Thriller · 27 min czytania
Listopadowa Noc
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I
Pierwszy Listopada, Dzień Wszystkich Świętych. Za oknem kolorowa jesień okryta płaszczem gwieździstej nocy. Liście latały we wszystkie strony. Wiatr prowadził je tu i tam. Niektóre osiadły na dachu domku jednorodzinnego, inne przed wejściem, a jeszcze inne na ulicy. Z nieba skapywał lekki deszczyk, który dopełniał tą jakże mroczną i tajemniczą listopadową noc. Na drzewie, które stało blisko domku, usiadła wrona. Przyglądała się księżycowi, który był bardzo blisko pełni. Ptaka zainteresował blask, który się odbijał od ziemskiego satelity. Zauważył w oddali postać, która z każdą chwilą się do niego zbliżała. Mijały sekundy, a nadal nie można było określić kimże jest ta osoba. Wrona nastroszyła swoje pióra. Wiedziała, że za chwilę ujrzy w całej okazałości człowieka, który kroczy w jej kierunku. Właśnie nastał ten moment. Był to mężczyzna w podeszłym wieku. Na nosie miał eleganckie okulary, a niżej siwe wąsy i brodę. Na głowie nosił szarą czapkę z daszkiem. Był otulony brązowym szalem. Starszy pan miał na sobie popielaty płaszcz, spodnie i czarne buty. Zbliżał się do swojego domu. Minął przed chwilą najbliższą latarnię, która podświetlała jakże mały obszar. Spojrzał w górę. Zauważył w jej promieniach małe krople deszczu, które spokojnie opadały z czarnego nieba. Mężczyzna trzymał w lewej ręce duży znicz. Wrona bacznie go obserwowała. Minęła chwila i starszy pan stanął przed drzwiami. Wyciągnął z prawej kieszeni klucze od domu. Otworzył zamek i wszedł do środka. Okulary mu zaparowały. Nic przez nie nie widział. Zdjął je i położył na kredensie, który stał pod lustrem w przedpokoju. Po lewo była skromna kuchnia, a po prawo pokój gościnny. Mężczyzna z trudem się schylił, rozwiązał sznurówki i zdjął buty. Rozebrał się, rzeczy powiesił na wieszaku, który znajdował się po lewo. - Witaj, Zbyszku – rzekła kobieta. - Witaj, Saro. - Widzę, że kupiłeś ładny znicz dla Janka. - Tak. Dla niego gorszy być nie może – odparł bez większych emocji. Mężczyzna włożył na nogi kapcie i poszedł do pokoju. Rzucił okiem na pozłacany stary zegar, który był przyczepiony na ścianie nad telewizorem. Pokazywał godzinę 23:05. Rolety były częściowo zasłonięte. Spojrzał przez okno w tamtą stronę. Widział tylko szarość i gwiazdy. - Jaką chcesz herbatkę? – spytała żona. - A… zrób mi karmelową. - Proszę bardzo – odparła. Starszy pan wziął do ręki swoje okulary. Wyciągnął z kieszeni szmatkę i przetarł je bardzo dokładnie. Po chwili z powrotem je założył. Widział teraz dużo lepiej. Spojrzał na kredens, który stał blisko drzwi. Były na nim trzy zdjęcia w ramkach oparte na białych serwetkach. Pierwsze od lewej przedstawiało Zbyszka z żoną, synem i córką. Drugie Zbyszka z żoną i rodzicami, natomiast trzecie Zbyszka z jego przyjacielem. Bardzo dokładnie przyglądał się temu ostatniemu. Zdjęcie było zrobione jakieś dziesięć lat temu jak byli w górach. Oboje zrobili wtedy śmieszne miny. Starszy człowiek zaśmiał się, jednak po chwili jego uśmiech zniknął. Patrzał na obrazek z kamienną twarzą. Pamiętał ten moment, jakby to było wczoraj. Wspomnienia przerwała jego żona wchodząc do pokoju z kolacją. - Bardzo proszę – rzekła. - Dziękuję, ci. Jesteś taka kochana, Saro. Ugotowałaś dla mnie białą kiełbasę i przyniosłaś ostry chrzan – uśmiechnął się. - Wiem, że to lubisz, dlatego ci zrobiłam – odparła zadowolona. Zbyszek mrugnął do niej okiem. Doceniał to, co dla niego robiła żona. Bardzo ją kochał. Ona jego także. – O kurczę, zapomniałam cukierniczki. - Nie szkodzi, pójdę po nią – odparł z miłością. Zaraz potem wsypał półtorej łyżeczki cukru, Sara jedną. Starszy pan skosztował cudownej herbaty. Pochwalił żonę. Chwycił w lewą dłoń widelec, w prawą nóż. Nałożył na talerz trochę chrzanu. Zdjął flak i zaczął się delektować posiłkiem. Co każdy kęs przegryzał sznytką chleba. Po paru minutach skończył. Spojrzał na zegar. Była 23:15. Wyjął chusteczkę do nosa i wytarł nią utłuszczoną twarz od kiełbasy. - Zbyszek… - rzekła Sara spokojnie usiadłszy na krześle. - Słucham cię – spojrzał na ukochaną. - Nadal nie mogę pojąć, dlaczego od czasu pogrzebu nie byłeś na jego grobie… - Saro, przerabialiśmy ten temat już setki razy. - A ty nadal jesteś uparty… To jest wręcz głupie – odparła. – Nadal nie rozumiem, dlaczego w ten sposób postąpiłeś… - Ale… - Nie przerywaj mi, dobrze? - Przepraszam – odpowiedział. - Wy się ciągle kłóciliście o pierdoły. „Bo on pożyczył ode mnie wiertarkę i oddał po miesiącu”, albo „Bo on mi wypomniał, że kiedyś tam dwa razy podwiozłem go do sklepu” – przedrzeźniała. – „Bo on ma wszystko lepsze i się tym pochwalił”. - Już przestań. - Dlaczego? Zachowywaliście się jak małe dzieci w przedszkolu. - Proszę cię… - próbował załagodzić sytuację. - Cicho bądź! – uniosła się. Mąż bardzo się zdziwił, dawno nie widział jej w takim stanie. Zupełnie nie wiedział, co robić. – Jak można było się kłócić o tak idiotyczne błahostki? Dosłownie jak dzieci, jak dzieci! - Proszę cię… - złapał ją za rękę. Zdziwił się, jak dość mocno trzepnęła go w dłoń. – Jezu… - przeraził się. - Jak można było do tego doprowadzić, pytam?! - Teraz i tak nic to nie zmieni. - Boże… - zaczęła płakać. – Od kiedy odszedł Janek, raz na pół roku, albo rzadziej widzę się z Barbarą. Znacznie rzadziej niż wcześniej… Nadal do końca jeszcze się nie pozbierała z tej tragedii, biedactwo… - Eh… - westchnął. - Za każdym razem jak z nią rozmawiałam przy kawie, próbowałam o was nie myśleć. Niestety mimowolnie samo to przychodziło. To był jakiś cholerny absurd. - Saro, takie rozmyślanie nie ma teraz żadnego sensu! - Nigdy nie miało! – nadal nie spuszczała z tonu. – Do pięćdziesiątki faktycznie byliście fajnymi przyjaciółmi. Fakt, kłóciliście się, ale to było coś jeszcze w miarę normalnego. Zbyszek złapał się za głowę. Zaczął zdawać sobie sprawę, że faktycznie te wszystkie kłótnie były bezsensowne. Wiedział, że przynajmniej większość z nich mogli uniknąć lub zamienić w żart. Tak się jednak nie stało. - To był twój przyjaciel, a to ja czuję się okropnie – łzy spływały potokami po jej delikatnych policzkach. Mąż w końcu wstał i podszedł do ukochanej żony. Przytulił ją, on także uronił parę gorzkich łez. - Nie płacz, proszę. - Łatwo ci mówić, zawsze ci było łatwo, zawsze wszystko po tobie spływało – pokręciła głową. - Wiem o tym – przyznał. – Wiesz, że obiecałem ci, że pójdę na jego grób. Obiecałem to samemu sobie. - Wiem, rychło w czas… - odparła. – Pięć lat. Tyle potrzebowałeś, by się na to zebrać, by dzisiaj móc postawić jeden znicz Jankowi. Ja tego nie rozumiem. Wiele razy obiecywałeś, że się zmienisz, że nie będziecie się już kłócić, jednakże oboje wiemy jak było – spojrzała mu prosto w oczy. - Ja już to zrozumiałem – powiedział po chwili. Sara pokręciła głową. Wzięła głęboki oddech. - O dziesięć lat za późno mój drogi. Dopiero od kiedy Janek nie żyje, jesteś inny. Gdybyś nie był bezczelny i samolubny, wszystko potoczyłoby się inaczej – rzekła. - Niedługo będziesz mieć sześćdziesiąt pięć lat. Tak bardzo brakuje mi czasów, w których oboje byliście przyjaciółmi na dobre i złe. Kiedy mogliście na siebie liczyć nie patrząc na żadne rzeczy materialne. Kiedyś tego nie było. Nadal widzę wasze głupie miny jakie robiliście wchodząc do sklepu. Ludzie patrzyli na was jak na nienormalnych. Na początku nienawidziłam tego, lecz z czasem pokochałam cię takim jakim jesteś. Wiedziałam, że jak musisz być poważny, to taki będziesz. Mnie i Barbarę cieszyły wasze relacje. Naprawdę. Byliście inni. We dwoje idealnie się rozumieliście, potrafiliście wręcz czytać sobie w myślach – lamentowała. Zegar pokazywał 2325. Zbyszek wiedział, że zaraz musi wychodzić, żeby jeszcze w tym dniu zdążyć odwiedzić grób Janka. - Kochanie, wiem, że w ten sposób można w nieskończoność wypominać stare czasy. Jednak muszę zbierać się do wyjścia – rzekł Zbyszek. - Wiem skarbie… - odparła ze smutkiem po chwili. – Czasu się nie cofnie, ale błędy można naprawić. Mimo iż tyle czasu zajęło ci na zebranie się w garść, cieszę się, że w końcu ten czas nadszedł. - Ja tak samo – powiedział, po czym pocałował żonę w policzek. Zbyszek poszedł po swój talerz i kubek. Wziął je i udał się do kuchni. W międzyczasie spadł mu nóż i widelec na dywan. Spojrzał na sztućce, a potem na żonę. - No to fajnie – odparł z nieciekawą miną. Mąż schylił się i je podniósł. Poszedł do kuchni. Na szczęście już nic więcej nie upuścił. - Pozmywam, szykuj się do wyjścia – oznajmiła Sara. - Dobrze, kochana jesteś. Kobieta wstała i poszła do przedpokoju. Mężczyzna był prawie gotowy. Właśnie wiązał ciepły szalik. Założył ulubioną czapkę. Żona podała znicz. - Wiesz, co jest najgorsze? – spytał. - Nie – odparła ze zdziwieniem. - Że… nie wiem, czy znajdę jego grób. - Jak to? - Nie byłem na nim pięć lat, pewnie trochę się zmieniło – powiedział. - No to fajnie, będę musiała iść z tobą. - Nie ma takiej opcji – odparł z powagą. – Muszę sam jechać, będę potrzebował wyciszenia i spokoju. - Chyba tak… - Dzięki za dobre intencje – rzekł z lekkim uśmiechem, po czym wyszedł. Nastała głucha cisza. Sara poczuła pustkę w sercu. Nadal była smutna, doskonale zdawała sobie sprawę, co przechodzi jej mąż. Nie było łatwo namówić go do zmiany decyzji. Kobieta mocno westchnęła, po czym przekręciła zamek. - Bez sensu – odparła. – Dziesięć lat bez sensu zmarnowane. Boże… Dlaczego? – zastanawiała się. Złapała się za twarz, ponownie gorzkie łzy spłynęły po jej policzkach. Przetarła po chwili buzię i poszła do pokoju. Wygodnie usiadła na fotelu i spojrzała w okno. Na zewnątrz był mrok. Jedyne światło, jakie można było zobaczyć, wydobywało się z latarni. Każda z nich była oddalona od kolejnej o jakieś pięćdziesiąt metrów. Lekki deszczyk dał o sobie znać. Wiatr z łatwością pomiatał kolorowymi liśćmi. Wrona, która wcześniej siedziała na gałęzi starego drzewa, zatrzepotała skrzydłami i odleciała.
II
Zbyszek był w połowie drogi na cmentarz. Bardzo chciał zdążyć do godziny 24:00. Zerknął na zegarek, była 23:32. Samochód miał załączone wycieraczki, gdyż deszcz nie przestawał padać. Jechał bardzo ostrożnie. Mimo iż była dość późna godzina, na drodze nadal panował spory ruch. Taki obrót sytuacji zdziwił go. Sądził, że będzie bardziej przejezdnie. Zastanawiał się, kto prócz niego jedzie na groby o takiej porze. - Bylebym zdążył – mówił do siebie. Nagle włączyło się czerwone światło. Zbyszek zatrzymał się. Był bardzo niespokojny. Im bardziej się zbliżał, tym mocniej biło jego serce. W końcu ruszył dalej. Niedługo potem skręcił w prawo. Znów zerknął na zegarek, wskazywał 23:41. Nagle coś trzasnęło. Mogłoby się wydawać, że opona się przebiła. Przerażony starszy człowiek zatrzymał się na poboczu i wysiadł, by sprawdzić cóż się stało. Opony były całe. Zdziwił się. Nie miał pojęcia, co się mogło stać. Nie zastanawiając się, z powrotem wrócił do auta, po czym ruszył dalej. Po paru minutach był na miejscu. Zaparkował naprzeciwko cmentarza. Po tej stronie ulicy było postawionych parę niedużych budynków. Jeden, to sklep warzywny, drugi od prawej – zwykły jednorodzinny, kolejny – z zabawkami, a ostatni – monopolowy. Ulica, która była prostopadła do Cmentarnej, prowadziła do małego, mrocznego lasku. Idąc wzdłuż, można było zauważyć szeregowo stojące drzewa. Wiele z nich nie miało sporej części liści. Taki sam układ miały domki jednorodzinne, które stały tuż za nimi. Ich wystrój był dość specyficzny. Każdy miał inny kolor i ogródek. Najciekawszego z nich obrastał bluszcz. Dodatkowo domek miał zawsze otwarte drewniane okiennice. Zbyszek spojrzał na światło jednej z niewielu latarni, jakie stały przy ulicy. Widział w nim odbijające się krople prószącego deszczyku, który wirował pod ciemnym niebem. Starszy człowiek wyjął z samochodu stary, ale mocny granatowy parasol. Rozłożył go, po czym wyjął z kieszeni małą szmatkę. Wziął pod pachę zakrzywioną rączkę i spróbował w umiejętny sposób wytrzeć swoje szkła. Na jego nieszczęście zawiał mocny wiatr. Zbyszek intuicyjnie chwycił parasol prawą ręką. Niestety nie zdążył obrócić go w przeciwną stronę, przez co się wywinął. - By to szlag! – warknął pod nosem. Szybko skierował go pod wiatr. Sprzęt wrócił do normy. Przyjrzał mu się dokładnie. Zauważył, że parę drutów się powyginało. – Przeklęty wiatr… - był zdenerwowany. Spojrzał na zegarek. Zbladł, kiedy ujrzał, że jest 23:48. Szybko przetarł okulary i pobiegł do przejścia dla pieszych. Rozejrzał się, czy czasem nie jedzie jakiś samochód. Przeszedł na drugą stronę. Dopiero teraz zauważył przez ciężki, stalowy płot cmentarz wysypany zapalonymi zniczami. Ten obraz oczarował go kompletnie. Przez jego ciało przeszły dreszcze. Nie wiedział, co robić, co powiedzieć. Po prostu podziwiał ten niesamowity widok. Czuł jak mocno bije mu serce, czuł ogromny spokój tego miejsca. Dodatkową tajemniczość dodawały przerażająco wyglądające drzewa posadzone między grobami. Niedługo potem Zbyszek „wrócił do świata żywych” i poszedł w stronę wejścia. Stał teraz dokładnie przed nim. Otworzył lekko zardzewiałą furtkę. Wiedział, że zostało mu bardzo mało czasu. Wszedł do środka. Stanął po paru krokach. Ten mrok, który nakręcony był niezliczoną ilością małych światełek, zmroził krew w żyłach starszego pana. Było tak cicho, że słyszał tylko bicie własnego serca i spadające liście. Dostał przez to gęsią skórkę. Nie potrafił słowami wyrazić podziwu dla tego miejsca i klimatu. Był tak mocno przejęty tym niesamowitym widokiem, że zapomniał o wszystkim…