Fantasy · 9 min czytania
Los bohatera
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Pokój wspólny Gryffindoru prawdopodobnie jeszcze nigdy nie zaznał takiego szału radości. Koszmar ostatnich lat w końcu się skończył. Ostatni potomek Slytherina odszedł do przeszłości i to za sprawą nikogo innego jak tylko Gryfona. Ale ich bohatera nie było z nimi. Zniknął gdzieś już kilka godzin temu, ale mało kto się trudził by go poszukać. Bohaterem tej nocy miało być kremowe piwo.
Przez okna na szczycie wieży wpadały szare promienie blasku księżyca blado oświetlając siedzącego na parapecie z podkurczonymi nogami Harry’ego Pottera. W dormitorium chłopców nie paliła się żadna lampa, a piec jako że nikt się nie zajął tym by wciąż ogrzewał zimne mury wieży, wygasł.
Rozległymi błoniami niknącymi w zachodzącym słońcu przechadzał się woźny szkoły. Z wysokości mogło się wydawać, że to Filch wędruje ze swoją kotką nie mogąc wytrzymać tego całego rabanu, a przeklinając to że nie może zrobić z uczniami porządku. Jednak to nie mógł być Filch i choć taka wiadomość Harry’ego by nie zasmuciła, to jednak złego licho nie bierze, a co najwyżej zmienia kubraczki. Tak więc w szkole jak nie Filch, to pojawiła się jego nader godna następczyni. Duch starszej kobiety powoli przemierzał ciemne już błonia, a krok za nią, na małym trójkołowym rowerku, ciągnąc wózek z zabawkami jechał jej synek. Dziecko jednak nie było roześmiane, a nienaturalnie ponure ze wzrokiem jakby pogrążonym w pustce. Woźna zmierzała ku opuszczonemu domkowi stojącemu tuż pod lasem.
Harry potrząsnął głową chcąc wyrzucić ten widok z głowy. Zaczął błądzić wzrokiem po ścieżkach wijących się gdzieś w dole. To skierował się nad jezioro, teraz tak spokojne iż niemal lustrzanie gładkie. To zaraz potem, mijając oświetlone złocistymi kwadratami światła wypadającego z zamkowych okien rabatki kwiatowe profesor Sprout, zawędrował wzrokiem ku domku Hagrida. Teraz tak ponurego z zabitymi oknami, czy wymarłymi grządkami dyń. Harry’ego coś ścisnęło w gardle. Pomyślał o Hagridzie i nagle poczuł się tak jakby jakaś niewidzialna ręka wdarła mu się do piersi i ścisnęła serce, a z każdą chwilą zaciskała się coraz bardziej. Po policzku Harry’ego spłynęła ciepła łza. Oczy zaszły mgłą tak, że już nie był w stanie rozróżnić czy patrzy na dom Hagrida, czy może gdzie indziej.
Część 22 / 2
A między niewzruszonymi wieżami Hogwartu, w mroźnej nocy przedzierał się bolesny skowyt bezpańskiego psa. Bezpańskiego, a od chwili także bezdomnego. Przezroczysta sylwetka ducha kobiety przemknęła nad grządkami dyń.
Coś skrzypnęło i Harry’ego niemalże uderzył hałas hucznej imprezy dochodzący z pokoju wspólnego. Gryfoni najwidoczniej tej nocy nie mieli zamiaru zasnąć, to była ich pierwsza od dawna noc, niezmącona żadnym niepokojem. Po chwili drzwi się cicho zamknęły i odgłosy zabawy ustały. Ktoś wszedł. Harry szybko przetarł oczy rękawem i usilnie dławiąc w sobie łzy zaczął się uparcie wpatrywać w swoje kolana. Neville nie odzywając się ani słowem, bezszelestnie usiadł na swoim łóżku i milczał.
W dole, pod Zakazanym Lasem powietrze swymi połamanymi gałęziami smagała rozwścieczona Wierzba Bijąca. Profesor Sprout, która próbowała ją ratować mówiła, że to prawdopodobnie jej ostatnia noc.
Odwrócił wzrok od okna i spojrzał na ciemny zarys Nevilla. Nie poruszał się, skamieniały siedział z głową pochyloną do przodu tak jakby usilnie chciał dojrzeć każdą nitkę ze swojej pościeli. Harry jeszcze chwilę temu nie chciał z nikim rozmawiać, ale teraz widząc tak posępnego Nevilla czuł, że powinien się odezwać, może tylko coś mruknąć a może porozmawiać. Przez chwilę ważył w myślach co powiedzieć, aż w końcu wykrztusił: - Jak się czujesz? – aż drgnął słysząc z własnych ust taki banał. Neville przez moment nawet się nie poruszył, tak jakby tego nie usłyszał. Po chwili jednak podniósł głowę i powoli podszedł do okna, przy którym siedział Harry. Nie odezwał się ani słowem, a tylko martwym wzrokiem zaczął się przyglądać błoniom. Harry również spojrzał za okno. Daleko poza wieżą, gdzieś w dole przez zimną toń jeziora przebiły się końce wielkich macek kałamarnicy, zaraz jednak zniknęły w ciemnościach jakby spłoszone obcymi im powiewami chłodnego, nocnego wiatru. - Harry – cicho zaczął Neville – Hermiona i Ron... Moja mama...Oni, oni przecież wszyscy odeszli... Ja jeszcze nigdy tak... Ale teraz nienawidzę…