasta. – Kręgosłup mi niedługo pęknie od tego siedzenia. - Z tego, co patrzyłam na mapę, jesteśmy w okolicach Krynicy. Byłeś tam kiedyś? - W dzieciństwie. Moja babcia raz miała do mnie nagły przypływ miłości i wzięła mnie ze sobą w ramach ferii zimowych. Skończyło się na tym, co zwykle. - Czyli...? - Na pilnowaniu jej kotów, kiedy miała zabiegi. - Aha, to nieciekawie. Skręciła za drogowskazem w lewo. Zielona tablica poinformował nas, że do Krynicy zostało około piętnaście kilometrów. - Powinniśmy przenocować w takim hotelu, gdzie nie będą sprawdzać naszych dowodów osobistych. Musimy zameldować się pod innymi nazwiskami, i zapłacić gotówką z góry. – Powiedziała Michalina mijajac pierwsze zabudowania miejskie. - Możemy zatrzymać się w jakiejś kwaterze prywatnej. – Wzruszyłem ramionami. – Tu jest na pewno takich od groma. W końcu zaparkowaliśmy przy najbliższej restauracji, gdzie postanowiłem sprawdzić wolne kwatery na stronie internetowej, podczas jedzenia jakiegoś posiłku. Ja poszedłem złożyć zamówienie, a Michalina z psem poczekali na tarasie. - Może państwo szukają noclegu? – Zagadał mnie kelner, kiedy przyniósł do naszego stolika dwie porcje cudownie pachnącego żurku. – Nad naszą restauracją mamy wolne pokoje z łazienkami i małżeńskimi łóżkami dla młodych par. Kątem oka zauważyłem, jak Michalina spłonęła żywym rumieńcem. - Mogę je zobaczyć? – Zapytałem. - Oczywiście, proszę za mną. - Zostawiłem dziewczynę na tarasie i poszedłem za kelnerem obejrzeć oferowany pokój. - Naszych pokoi jeszcze nie ma na liście hotelowej, bo dopiero kilka dni temu skończyliśmy je remontować. Jak pan widzi, wszystko jest nowiutkie i w bardzo wysokim standardzie. – Powiedział z dumą wpuszczając mnie pierwszego do pokoju. Pokój był dość spory i składał się z dwóch części oddzielonych od siebie przesuwanymi parawanami z kremowej tkaniny. W jednej części znajdowało się królewskich rozmiarów łoże, a w drugiej dwa fotele, stolik, ława z telewizorem i sporych rozmiarów szafa wnękowa. - Mogę wynająć państwu to studio w promocyjnej cenie 150 złotych za dobę. To była bardzo atrakcyjna cena, zwłaszcza za taki standard. Rzuciłem jeszcze tylko okiem do łazienki. Wanna i toaleta były w beżowym odcieniu, a w grafitowo-popielatych płytkach widziałem swoje wynędzniałe odbicie. Nad umywalką wisiało gigantyczne lustro, zza którego ukryte lampki rzucały na mnie złoty blask. - Prawdopodobnie zostaniemy tutaj tylko na jedną noc. – Powiedziałem, odwracając twarz. Kelner pokiwał tylko głową. - W takim razie dobrze. Czy mogę się z panem rozliczyć od ręki? – Zapytałem, wychodząc z łazienki. - Oczywiście, proszę na dół. Korytarz na piętrze wyłożony został miękkim chodnikiem w dosyć krzykliwym, bordowym kolorze, upstrzonym drobniutkimi ciemnymi cętkami. Na kremowych ścianach wisiało kilka reprodukcji obrazów nawiązujących do zakopiańskiej architektury drewnianej. Minęliśmy szklane drzwi, oddzielające część pokoi gościnnych i zeszliśmy po schodach do strefy restauracyjnej. Zapisałem nas, jako państwo Nowakowie. Mężczyzna nie poprosił mnie na szczęście o żadne dokumenty. Za to z szerokim uśmiechem przyjął pieniądze plus spory napiwek.

- To nie jest podejrzane, że nam tak od razu zaproponował to studio? – Michalina była dość podejrzliwa w stosunku do obsługującego nas kelnera. - Oni się tutaj przecież utrzymują z wynajmu. – Powiedziałem. – W takich miasteczkach nagabują przyjezdnych na każdym rogu, byleby tylko zaciągnąć klienta do siebie. Nie ma w tym nic dziwnego. Zwłaszcza, ze otwarcie tego piętra będzie dopiero za kilka dni. - Pewnie masz rację. – Odparła, strzepując ze spodni okruszki chleba. – Chyba jestem przewrażliwiona.

Noc w hotelu minęła nam bardzo spokojnie. Udało mi się nawet przespać kilka godzin. Nie miałem żadnych koszmarów. Rano obudziło mnie bicie dzwonów w pobliskim kościele. Powoli podniosłem się z łóżka i spojrzałem na zegarek. Dochodziła ósma. Tofik rozkosznie przeciągnął się na dywanie i spojrzał na mnie. - Chcesz iść na spacer przyjacielu? – Zapytałem go półszeptem. On natychmiast podbiegł do drzwi i pomachał ogonem cicho posapując. Najpierw poczłapałem do łazienki, żeby się załatwić i doprowadzić moją gęsta czuprynę do znośnego ładu. Przy okazji sprawdziłem, czy wyprane wczoraj wieczorem dwie pary skarpetek, bokserki, oraz podkoszulek już wyschły. Skarpetki były na szczęście suche, reszta natomiast zbyt wilgotna, by je założyć. Wykopałem, więc z walizki czyste elementy garderoby i zarzuciłem na siebie. Cicho podkradłem się do drzwi, żeby założyć buty. - Już wstaliście? – To Michalina podniosła głowę z pościeli i przecierała zaspane jeszcze oczy. - Tofik błaga mnie o spacer. Wrócę za jakieś dziesięć minut. - Dobra, weź klucz. Zamierzam iść pod prysznic. - W porządku. Zamknąłem drzwi od zewnątrz i zbiegłem po schodach. Restauracja o tej porze była jeszcze zamknięta, jednakże w kuchni pracowały już dwie osoby. - Dzień dobry. – Przywitałem się z tęgą kobietą, krojącą pietruszkę. – My mamy pokój na piętrze. Chciałbym wyskoczyć na chwilę z psem. - Na pole? – Spytała, wycierając ręce o kraciastą szmatkę leżącą na ladzie. - Na spacer. Konkretnie na siku. – Pokazałem na Tofika palcem. - Dobra. Drzwi z tyłu są otwarte. Może pan z nich skorzystać. Pokazała mi drogę i wróciła do siekania natki pietruszki.

Przyznam szczerze, że będę długo pamiętać ten spacer ze względu na niesamowite powietrze. Gdy wziąłem do płuc pierwszy głęboki wdech, aż zakłuło mnie w klatce. Czułem czystość tutejszego powietrza. Zapewne podgórski klimat jest ostrzejszy nie tylko przez położenie geograficzne, ale także przez to, że powietrze nie jest tak przepełnione zanieczyszczeniami z hut, spalin samochodowych oraz smrodu wysypisk, jak w Warszawie. Po kilku głębszych oddechach, poczułem lekkie drapanie w gardle. - Widocznie musimy się zaaklimatyzować. – Mruknąłem do siebie. - Dopiero potem można tutaj głęboko oddychać. W przeciwnym razie ludziom żyjącym w ciągłym zanieczyszczeniu, tak jak ja, grozi jeszcze jakiś szok tlenowy. Zakaszlałem kilka razy jak jakiś cherlak i pogoniłem psa. Tofik też musiał widocznie wyczuć tę świeżość powietrza, bo uniósł łeb ku górze i zaczął węszyć. - No dalej. – Mruknąłem. – Tu masz kawałek trawnika i dwa drzewa, chyba do szczęścia nic więcej nie potrzebujesz… Pies jednak wciąż węszył, obracając łeb w stronę parkingu, osłoniętego z mojej pozycji szpalerem gęstych krzewów. - Tofik! Do dzieła! – Klasnąłem w dłonie. – Załatw się wreszcie, bo nie mam czasu tak sterczeć. Pies zawarczał cicho, po czym podbiegł do drzewa i podniósł nogę. Kilka minut później wchodziliśmy z powrotem tylnymi drzwiami na teren gospody. - Już jesteśmy. Idziemy na górę. – Powiedziałem do kucharki, która teraz obierała ziemniaki. - Mam tu dla pieska stek ze wczoraj, jak się pan nie obrazi. – Powiedziała, podając mi woreczek z wielkim jak dłoń kawałem mięsa. – Usmażyliśmy wczoraj więcej i ten nie poszedł. - Super, bardzo pani dziękuje – Skłoniłem się wytwornie i ucałowałem kobiecie dłoń. - Tofik będzie zachwycony. Mocno zarumieniona kucharka puściła do mnie mocno umalowane oko. - Nie ma sprawy. Śniadanie będzie za pół godziny. Dzisiaj w planach jajecznica i bekon. Podziękowałem jej jeszcze raz i pognałem na górę. Michalina jeszcze brała kąpiel. - To ja. – Krzyknąłem uchylając lekko drzwi. – Już wróciłem. Zobaczyłem kątem oka, jak dziewczyna wstydliwie okrywa się ręcznikiem. I... …zobaczyłem blizny na jej plecach. Wielkie czerwone pasy ciągnące się od pośladków, aż pod łopatki. Nie wiem, czy zauważyła moje zdziwienie czy nie. W każdym razie szybko zakryła plecy ręcznikiem i opuściła głowę. Zamknąłem szybko drzwi do łazienki, usiadłem na łóżku i zacisnąłem powieki. Ktoś najwyraźniej musiał kiedyś znęcać się nad tą dziewczyną. Prawdopodobnie była bita i to bardzo mocno czymś, co przecinało jej skórę. Blizny na jej plecach wyglądały raczej na stare, co wskazywało na ciężkie dzieciństwo. - Możemy się już zbierać. – Michalina przerwała moje rozmyślania. Kompletnie już ubrana, upinała jeszcze swoje wilgotne, brązowe kosmyki w kucyk. - Ja jestem spakowany i gotowy. – Poderwałem się szybko z łóżka i zamknąłem walizkę. – Czekam tylko na psa, bo dostał kawałek wczorajszego steku od kucharki. Tofik z błogim wyrazem na pysku pałaszował solidnych rozmiarów plaster mięsa. - Zjemy na dole śniadanie i pojedziemy dalej. – Powiedziałem biorąc walizki do ręki. Zeszliśmy do części restauracyjnej i Michalina usiadła przy ławie, stojącej najbliżej okna, podczas gdy ja zaniosłem nasze bagaże do samochodu. Zanim wróciłem podano już nasze śniadanie. - Dawno nie jadłam takiego bekonu. – Stwierdziła Michalina. – Rano jem na szybko, co tylko popadnie, bo nie mam czasu przed pracą na kucharzenie. Potem w ciągu dnia też jakieś ekspresowe jadło typu sałatka, kanapki czy zupka. A wieczorem jestem już tak wycięta, że nie mam siły na wymyślne jedzenie. Może to i lepiej. Gdybym tak jadła codziennie to pewnie ważyłabym o dwadzieścia kilogramów więcej… Właśnie wycierałem usta serwetką, a Michalina opowiadała o swojej pierwszej pracy, kiedy do stolika podszedł kelner i podał mi karteczkę. - Przepraszam bardzo, właśnie dostałem dla pana wiadomość. Podał mi kremowy papier o formacie A5 złożony na pół. - Jak to pan dostał? Od kogo? – Zapytałem biorąc kartkę do ręki. - Ktoś zadzwonił i poprosił, żeby zapisać informację na kartce i podać panu. Mężczyzna wziął ze stołu puste talerze i odszedł do kuchni, podczas gdy ja zastygłem z kartką w dłoni. - Może lepiej nie otwieraj. – Zasugerowała Michalina odsuwając pusty kubek. – Mam niemiłe wrażenie, że wiem, co tam jest. - Twoim zdaniem to od niego? - A kto inny mógłby wiedzieć, że tutaj jesteśmy? Patrzyłam przez kilka sekund na jej zmarszczone czoło. W końcu położyłem kartkę na stole, otwarłem i spojrzałem na dół.

„Bogdan Brzostek. Miłego dnia”

- Nie wytrzymam tego dłużej. – Jęknęła Michalina. – Skąd wiedział na Boga, skąd? Nie odpowiedziałem. Wciąż wpatrywałem się tępo w kartkę. - Zostały jeszcze dwie osoby. – Powiedziałem cicho. Michalina wycierała załzawione oczy chusteczką higieniczną. - Myślisz, że nas wcześniej rozdzieli czy razem.... - Przestań! – Przerwałem, wstając od stołu. – Musimy jechać dalej. - Ale nie rozumiesz, że to bez sensu? Znajdzie nas gdziekolwiek nie uciekniemy. - Cholera, jakim cudem...? – Wciąż się zastanawiałem na głos. – Jakim cudem? Przecież wszystko wyrzuciliśmy, nawet telefony, torby, ciuchy. Skąd, do kurwy nędzy, ten czubek wie, gdzie jesteśmy? Poczułem się kompletnie bezradny. Prawdę mówiąc przed poddaniem się utrzymywała mnie tylko Michalina. Wiedziałem, że nie mogę zawieść bezbronnej dziewczyny. Czułem się za nią odpowiedzialny. Poza tym został jeszcze Tofik... Zatrzasnąłem drzwi restauracji i podbiegłem do samochodu. - Pies, włazić! I to migiem! – Zakomenderowałem, wpuszczając Tofika na tylne siedzenie. Michalina szybko zajęła miejsce pasażera i z hukiem zatrzasnęła drzwi. - Może jedźmy ma jakieś odludzie? – Zaproponowała. - Moim zdaniem to zły pomysł. – Zaprzeczyłem, odpalając silnik. – Łatwiej nas będzie namierzyć na zadupiu niż w tłumie. Trzymajmy się miast, najlepiej centrum, gdzie będziemy otoczeni większą ilością ludzi. - Jak uważasz. – Spuściła oczy. – To może jedźmy w stronę Katowic. Tam jest miasto na mieście, kupa ludzi... - Wszystko jedno. – Wycofałem auto z parkingu i wjechałem na główną ulicę Krynicy. – Szkoda tylko, że nie było kiedy zwiedzić tych okolic. Potem możemy nie mieć okazji. – Dodałem kwaśno. Michalina nie odezwała się od mnie. Wyjęła ze schowka mapę i szukała najkrótszej trasy. Przez prawie godzinę jechaliśmy w milczeniu, każde z nas pogrążone w głębokich myślach. W końcu spojrzałem na dziewczynę i widząc jej nieobecne spojrzenie zapytałem. - Nad czym tak się intensywnie zastanawiasz? Szybko spojrzała w moim kierunku, po czym znowu zapatrzyła się, z dziwnym roztargnieniem na mijane przy drodze rzędy drzew. - Zastanawiam się, dlaczego my. - To znaczy...? - Dlaczego, ktoś mógłby nas chcieć zabić. – Rozłożyła dłonie. - Za co? Wziąłem głęboki wdech. - Też nad tym myślałem. I to już niejednokrotnie. Ale nie doszedłem do żadnych konstruktywnych wniosków. Rozpięła pasy i usiadła na swoim fotelu nieco bokiem tak, aby móc na mnie patrzeć. - Wiesz, mam przeczucie, że te wszystkie osoby z listy nie są tak zupełnie przypadkowe. Na pewno coś nas ze sobą łączy… - ...mów dalej... – Zachęciłem ją. - Może mamy wspólnego wroga? I ten ktoś po prostu nie wytrzymał nerwowo i postanowił zrobić sobie listę osób, które zalazły mu za skórę, no i teraz je wybija jedno po drugim? Roześmiałem się. - Wybacz, ale ta teoria zdaje się być mocno naciągana. Poza tym przychodzi ci do głowy jakaś osoba, której, jak to powiedziałaś.... „zalazłaś za skórę”? Zagryzła wargę i potrząsnęła głową. - No, nie bardzo prawdę mówiąc. Przynajmniej nie w aż takim stopniu. - No właśnie! – Wskazałem na nią palcem. – Ja też nad tym się zastanawiałem. Jest kilkoro ludzi, którzy za mną – powiedzmy - nie przepadają, jednak nie sądzę, żeby któraś z nich miała od razu takie mordercze zapędy. - Ale to już jest jakiś punkt wyjścia. – Odparła. – Może opowiedz mi o nich. Jest szansa, że znamy jedną osobę... - Ok. No cóż. – Zamyśliłem się. – Chyba najbardziej mnie nie lubi moja była. – Zacząłem. - Bo...? - Chodziliśmy ze sobą ponad rok… - Hmmmm - Więc… Na początku było super, a potem się zaczęło psuć. Taki klasyczny przypadek. Ja miałem od groma pracy, a ona narzekała, że mnie ciągle nie ma, albo jestem zmęczony, albo nie mam dla niej czasu. W końcu zaczęła mieć do mnie coraz dziwaczniejsze pretensje. Podejrzewała mnie nawet o romans, z taką dziewczyną z mojej firmy... - A miałeś? - A skąd. – Roześmiałem się. – Ale ona nie chciała tego słuchać. Pewnego dnia przyjechała do mnie do pracy i zrobiła mi wojnę. Darła się, że ma tego dość, że odchodzi. – Przeczesałem ręką włosy. – No i odeszła. Do innego. - Uuuu. - Do hydraulika, który przetykał jej zapchany zlew. - Widocznie nie tylko zlew trzeba było jej przepchać. – Mruknęła i natychmiast spojrzała na moją minę. – Przepraszam. - Nie ma sprawy. – Wzruszyłem ramionami. – Generalnie ona miała gościa na boku, tylko nie wiedziała do końca, czego chce. No i nie potrafiła mi tego powiedzieć, dlatego pewnie starała się zrzucić winę na mnie. Westchnąłem głośno. - Zawiłe to wszystko. – Posłałem jej uśmiech. - Teraz od czasu do czasu ona pisze do mnie listy, jak to jej teraz dobrze, jak się ze mną męczyła, i takie tam. - Jak się nazywa? - Mrozik Ilona. Michalina nie znała takiego nazwiska, więc osobę mogliśmy od razu wykluczyć z kręgu podejrzanych. Po kilku godzinach ciągłej jazdy, pies zaczął domagać się spaceru, więc stanęliśmy na chwilkę pod niewielkim laskiem i wypuściliśmy go na wilgotną od deszczu trawę. Było dość chłodno, a z zachmurzonego nieba nieustannie siąpiła mżawka. Tofik załatwił swoją potrzebę pod pierwszym drzewkiem i natychmiast wrócił na ciepłe tylne siedzenie. Kiedy ruszyliśmy w dalszą podróż, Michalina powróciła do przerwanej rozmowy. - A przychodzi ci do głowy jakaś kolejna osoba? – Zapytała, podkręcając bardziej ogrzewanie. - Teraz twoja kolej. – Odparłem krótko. - Hmmm. Więc... jest taki jeden człowiek, z mojej pracy. W naszej firmie mamy dwóch prawników. – Zaczęła gestykulować szczupłą dłonią. - On i ja. Raz chyba wkurzył się trochę na mnie, gdy ja dostałam awans po roku pracy, a on wciąż zostawał na tym samym stanowisku. - A ile lat tam pracuje? - Ponad cztery. Uśmiechnąłem się do niej. - No to miał prawo się chłopina wkurzyć. – Stwierdziłem. - Poza tym, chciał się ze mną umówić raz czy dwa, ale ja mu grzecznie podziękowałam. – Rozłożyła dłonie. – To tyle. - No dobrze, ale powiedz mi, czy on odzywa się do ciebie? - Nie jest tak źle. Na szczęście nie siedzimy w tym samym pomieszczeniu. Rozmawiamy ze sobą owszem, ale właściwie tylko w sprawach firmy. - Aha. Nazwisko tego gościa mnie nic nie mówiło, więc i jego mogliśmy odrzucić. Podczas posiłku zjedzonego w przydrożnym barze skreśliliśmy jeszcze trzy osoby – mojego kolegę z pracy, któremu „odebrałem” kierowanie grupą projektową, mojego lekko stukniętego sąsiada, oraz niegdysiejszą koleżankę Michaliny, która to odbiła jej chłopaka pół roku temu. - Tak naprawdę, to te wszystkie osoby może i nas nie lubią, ale raczej nie mają powodu, żeby nas wyeliminować. Świadomie nie używałem słowa „zabić”, ponieważ brzmiało to zbyt drastycznie. - A może jest na odwrót? – Powiedziała nagle Michalina, gdy wsiadaliśmy do samochodu. - To znaczy...? - Może to ktoś, kogo znamy i z kim się przyjaźnimy? Oparłem się o dach auta i zerknąłem do wnętrza na siedzącą dziewczynę. - Jaja sobie robisz? To przecież bez sensu. Pokręciła głową. - Jest sporo takich przypadków. – Odparła. – Istnieją tacy ludzie, którzy mogą zabić na przykład z zazdrości. - Ale mnie raczej nie ma czego zazdrościć. Nie mam ani pięknej dziewczyny, ani luksusowego domu. – Usiadłem i zatrzasnąłem drzwi. – Ani też nie rzucam na kolana swoją urodą. - Oj przestań. Nie jest tak źle. – Zauważyłem lekki rumienieć na jej policzku. - Taaa. W każdym razie, nie posiadam urody, za którą kobiety mogłyby zabijać innych, czy popełniać zbiorowe samobójstwa. W milczeniu schyliła głowę udając, że poprawia sznurówkę. Kiedy się podnosiła, uderzyła czołem o kokpit. - Ale ze mnie niezdara. – Mruknęła, rozcierając obite miejsce. - No, wiec sama widzisz. – Skomentowałem krótko jej zachowanie. - Daj spokój. – Zganiła mnie. – Lepiej poszukaj wroga z kręgu znajomych i przyjaciół. Westchnąłem głośno. - No dobra. – Zacząłem. – Najbliżej przyjaźnie się z Erykiem. Znamy się kawał czasu. On ma rodzinę i na pewno nie jest mordercą, ponieważ jego praca polega na czymś zupełnie odwrotnym. Mianowicie na łapaniu takich przestępców i zamykaniu ich za kratkami. - Może się zmienił ostatnio? - Nie. – Odparłem bez zastanowienia. – Raczej coraz trudniej go złapać. Wiesz jak to jest. Im wyższe stanowisko, tym mniej życia prywatnego. - To prawda. – Przytaknęła. - Gość jest dobrym kumplem, oraz niewątpliwie świetnym ojcem i mężem. - Znasz kogoś jeszcze? Przez chwilę milczałem, skupiając się głownie na wyboistej drodze. - Tak na dobrą sprawę, spotykam się tylko z nim. A ty? Michalina kręcąc głową splotła ręce. - Mam dwie dobre koleżanki. Przyjaźnimy się jeszcze ze szkoły średniej. Jedna z nich jest agentem nieruchomości i też ma rodzinę, a druga prowadzi małą księgarenkę w Pruszkowie. - Ma jakąś rodzinę? - Spotyka się od dwóch lat z jednym gościem. – Odparła. – Nie znam go. Wiem tylko, że poznała faceta na jakiejś dyskotece. - Jak się nazywa ta dziewczyna? – Zapytałem. - Marlena Bojanowska. Przez chwilę zastanawiałem się, czy któryś z chłopaków w mojej pracy nie ma dziewczyny o takim imieniu. - Nie znam żadnej Marleny. – Powiedziałem w końcu. Zanim omówiliśmy wszystkich znajomych, którzy mogliby być potencjalnymi mordercami, zapadł zmierzch, a my staliśmy w korku na jednej z Katowickich arterii. - Musimy namierzyć jakiś motel za Katowicami i zastanowić się, co robimy dalej. – Powiedziałem patrząc na zegarek. – Poza tym powinienem wymienić auto, bo może w tym jest zamontowany jakiś system, przez co ten czubek nas namierzył. - Przecież on nie wie, że jedziemy w środku akurat tego samochodu. – Stwierdziła Michalina. - A, masz rację. – Zreflektowałem się. – Jednakże ja wolę nie ryzykować. Moim zdaniem mamy to auto zbyt długo. - Więc pewnie już masz plan? – Spytała, włączając laptopa. - Oczywiście. Najpierw zawiozę was do motelu, tam zjemy coś na szybko, a później wyskoczę zamienić samochody. Jest szansa, że uda nam się jeszcze trochę odpocząć… Słuchając mojej propozycji, Michalina weszła do skrzynki pocztowej i przeglądała wiadomości. - Jest coś ciekawego? – Zainteresowany rzuciłem okiem na błyszczący monitor. - Na szczęście nie ma nic od niego. – Powiedziała, wykasowując spamy. – Tylko reklamy i kilka maili z pracy. - W takim razie sprawdź jeszcze moją. – Podałem jej adres i hasło. U mnie wiadomości było znacznie więcej. Czytała po kolei nazwiska osób, od których przyszły, jednakże żaden z nich nie był od naszego prześladowcy. - Wyłącz w takim razie... – Zacząłem. - Chwileczkę. – Przerwała mi. – Przyszedł właśnie teraz do ciebie kolejny email. Jakiś dziwny adres... Zmroziło mi krew w żyłach. - Ten z wiarą. – Mruknęła. – To musi być od niego. Tak się zdenerwowałem, że omal nie wpadłem pod jadący z naprzeciwka mikrobus. Michalina z krzykiem zaparła się w swoim siedzeniu, a pies zawył ze strachu, gdy łapy zjechały mu z fotela. Energicznie skręciłem w prawo i zatrzymałem się na poboczu, nie zważając na wycie klaksonów przejeżdżających samochodów, oraz na nieprzyzwoite gesty kierowców. - Prawie nas zabiłeś. – Szepnęła wstrząśnięta Michalina. - Pewnie zrobiłbym nam przysługę. – Mruknąłem, pomagając jej wyciągnąć laptopa spod siedzenia. Czytaj tego maila. Michalina bez chwili zastanowienia otwarła klapę komputera i kliknęła na najnowszą wiadomość.

„Jak wam się podoba moja gra? Czas leci... Tik-tak, tik-tak... Od przeznaczenia nie ucieknie nikt A krople krwi jak róże kwitnąć będą Na posadzce…”

ROZDZIAŁ 13

- Coś więcej? – Zapytałem zdziwiony, spoglądając w monitor. - Nic. – Odparła. To wygląda mi jak jakiś cytat. - Wątpię, żeby gość miał jeszcze ochotę wzorować się na poezji. – Stwierdziłem kwaśno. Michalina tymczasem zaznaczyła tekst i wkleiła go do wyszukiwarki Google. - Jeżeli to jakiś cytat, to powinniśmy go znaleźć. – powiedziała, wciskając enter. Na stronie pojawiło się kilka propozycji. Wśród nich znaleźliśmy dokładnie ten sam cytat. - Patrz. – Wskazała palcem. – Ten gnojek odpisał to z książki. - Znajdź jej tytuł i autora. – Powiedziałem, pochylając się tak nisko, że stykaliśmy się głowami. – Aż trudno mi uwierzyć, że to jakiś pieprzony wielbiciel poezji. Na ogół ludzi czytających książki uważałem za niegroźnych. - „Krwawe róże” D. Jockersa. – Powiedziała w końcu pokazując palcem na migoczący tytuł. – Jest o tym tylko wzmianka na jednym forum pisarskim. Z tego opisu wynika, że to jakiś kiepski romans. - To nic. – Odparłem. – Szukaj jakichś konkretnych informacji o tej książce, a ja rozejrzę się za księgarnią. Kupimy ją i być może tam znajdziemy jakąś odpowiedź. - Dobrze. Może rzeczywiście to coś pomoże. - I tak nie mamy nic innego do roboty… Okazało się, że książkę wydano tylko jeden raz, cztery lata temu i to w dość niskim nakładzie, co znacznie zmniejszało szansę na zakup w pierwszej lepszej księgarni. Objechaliśmy kilka sklepów łącznie z Empikiem i nigdzie nie znaleźliśmy ani jednego egzemplarza. - Jakiś dramat. – Narzekała Michalina. – Nie jesteśmy w stanie nigdzie dostać tej książki. Staliśmy w informacji jednego ze sklepów sieci Empik i czekaliśmy cierpliwie, aż brązowowłosa nimfa sprawdzi w sieci, czy mają ten tytuł w innym oddziale. - Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie państwu pomóc. – Poinformowała nas w końcu, rozkładając dłonie. – Może powinniście państwo popatrzeć w jakimś antykwariacie, albo popytać w bibliotekach. Ewentualnie radzę sprawdzić jeszcze na stronach internetowych. Tam często można kupić takie pozycje, na przykład poszukajcie na Allegro. - Nie możemy czekać, aż ktoś nam prześle tę książkę. To będzie trwało, co najmniej dwa dni. – Powiedziałem do Michaliny, gdy wsiadaliśmy do samochodu. - Dochodzi dopiero szesnasta. – Michalina zerknęła na zegar w kokpicie. – Poszukajmy jakiegoś antykwariatu. W końcu nie zaszkodzi popytać. - Myślałem, że w takich sklepach sprzedaje się tylko stare książki. – Zauważyłem. Michalina przesłała mi lekki uśmiech i wzięła się za szukanie najbliższych antykwariatów w Internecie. Ja tymczasem stanąłem koło pizzerii i kupiłem coś do jedzenia. Kiedy wróciłem do samochodu z dwoma pachnącymi pudełkami, dziewczyna aż zaklaskała w dłonie. - Ależ jestem głodna. - Tak samo jak ja. Rozpakowaliśmy dwie porcje pizzy i zjedliśmy je szukając równocześnie na mapie Katowic, gdzie jest najbliższy antykwariat. Pierwszy interesujący nas sklep, znajdował się prawie w centrum miasta, przy ulicy Korfantego. Dojazd był dość prosty i w końcu po piętnastu minutach przedzierania się przez korki stanęliśmy pod odrapanym, szarym budynkiem, którego fasada parteru była w ponad połowie witryną. Na wystawie leżały stosy książek i gazet pokryte sztucznym kurzem i pajęczynami. Nad przeszkleniem wisiał neon z napisem „Antykwariat Pod Pajączkiem”. Aby uwiarygodnić nieco nazwę sklepu, w drzwiach zamiast krat zamontowano stalową sieć i siedzącego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
LISTA cz.4 — czytnik · opowiadania