Romans · 23 min czytania
Love story
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Była wiosna: słońce świeciło, a ona słuchała muzyki i myślała. Na jej kolanach mruczał wniebowzięty kot, a ona głaskała go od niechcenia i kiwała głową. Musiała obierać ziemniaki na obiad, ale jej się nie chciało. Musiała się uczyć, ale miała to gdzieś. Wolała tak siedzieć i patrzeć na unoszące się nad blokowiskiem chmury. I myśleć-wspominać przeszłość i marzyć o przyszłości. Nie miała ochoty i nastroju na robienie czegokolwiek innego. Chciała zrozumieć siebie i wgłębić się w każdy, nawet najskrytszy zakamarek swojej duszy. Nie interesowało jej co dzieje się na świecie, a już tym bardziej co działo się kiedyś. Ale o sobie, o każdej swojej myśli i zachowaniu musiała wiedzieć wszystko. Więc po raz enty analizowała swoje życie. Niedawno zakochała się w chłopaku, którego widywała codziennie w autobusie. Podobały jej się jego oczy... Były ciemnoniebieskie, otoczone czarnymi rzęsami. Włosy miał zawsze troszkę roztrzepane. I zawsze stał - nigdy nie siadał. Patrzył gdzieś w dal i był przy tym dziwnie zamyślony. Smutno zamyślony. Wiedziała, że to bez sensu, ale jej uczucie do niego wzięło się niewiadomo skąd. Po prostu: pewnego dnia przyjrzała mu się uważniej i zapragnęła by on coś do niej powiedział, złapał ją za rękę... zrobił cokolwiek. Od tego pamiętnego dnia minął miesiąc. A ona wciąż tylko siedziała w tym zakichanym autobusie i patrzyła wyczekująco na jego plecy. A w jej głowie wytwarzały się dokładne kwestie ich rozmów, mimo iż nawet nie wiedziała jak brzmiał jego głos. I tak jadąc tym autobusem marzyła sobie o wielkiej miłości. Wiedziała, że to nie ma żadnej racji bytu, ale i tak nie miała niczego ciekawszego do roboty, więc z przyjemnością oddawała się marzeniom. Robiąc to czuła się szczęśliwa, mimo iż jej myśli nie miały najmniejszego związku z rzeczywistością. Często nazywała siebie idiotką, ale robiła to z uśmiechem, bo nie chciała stąpać twardo po ziemi – wolała latać. I tak siedząc teraz i patrząc na białą chmurę, znowu zaczęła myśleć jak siedzi z „chłopakiem z autobusu” na jakiejś łączce i opowiada mu o sobie. O tym co ją boli i o tym co ją cieszy. Wyobrażała sobie jak dyskutują o szczęściu, o życiu, o Bogu. Aż w końcu popatrzyła na swojego kota, a on też na nią spojrzał i mrugnął do niej. - Tak malutki! Jesteśmy dwoma migotkami! – powiedziała, a kotek wesoło miauknął i mruknął jednocześnie. – Ach ty! Tylko ty mnie kochasz... I to stwierdzenie ją zasmuciło. Bo taka była prawda. Znaczy... Miała kochających, normalnych rodziców. Ale ona marzyła o tym prawdziwym uczuciu: na wieki łączącym kobietę i mężczyznę. Marzyła... tylko marzyła. Niestety. I teraz siedząc tak na swoim ulubionym fotelu, który zdawał jej się być najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi, postanowiła przestać marzyć o rzeczach niemożliwych. Miała już dość swojego życia, którego jedynymi kolorami były marzenia. Popatrzyła na chmury i poczuła jak by była jedną z nich. Czuła że ma w sobie potęgę, że może decydować o własnym życiu. Że jest w stanie zrobić wszystko... Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk dzwonka do drzwi, więc poszła je otworzyć. - Obrałaś ziemniaki? – spytała się mama. - Nie... Mama popatrzyła na nią trochę złym wzrokiem, bo wracając do domu miała nadzieję, że zastanie ciepły obiad. Ale niestety znów się zawiodła.
Następnego dnia, dziewczyna idąc jak codziennie rano na przystanek autobusowy, myślała o tym, że pierwsza jest historia, na którą nic nie umie, potem matma, na którą też nic nie umie i polski, na którym prawdopodobnie będzie kartkówka, na którą oczywiście nie była przygotowana. To było przygnębiające. Zajęta swoimi myślami, nawet nie zauważyła kiedy doszła na przystanek. Cały czas patrzyła się pod nogi i nawet nie zerkała jak zwykle na ulicę czy przypadkiem nie jedzie autobus. Zatrzymała się dopiero tuż przy słupku z rozkładem, po czym spokojnie czekała na przyjazd autobusu. Gdy ten już nadjechał i drzwi się otworzyły, dziewczyna dostrzegła biegnącego chłopaka - tego, w którym była zakochana. Gdy był już jakieś dwa metry od niej, potknął się i poleciał prosto na nią. Ona walnęła głową w słup, a on przygniótł ją do tegoż słupka, a drzwi od autobusu się zamknęły. - Kurwa! Co za kierowca?! – powiedział wściekły chłopak – sory, przeze mnie nie wsiadłaś do tego cholernego autobusu... – dopiero po tych słowach spojrzał na stojącą przy nim dziewczynę. - Nic ci się nie stało? - Nie, tylko się w głowę trochę walnęłam – mówiła z wyraźnym bólem rysującym się na twarzy. On ponownie na nią spojrzał i zupełnie nie wiedział co ma powiedzieć - w końcu ona przez niego nie dojedzie na pierwszą lekcję, a do tego boli ją głowa no i w dodatku mu nic się nie stało. Stał więc i nie wiedział co ma zrobić z rękami i co powinien powiedzieć. - Naprawdę cię przepraszam. Wiesz, ja nigdy nie mogę się wyrobić na ten autobus i zawsze muszę dobiegać – mówił zmieszany. - Ależ nic się nie stało. Głowa już mnie nie boli, a dzisiaj miałam pierwszą historię i nawet się cieszę, że na niej nie będę. - Aha... Ale i tak jest mi głupio. A do jakiej szkoły dojeżdżasz? - Do LO5. A Ty? - Do samochodówki. - Yhy. Uhm... To ja chyba pójdę do domu bo nie ma sensu tak tu stać. On spojrzał na nią i czuł, że nie może pozwolić jej odejść. Jeśli teraz z nią dłużej nie pogada, to może już nigdy nie odważy się do niej odezwać. - Słuchaj, to może ja cię odprowadzę. Bo słyszałem, że uderzenia w głowę są bardzo niebezpieczne. Jeszcze coś ci się stanie. Nie chciałbym mieć cię na sumieniu – mówił pół-żartem, pół-serio. - No dobra – odparła niby obojętnie, ale w głębi duszy bardzo się cieszyła, że on jej to zaproponował. Szli chwilę w milczeniu i każdy był zajęty swoimi myślami. Ona wciąż nie mogła uwierzyć, że idzie obok tego o którym marzyła i wciąż wydawało jej się, że to jakiś sen z którego zaraz się przebudzi. A on był szczęśliwy, że wywalił się na tą idącą teraz obok niego dziewczynę. Wyszedł z domu z nadzieją, że zdąży na autobus, a jednak nie zdążył i co dziwniejsze - bardzo się cieszył z tego powodu. - Uhm... – zaczął – my tak idziemy niby razem, a nawet nie znamy swoich imion. Jestem Andrzej, a ty? - Olka – odpowiedziała z uśmiechem. - Miło mi poznać – podał jej rękę, popatrzył w oczy i dodał - Czy ktoś ci kiedyś mówił, że masz piękny uśmiech? - Eee... nie? - No to ja Ci mówię. Ola spojrzała na niego i zupełnie nie wiedziała co ma zrobić, więc dalej się uśmiechała. A Andrzej podziwiał jej delikatny sposób bycia – takiej dziewczyny jeszcze nie spotkał. - Zawsze jeździsz tym autobusem? - Tak. - No to dziwne, że wcześniej ciebie nie widziałem. - Wcale nie. Przecież dużo osób jeździ tym autobusem. - No niby tak... ale... a zresztą. A tak właściwie to gdzie ty mieszkasz? - Niedaleko, w tamtym bloku – po czym Ola wskazała palcem swój blok. - Oj... To blisko. A mi się tak miło z tobą idzie. - No to może chodź do mnie do domu – „Jejku! Co ja mówię. Przecież ja właściwie nie wiem kim on jest”. - Chętnie. Ola ponownie uśmiechnęła się do swojego nowego kolegi i aż do drzwi jej domu szli w milczeniu. Ona zastanawiała się po co go tam zaprosiła. - Chcesz herbaty? - Tak. - A mocną czy słabą pijesz? - Mocną. - To idź, o tam – Ola pokazała drogę do swojego pokoju i dodała z uśmiechem – i czuj się jak u siebie w domu. Andrzej poszedł we wskazanym kierunku, usiadł na ulubionym fotelu Oli i oglądał jej pokój. Był malutki, zawalony miśkami i książkami. Ale przy tym wszystkim był dosyć przytulny. Po kilku minutach wróciła Ola z dwoma herbatami i postawiła je na biurku. Chciała coś powiedzieć, ale zupełnie nie wiedziała co. Popatrzyła na swojego kotka szukając w nim natchnienia i powiedziała: - Lubisz koty? - Wiesz... raczej wole psy. - Aha – „Co ja mogę powiedzieć?” zastanawiała się i siedziała ze spuszczoną głową i bawiła się swoimi palcami. - No ale koty nie są najgorsze. Całkiem milutkie zwierzątka. - No tak. Mruczą i można je pogłaskać. - No właśnie. Przydałby mi się właściwie taki kotek. - To sobie załatw jakoś. - To nie takie łatwe. Mam dużego psa. - Yhy... Może włączę muzykę. - No, dobry pomysł. Ola chwyciła pilot i włączyła jakieś radio, w którym właśnie Doniu rapował, że jest draniem. - Może być, czy przełączyć? - Może być. Ja to właściwie mogę wszystkiego słuchać. - To tak jak ja. A masz jakieś ulubione piosenki? - No jakieś tam mam... Ale te ulubione cały czas mi się zmieniają. - No i dobrze, trzeba się rozwijać, no nie? - Wiesz co? Ty naprawdę pięknie się uśmiechasz. Ona nie wiedziała gdzie podziać wzrok i nie wiedziała co ma mu powiedzieć i jak się zachować. Jeszcze nigdy nikt nie mówił jej takich komplementów. - To może wypijemy herbatę? Na pewno już trochę wystygła. - No. Podeszli razem do biurka, każdy wziął swoją szklankę i z powrotem poszli usiąść – tym razem oboje siedli na kanapie. - Pyszną herbatkę zrobiłaś. - Normalną. - Ale zrobiłaś ją specjalnie dla mnie. - No tak, jak ja coś zrobię to musi to być dobre – odparła ze śmiechem – a jak już jesteśmy przy moich kulinarnych wyczynach, to może masz ochotę na murzynka? Sama wczoraj robiłam. - Oczywiście, ze mam ochotę. Ola poszła więc do kuchni i ukroiła dwa kawałki ciasta. Wróciła z nimi do pokoju, jeden podała Andrzejowi, a drugi zaczęła jeść. I siedzieli tak sobie, popijali herbatę i zagryzali ją murzynkiem. Gdy już skończyli jeść, pan w radiu oświadczył, że minęła właśnie dziewiąta. - O kurcze! Już nawet nie zdążymy na trzecią lekcję – powiedziała Ola. - No, rzeczywiście. Jak ten czas szybko leci. A co miałaś drugie i trzecie? - Matma była druga i chyba był na niej sprawdzian z prawdopodobieństwa, a trzeci mam polski, na którym ma być sprawdzian z treści „Potopu”. A ja nie jestem przygotowana na to ani na to. A ty czytałeś „Potop”? - Wiesz, ja dopiero jestem w pierwszej klasie. - Serio? - No tak. - Nie pomyślałabym. Wyglądasz na starszego. - Oj tam. Ja jestem prawie w twoim wieku, bo urodziłem się 12 lutego. - Uhm... a ja 15 grudnia. - No widzisz. Jesteś ode mnie starsza tylko o dwa miesiące. - No, tylko... Po pewnym czasie obydwoje stwierdzili, ze nie ma już sensu jechać do szkoły. Razem było bardzo przyjemnie, a w szkole z pewnością byłoby nudno. Rozmowa toczyła się na przeróżne tematy: gusty muzyczne, zainteresowania, rodzice, alkohol, szkoła, matura, przyszłość. Ola i Andrzej wypili jeszcze kilka herbat i zjedli kilka kawałków ciasta. Po paru godzinach takich rozmów o niczym i śmiechów, on złapał ją za rękę a ona nie miała nic przeciwko temu. Było jej z nim bardzo dobrze. O 15:00 Andrzej musiał już wracać do domu, więc wziął numer komórki od Oli i wyszedł. Ona usiadła na swoim fotelu i nie mogła uwierzyć w to co się stało. Wcale nie myślała, o tym że dzisiaj była na pierwszych w swoim życiu wagarach. Zwisało jej to, szkoła nie jest wcale najważniejsza - bardziej liczyło się jej szczęście. Chciało jej się żyć, czuła się tak cudownie, że aż obrała ziemniaki na obiad. Mama wróciwszy do domu była bardzo zdziwiona, że na stole stoi przygotowany obiad. - Olu? Co się stało, że obiad zrobiłaś? - A wiesz mama. Jeść mi się chciało. - Aha.
Tymczasem Andrzej idąc do domu nie mógł uwierzyć, że ten dzień tak się rozpoczął. Wciąż wydawało mu się dziwne to, że spotkał taką dziewczynę, że ona zaprosiła go do swojego domu, że ona mu się spodobała i dobrze mu się z nią gadało. To było dla niego nie do pojęcia. Coś takiego spotkało go pierwszy raz w życiu. Otworzył drzwi do swojego mieszkania i do razu wybiegł do niego…