Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 10 min czytania

Listopad

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Listopad.

Ból głowy stał się nie do wytrzymania. Albercik z trudem rozkleił zmęczone wczorajszym wieczorem powieki i świat zawirował. Zatańczył w przerażająco kwaśnej bieli, przesypującej się między zębami wyschniętych, próbujących złapać oddech ust. Wszystko nagle zaczęło tętnić. Erupcja hałaśliwego życia rozsadziła pory wściekle żółtych ścian. Szyby drżały dzwonkami odjeżdżających tramwajów, Matylda wałkowała ciasto. Każdy jej krok na nagiej posadzce kuchni przyprawiał go o dreszcze. Zamknął oczy i choć jego słuch powinien się w tym momencie wyostrzyć, osłabł, wyłapując jedynie przyjemnie chłodny szelest firanek. Zmętniały pokój zniknął w krużgankach ciszy. Wbrew usilnym staraniom Albercik nie był w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób dotarł wczoraj do domu. Szczątki rozmów, być może nawet sprzed kilku lat kołatały mu się w głowie, dźwięczały niewyraźnie, przyprawiając o mdłości. Ucichły w końcu. Błogosławiona pustka na bardzo krótko opanowała umysł mężczyzny, gdyż znowu postanowił otworzyć oczy. Skwierczący zaduch wdarł się głęboko do głowy i jak mielone szkło kaleczył zakończenia nerwowe. Iskrzyły w gorączce. Bezskutecznie próbował odwrócić twarz od okna. Dzień wypalał mu oczy… i jeszcze ten telefon. Telefon! - Odbierz ten cholerny telefon – wymamrotał pod nosem. Krzyk był zbyt dużym wyzwaniem. Dzwonek dźwięczał jeszcze przez chwilę, odzywając się parokrotnie, po czym rozległ się głos Matyldy. Nie słyszał, co mówiła. Mogło to zresztą znaczyć, że przez większość czasu tylko słuchała, ale w tamtym momencie niewiele go to obchodziło. Chciał zasnąć. Gdzieś w przedpokoju trzasnęła odkładana słuchawka, aparat zajęczał. - Dzwonili z policji. Powiedzieli, że nie żyjesz – kobieta zaskomlała wpadając do pokoju. Spojrzała na męża i natychmiast zemdlała. Albert Kopański nie żyje? Cóż za nonsens – pomyślał próbując podnieść się z posłania. Powtórzył swoje myśli głośno. - Nic ci się nie stało? – zapytał najłagodniej jak tylko potrafił lecz jego głos wydał się dziś nadzwyczaj szorstki. Matylda powoli dochodziła do siebie. Usiadła na łóżku i spojrzała mężczyźnie prosto w oczy. - Albercik? Co się wczoraj stało? – spytała przerażona. - Powiedz lepiej, o co chodzi z tą policją. - Jedna pani powiedziała, że nie żyjesz. - Wyjaśniłaś, że to pomyłka. - Ja… nie wiem… - Wyjaśniłaś czy nie? - Nie wiem jak to powiedzieć… - Ależ pytam o najprostszą rzecz pod słońcem; tak, czy nie? – Albercik poczuł, że uszy czerwienią mu się ze złości. Nieuzasadniona irytacja alkoholowego furiata, którą zalać może jedynie piwo lub maślanka, wibrowała gdzieś w środku, zaciemniając umysł. Opamiętał się jednak. - Kochanie – powiedział już prawie całkiem spokojny – co się stało? - Ta pani z policji… ona… powiedziała… Znaleźli twoje zwłoki… BEZ GŁOWY. - Wyjaśniłaś pomyłkę? - Ale… tu leży… TYLKO twoja głowa – Matylda rozpłakała się głośno i już nic więcej nie powiedziała. Po kilkugodzinnych dopytywaniach, między nagłymi wybuchami płaczu, kobieta wyznała w końcu, że w nocy z czwartku na piątek policja natrafiła w pobliskim parku na ciało jej męża. Zdekapitowanego Alberta Kopańskiego, jak wnioskowano ze znalezionych przy denacie dokumentów, odwieziono do miejskiej kostnicy, nie spodziewając się wcale, że głowa domniemanego umrzyka ma się, może za wyjątkiem kaca, wyjątkowo dobrze. Matylda zapłakała gorzko, Albercik tymczasem zastanawiał się, co też takiego mogło się wczoraj wydarzyć. Jednak jak na złość nic nie przychodziło mu na myśl. Ubiegły wieczór wymieszał się z poprzednimi kamuflując wczorajszą tragedię gdzieś, między jedną, a drugą pięćdziesiątką. Myśli rozszalały się kołysząc zakłopotaną czaszką, wystrzeliwując umysł wysoko ponad ziemię, tam, gdzie czas przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie. Pomyślał, porzucając ostatecznie próby przywołania wypadku, że skoro jego głowa żyje, skoro wciąż posiada świadomość, to z pewnością wystarczy pozszywać rozdzielone w tajemniczych okolicznościach części jego ciała i wszystko wróci do porządku. A co, jeśli nie będzie to możliwe? Myśl ta napawała go niepokojem. Powiedział o tym żonie. Najwyraźniej niepotrzebnie, gdyż Matylda tylko przez moment próbowała się uśmiechać i bezwiednie ukrywając twarz w dłoniach, rozełkała się na nowo. - Szybko! – powiedział nerwowo – Przestań wreszcie beczeć. Musisz zanieść mnie do lekarza. - Może najpierw… - nie była wcale pewna swej propozycji – zawiadomić policję? - Nie ma czasu. Musimy odnaleźć resztę mojego ciała zanim powyciągają wszystko ze środka. - Ale… - Nie – ma – cza – su! – wycedził przez zęby. Mówiłaś, że gdzie je zabrali? - Do miejskiej kostnicy, ale… - Ubieraj się! – krzyknął. Krzyknął jeszcze, gdy próbowała włożyć jego głowę do foliowej reklamówki. Nie chciał się udusić. To byłoby co najmniej głupie – pomyślał – ginąć w ten sposób. W efekcie, po półgodzinnej awanturze podróżował w dużej, damskiej torebce, obserwując chmury i wszystko tam w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%