Psychologia · 6 min czytania
Lot z kruczego gniazda
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bla, bla, bla, blu, blu, blu, ble, ble, ble, blo, blo, blo. Doktor psychiatrii Marek Reduta codziennie słyszy ten bełkot z ust pacjentów. Ludzi, którzy zgubili się, poplątali czy rozszczepili wewnętrznie. Wpadli w studnię depresji, zalali się rozpaczą, zamknęli w trumnie lęków, lub leżą pod gilotyną obsesji. Słucha. A mógłby się wyłączyć, przenieść do innego świata. Do słonecznej Kaliforni czy wyspy Kanaryjskie. Brylować w towarzystwie pięknych Latynosek i pić whisky z lodem. Tylko czy jest miejsce, quasi raj, gdzie ludzie nie chodzą po cienkiej nitce załamania nerwowego, i nie kołyszą się na huśtawce kapryśnego nastroju? Patrzy na Apoloniusza - pacjenta dwudziestoletniego. Skulonego w rogu kozetki niby przestraszony wróbel, wbijając tępy wzrok w ścianę. Dotor Marek sopgląda opiekuńczo na Apoloniusza. Pyta. - Jak się dzisiaj czujesz? - Bla, bla, bla, blu, blu, blu, ble, ble, ble, blo, blo, blo. Doktor symultanicznie interpretuje: - jestem chory, rzygać mi się chce na wszystko, jestem zdeformowany od wewnątrz. Tak. Marek dostrzega ten nienaturalny stan. Apoloniusz wygląda tak jakby wszystkie jego wnętrzności miły wypłynąć na podłogę. Ta hipotetyczna ale jakże obskurna wiwisekcja psuje nastój doktorowi. Wyjeżdża na miasto pooddychać nieskażonym powietrzem. W barze "smak" spożywa niby śniadanie. Telewizor zawieszony pod sufitem wygląda tak jakoś nienaturalnie, jak UFO w akwarium - rozmyśla oglądając wiadomości dla nałogowców, 24h na dobę. Nadają urywek z parlamentu. Polityk napina się i pręży przed kamerą, stroi błazeńskie miny. Mówi przekonująco. - Bla, bla, bla, blu, blu, blu, ble, ble, ble, blo, blo, blo. Marek niedowierza, przecież jest w "Kalifornii". Doktor krztusi się kawałkiem kotleta, wypluwa. Chce wymiotować. Nie! Nie tutaj nakazuje sobie to jest normalne miejsce. Wychodzi na zewnątrz łapczywie zaciąga się rześkim powietrzem. Co za ulga - wzdycha.
W domu odpoczywa. Ma swój sposób na to żeby się zrelaksować. Układa puzzle 5 tys. kawałków w dwa, trzy popołudnia. Skrawek do skrawka, jakże to wyzwalające zajęcie, Trzeba skupić się na strzępach artystycznej wizji a ile to daje przyjemności, delikatnych olśnień i podniet estetycznych kiedy to obraz układać się w piękną kompozycję. A przy tym nikt nie mówi bla, bla, bla. Żona wraca z pracy. Dla Marka opoka spokoju w zwykłych ekstremalnych warunkach codzienności. Zrzuca z siebie ubranie tak jak niektóre gatunki węży, pozbawiają się skóry. Zostawiają ten cały brudny, tłusty, wysłużony makijaż. Wchodzi pod prysznic. Zmywa ze skóry wyblakły makijaż kurzu. Jest czysta. Marek z głową w puzzlach, leczy ból egzystencjalny. Dzisiaj układanie mu jakoś nie wychodzi. Obraz dalej w rozsypce. Czuje się wyczerpany. Szuka wytchnienia. Zerka na błyszczące reklamy w gazetce z marketu. Piękna modelka z przyklejonym uśmiechem za pięć groszy kusi ofertą łatwozmywalnych garnków. W dymku dialogowym