Fantastyka · 18 min czytania
Listopad rozdział 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
2. Yasushi Ishii – Innocenty by Death
Siergiej Nieczajew wrócił do swego małego mieszkanka na czerniakowskiej. Właśnie zakończył kolejny ciężki dzień. Włączył telewizor i powolnym krokiem udał się do kuchni. Nie był głodny, ale przygotowywanie posiłku było dla niego rodzajem przyjemności. Powoli, dokładnie, precyzyjnie, krok po korku szykował sobie jedzenie. I nie ważne czy to były kanapki czy pieczeń, i jedno, i drugie musiało mieć odpowiednie proporcje składników, specyficzny smak. Tutaj, w zamkniętej przestrzeni, pomiędzy starymi szafkami ze sklejki, przy nikłym świetle sześćdziesięciowatowej żarówki zwisającej z płaskiej czerwonej lampy, poprzez swoją kulinarną precyzję starał się zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości. O tym, co było i co go czeka. Czasami włączał radio lub telewizor, by poprzez ich skomercjalizowane dźwięki jeszcze bardziej zagłuszyć swe myśli. Dziś musiał je zagłuszyć szczególnie mocno. Planował, więc usmażyć naleśniki z sosem orzechowo- truskawkowym i czarną babkę z migdałami. A potem może do tego jakaś wołowinka… W telewizji usłyszał sygnał wieczornych wiadomości. Zazwyczaj te ludzkie błahostki go nie interesowały, ale dziś zaintrygowało go czy ktoś to zauważył, czy ktoś się tym przejął i powie choć słowo. Zastanawiał się, która to będzie w kolejności wiadomość, i czy w ogóle ją podadzą? Pierwsza wiadomość: wybory, druga: huragan w Teksasie, trzecia: Na Ukrainie nowy premier, a potem spiker rzekł: -… oraz o tragicznym skoku nastolatka z Miasta. – ktoś zauważył. „Tragiczny skok” – zastanawiało go to określenie. „Czy to skok był tragiczny?” – pomyślał. Widział go, rozmawiał z nim. Jak tysiące jemu podobnych ten chłopak uciekł przed tym czego nie był w stanie udźwignąć, przestraszył się jutra. Skok był desperacki, nie tragiczny. Ale jego już nie ma, a olej na patelni skwierczy. Siergiej kończył szykować ciasto. Wziął chochelkę i delikatnie nabrał jasnej masy. Musiał odmierzyć odpowiednią ilość. Zbliżył się do patelni i jednym zgrabnym ruchem wylał zawartość chochelki na patelnie. Ta zaskwierczała, a całe mieszkanie, wolnym krokiem zaczęło się napełniać pogodnym zapachem naleśników. Nieczajewowoi znów przypomniał się Gustaw. Młody, chudy, o okrągłej głowie, równie zmęczonej, co jego własna. Z szarymi oczami, które zniechęcone tym co widzą, ciągle były zmrużone. Cała jego twarz owleczona była chustą z jasnobrązowych włosów które wyraźnie zasłaniały jego oblicze. W jego niskim obliczu odbijał się niejako jego hiobowy los. Siergiej widział wiele takich widm, nierzadko nawet bardziej strzaskanych przez los, i zapewne ujrzy jeszcze wiele. Sam nosił w sobie jedno z najstraszliwszych cierpień, jakie mogłoby na człowieka spaść, lecz postać tego chłopaka wprawiła go zamyślenie. Ja nikt inny był on konsekwentny i pewny swego czynu, w pełni świadom tego, co się z nim stanie. Wyłożył naleśnika na talerz i wylał następnego na patelnie. Zaczął przygotowywać sos, wciąż myśląc o czynie tego dzieciaka, gdy jego przemyślenia przerwał dzwonek do drzwi. Spojrzał na zegarek – ósma wieczór. Rzadko go ktoś odwiedza szczególnie o tej porze. Mieszka samotnie na ostatnim piętrze, nie utrzymuje żadnych znajomości, choć stara się być miłym i sympatycznym współlokatorem. Rzadko wychodzi poza mieszkanie, przestał być duszą towarzystwa wiele lat temu – po prostu takie życie mu się znudziło. Nie ma rodziny, dawni przyjaciele już nie żyją, więc ta wieczorna wizyta nieco go zdziwiła… Otworzył drzwi. …ale było jeszcze pięć osób z którymi utrzymywał kontakt. Jego wasale. - Cześć Szefie. - Serwus, wejdź Hikaru, chodź do kuchni. Właśnie smażę naleśniki, chcesz jednego? - Chętnie Szefie. Hikaru był wysokim brunetem, z krótkimi, gęstymi dredami, dość chaotycznie sterczącymi na głowie. Z twarzy wyrastał haczykowaty nos, który wyglądał jakby pragnął się oderwać czubkiem z głowy i ruszyć w świat. Od tego szalonego pomysłu powstrzymywała go parka małych ruchliwych strażników, oczu, które co chwilę wpatrywały się w co innego, patrząc się wzrokiem głębokim i przenikliwym. Jak drapieżnik odnajdywały nowy cel i atakowały go z całych sił. W polowaniu nieodzownie towarzyszyły im długie, duże brwi, które marszcząc się, zginając i prostując, wspierały parkę optycznych drapieżników, w uderzeniu silnym spojrzeniem. Pod oczami znajdowały się, wysokie policzki, które były niczym skała, na której te ruchliwe bestie czaiły się do kolejnego spojrzenia. Reszta twarzy, gdzieś znikała, lub była niezauważana pomiędzy tymi myśliwymi, i tylko średniej wielkości zarost: wąsy i broda dookoła ust starły się zainteresować obserwatora swym istnieniem. Mimo tej dominacji silnego wzroku, twarz Hikaru miała wyraz pogodny, z gąszcza czarnego zarostu wyłaniał się lekki uśmiech, świadczący o zadowoleniu i dobrym humorze właściciela ust. Hikaru ubrany był młodzieżowo: granatowa bluza z dużym kapturem, szerokie czarno – białe spodnie, spod których majaczyły niebieskie adidasy, i czerwony skórzany pasek zespolony prostą żelazną klamrą. Choć był zaledwie parę lat młodszy od Siergieja, wyglądał na najwyżej trzydzieści lat, czuć było od niego młodość, radość i energie wczesnych lat życia. Jego żywą aurę dopełniał uśmiech na twarzy, równie wesoły, co on. Gość usiadł ostrożnie w malej kuchni, starając się jak najbardziej skurczyć miedzy stołem a ścianą i drzwiczkami od szafki. On tu był zbędny, przeszkadzał, gdy tymczasem prawdziwy włodarz – Siergiej panował nad parą, gorącem kuchenki, skwierczącym tłuszczem, i całym niebotyczny chaosem tkwiącym w tym pomieszczeniu. Nim Hikaru usadowił się wystarczająco wygodnie i minimalistycznie na niskim taborecie już przed nim pojawiło się białe koło talerza, a na nim pięć idealnie wysmażonych naleśników, o niemalże identycznych kształtach. Ledwie pouczył zapach, przyjął się dokładnie temu, co się przed nim pojawiło, a już drobne dłonie gospodarza, polewały z małego garnuszka ciemnoczerwony sos, z drobniutkimi kawałkami orzechów, którego zapach wzmocnił woń naleśniki, i razem wypełniły cale mieszkanie budząc niejako je z małości i cichości i być może wprawiając je w głód. Na szczycie tej apetycznej konstrukcji pojawiły się dwa listki mięty, i niczym laury uwieńczyły to dziecię parunastu minut przebywania w kuchni. Hikaru, ubezwłasnowolniony przez woń, która odbierała mu rozum niczym namiętna miłość, wpatrzony w imponujące dzieło swego Szefa, usłyszał tylko jeden dźwięk: - Jedz, smacznego. – prośba ta wydała mu się niemożliwa do spełnienia. To, co znajdowało się przed nim na talerzu wyglądało tak bardzo apetycznie, iż nie potrafił tego zjeść. -Dziękuje. –wybełkotał grzecznie. Wziął sztućce i powolutku zaczął kroić jeden kawałek. Czuł, że czeka go naprawdę długi wieczór przy tym stole, nad ledwo żywą żarówką. Znał Siergieja wystarczająco długo by wiedzieć, jakie cuda potrafi podać na talerz. Konsumowanie jego potraw groziło uzależnieniem. I nie było to zwykłe obżarstwo. To był nałóg. Smak jego potraw był tak oszałamiający, iż naprawdę trudno było sobie odmówić kolejnej porcji oszałamiającego bukietu smaku. A i gospodarz nie był skąpy, Nieczajew lubił, gdy jego potrawy smakowały gościom, a że rzadko go ktokolwiek odwiedzał, goście nigdy nie wychodzi nim nie spróbowali, choć fragmentu jego gastronomicznych wyczynów. I tym razem Siergiej nie zawiódł. Gdy tylko Hikaru ugryzł ukrojony kawałek, poczuł w ustach łomocące, niesamowite smaki. Do potraw dodawano cały arsenał różnorodnych przypraw, które po kryjomu, wraz z jedzeniem tworzyły rozkoszne odczucie. Wpierw poczuł truskawki, świeże, nieco kwaśnawe, smakowały jak szczęście, wraz z truskawkami poczuł drobinki orzechów, które swym lekko słonawym smakiem kontrastowały z truskawkami, dzięki czemu je tylko wzmacniały. Potem zaś poczuł ciasto. To tu kryła się większość przypraw, których nawet nie potrafiłby nazwać. Ale jeszcze przed nimi, przed wszystkim, co Siergiej dodał do ciasta poczuł mąkę. Pszenną mąkę, w której był wiatr z pól, tam gdzieś ze wschodu, z jego rodzinnych krain. Wiatr, który przez miesiące wiewał w ziarna teraz ożył w jego ustach. Przywiał on ze sobą ostrawy smak jakiejś przyprawy, która rozjarzyła jego wnętrze. I to wszystko razem, powoli niczym w walcu tworzyło nienaturalne wręcz odczucia, które jeszcze bardziej rozbudziły apetyt biednego gościa. Hikaru już po tym jednym kęsie był oszołomiony. Lecz jego myśli powróciły na ziemie, gdy tylko usłyszał pytanie: - I jak? Smakuje? - Zajekurwabiste naleśniki Szefie. – tylko tyle z siebie wydusił. - Co cię do mnie sprowadza mój drogi ? – spytał nakładając kolejne naleśniki, gdyż tamte znikały niczym fatamorgana. - Nasz błędny rycerz znów ćwiczy szermierkę i chciałby pożyczyć od Szefa tą srebrną szable, ta co ją Szef miał w Krymie w 20- stym. Ona się zowie Augustowa chyba… - Augustówka . - O, właśnie, Augustówka! Tak mi właśnie powiedział. – stwierdził, po czym dodał – A tak poza tym to co u Szefa