Rodzina · 8 min czytania
Louis i ja - Część I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dom rodziny Sporne’ów przy ulicy 47 numer 2980 w Darndale stał na swoim miejscu od niepamiętnych czasów. Wszelkie możliwe konflikty wojenne – czy to wewnętrzne, czy to zewnętrzne – nie były w stanie zmieść tej chałupiny z ziemi, choćby wszystkie okoliczne miasta odwiedziło tornado. Może reszta domków by nie przeżyła, ale ten dom - nazywany przez złośliwych „Tina” – pozostałby nietknięty. Czy siła domu tkwiła w metodzie budowli, tego nikt nie wiedział. Wszyscy jednak wiedzieli, dlaczego ten dom wręcz jest zmuszony wytrzymywać wszelkie kataklizmy i zniszczenia – atmosfera panująca we wnętrzu budyneczku była chorym odbiciem zwykłej, porządnej, amerykańskiej rodziny w krzywym zwierciadle. Ani w Darndale, ani w otaczających je Great Phinnigs, Mermont i Bushwitz nie spotkano tak dziwnej mieszanki charakterów, jak rodzina Sporne’ów. Ich sąsiedzi podejrzewali nawet, że być może nie znajdzie się ich odpowiednika w całym stanie. Sporne’owie podobni byli do wielkiego, starego, pięknego, ale źle naoliwionego, zacinającego się i wkurwiającego swojego właściciela zegara. Najpierw widać było wielkie, mosiężne wahadło – głowę rodziny, Harolda, 45-letniego agenta ubezpieczeniowego o mocno nadszarpniętych nerwach. Następnie w zegarze drugą najważniejszą częścią była tarcza, jaką niewątpliwie była Geena, równie niezależna jak owa tarcza. Gdyby została wyjęta z zegara, ruch wahadłowy nie ustałby, a i ona by wiele nie ucierpiała, wręcz przeciwnie, miałaby się całkiem nieźle. Możnaby powiedzieć, iż wahadło zupełnie jej nie potrzebowało, jak i vice versa. Geena, lat 43, była wyzwoloną kurą domową, co stanowiło przedziwną mutację kobiety wywołaną przez kolorowe czasopisma. Całe te feministycznie pieprzenie zrobiło z niej nienawidzącą samców samowystarczalną kobietę, jednak komfortowy tryb życia na pieniążkach męża zatrzymało ją w domu. Była tarczą zegara – mimo, iż bez niej zegar działałby nadal, to cholernie ciężko byłoby odczytać godzinę. Jednak, najbardziej niestałą, najgorzej działającą i najczęściej kapryszącą częścią mechanizmu były wskazówki – godzinna – Louis, lat 14, minutowa – Marie, lat 12 i ja – wskazówka sekundowa – Max, lat 13. Trójczłonowe rodzeństwo Sporne. Ten zegar często wstrząsał nie dość, że fundamentami tego starego domu, to czasem i dzielnicą, jak nie całym Darndale. Byliśmy tak niedobranym kwintetem, jak boysband złożony z Eltona Johna, J.K. Rowling, Luisa Felipe Scolariego, Ronalda Reagana i Lordiego. To sprawiało, że nasz zegar był zegarem żywcem wziętym z teledysku Shaka Ponk.
- Podaj masło. - Posrało cię? - Louis, twój język! - Przepraszam, mamo, ale ten gnojek ma masło obok siebie, a nie chce mu się wyciągnąć łapska? - Synu, proszę cię. Jest piątek, ostatni dzień tygodnia. Jemy razem śniadanie. Jest miło. Czy ten jeden, jedyny, cholerny raz możemy się powstrzymać? - Kochanie, nie sądzę, żeby ta wulgarna uwaga coś… - Geena, przerywasz mi, gdy rozmawiam z moim synem! - Z TWOIM synem? Od kiedy to tylko TWÓJ syn? - Przestańcie! Marie wzięła swój talerz i omiatając kuchnię morderczym spojrzeniem wyszła, nie omieszkając trzasnąć drzwiami, aby zaznaczyć nieobecność. - I widzisz, co zrobiłeś? – powiedziała mama, odrzuciła nadgryzionego tosta i wyszła, również trzaskając drzwiami. Cud, że ta framuga po tylu latach jeszcze stoi. - Straciłem apetyt – powiedziałem ponuro – Smacznego. Wyszedłem z kuchni.
Jeśli zapytacie, po co pokazuję wam taką sytuację, odpowiedź jest prosta – piątkowy poranek 20 czerwca roku pańskiego 2006 świetnie ilustrował każde śniadanie w weekend, a na dodatek był dopiero wierzchołkiem góry lodowej, która miała się właśnie tego, nieszczęsnego dnia ukazać.
Louis jak zwykle wychodząc z domu był łaskaw skopać moje buty – w tym wypadku moje nowiutkie, białe adidasy. Schodząc na dół po schodach już zauważyłem brak blasku, który dzień wcześniej bił z przedpokoju. - MAAAMOOO!!! – wrzasnąłem…