Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 28 min czytania

Loveball

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Idąc w stronę umówionego miejsca myślałam, że głowa mi wybuchnie. Nie ważne, czy była to kwestia wysokiego ciśnienia, zmęczenia, zmiany powietrza… - chciałam jak najszybciej pozbyć się pulsującego bólu w skroniach. Teraz żałowałam, że zamiast prosto do domu idę na jakiś koncert. Wchodząc do zadymionego pomieszczenia jeszcze bardziej skarciłam się w myślach – mogłam się przecież domyślać, że koledzy moich przyjaciół grają ciężkiego rocka. No i, jak na złość, wyładowała mi się komórka – dlatego nie byłam w stanie zlokalizować reszty. Tak naprawdę nie chciało mi się słuchać serii identycznych piosenek, ale ostatecznie zmusiłam się, do pozostania na swoim miejscu. Nie czułam się dziwnie… no może trochę – wszyscy ubrani na czarno, chłopaki z długimi włosami, dziewczyny z czarnym makijażem, a obowiązkowo każdy w glanach. Ja jedna wyróżniałam się dość jasnym strojem, kolorową torbą i paroma innymi szczegółami. Dlatego wszyscy na mnie patrzyli. Nie miałam nawet siły interpretować tych spojrzeń – zawistnych ze strony dziewczyn i zaciekawionych u chłopaków. Stanęłam tak, żeby dobrze widzieć i nie zostać zgniecionym podczas szalonego tańca pozostałych. Zaczęło się. Ostre dźwięki przeszyły moją biedną głowę, a krew zaczęła pulsować w niej dwa razy mocniej niż wcześniej. Lekko się zatoczyłam przykładając rękę do czoła i zamykając oczy. Oparłam się na kimś, kto stał za mną. Na szczęście w tym tłumie każdy co chwilę ocierał się i wpadał na sąsiadów. Poczułam męskie perfumy. I idealnie wyrzeźbione mięśnie brzucha. Przestałam myśleć o bólu i zaczęłam wyobrażać sobie chłopaka stojącego za moimi plecami. Pewnie z długimi, ciemnymi włosami, w czarnych ciuchach, może w okularach. Nie mógł być specjalnie wyższy ode mnie, nie skakał też szaleńczo jak pozostali, ale to o niczym nie świadczyło. Miał wspaniały brzuch… mięśnie czułam przez swoje ubranie – w całej okazałości musiały więc być niesamowite. Koncert dobiegał końca, któraś z kolei bisowa piosenka, stuprocentowo ostatnia, powoli cichła. A ja musiałam jakoś przyjrzeć się temu gościowi… nie miałam tylko żadnego konkretnego planu, a ból głowy wcale w jego wymyśleniu mi nie pomagał. Musiałam więc pogodzić się z tym, że pewnie więcej go nie spotkam, z resztą zapewne zapomnę o nim za jakieś kilka dni… Niespodziewanie usłyszałam swoje imię z końca sali, odwróciłam się gwałtownie i dostrzegłam grupkę znajomych, z którymi się tutaj umówiłam. Przy okazji zobaczyłam także swojego sąsiada. No i zamarłam… Nie był metalem. Nie nosił czarnego ubrania, glanów i długich do pasa włosów. Wyglądał dokładnie tak, jak moi znajomi z klubu – w Nike'ach, szerszych spodniach i dłuższych włosach. Miał kurtkę do snowboardu, a na czapeczce znaczki, które także kojarzyła ze stoków. Zanim zdążyłam zareagować (czyli uśmiechnąć się rozbrajająco i rzucić coś niezobowiązującego) moja paczka podbiła do na i witając się najpierw ze mną, patrzyła wyczekująco na chłopaka. - Ivy, nie przedstawisz nas swojemu znajomemu…? – spytał w końcu ktoś śmielszy. Wszystkie oczy, łącznie z moimi, zwróciły się na stronę tajemniczego gościa, który uśmiechnął się promiennie i podając każdemu rękę rzucił: - Szymon. – mnie ominął, dając tym samym do zrozumienia, że sama zdecyduję jak to wyjaśnić. Źle trafił, bo nie należę do dziewczyn, którym dyktuje się reguły i sama postanowiłam je ustalić. A właściwie podjąć to śmieszne wyzwanie. - Nie mówiłaś, że przyjdziesz z kimś… To znaczy, nie że mi to przeszkadza, czy coś… tak tylko… - Spotkaliśmy się przypadkiem tutaj. – odpowiedziałam pewnym głosem. - No to chodźmy do stolika, zamówmy coś do picia i sobie tam pogadamy… Cała grupa, która nagle okazała się być dość spora, znalazła się w spokojniejszej sali, każdy usiadł ze swoim napojem przy stoliku. Ja początkowo zajmowałam się swoimi przyjaciółmi z paczki, w końcu z ich powodu tutaj przyszłam. No i cała sytuacja musiała wyglądać w miarę naturalnie, dlatego dopiero po jakiejś chwili, gdy wszyscy zatopili się innych konwersacjach, mogłam spokojnie poznać Szymona. - Sorry w ogóle, że tak to wyszło, ale sam chciałeś… - No coś ty! Pomyślałem, że może być ciekawie… - mrugnął do niej przyjaźnie – Masz na imię… - …Iwona, ale mówią na mnie Ivy, jest szybciej i… oryginalniej. – i tak potoczyła się rozmowa. Zagadaliśmy się bardzo – te same zainteresowania, te same kluby, te same sporty, te same ulubione filmy i ksiązki, ta sama muzyka, wspólni znajomi... zrobiło się późno, odprowadził mnie do domu, pocałował w policzek i… odszedł. Zapomniał tylko o jednym szczególe. Albo, jak wyglądało to moim zdaniem, celowo nie wziął mojego numeru. Nie chciał mnie więcej spotkać. Cóż. Z jednej strony jego strata, z drugiej nadal czułam ten jego sześciopak na plecach…

Kilka tygodni później, jak zawsze w słoneczne, wolne dni, zebraliśmy się całą paczką i poszliśmy pograć w kosza na pobliskie boisko. Upał był niesamowity, ale obiecany basen stawiany przez przegraną drużynę zagrzewał do walki. Głęboko oddychając oblewałam się wodą z butelki, mając generalnie gdzieś, czy zniszczy mi się fryzura, albo zmoczy koszulka – było strasznie gorąco. I szczerze podziwiałam chłopaków, którzy jeździli na deskach na rampie zaraz obok boiska. Zamknęłam oczy żeby móc wreszcie uspokoić oddech, słyszałam jakieś głosy, zamieszanie na boisku, ale niewiele mnie to teraz obchodziło – moja drużyna wygrywała, i to sporą przewagą, więc dziś chyba zaoszczędzę kieszonkowe. I ta myśl cieszyła mnie jeszcze bardziej – zbieraliśmy na wielki, wspólny wyjazd do Amsterdamu, a moja robota kelnerki w podłej knajpie nie była mi na rękę. Dzięki dzisiejszej kasie będę mogła rzucić ją dzień wcześniej. - Ivy, zgadzasz? – usłyszałam i otworzyłam oczy. Przede mną, poza Miśką - przyjaciółką z drużyny, stały te chłopaki z deskami. - Sorry, na co? – spytałam nieprzytomnie próbując sobie przypomnieć skąd znam jednego z nich. - Moi koledzy, jeszcze z podstawówki, chcieliby z nami zagrać… pytam, czy ok.? - Jasne… - odparłam wstając. Dopiero, gdy Miśka przedstawiała mi tych pięciu facetów przypomniałam sobie sytuacje z koncertu i skojarzyłam imię z jego właścicielem. Zauważyłam porozumiewawcze spojrzenie, dlatego podchwyciłam grę i udawałam, że się nie znamy. Może nie grali najgorzej, ale zawsze mogli postarać się bardziej. Zwłaszcza, kiedy już dowiedzieli się, jaka jest stawka. - Przez…was… mamy… remis… - wysapałam do Szymona, gdy razem znaleźliśmy się poza boiskiem. - Powinnaś się cieszyć, że wam pomagamy, bo nie dałybyście sobie same rady… - rzucił lekko puszczając do mnie oczko i podając wodę. Groźnie zwęziłam oczy. Nie będzie mi cisnął, dzieciak jeden! - Powinieneś się cieszyć, że przyłączyliście się do całej drużyny. Sam na sam ze mną nie miałbyś szans. - Oczywiście. Co do tego nie mam wątpliwości. – jego ironiczny ton bardzo mnie wkurzył. - Chcesz się przekonać…? – zmrużyłam ze złością oczy - Chcę. - Gdzie i kiedy…?! - Gdy nadejdzie odpowiednia pora, powiem ci. – no nie. Rządził. Wygrywał. Nie ma mowy. Nie pozwolę mu. – Nie wkurzaj się tak. Po prostu wolę to zrobić z… hmmm… zaskoczenia. - Ok. Jak chcesz. I tak jestem lepsza.

Basen, na który później poszliśmy wszyscy razem, był najlepszą rzeczą, jaką wymyślono. Chłodna woda, prażące słońce zaraz po wyjściu z niej i bliskie sąsiedztwo małego sklepiku z piwem były wszystkim, czego cała ekipa potrzebowała w tamto niedzielne popołudnie. A ja dodatkowo mogłam bez obaw i wyrzutów przyglądać się Szymonowi, którego brzuch, tak jak spodziewałam się od początku, był najlepiej zrobionym męskim brzuchem, jaki widziałam.

Kilka dni później siedziałam długo przed telewizorem. Rodzice gdzieś wyjechali, a ja nie miałam ochoty na robienie dziś wielkiej imprezy i wielkiego sprzątania rano. Może jutro…? Patrząc na zegarek zarejestrowałam godzinę 1. Szybki prysznic i do łóżka. Ale nie było mi dane... Mój telefon zaczął dzwonić, gdy tylko zgasiłam światło w pokoju. - Nie idź jeszcze spać, mała. Myślę, że nadszedł odpowiedni moment, żeby sprawdzić, czy miałaś rację. – w pierwszej chwili chciałam rzucić słuchawką. Bezczelny typ, dzwoni w środku nocy i chce żebym poszła z nim pograć w kosza… ale z drugiej strony bardzo korciło mnie, żeby pokazać mu, ile powinien się jeszcze nauczyć. - Gdzie i za ile chcesz się spotkać? – próbowałam mówić normalnym, nie zaspanym głosem. - Pod twoją bramą, możliwie jak najszybciej, bo trochę wieje i chyba zaraz zacznie padać. – Już mógł tego nie mówić. Jeszcze bardziej odechciało mi się wychodzić z ciepłego łóżka.

- Widzę, że gdybym zadzwonił wcześniej, zastałbym cię pod prysznicem. Ślepe szczęście. – patrzył na moje mokre włosy. A ja dopiero teraz zauważyłam, że ma piwne oczy. Szliśmy w całkowitym milczeniu. Koło boiska paliła się latarnia oświetlająca przynajmniej go fragment. Stanęłam na środku trzymając w rękach piłkę. – Tak po prostu zaczniemy grać…? Bez żadnej rozmowy…? Rozgrzewki? – nie chciałam zastanawiać się nad interpretacją tego tonu, po prostu rzuciłam piłkę. Kilka szybkich ruchów i zdobyłam pierwsze punkty. Początkowo miałam przewagę, później jednak różnica się wyrównała, nie wiem czy wcześniej dawał mi fory, czy rzeczywiście potrzebował małej rozgrzewki – był dobry. Lepszy niż poprzednim razem. I jeszcze te ogniki w jego oczach, zwinne ruchy rąk… nie mogłam skupić się na grze. Zagapiłam się, i próbując wykonać perfekcyjny dwutakt wpadłam na niego. A właściwie on na mnie. Szybko przerzuciłam piłkę za plecy i tam ją przytrzymałam, jego ręce również na niej spoczęły. Dzieliła nas jedynie milimetrowa odległość. Choć wtedy wydawała mi się to być przepaść nie do przeskoczenia. Patrzył mi prosto w oczy. Kilka niesfornych kosmyków jasnych włosów opadło na jego mokre czoło. Lekko się uśmiechał… Nie mogłam oprzeć się chęci pocałowania go, ale w mojej głowie zrodził się bardziej przebiegły plan. Bo tylko jedna rzecz, mogła być od tego przyjemniejsza… Przekrzywiłam lekko głowę, zwilżyłam usta i z pożądaniem wpatrywałam się w jego oczy. Gdy zaczął nachylać się w moją stronę, a jego ręce ześliznęły się z piłki na moje biodra, szybkim ruchem wywinęłam mu się i zdobyłam kolejne punkty. W tym momencie stoper dał znać, że mecz dobiegł końca. O tak… wygrana była o wiele lepsza, niż zaliczenie się do wielkiej grupy zdobytych przez niego lasek (bo pewnie tak o mnie myślał – jak o kolejnej zdobyczy). Podeszłam do ławki, ubrałam bluzę, wzięłam piłkę i odwróciłam się, w celu pożegnania. Szymon stał w tym samym miejscu, co przed chwilą, z rękami w kieszeniach, z rozwalonym łokciem i miną nie wyrażającą żadnych uczuć. - Dzięki. – podeszłam po chwili wahania wyciągając rękę w jego stronę – Jesteś naprawdę dobry. – uścisnęliśmy sobie dłonie. Zostawiłam go na środku boiska, odchodząc powoli. Nie chciałam, by widział uśmiech triumfu na mojej twarzy – podejrzewałam, że czuł się wystarczająco głupio. - A właśnie… jutro nie będzie moich rodziców, chyba zrobię małą imprezę, jak chcesz to wpadaj z kumplami… - rzuciłam, ale na boisku, ani nigdzie w zasięgu wzroku nikogo już nie było. - …"małą"… - powtórzyłam i uśmiechnęłam się do siebie. Jak zwykle.

- Więc nie chcę wiedzieć, jak wygląda duża. – usłyszałam za sobą jego głos. Rozejrzałam się wokoło: jakieś 40 osób tańczyło, jadło, piło i rozmawiało w moim małym mieszkaniu. No i co chwile przychodził ktoś nowy, ktoś pytał czy znajomi mogą wpaść… jak to zawsze na moich imprezach. - Cześć. Rozgość się, ja muszę… znaleźć telefon i zadzwonić do moich starych… żeby się nie martwili że robię imprezę… - mówiąc to przegrzebywałam fotel, na którym leżało mnóstwo bluz i koszul gości. Zaskoczył mnie swoim przybyciem, spodziewałam się raczej jakiegoś wielkiego focha, obrażonej miny, zerwania kontaktu… który z resztą nie istniał za bardzo do tej pory. A jednak… W końcu udało mi się znaleźć słuchawkę. Zamknęłam się z nią w pokoju. Zdałam rodzicom relację z "ciężkiego dnia" i rzuciłam, że mam zamiar położyć się wcześniej. Oczywiście nie uwierzyli. Zwłaszcza, że ktoś wszedł do pokoju i hałas z salonu przedostał się i tutaj. - Sorry, nie wiedziałem, że rozmawiasz z rodzicami. Powiedzieli mi, że tu jest komputer… - Spoko, są przyzwyczajeni, poza tym sąsiadka pewnie już do nich dzwoniła z pięć razy. Zazwyczaj to pomieszczenie jest zamknięte, ale dla ciebie zrobię wyjątek… - włączyłam mu mojego PCta i zostawiłam samego. Miałam nadzieję, że na komputerach zna się tak dobrze, jak na graniu w kosza. Z 40 zrobiło się jakieś 60 osób. Wszyscy krzyczeli, śpiewali i tańczyli do głośnej muzyki. Na szczęście miałam tylko jedną sąsiadkę, która, jak się okazało później, wyjechała na urlop z mężem i w domu zostały tylko dzieci. W efekcie one też przyszły się bawić i przyprowadziły swoich znajomych. Uwielbiałam takie domówki! Nawet wizja sprzątania nie była tak straszna, bo grono osób i tak zostawało na noc – będą musieli mi pomóc. Kolejny kieliszek "za gospodarza" i byłam gotowa sama roznieść ten dom, żeby tylko muzyka zagrała troszeczkę głośniej. Mój były chłopak znów chyba zapomniał o naszym zerwaniu, cały czas kręcił się obok mnie, każdy czegoś chciał, każdy wołał, żeby się z nim napiła… nie… ja chciałam tylko tańczyć! Damian (eks) nie dawał mi spokoju, więc zwinnym ruchem schowałam się w swoim pokoju, kiedy nie patrzył. Zapomniałam, że zostawiłam tam wcześniej Szymona. - Nadal tu jesteś…? – spytałam wzdychając głośno i siadając na łóżku. - Jeśli ci to przeszkadza, mogę wyjść. Po prostu znalazłem parę interesujących stron… - stanęłam za nim i patrzyłam mu przez ramię. - Przyszedłeś na imprezę, żeby oglądać strony? - No… nie, chciałem tylko sprawdzić wyniki ostatnich meczy, ale w ulubionych dostrzegłem kilka ciekawych pozycji. – dopiero teraz załapałam, że mówił o naszej trasie wycieczki po Holandii. Zaśmiałam się pod nosem. – Co cię…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Loveball — czytnik · opowiadania