historia · 20 min czytania
LISTY NIGDY NIEPRZECZYTANE...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
LISTY NIGDY NIEPRZECZYTANE…
Rok 1932, podobnie jak lata poprzednie i jak też wydawało się lata, które miały po nim nadejść zapowiadał się absolutnie normalnie. Żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały na zmiany jakiekolwiek, a co dopiero zmiany rewolucyjne. Życie toczyło się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę układając się w monotonny ciąg codziennych zajęć, niekiedy tylko przerywanych zdarzeniem nieoczekiwanym, z których za najciekawsze uznać można drobne kradzieże sklepowe czy mezalianse dostojników krążące w charakterze plotki po miejskich targach. Owszem w jednej ze sfer niemieckiego życia wrzało. Nic jednak dziwnego, gdyż w polityce trwa nieustanna walka nawet w czasie pokoju, a parlament jest chyba jedynym miejscem, które nie znosi ustatkowania i harmonii . Ciągłe spory polityczne, walka o władzę oraz wpływy, próby podważenia dokonań obecnych rządzących i skierowane w przeciwną stronę ataki na opozycję zawsze podgrzewają publiczne dysputy, tym samym dając zwykłym, szarym obywatelom temat do rozmów. To zjawisko jednak także specjalnie dziwić nie mogło, ponieważ w każdym z europejskich państw podobne igrzyska polityczne się odbywały, są bowiem wpisane w codzienność, a dla pamiętających jeszcze pożogę I wojny światowej obywateli wydawały się tylko błahymi pyskówkami, niczym w porównaniu z czasami walk. Zresztą jak dobrze wiadomo świat rządzących jest niemalże osobną społeczną kastą...wszyscy kłócą się o to jak sprawić, aby narodowi żyło się najlepiej w efekcie samemu czerpiąc największe korzyści. Sklepikarze, fryzjerki, szeregowi urzędnicy z tych całych waśni w swoim życiu dostrzegają jedynie kilka stron zapisanych w lokalnej gazecie, a żyje im się wciąż tak samo. Dla rodziny Hülmann'ów rok ten jednak mimo wszelkich towarzyszących okoliczności miał okazać się przełomowym. Pan Adam Hülmann - głowa rodziny, otrzymał intratną propozycję przejęcia lokalu w Berlinie przy Wilhelmstraße po zmarłym stryju. Wiele lat mieszkał i pracował w Heidelbergu jako piekarz. Niestety nigdy nie miał okazji działać na własną rękę, zawsze pozostawał jedynie wykonawcą zaleceń swego pracodawcy i skądinąd przyjaciela - Wilfrieda Wolfa. Nie wahał się zatem opuścić rodzinnego miasta, starych przyjaciół i podjąć wyzwania w obcym sobie środowisku. Wizja własnej piekarni i to nieopodal głównej arterii miasta - Unter den Linden kusiła aż nadto. Do inicjatywy zapaliła się także cała rodzina i mimo sporej przecież odległości między obu miastami niemal natychmiast zdecydowała się wyjechać. Nie było bowiem, poza sentymentalnymi oczywiście, innych racjonalnych przesłanek, by w Heidelbergu zostać. Syn - Jozue już dawno opuścił dom, by studiować matematykę na Uniwersytecie w Bremie, sześcioletnia Sara właśnie osiągnęła wiek szkolny, sprawą drugorzędną zatem był fakt czy podejmie naukę w Berlinie, czy w rodzinnym Heidelbergu. Państwo Hülmann natomiast wkrótce mieli ukończyć lat czterdzieści, będąc więc jeszcze w sile wieku, marzyli, by się wreszcie uniezależnić, znaleźć własne miejsce, a Berlin taką możliwość oferował. Wspólny zapał i długie, wieczorne narady sprawiły że tróje spośród Hülmann'ów już tydzień po otrzymaniu depeszy o śmierci stryja Alfreda siedziało w pociągu na walizkach mieszczących dorobek całego życia...kierunek był tylko jeden - stolica. Po przybyciu na miejsce euforia nie minęła. Wszyscy ze wzmożonym wysiłkiem starali się doprowadzić zrujnowany przez poprzednich użytkowników lokal. Stryj, gdy żył, sam z niego nie korzystał a jedynie podnajmował rzemieślnikom, kupcom prowadzącym niekiedy szemrane i nie do końca legalne interesy. Jak widać było po zastanych wnętrzach jego zainteresowanie tym miejscem ograniczało się do ściągania należnego mu czynszu i to z całą pewnością nie osobiście, a przez pośrednika. Gdyby wiedział jak użytkowana jest jego własność, zmarłby niechybnie wcześniej na atak serca, jako że z natury miał pedantyczne usposobienie (cechę tę można by wraz ze skrupulatnością i żyłką do interesów przypisać do żydowskiego pochodzenia, jednakże w jego wykonaniu wykraczały one dalece nawet poza przyjęte w społeczeństwie stereotypy). Pracy nie brakowało zatem na wiele miesięcy, gdyż oprócz zdewastowanego miejsca przeznaczonego pod zorganizowanie piekarni należało jeszcze wyremontować będący w nieco tylko lepszym stanie aneks mieszkalny . Oto jak ten gorący okres opisuje (wkrótce po zapoznaniu się z alfabetem i opanowaniu sztuki pisania) do swego brata w jednym z listów mała Sara:
Berlin, 20 września 1932 r.
Drogi braciszku, bardzo dziękuję za lalkę, którą przysłałeś mi na urodziny. Po tym jak się przeprowadziliśmy do Berlina ona jest moją jedyną i najlepszą przyjaciółką . Poznałam kilka koleżanek, ale nie wiem, czy się z nimi zaprzyjaźnię na dobre. W szkole mi się podoba, jak widzisz już nauczyłam się pisać. Czytam trochę gorzej ale mama obiecała mi pomóc jak tylko skończymy szykować sklep. Tata mówi, że to już niedługo, ale ja się trochę o niego boję. Tyle pracuje, że czasem nie ma siły zjeść obiadu, nawet jak mama ugotuje jego ulubioną zupę. Już nie mogę się doczekać kiedy nas odwiedzisz. Pozdrawiam ciepło razem z rodzicami.
Sara
Część 22 / 2
Te z początku koślawe i niewyraźne litery z biegiem czasu przerodziły się w kształtne i zgrabne pismo, a wysłany okazjonalnie, dla sprawdzenia własnych umiejętności zdobytych w szkole list, w regularną korespondencję. Zapisy całych dni i opowiadanie zdarzeń, które przytrafiły się obojgu rodzeństwa scaliły rozłączonych przez kilometry dzielące Berlin i Bremę brata oraz siostrę. Co więcej oboje mogli sobie bezgranicznie ufać, a żelazną zasadą, która między nimi obowiązywała było odpisywanie na listy. Jedno i drugie bowiem wiedziało, iż daleko od niego ciałem, lecz blisko duchem, siedzi ktoś i czeka niecierpliwie na ciepłe słowa. Tak zrodziła się niepowtarzalna więź między Sarą - małą dziewczynką wkraczającą bardzo powoli na ścieżkę dorosłości i dorosłym już prawie Jozuem, który coraz lepiej orientując się w otaczającej go, zmieniającej się na niekorzyść rzeczywistości coraz częściej do błogiej nieświadomości dziecka chciałby powrócić. Sytuacja ta wyniknęła bardzo nieoczekiwanie i wpływ na nią miały chyba zaistniałe okoliczności, gdyż rodzeństwo to nigdy się zbytnio nie lubiło. Co więcej starszy Jozue zawsze dokuczał siostrze, za co ta nierzadko żywiła do niego głęboką urazę (potrafiąc się nie odzywać niekiedy całe dwa tygodnie w poczuciu wyrządzonej krzywdy). Rozłąka jednak i konieczność obcowania w nowych sobie miejscach, z nowopoznanymi ludźmi zadecydowała o takim rozwoju zdarzeń. Remont pomieszczeń przy Wilhelmstraße potrwał znacznie dłużej niż zapewniał o tym ojciec Sary, jednakże wszystko dzięki nadludzkiemu wysiłkowi obojga rodziców było gotowe i czekało na uroczyste otwarcie. Imprezę zaplanowano na 27 listopada, a więc dokładnie w dwa miesiące po przybyciu do Berlina. Wnętrza pięknie odmalowane i pachnące świeżością napawały dumą Adama, który mimo zapadniętych nieco policzków, podkrążonych po nieprzespanych nocach oczu i zdartych dłoni zdawał się chodzić teraz nad wyraz wyprostowany z głową uniesioną w geście podziwu. Przyjęcie swoją obecnością uświetnili zarówno krewni z samego Berlina, jak i z miejsc o wiele odleglejszych np. kuzyn Aaron z Lipska czy ciotka Judyta z mężem i dwójką dzieci aż z Saarbrücken. Całość trwała do białego rana, a zebrani goście doskonale bawili się przy suto zastawionych stołach, nie szczędząc przyniesionych przez gospodarza butelek doskonałego reńskiego wina. Imprezę zwieńczono odsłonięciem stalowej tablicy z wygrawerowanym, złotym napisem: " Hülmanns Bäckerei". O tak wielkim wydarzeniu musiała napisać Sara swemu bratu...bolejąc jednak nad faktem, iż radosne wiadomości musi przekazywać mu listownie. Jozue zagoniony natłokiem zajęć na uczelni nie był w stanie przybyć na rodzinną uroczystość.
Berlin, 28 listopada 1932 r.
Drogi Jozue, żałuję, że nie mogłeś przyjechać na otwarcie sklepu, tzn. otwarcie będzie dopiero w poniedziałek, ale to dla klientów, a to było takie nasze otwarcie. Mamy nawet swoją własną tablicę ze złotymi literami Hülmanns Bäckerei. Wszystko jest takie cudowne i nowe. Zabawa była naprawdę udana, szkoda że musiałam iść tak wcześnie spać, ale z mojego pokoju słyszałam śmiechy i rozmowy. Wszyscy chyba trochę za dużo wina wypili, ale w końcu przy takiej okazji...a mnie w tym czasie nikt nawet nie pilnował i znalazłam pudełko z czekoladkami...zjadłam całe. Poza tym u nas wszystko w porządku, rodzice już nie są tacy zmęczeni, tata też chodzi jakiś bardziej wesoły. Czasem tylko syknie coś pod nosem, ale to jak słyszy to co mówi ten człowiek z wąsem, co jest na plakatach w całym mieście...kupiliśmy radio i właśnie jak tego radia tata słucha to czasem syknie...ale to chyba nic strasznego...bo jak go pytam o co chodzi to mówi, że tak czasem trzeba i że to dobre dla zdrowia czasem się złościć, więc ja chyba też zacznę, bo też chcę być zdrowa. Czekamy na Ciebie w domu. Całuję.
Twoja siostrzyczka Sara
Od momentu otwarcia sklepu dla klientów (rzeczonego poniedziałku) życie Hülmann'ów zaczęło układać się jak bajka. Interes dzięki doskonałej jakości wyrobów, a także bliskości miejsc spacerów i wypoczynku berlińczyków przynosił krociowe zyski. Wieść o nowej piekarni i jej sympatycznych właścicielach rozeszła się jak błyskawica po mieście. Już wkrótce zarobione pieniądze pozwoliły panu Adamowi zatrudnić pomocnika i zwiększyć produkcję. Na popularności zakładu ojca zyskała również Sara, do której teraz koleżanki i co bardziej śmiali koledzy podchodzili w szkole usiłując się zaprzyjaźnić. W ten właśnie sposób poznała swoją najlepszą przyjaciółkę Ulę Heinze, z którą jak się to miało okazać los połączył ją na długie lata. Od tej pory zawsze chodziły, bawiły się, śmiały się i rozmawiały we dwie. Sytuacja zatem wydawała się godna pozazdroszczenia, a mimo tego jednak w ostatnim czasie Adam Hülmann posmutniał...wydawał się ciągle zamyślony, a…