Psychologia · 15 min czytania
Liza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Minęło trzy lata odkąd się poznali. Peter był wysokim blondynem o niebieskich oczach, wiecznie podkrążonych i zamkniętych za zasłoną grubych okularów. Średnio długie włosy, fantastycznie kontrastowały z grzywką, przystrzyżoną na bok, fikuśnie opadającą, na lewe oko ( w zasadzie na lewe szkło optyczne). Na jego twarzy bez problemu dostrzec można było wyraźne dziurki, pozostałość po przebytej męczarni, zwanej potocznie trądzikiem. Mimo to, był przystojnym młodzieńcem, choć on sam nigdy siebie za takiego nie uważał. Zresztą, jak mógł to robić, skoro Liza była jego pierwszą dziewczyną od … no właśnie, od zawsze. Nigdy nie mógł trafić ze swoimi uczuciami, we właściwą istotę, płci żeńskiej. Miłosne zaloty zawsze kończyły się fiaskiem … Pamiętał dokładnie przygodę z Dominque …. Na samą myśl o niej, robiło mu się teraz niedobrze. Sam nie mógł zrozumieć dlaczego tak się dzieje, i jak na myśl o tak pięknej dziewczynie, a w zasadzie już kobiecie, mógł dostawać mdłości. Dominque była tak naprawdę jego pierwszą, poważną miłością. Dziewczyną, dla której był w stanie zrobić wszystko, począwszy od przebiegnięcia całej Valley Street bez gaci, a skończywszy na wypiciu butelki oleju. Coś co czuł gdy zobaczył ją po raz pierwszy, było czymś niepowtarzalnym, czymś, czego nawet po tylu latach nie mógł sobie odtworzyć i przypomnieć. Pozostały tylko mdłości. Wiedział, że nie ma u niej żadnych szans. Zdawał sobie z tego sprawę a mimo to próbował wszelkich sposobów by tylko się do niej w jakikolwiek sposób zbliżyć. Wszystko skończyło się, gdy powiedziała mu wprost, żeby się od niej odpierdolił raz na zawsze. Przecież wcześniej wszystko układało się wspaniale. Nie byli parą, ale bez wątpienia liczył na to, że któregoś pięknego dnia tak się stanie. Stało się jednak zupełnie inaczej. Choć po tamtym zdarzeniu spotykał ją wiele razy, nigdy nie zapytał dlaczego to zrobiła. Może była tylko wściekła, lub po prostu … po co o tym myśleć. Teraz kochał Lizę i nie miał najmniejszej ochoty na rozdrapywanie starych ran, po których pozostaje tylko silny ból żołądka. Odkąd byli razem, nigdy nie potrafił sobie uświadomić dlaczego tak wspaniała dziewczyna go pokochała. Czasami doszukiwał się głupich wniosków z tandetnych filmów o miłości. On przecież nie był przystojny, w żaden specjalny sposób wysportowany, niezwykle szczupły i praktycznie bez pieniędzy. Ona … Wysoka blondynka o niebieskich oczach, z fantastyczną figurą i z niezwykłym uśmiechem, który urzekł go od pierwszej chwili gdy ją tylko zobaczył. Była wspaniała. Chodzący ideał. Wiecznie zadowolona, radząca sobie ze wszystkimi problemami. Zawsze otoczona wianuszkiem przyjaciół (czy szczerych to już inna sprawa), pochodząca z dobrego domu. On … cholerny samotnik, miłośnik dobrej muzyki i długiego snu, wkurzający się na samą myśl wstania z łóżka przed dwunastą w południe. (Bardzo modne ostatnimi czasy stało się tworzenie par na zasadzie kontrastu). Przeczytał kiedyś to zdanie w jakimś tanim piśmie dla kobiet w poczekalni u fryzjera. Jak do cholery można myśleć o kontraście, gdy się kogoś kocha. W żaden sposób nie potrafił tego pojąć, a mimo to wiedział, że właśnie wedle tej zasady istnieje jego związek z Lizą. Było rzecz jasna wiele rzeczy które ich łączyło, oboje byli niepoprawnymi romantykami, marzycielami, wiecznie bujającymi w obłokach. Ale o czym ona może jeszcze marzyć. Ma wszystko, oprócz wspaniałego faceta. Po jaką cholerę się ze mną związała. Takie myśli zawsze będą się kłębić w mojej zasranej głowie. Przecież ją kocham. Czego jeszcze chcę ? Ona chyba mnie też. Kochała go bardzo mocno. Wiedział o tym. Ten skończony idiota wiedział o tym bardzo dobrze, a mimo to miewał takie kretyńskie myśli …
Słońce grzało bardzo mocno, nieświadomie topiąc asfalt na pustych i zaśmieconych ulicach. Był to jeden z tych dni, kiedy człowiek myśli sobie, że kocha swoje szare życie. Nawet gdy wczoraj mówił coś innego … zresztą … nieważne. (Piękny dzień, wspaniała pogoda, wyjdź z domu i ciesz się życiem). Frankie Coleman zaczynał właśnie jak co dzień swoją poranną audycję radiową w której pełno było tandetnej muzyki i głupich żartów. Peter nie lubił tego programu, ale z braku jakiegokolwiek zajęcia wolał to niż siedzenie w ciszy i rozmyślanie na tematy zupełnie zbędne. Dochodziła dziewiąta, a na jedenastą umówił się z Lizą, w kawiarni „Hot Chocolate” – tej samej w której odbyli swoją pierwszą randkę. Randka ? Co za śmieszne słowo. (A teraz wasza ulubiona piosenka …). Głos Franka zanikł nagle i niespodziewanie … Znowu zabrakło … czasu … W końcu usłyszał pierwsze dźwięki najnowszego hitu Natalii Cortland, występującej pod kiczowatym i przyprawiającym o szyderczy uśmiech na twarzy pseudonimem „Hot Sexy”. Wyłączył radio i usiadł na kanapie. Przybrał postawę męczennika i głęboko się zamyślił. Od kilku dni zdarzało mu się to bardzo często … nawet za często. Coś nie dawało mu spokoju. Ciągle był przygnębiony i smutny … Jeszcze te sny … Stara kobieta w czarnej chustce wybijająca na jego zębach rytm jakiejś żałobnej pieśni, a w tle jęki i straszne krzyki Lizy. O co w tym wszystkim do jasnej cholery mogło chodzić. Zawsze bał się snów. Był niezwykle strachliwym dzieckiem. Podczas gdy inne dzieci chodziły już do szkoły same, on nadal musiał być odprowadzany … to on zawsze płakał … on się bał duchów … on nienawidził szkoły. Potem wszystko minęło. Podsłuchując rozmowy rodziców dowiedział się, że wydoroślał. Cokolwiek to znaczyło, wiedział, że nie jest już małym chłopcem. Zaczął na nowo pojmować istotę świata. Sam wyrobił sobie poglądy , gdyż poglądów swoich rodziców nijak nie mógł akceptować. Uważał, że są fałszywi i niszczą innych, mimo, że uważali się za katolików i ponoć głęboko wierzyli w Boga. Czy on też wierzył ? Kiedyś … tak, kiedyś na pewno tak. Teraz sam już nie wiedział w co wierzyć. Wiedział, że musi wierzyć w siebie … tak, tego jednego był pewien na sto procent. Potem odszedł od rodziców. Znalazł pracę w miejskim dzienniku i jakoś sobie radził. Wynajął mieszkanie, poznał Lizę i wszystko jakoś się ułożyło. Przemyślenia strasznie go zmęczyły … Wkrótce zapadł w głęboki sen …
Obudził się wpół do jedenastej. Często zdarzało mu się zasypiać w środku dnia, a nawet tak jak teraz, z samego rana, zaraz po przebudzeniu. Nie uważał tego za coś normalnego ale też nie starał się panikować. Czyż można panikować z tego powodu , że człowiekowi chce się spać z przemęczenia. Tak, właśnie tak, jestem tylko przemęczony. O cholera … dochodzi jedenasta – zaklął w myśli. Przecież umówiłem się z Lizą. Mogłaby w końcu zamieszkać ze mną. Męczy mnie już to ciągłe bieganie po kawiarniach i zabawa w ciuciubabkę. (Co ty do cholery wygadujesz idioto). Przecież tak byłoby prościej … Ja kocham ją, ona kocha mnie … ja nie wierzę, że to prawda … ona, nie wiem … i to mnie najbardziej denerwuje (Wiesz … dobrze wiesz, że ona Cię kocha). Tak, wiem … Wstał i szybko ruszył do samochodu. Skończyły się czasy kiedy przed spotkaniem z Lizą, przesiadywał godzinami w toalecie, czyniąc starania, które doprowadzić miały do totalnego upiększenia i upachnienia swojego marnego (Jak sam zawsze…