Filozofia · 28 min czytania
Listpad - Prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Coma - „Zbyszek”
Było to miasto jak każde inne. Zlepek betonu, stali i ludzi, którzy żyli swoimi sprawami. Zabiegani, zmęczeni, często podenerwowani. Praca, dom, rodzina, etc., itd., itp., cdn. Ciągły ruch – gdzieś i po coś, bo muszą, bo chcą, bo tak powinni- są przyzwyczajeni do tego ruchu, od kiedy odcięto im pępowinę. Ciągle gdzieś, po coś, zrobić załatwić zdobyć. Codziennie rano otwierali oczy by przeżyć kolejny dzień wśród setek podobnych sobie istot. Otoczeni autobusami, rowerami, lampami, kasami, kablami, papierami, zegarami i tysiącami podobnych rzeczy, które miały im pomagać w życiu. Liczby, cyfry, znaki- ich język, praca – ich cel, trud – ich życie. Nawet ci „szczęśliwsi”, ci, którzy mają więcej, ci, którzy są kimś więcej, instynktownie szukają dalej – nowy dom, kobieta, suknia, telefon- dążą do obranego celu. Bo jakiś cel muszą przecież mieć. Cel, który jest właściwy. A czas ich przewodnikiem, on na telefonie, zegarku, komputerze, i w ich głowie- wyznacza im drogę do obranego punktu, celu. A potem do następnego, i następnego. Bo cel trzeba mieć. Cel, który jest właściwy. Swój żywot dzielili na lata, miesiące, dni i godziny – wczoraj poniedziałek, dziś wtorek, jutro środa. Wszystkie dni stanowiły jedną, podobną całość życia, choć każdy jest inaczej nazwany - tak dla odmiany, żeby nie wpaść w monotonność. Gdyby dni były tak samo nazywane to jak je odróżnić? Przecież zawsze dzieje się to samo. Tylko czasem pogoda inna. Trzeba te dni jakoś nazywać, żeby się nie mylił wczorajszy dzień za biurkiem z dzisiejszym dniem za biurkiem, wczorajszy dzień przed komputerem z tym sprzed tygodnia. Dla przykładu: teraz mamy piątek 21 września, jest 18:06. Wieczór.
Kolejny dzień umyka wraz ze słońcem. Dla jednych kończy się dzień, dla innych – coś więcej. W centrum miasta, na skrzyżowaniu ulic Munkara i Nakira na gzymsie wysokiego budynku siedział młody człowiek. Poniżej były parkingi, bank, restauracja, sklep odzieżowy, kiosk i parę biur. Jednak wewnętrzne pomieszczenia go nie interesowały. Dla niego najbardziej liczył się dach. Wysoko położony, pusty dach. Tylko to go tu ściągnęło. Bo wyżej już nic nie było, nic, co bym przeszkadzało. Tu była jedynie przestrzeń wieczornego nieba, na którym płynęło parę czerwono-niebieskich chmur, błądzących gdzieś przed siebie. Ten przeogromny błękit, który z wysoka, nie zakryty cieniem ludzkich budynków ukazywał swój majestat. On widział, jak przed wiekami przybyli tu ludzie, widział jak wznosili swe nędzne budynki, jak je burzyli, jak budowali nowe pewni, iż będą one ich chlubą. Od zawsze chcieli go sięgnąć, lecz on im umykał coraz wyżej i wyżej. A gdy pewnego dnia wznieśli się tak wysoko, iż myśleli, że są ponad nim ujrzeli z góry swą małość. Stanęli na srebrnej skale, z dala od ziemi i zrozumieli, że są niczym. Ich monumenty stały się marnymi punkcikami na globie, nićmi, które nieśmiałe starają się oplątać glob. Ci, którzy ujrzeli ten widok zrozumieli, co maja robić, inni zaś pewni siebie i swej wiedzy dalej pragną wznieść się ponad niebo, jeszcze inni nie interesują się tym. Im wystarczy syta satysfakcja, która ucisza nawet chęć wspięcia się ponad wszelkie chmury. Niebo zaś góruje nad nimi wszystkimi. Milczy jak przed wiekami, pilnując swych białych trzód, które pasą się nad Ziemię, i od czasu do czasu nękają ziemię swym burzowym gniewem. Niebo, ta wieczorna kopuła, zakrywająca cały świat, była jego celem. Celem, który być może jest właściwy. To do niej podążał chłopak. Miał na imię Gustaw. Siedział na dachu i patrzył się przed siebie. Słońce powoli zbierało się do odejścia z nieboskłonu, wpierw żegnane w objęciach pojedynczych chmur, a następnie skrywające się, za co wyższymi budynkami. Chmury spokojnie przelatywały po jesiennym niebie, urozmaicając monotonny miejski krajobraz swoimi zmiennymi kształtami. Lekko chłodnawy wiatr unosili w powietrzu liście, babie lato oraz miejski pył i dym, które mieszały się w jeden szary szal zakrywający miasto. Niezmącony widok wieczornego słońca wtapiał się w chaotyczne życie miasta kojąc je nieco swą czerwonawą barwą. Szarawe okna i ściany, oświetlone wieczornym światłem, prześwitującym przez dachy, nabrały nieco ciepła. Choć na dole ludzie właśnie kończyli pracę i zaczęły się powroty do domu, Gustaw był zapatrzony zachód i nie czuł nic poza spokojem. Spokojem i cisza. „W sumie” -pomyślał- „to tylko tego będzie mi brakowało”, po czym głęboko westchną. Czuł, że wreszcie – po szesnastu latach – przestanie się męczyć. Nikt, ani bliscy, ani obcy już mu więcej nie zadadzą cierpienia. Nigdy więcej. Spojrzał na słońce, jasna kula chowała się za horyzontem. Widać było już zaledwie jej świetlisty czubek, który słabł i słabł, aż w końcu znikł za jedna z kamienic, którą teraz oświetlała jego poświata. Wieczorny widok uspokajał go, ale wiedział, iż spokój ten będzie równie krótki jak ten zachód słońca. Czuł, co musi zrobić. To było jedyne wyjście. On tu nie pasował, po prostu. Za długo żył obok, dla innych, by teraz, z dnia na dzień nauczyć się jak reszta. Zresztą, oni do niego nie pasują, jego świat już nie istniej, a ich nadal stoi i napawa go niezrozumieniem i zdziwieniem. Był wypalony, zdarty wewnętrznie, i nie miał tyle siły, co oni. Ich żarty do niego nie trafiały, ich zabawy, styl wydawały mu się dziwne, jak puzzel w złej układance, niedopasowany. Musi odejść. Odejść nim nie będzie za późno, nim nie oszaleje, lub, co gorsza, nie padnie na kolana i mimowolnie dołączy do nich. Nim zacznie udawać, że już wszystko ok, nim zacznie tłumić wszelkie wątpliwości. Bo wtedy do końca będzie musiał się użerać nie tylko z życiem, ale i z samym sobą. Musi skoczyć, dziś. Zakończyć swą mordęgę, odejść ze świata, który odebrał mu rodzinę i pozostawił samego w nieznanym chaosie. Skoczy z siódmego pietra, by wreszcie odpocząć. Brutalnie odetnie się od bólu życia. Dziś wieczorem, na tle zachodzącego słońca, na tle tej spokojnej panoramy. Im bardziej patrzył na zachód, tym lepiej się czuł. Wpatrywał się w niebo ze spokojem, nie spieszyło mu się już nigdzie. Jeszcze przez parę minut będzie się napawał tym widokiem a potem ruszy... -Piękny widok.- usłyszał nagle. Odwrócił się. Tuż obok niego stał niski człowiek w jasnym garniturze z dużą czerwoną muszką na szyi i laską w lewej dłoni. Miał siwe włosy do karku i przedziwną twarz. Nigdy nie widział czegoś podobnego. Twarz miał okrągłą i wydawał się lekko przy kości. Prawe oko, miał zakryte czarna opaską, która miała w miejscu oczodołu małą czerwona gwiazdkę. Opaskę zakrywały włosy, które były gładko ułożone. Cały prawy policzek miały wyryty głębokimi bliznami. Z wyrazu jego twarzy widać było, iż wiele przeszedł. Gustaw czuł, iż wejście tu, na dach było dla niego dużym wysiłkiem. Jednaka mimo tego odczucia, laski, siwych włosów i oszpeconej twarzy Gustawowi wydawało się, iż jegomość jest o wiele młodszy, że ma zaledwie dwanaście, trzynaście lat i jest przebrany za swojego pradziadka. - Mogę się dosiąść? – spytał. Nim chłopak cokolwiek odpowiedział gość już siedział. - Jestem Siergiej. Siergiej Nieczajew – podał mu rękę. Mówił z jakimś dziwnym akcentem, nieco podobnym do echa odbijającym się po pustym pokoju, ale głos miał prawie bezbarwny. To był ktoś naprawdę dziwny. -Gustaw... Gustaw Nowak – chłopak niezbyt chętnie podał mu rękę. Przez jego głowę przeszła myśl, że chyba wie, po co ten osobnik tu przyszedł... chociaż, jego wygląd był mylący. I to bardzo. Spojrzał w dół, siedem pięter niżej. Wszystko normalnie, samochody jechały, ludzie szli, nikt na dole nie zauważył, że siedzi na krawędzi dachu i w każdej chwili może spaść. Nikt nawet nie spojrzał w górę. Kompletny brak zainteresowania. Jak zwykle... - Nie- powiedział znienacka obcy.- Nie to, co myślisz. - Co „nie” ? - Nie jestem policyjnym psychologiem, strażakiem, negocjatorem ani nikim takim. Nie chce cię odwieść od twej decyzji. Nikt nie wie, co planujesz.- Gustawa zbiło z tropu. Skąd wiedział „co planuje”, i że będzie go o to podejrzewał? Był zaskoczony jak nigdy. Postać siedząca obok niego coraz bardziej go zdumiewała. Dziwny koleś, nazywający się Siergiejem zaczął grzebać w swym garniturze. Po chwili wyjął paczkę papierosów. Rozpakował szeleszczącą folię i otworzył pudełko. Wyjął jednego papierosa i zwrócił się do młodego: - Chcesz ? - Nie, ja nie...- bąknął. Nagle Siergiej lekko się uśmiechnął – To się nazwa konsekwentność do końca.- mruknął. Wyciągnął paczkę zapałek, wyjął jedną, lekko potarł nią o pudełko i odpalił papierosa. Następnie spojrzał się na zapałkę, która wciąż się paliła i rzucił ją w dół. Patrzył chwilę na nią, po czym podniósł głowę i rzekł: - Dziś jest tak sucho, że ona spali się do końca nim spadnie. Nawet żar nie dotknie chodnika, bo rozwieje go wiatr. Nie będzie leżała na ziemi jak tysiące innych. Była, i nie ma. - Na dachu nastało milczenie. Gustawa chciał coś mu odpowiedzieć, choć go nie znał i nie wiedział, co tu robi, i to akurat teraz. Czuł, że musi się odezwać. -A czy to źle? –spytał - A czy to źle ze nie spadnie jak tysiące innych? Może ona nie ma leżeć jak tysiące jej podobnych. – rzekł odważnie. Obcy spojrzał na niego jedynym okiem, jakie miał, po czym się lekko uśmiechnął. Odniósł sukces. Chciał, by Gustaw się odezwał. By się, choć trochę otworzył. I udało się. Twarz zorana bliznami zmieniła się. Nie było już widać tego zmęczenia, raczej radość, taką jak czuje dziecko, gdy dostaje oczekiwany prezent. Czuł satysfakcje, że osiągnął swój cel, w jego oku było błysnęło zadowolenie. - Ty chcesz być tą zapałką – na jego twarzy znowu pojawił się lekki uśmiech- w przenośni...- spojrzał w dół-... i dosłownie. Oj tak, ty chcesz. Gdybyś nie chciał nie byłoby cię tutaj teraz. Już się dusisz w tym ciasnym, ciemnym pudełku. Masz go dość. Taa... widać to po tobie- na chwilę zamilkł, zadowolenie znikło z jego twarzy, zaczął mówić spokojniej, nieco poważnie- jak już ci mówiłem nie jestem negocjatorem, więc nie będę cię powstrzymywał. To ty decydujesz, czym będziesz, tylko ty. Twój cyrk, twoje małpy. Ale- wskazał na niego palcem- nim zmienisz swe „środowisko” chciałbym, tak z czystej ciekawość, trochę o tobie wiedzieć. Na przykład... Nastało dziwne milczenie. Gustaw już się całkiem pogubił. ON naprawdę czytał w jego myślach. To coś, ten niesamowity typ rozpracował go w parę minut. Wreszcie chłopak się odezwał. -...dlaczego to robię ?- wyszeptał. -Tak.- znowu pojawiła się ta dziwna satysfakcja na jego twarzy- Fascynuje mnie twoja historia, twoje motywy, życie, uczucie- wszystko mnie fascynuje. Niech to będzie ostatnie życzenie- tyle, że moje. – Wskazał papierosem na siebie. Chłopak patrzył na niego najpierw z ogłupieniem, które powoli, po przetrawieniu jego enigmatycznej gatki zmieniało się w zażenowanie. Zachowanie gościa, zaczęło bardziej wykazywać na chorobę psychiczna niż jakieś niesamowite zdolności. Dziwny bełkot, dziwny wygląd, jakieś chaotyczne zachowanie, nikt normalny tak się nie zachowuje. Może on go nie zna, może po prostu na opak zrozumiał jego słowa i ubzdurał sobie że ten człek czyta w jego myślach. „To prze ten cały szajs, z tego wszystkiego ja już wariuje”. Spojrzał na niego chłodno: „Cholera, ten to ma nasrane we łbie. Ciekawe czy to choroba czy jakieś dragi ? Co mam komitet pożegnalny... Koniec wieńczy dzieło -nie ma co.” -myślał. Patrzył na niego i patrzył aż w końcu doszedł do wniosku : „W sumie to co mi zależy – dziś mogę być przynajmniej szczery”. -Dobra słuchaj, bo dwa razy nie będę powtarzał. -Hurra!- mruknął sarkastycznie. Chłopak westchną, chwilę milczał, widać było, że zbiera myśli. Wreszcie zaczął: -Jestem tu, bo... bo to nie mój świat, bo nie potrafię żyć. W taki sposób. Żyć między nimi wszystkimi – oni są jacyś... -Tępi ? - ... raczej mają klapki na oczach. Ich świat jest bez sensu, tworzą go, sprawiają, że jest taki, jaki jest a potem maja do wszystkich pretensje, że jest im źle. To ich wina, że są sami, że mają problemy, że mają kompleksy. To oni... - Nie przesadzasz ? – przerwał mu. Chłopak zamilkł. Ale tylko na chwilę, znal odpowiedź na pytanie. Czuł gniew, złość, niechęć do tego świata, był jej pewien, i wiedział, że na pewno nie przesadza. - No sam na nich spójrz – wskazał dłonią na dół, na ulicę. – Idą, ale dokąd? Po co? Wracają z całego dnia harówki, bo tego się od nich wymaga, bo tak ich wytresowano. Zaraz pójdą kupią coś, co niby im jest potrzebne, pójdą gdzieś gdzie niby maja być, by poczuć się lepiej, zrelaksować. A jutro to samo, w kółko. A to, co było wczoraj to tak rekompensata- za pracę. Nie, to jest chore. Wmawiają nam, że mamy pracować, rozwijać się dla siebie, dla własnej satysfakcji, a i tak wszystko się sprowadza do tego, że musimy wyżywić i ubrać nas i naszych bliskich i jeszcze kupić nową pralkę, bo sąsiad ma podobną. Pracujemy po to żeby sąsiadowi pokazać, że nas stać. Żeby spełniać normy jakie narzucili na nas inni. Czy dla takich rzeczy warto gdziekolwiek iść, warto rano wstawać ? - Widocznie warto... - Nie dla mnie. Co to jest życie? Woły harujące dniami i nocami, pomiatane przez szefostwo i kumpli; gawiedź której do szczęścia wystarczy trochę alkoholu, prezerwatywy i skoczne kawałki; stare pryki oglądające telewizje od rana do nocy, bo nic innego im się nie chce, mendy, zakompleksieni frajerzy i sprzedawczyki . To są nasi bracia... - Iii tam, przebarwiasz... za dużo telewizji. - Nie, nie przebarwiam. Wiem swoje. Ludzie bywają naprawdę podli. A ja tej podłości nie zniosę. Za dużo przeżyłem. - „Dużo” ? - Miałem brata, siedmioletniego. Miał na imię Michał. Od dzieciństwa chorował na serce i miał wadę kręgosłupa. Potrzebował opieki, kogoś,…