Romans · 8 min czytania
Lodowe Słońce cz. VIII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Śnił. Musiał śnić i wiedział o tym, a mimo jednak to jego pierwszym pytaniem zaraz po przebudzeniu było: „Gdzie jest Lil?” Nikt mu nie odpowiedział, bo też nikt nie mógł tego zrobić. Rozejrzawszy się naokoło Riku zdał sobie sprawę, bar jest zupełnie pusty i to najprawdopodobniej już od dłuższego czasu, bo wszystkie krzesła były poustawiane na stołach, a większość świateł wyłączona. - No nareszcie – odezwał się barman – już miałem cię budzić, zaraz zamykamy… Dobrze, że jesteś – Zawołał nie dokończywszy zdania do kogoś za plecami Riku. Chłopak obejrzał się i jak wielkie było jego zdziwienie, gdy okazało się, że to nie nikt inny jak sam Książę, który najwyraźniej był tym spotkaniem równie zaskoczony. - Co ty tu robisz, Śnieżku? – Odezwał się pierwszy, co nie umknęło bystremu uchu mężczyzny stojącego za barem. - Znacie się? Wspaniale, możesz go stad zabrać? Książę zerknął badawczo najpierw na chłopca a następnie na barmana, po czym ostrożnie skinął głową. - To forsa od szefa, lekarstwo zadziałało i kazał ci podziękować. - Ta, jasne. – Blond włosy przyjął zwinięty plik banknotów wyraźnie machinalnie. Jego cała uwaga skupiała się teraz na zamroczonym alkoholem, lecz niemniej osłupiałym Riku.
*
- Tak bardzo boli mnie serce, że nie potrafię nawet tego wyrazić. Jestem niczym, wiesz o tym? Zawsze byłem niczym, człowiekiem niekochanym, słabym, bezpodstawnym arogantem i wrednym sukinsynem. Moja matka była sprzedana na jednej z aukcji w tym klubie. Wiedziałeś o tym? Hej? Boję się życia i jednocześnie boję się śmierci. A jeżeli coś mnie przeraża przybieram postawę ofensywną - Po co mi to wszystko mówisz? - Nie wiem – wyszeptał – naprawdę nie jestem już niczego pewien. – Przymknął na chwilę zmęczony oczy i westchnął ciężko. – W swoim śnie jestem płatkiem śniegu spadającym z szybkością pięciu centymetrów na sekundę… Rozumiesz to uzdrowicielu? - Rozumiem tylko to, że jesteś pijany i gadasz od rzeczy, Śnieżku. Idź do domu, albo nie, lepiej sam cię odprowadzę gotów jeszcze jesteś zrobić jakieś głupstwo.
Dotarli do domu Niwów mieszczącego się na Grende o wiele szybciej niż wskazywałyby na to wszystkie znaki na niebie i ziemi. Było cicho, pusto. Niedziela. Dzień Pański. Najwyraźniej nikogo nie było też w domu. - Wejdziesz? - Skoro nalegasz.
*
Otwierając drzwi do pokoju Riku, w pierwszej chwili buchnęła im w twarz intensywna woń alkoholu, którą Książę skwitował znaczącym chrząknięciem. Właścicielowi jednak wciąż zbytnio szumiało w głowie, by mógł się tym przejąć. Zaprosił swego gościa do środka i zamknął za sobą drzwi. Mężczyzna krótką chwilę bez większego zainteresowania rozglądał się po pomieszczeniu, po czym usiadł na stojącej pod oknem dwuosobowej kanapie. - Myślałem, że będziesz bardziej zainteresowany. – Wybełkotał Riku przeszukując przy okazji szafki w poszukiwaniu wody. - Czym? - Chyba nie, co dzień odwiedza się posiadłość na Grende, co Uzdrowicielu? - Właściwie, to kiedyś mieszkałem w jednej willi z pewnym człowiekiem o, o wiele lepszym guście. – Skwitował z uśmiechem mężczyzna. Brwi chłopca powędrowały ku górze. - Twoi starzy byli bogaci? Nieźle, a ty co? Uciekłeś z domu mając szesnaście lat i zostałeś buntownikiem, czy wywalili cię po tym jak nie zdałeś studiów lekarskich? - Niezupełnie – odparł Książę. – Moi rodzice zostali zamordowani, a ja i ten facet byliśmy kochankami. Riku na chwilę znieruchomiał, a jego twarz poczerwieniała aż po same końcówki uszu. Spojrzał w kierunku swego gościa czując jeszcze większą pustynię w ustach. - Wybacz – bąknął. Tamten znów się uśmiechnął. - Dlaczego? Był w tym całkiem dobry, nawet jesteś do niego trochę podobny, wiesz? W jednej chwili pokój wydał mu się niesamowicie mały, a im dłużej roztańczone chochliki