Inne · 14 min czytania
Listopadowa Noc
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Działo się to w pewną listopadową noc. Siedzieliśmy razem z Andrzejem w głębokich fotelach w moim przytulnym mieszkaniu w starej przedwojennej kamienicy dużego miasta wpatrzeni w migotliwy płomień świecy, której ognik pozostawiał delikatny cień na matowej ścianie salonu. Andrzej był moim przyjacielem z mojej pierwszej pracy w banku. Znaliśmy się już kilkanaście lat. Wspólnie przeżywaliśmy sukcesy i gorycze nieudanych projektów, wspólnie zachwycaliśmy się nowościami muzycznymi zasłyszanymi w radiu, dyskutowaliśmy w cieniu drzew nad stawem w parku obok naszej pracy o wolności, sensie istnienia, Bogu, prawdach i celach, które mieliśmy zamiar osiągnąć. Pochłonięci wspomnieniami z dawnych lat, dyskutując wciąż na ulubione tematy egzystencjalne popijaliśmy sobie powoli Jacka Danielsa, delektując się wspaniałym aromatem tego doskonałego trunku i wypalając przy okazji tony papierosów.
Andrzej nigdy nie wspominał rodziny, pozostawiał swoje prywatne życie głęboko w sobie, zajmowały go rzeczy proste, czasem banalne. Dyskutował zawzięcie o życiu rybaków dalekomorskich, żył często problemami bezdomnych, z rzadka czytywał gazety, pochłaniając jednocześnie dziesiątkami książki. W nich znajdował natchnienie do coraz to nowszych dyskusji, tematów poruszanych ze mną podczas długich jesienno-zimowych nocy. Noc zawsze sprzyjała refleksjom, rozważaniom. Niejednokrotnie zapuszczaliśmy się w dyskusjach aż do pierwszych promieni słońca, kiedy to znużeni alkoholem, otoczeni dymem papierosów padaliśmy bez sił na łóżka.
Tej listopadowej nocy Andrzej przyszedł wyraźnie osowiały. Wiedziałem, że z biegiem godzin i wypitego alkoholu sam wyjawi mi powód swego stanu, dlatego unikałem zbędnych pytań.
Miałem wręcz doskonały humor. Interesy szły nienajgorzej, udało mi się w ciągu ostatnich kilku miesięcy odłożyć sporą sumę pozwalającą z optymizmem myśleć o kolejnych miesiącach bez trwogi dla egzystencji mojej rodziny. Wspólnie z żoną kupiliśmy mały domek za miastem w urokliwej miejscowości otoczonej lasami, polami i co ważne w dużej odległości od głównych arterii komunikacyjnych. Nie martwiłem się dniem jutrzejszym. Z radością czekałem na kolejny dzień, który przynieść miał nowe wyzwania, ciekawe sytuacje, nowe kontakty i znajomości biznesowe.
Andrzej miał dobrą pracę w jednej z tych nudnawych korporacji, w których liczyło się tylko dni do bliżej nieokreślonej emerytury klepiąc każdego dnia rutynowe czynności, które mało rozwijały a jedyną ich zaletą był fakt comiesięcznego przelewu na konto, z którego można było w miarę godnie przeżyć kolejny miesiąc. Byliśmy już ludźmi dorosłymi i każdy z nas znał miejsce w szeregu, przeżył wiele historii, o których można pisać książki. Obydwaj nie oczekiwaliśmy wiele od życia, przebijając się przez nie każdy na swój sposób, lepiej czy gorzej, łatwiej czy trudniej łapiąc wiatr w żagle albo dryfując po bezdrożach naszej egzystencji.
Było już dobrze po dwunastej, kiedy zapytałem Andrzeja o jego ostatni pobyt w kinie. Nie pamiętał, spytał:
- Czy to w ogóle istotne kiedy i co oglądałem w ostatnim czasie ?
- Jak zwykle twoja odpowiedź… Pytam, bo w zeszłym tygodniu wybraliśmy się razem z Beatą na „Prostą Historię” Lynch’a. Grali to w jakiś powtórkach filmowych w „Atlanticu”. Pamiętasz ten film ? Jeden z braci jedzie do drugiego setki kilometrów na starej kosiarce, aby pojednać się z nim po latach rozłąki…
Część 22 / 2
W tym momencie Andrzej zbladł a na jego czoło wystąpiły krople potu. Nerwowo dopił whisky i sięgnął po kolejnego papierosa. Zapalił i zaciągnął się głęboko. Nastała kłopotliwa cisza. Za oknem szalała ulewa, ostatni listopadowy deszcz, smagał kroplami deszczu o szyby. W pokoju zrobiło się grobowo i nagle zgasł migotliwy płomień świecy. Nastała ciemność.
- Nie zapalaj świecy, proszę – rzekł Andrzej
Czekałem w ciemnościach i milczeniu na to, co nastąpi dalej.
Po dłuższej chwili nastąpiła opowieść, którą pamiętałam do dzisiaj. Była jak sen, jak milczenie, jak obraz, który nigdy nie ma końca.
…. Działo się to dawno temu w jednym z tych miast, które rozsiane były po Polsce niczym maki w łanach dojrzewającego zboża. Było dwóch braci, podobni do siebie jak dwie krople wody. Mieszkali razem w jednej z tych obskurnych kamienic czynszowych na peryferiach małego miasta. Obaj pracowali w różnych miejscach. Starszy z braci był pracownikiem jednego z banków w tamtym mieście. Jego praca była nużąca i rutynowa, choć jak sam mawiał sprawiała mu wiele radości z powodu ciągłego kontaktu z ludźmi. Pracował w dziale kredytów, obserwując często wzloty i upadki ludzi próbujących wyjść poza przeciętność swojego szarego życia walcząc dla siebie i swoich rodzin o lepsze jutro. Weryfikował ich dane, pytał o cele, gromadził informacje i wystawiał wnioski, które opiniowali jego przełożeni. Drugi z braci pracował jako asystent dyrektora w jednym z lokalnych przedstawicielstw firmy transportowej. Żyli zgodnie, każdy z nich miał swoje życie, swoje zainteresowania, znajomych, przyjaciół. Pomagali sobie nawzajem, prowadząc zwyczajne życie ludzi im podobnych. Codzienne zakupy, sobotnie sprzątania, niedzielne wizyty u znajomych, letnie wypady za miasto.
Pewnego dnia a działo się to w maju starszy z braci poznał dziewczynę. Była przepiękna, smukłe ciało, głębokie spojrzenie jasnych oczu zdradzało wrażliwość i empatię, kiedy opowiadał jej o swojej pracy, o obserwacjach, marzeniach. Posiadała kojącą barwę głosu, gdy odpowiadała na jego zapytania, kiedy dyskutowali w zaciszu jej małej mansardy na poddaszu. Ich związek toczył się powoli, mijały dni miesiące i lata. Z przyjaźni rozwinęła się głęboka miłość oparta na bezgranicznym zaufaniu. Zaufanie bowiem jest najcenniejszą rzeczą, która rodzi się między dwojgiem ludzi i podstawowym filarem związku, bez którego jak mawiał starszy brat niczego w życiu nie można osiągnąć. On wierzył w bezinteresowność uczuć, akceptację i wolność wyborów. Wierzył w Boga, w swoją Własną Szczęśliwą Gwiazdę. Dla niego tą szczęśliwą Gwiazdą była właśnie Dorota. Wspólne spacery, rozmowy bez końca, wspólne wakacje, kolacje przy dźwiękach muzyki, świece palone wieczorami przy dyskusjach o książkach, filmach, sztuce. Wspólnie planowali życie, wydatki, razem pisali kartki do znajomych i przyjaciół, otwierali okna podczas burzy napawając się przenikliwym powietrzem wciągając go głęboko w płuca.
Młodszy z braci widząc szczęście ich obojga wydawał się także radosny. Często wychodził w sobotnie noce do przyjaciół na partyjki brydża czy kawalerskie popijawy, aby dać im chwilę samotności. Dni płynęły beztrosko, nadchodziły kwieciste wiosny, upalne lata i mroźne zimy. Jesienią drzewa zrzucały swe liście komponując z nich dywany otulające park niedaleko domu.
W listopadzie któregoś dziwnego roku starszy brat otrzymał propozycję…