Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 3 godz. 59 min czytania

Łowca Dusz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Znowu się na niego gapił. Już trzeci dzień z rzędu przychodził tu po południu i wlepiał w niego swe oczy, szkliste i roziskrzone jak mydlana bańka. Już trzeci raz z rzędu, czuł to samo podniecenie... Identyczne z tym, które zapłonęło w nim przed trzema dniami, wciąż niezmienne w swej stałości. Ten sam żar... Wciąż ten sam. Zdawało się, że mógłby trwać wiecznie, że nigdy nie zgaśnie... Tylko przybierze na sile i rozpali wiecznym ogniem. A on czekał na to... Czuł, że już niedługo ogień wybuchnie ze zdwojoną siłą; podlany benzyną złotego blasku, eksploduje żarem. Jego młodzieńczy instynkt, był jak sufler... I szeptał mu to, dokładnie od trzech dni tańczenia, na tej cholernie zakurzonej scenie tak, jak mu blask zagra. I ktokolwiek, widziałby teraz młodego Jacka, te jego blade oblicze i podkrążone oczy, bez wątpienia odniósłby wrażenie, że chłopak albo się czymś naćpał, albo się w kimś zakochał. Wybrałby jedno z dwóch i tylko pokręciłby głową z zażenowaniem lub w głębi serca, życzył mu szczęścia w miłości. Ale na cokolwiek by postawił, cokolwiek ten ktoś, by wybrał... To tylko otarłby się o prawdę, tak jak ludzie zwykli ocierać się o śmierć. Wydobyłby z mroków tajemnicy tylko część odpowiedzi... Pojedynczy element tej jego misternej układanki. Pojedynczą z miliona myśli zlanych w jeden koktajl i buzujących w najlepsze, gdzieś głęboko w jaźni Jacka, jak w jakimś psychicznym shakerze. Bo cóż można wyczytać z czyjejś tylko twarzy? Radość, smutek, zawiść, złość? Marny wachlarz, zwłaszcza, że Jack słynął z tego, iż umiejętnie potrafił się maskować, malując na płótnie swej mimiki coraz to nowe obrazy. Tym razem jednak, nie trzeba było być policyjnym psychologiem, by odkryć, że chłopak się zwyczajnie zakochał. Wróć: niezwyczajnie... Bowiem Jack, nie był zwyczajnie zakochany... On był naćpany miłością. Narąbany po uszy, albo nawet mocniej. I to nie taką zwykłą miłością, bo nią to naćpać się nie sposób. A to wielka różnica. Diametralna... To nie była miłość w stylu: weź i zapomnij. Ona wbija się w serce i wkręca jak wiertło. Była głęboka jak jego oczy i wciągająca jak ich spojrzenie. A on z czasem odkrył, że coraz bardziej zaczął ją przypominać. Taka właśnie była... Taka jak on i zdolna do wszystkiego. Popadł w nałóg, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Bardzo szybko tonąc w nim doszczętnie i niezdarnie jak rozbitek podczas szalejącego sztormu, miotany na boki i rozbijany o jego fale. I choć sam, nigdy nie określiłby się mianem ćpuna, to tak właśnie było. Był od niej uzależniony. Od miłości do niego... I jakkolwiekby postąpił, cokolwiek, by teraz zrobił, wybiegł z antykwariatu zostawiając wszystko w jasnej cholerze, czy został i dalej śliniąc, dziwnie patrzył się w przód. To i tak... To było, jest i będzie jak gorejące znamię... Rana, która nie daje o sobie zapomnieć. Rana, która jeśli nie zostanie uleczona zacznie ropieć i stanie się siedliskiem robactwa. Robactwa, które z rany rozlezie się po całym ciele i zeżre je od środka, wijąc się pod skórą i wewnątrz wnętrzności. Jack musiał dorwać w końcu lekarstwo na tą cholerną chorobę. Dorwać bardzo szybko, albo uschnąłby z tęsknoty, powoli gnijąc od środka. Kąciki jego ust mimowolnie uniosły się ku policzkom. Uśmiechał się. Czuł bowiem, jak jego oczy już trzeci raz z rzędu, odbijają ten sam blask. Nie mylił się i choć z początku nie było tego widać, to w jego oczach, rzeczywiście coś się skrzyło. To samo, co nakazało mu się uśmiechać i znowu wrócić tu po szkole. Coś co dobrze go wytresowało i teraz odbijając blask popołudniowego słońca, puszczało mu oczko złotymi refleksami. Coś co zaklęte jak komar w bursztynowej powłoce, czekało na czyjąś ciepłą dłoń. (No chodź) A on pragnął tego równie mocno, tak jak marynarz po dwumiesięcznym rejsie, pożąda kobiety. (Weź mnie) Cała prawda o Jacku... (Zamknij w sobie) Jego sekret, strzeżony najpilniej ze wszystkich, tak by nikt, nigdy nie poznał prawdziwej twarzy jego tajemnicy... By nikt, nigdy nie śmiał mu jej wykraść. Tak, by potem, temu komuś nie stała się żadna krzywda. Tylko Jack znał prawdę... Tylko on miał do niej dostęp. Jego prywatna obsesja... Obsesja, którą można ukryć w dłoni. Obsesja zaklęta głęboko w jego jaźni. (Jak owad w bursztynie) A potem... Ten głos... Jak stara, nuta fortepianu. Krzywy, niedostrojony, jakby puszczony z zepsutej płyty. Wibrował gdzieś za nim, obok i tuż przed. Jak głos wspomnień zatartych strugami czasu i porządnie zakurzony. - W czym mogę pomóc? - uderzył w Jacka jak wiatr, przywodząc mu na myśl stare czasy, kiedy mama wolała wołała go na obiad, a on miał to w głębokim poważaniu i dalej bawił się klockami. Dźwięczny głos z wytartym brytyjskim akcentem, ukrytym pod płaszczem amerykańskiej wymowy. Jack oblał się rumieńcem. Nawet nie przypuszczał... (Odwal się) Ktoś wtrącił się, prosto pomiędzy jego myśli i to te najbardziej intymne, rozrywając je impetem równym temu z jakim każdego ranka, światło dnia zwykło powalać noc. Chłopak speszył się nieco, wyrwany z głębokiej sfery rozmyślań. Poczuł się zupełnie, jakby ktoś właśnie przyłapał go na masturbacji. Nieprzyjemne uczucie... Doświadczał go już w przeszłości, („Jacky co ty...?”) ale nigdy w takim miejscu. I nie w takich okolicznościach. - Młody człowieku? - ktoś znowu ponaglił. Ktoś stojący dokładnie na wprost niego. (Spieprzaj) Chłopak delikatnie uniósł wzrok, czując jakby zaraz miał oberwać prosto w twarz. Nie chciał spojrzeć wyżej... Zupełnie, jakby miał dostrzec tam swój najgorszy koszmar. Zaciśnięte pięści pobielały z wysiłku, a jakieś głupie przeświadczenie, kazało mu myśleć, że właśnie teraz dokonywał się najważniejszy egzamin w jego krótkim życiu. A on, stał jak kołek i gówno potrafił z siebie wydobyć! I albo weźmie się w garść... (Kurwa, zrób coś do cholery!) Albo obleje. (Rusz dupę!) Najlepiej, zasymulowałby odruch wymiotny i pognał na drugie piętro do szkolnej higienistki. To zawsze było najlepsze wyjście, którym można było uciec od spraw tego typu. Jednakże, Jack nie siedział teraz w szkole... W ławce i z kartką przed nosem. Nawet, jeśli teraz z rzygałby się sobie prosto pod nogi, to niewiele by wskórał (albo wyleciał ze sklepu na zbity pysk). A tego nie chciał... Pragnął, by tamten blask, dalej tańczył w jego oczach. Chciał go zamknąć w dłoni. On jeszcze nie naćpał się nim wystarczająco! - Młody człowieku! - i znów ten sam głos. Wciąż spokojny, teraz jednak drgał targany dźwięczną nutą irytacji. Antykwariusz... Teraz, gdy speszenie przygasło, Jack potrafił w miarę racjonalnie rozpoznać tembr głosu sprzedawcy. Teraz był pewny, że przed nim stał ten stary Anglik starający się, w miarę naturalnie naśladować amerykański akcent. (Zamknij ryj!) Słyszał go już wcześniej, wczoraj w piątek po raz pierwszy, gdy w końcu zdecydował się wejść do antykwariatu, (wcześniej tkwił, z nosem przyklejonym do sklepowej witryny) i ukryć się pomiędzy innymi ludźmi. Dziś jednak zaryzykował przyjście, gdy sklep świecił pustkami. Wolny od łaknących antyków klientów. Bądź co bądź, sprzedawca musiał się nim w końcu zainteresować. A Jack, dobrze zapamiętał jego twarz... Oczy lśniące jak złoto i szczery uśmiech, gdy nachylał się nad co poniższymi klientkami i doradzał co gustownego, powinny kupić sobie do sypialni, czy salonu. Wujek Dobra Rada: tyle cisnęło mu się na myśli, gdy go wtedy oglądał. Było w nim coś magnetycznego. Przyciągającego jak złoto i pieniądze. Oj tak... Pan antykwariusz, bez wątpienia był charyzmatyczny. Podobny do jego ojca z czasów gdy dopiero poznawał mamę i starał się mieszać przebojowość z osobistym urokiem. Byłby nawet skłonny obstawić, że tato taki właśnie będzie za jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat. Ale mimo wszystko Jack najlepiej kazałby temu komuś odwalić się od niego. Spierdalać i nie przeszkadzać, nieważne jak bardzo przypominał mu jego ojca swym stylem bycia. Bo mącił jego skupienie, roznosił je i wprawiał w drganie, jak wiatr druty telegraficzne. Bardzo upierdliwie przeszkadzał mu w cieszeniu się ukochaną bursztynową obsesją, stawał pomiędzy nim, a nią. I nieważne, kim ten ktoś jest... Nie miał prawa. (Słyszałeś skurwielu? Zamknij mordę i wypierdalaj!) Antykwariusz znów ponaglił. Jack na jego miejscu już dawno straciłby cierpliwość... Trafiłby go szlag, a po chwili również i dzieciaka. (Na miazgę...) Oczy Jacka zabłysły ochoczo. Spod kaskady jego jasnych włosów lśniły teraz jak dwa bursztyny. Zechciał podnieść z impetem głową i napluć temu komuś prosto w twarz. Albo chwycić go za włosy i rąbnąć głową o ladę. (Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!) A potem uciec ze swoim skarbem jak najdalej. (Na koniec świata) Być tylko z nim... Jako najszczęśliwszy, piętnastoletni Jack na świecie. (Jako młody morderca, który daleko nie zajdzie i zdechnie w rynsztoku) (Albo pod kołami samochodu, jak pierwszy lepszy kundel) Jack znał ryzyko... Jego Tygrysie Oko, nie zostałoby z nim długo, gdyby nad jego głową zawisł kat w policyjnym mundurze. Nie tego pragnął Jack... Bo po co na siłę utrudniać sobie i tak już zasrane życie. Nie lepiej, zachować się jak normalny (Zasrany) człowiek. Podobnie jak miliony innych (Zasranych) ludzi. Jack nie chciał zdychać z policyjną kulką w plecach. Ojciec zawsze mu powtarzał, że nie warto od razu wszystkiego poświęcać. („Rusz głową, a zawsze znajdziesz rozwiązanie”) Ojciec dobrze wiedział co mówi, bawiąc się w mędrca... Przynajmniej raz w życiu, pokusił się o porządną, mądrą radę zamiast przesiadywać godzinami przed telewizorem i popijać piwo. Jack podziękował w myślach swojemu staremu i sięgnął do kieszeni spodni. Zacisnął dłoń na i tak nieźle już pomiętej dwudziestodolarówce, odzyskanej dziś od tego tłuściocha Andy’ego Plummera, z którym miał nieszczęście siedzieć w ławce (albo raczej na odwrót). I mimo iż czuł, że tylko skończony idiota odsprzedałby mu Tygrysie Oko, za jedyne dwadzieścia dolców, to Jack wciąż, gdzieś głęboko samego siebie wierzył, że sprzedawca, właśnie takim idiotą będzie. Niech będzie równie durny, jak ten osiłek Jason Parrish z jego klasy, który wpierw wolałby wywarzyć drzwi do swego domu, nie sprawdzając czy aby na pewno są one zamknięte. Niech najpierw robi, a potem myśli... (Jak nachlana dziwka) A wszystko będzie dobrze... Jack pogratulował samemu sobie sprytu (pomimo faktu, że niczego odkrywczego nie dokonał. jedynie postanowił jakoś odkupić Tygrysie Oko, a nie wyrywać go właścicielowi z rąk). (Godne podziwu) Poczuł się nieco bardziej ludzko, na pewno bardziej niż jeszcze przed paroma chwilami. (Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!) Kipiąca w żyłach krew straciła nieco rezonu, uśmiech zelżał a oczy zmatowiały. (Rąbać!) Zupełnie, jakby ktoś przetarł jego twarz jedną z tych Magicznych Ściereczek szeroko reklamowanych w telewizji, przez bandy wypucowanych (pewnie tymi samymi ściereczkami) idiotów, jak na zawołanie, robiących zdziwioną minę widząc te rewolucyjne szmatki w akcji. („Jeden ruch i wszystko znika... jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki!”) Chłopak podniósł głowę i postarał się zrobić zawadiacką minę (lekki uśmiech i delikatnie uniesione brwi były dobrym patentem na poderwanie dziewczyny, więc Jack nie miał pojęcia, jak zadziałają na podstarzałego faceta, przesiąkniętego zapachem naftaliny) (Na miazgę?) Sprzedawca odchrząknął. W końcu ten nieruchomy posąg o chłopięcej figurze, od dziesięciu minut stojący przy ladzie (i wyglądający na solidnie naćpanego) łaskawie zareagował i spojrzał w jego kierunku. A to i tak dobrze, bo zazwyczaj posągi, zwykły nie reagować na jakiekolwiek sygnały, chyba że oberwały z młotka prosto w łeb. A najdziwniejszy w tym wszystkim, był (nie licząc stałego ignorowania) wzrok Jacka... Taki lisi. Oczy błyszczały mu złotym blaskiem i to zbyt intensywnym, by móc założyć, że słonecznym. Od lady do witryny, dzieliło ich jakieś dziesięć metrów, a do tego chłopak stał do niej odwrócony plecami. Sprzedawca wiedział, że oczy zwykły się nie skrzyć tak bez powodu, chyba że coś je nawiedziło. Kątem oka, spojrzał w kierunku kamienia. Delikatny uśmiech rozświetlił jego poszarpaną starością twarz, podobnie jak złoty blask po chwili oczy. Teraz lśnili obydwaj. Różnica polegała na tym, że Jack wyglądał jak mucha, pragnąca dostać się do pająka. I mimo całej tej jego niepokojącej chytrości, sprzedawca powitał go ku swej uciesze, niemal z otwartymi ramionami. - Fajny sklep - Jack zaczął pierwszy, sztampowo i lekko znudzonym tonem. Przeciągnął wzrokiem po postaci antykwariusza, czując jak jego oczy na nowo wypełniają się bursztynową słodyczą. Jej dzban stał tuż obok, po prawej. Uśmiechnął się, a w raz z nim i jego oczy. - To chyba dobrze - sprzedawca oparł się na ladzie wykonanej z ciemnego, sosnowego drewna. - W czym mogę Ci pomóc? (Sprytny skurwiel, zna odpowiedź) - Wpadłem na zakupy... Wie pan jak to jest. - Jack zarzucił lekko wzrokiem w kierunku kamienia. - Czasem coś wpadnie w oko... - I trudno jest się potem od tego uwolnić... - Wprost wyjął mu te słowa z ust! (Tak... Bardzo sprytny skurwiel) Jack starał się zachowywać maksymalnie naturalnie. Nie gadać na siłę i bez sensu. Taki był jego plan. By sprzedawca nie wyczuł jego chrapki na Tygrysie Oko. Tej rzeczywistej chrapki... Jednak wciąż czuł się dziwnie podekscytowany stojąc naprzeciwko sprzedawcy i słuchając jego dźwięcznego głosu, pełnego pasji i charyzmy, dudniącego jak dzwon. - Podoba Ci się chłopcze, prawda? - błysnął pożółkłymi od tytoniu zębami. Musiał uważać, bo jeśli mężczyzna pozna jego prawdziwe intencje, to (Zasrany lisek chytrusek) nie odda... Jack był tego pewien, blask mu podpowiedział. - Tak... - odparł machinalnie, wywracając lekko oczyma i nawet nie zdając sobie nawet sprawy z tego o co chodzi. Ludzie zwykli być łakomi na uprzykrzanie innym życia. Nie pomóc, byle tylko dla zasady. („Bo kurwa nie!”) (bo byli pazernymi skurwielami) - Nazywa się Tygrysie Oko - Jacka przyszył dreszcz. - Wiedziałeś o tym? Chłopak znów zalśnił oczyma. - Tak... - uśmiech rozjaśnił mu twarz. Lisi uśmiech, i jeśli tylko Jack posiadałby również lisi szereg kłów, to błysnąłby nimi z rozkoszą. (Jeśli tylko?) Uśmiechnął się ostentacyjnie. - Przecież na szkatułce nic nie pisze - Antykwariusz, popatrzył na niego pytająco znad okrągłych okularów. Oczy miał matowe, ale Jack wyczuł w nich znajome ciepło, ten bursztynowy blask, jakby zaklęty tam od setek lat, już wypłowiały i wytarty. Zupełnie jak brytyjski akcent w jego mowie. (Owad zaklęty w bursztynie) Chłopak chciałby odpowiedzieć: Magia. Ale w jego wykonaniu zabrzmiałoby to nader dziwnie. Jak w kiepskim romansie z lat trzydziestych, w którym para bohaterów próbuje się uwieść rozmową. Zagryzł wargę, by nie ryknąć śmiechem, miał nadzieję, że ból go ocuci. Ale ból najwyraźniej spartaczył robotę, bo nie dość, że nie ocucił, to jeszcze wypełnił mu usta krwawym posmakiem. (Na wojnie każdy zostaje ranny) Wyliże się... (A blizny zostaną już na całe życie) Przesunął językiem, po rozerwanej rance. Kolejne ukłucie i Jack połknął resztkę krwi. - Jak panu na imię? - zapytał o coś, czego nawet nie miał na myśli. - Zostanę tu jeszcze przez jakiś czas i... - tak naprawdę, to miał głęboko w dupie tożsamość sprzedawcy. - Wiem... Bardzo długi czas... (Do usranej śmierci) Zapytał, bo nie lubił rozmawiać z anonimami. A czuł, że ten pan, odegra tu jeszcze niemałą rolę. - Czuję, że się dogadamy panie... ? - Blair. Tyle chyba wystarczy - Uśmiechnął się szerzej z prawdziwą szczerością. Wystarczyło. Dziwne imię, pewnie stare i europejskie a wypłowiały, brytyjski akcent tylko za tym przemawiał. Jackowi przez chwilę w głowie przebiegła myśl, że Blair to może nazwisko (podawane często zamiast imienia w oficjalnych sprawach) a faktycznie facet nazywa się Harry, James, Henry albo cholera wie jak jeszcze. Nie miał jednak odwagi, by o to zapytać i wolał już zwracać się do antykwariusza nazwiskiem po imieniu, niż w jakikolwiek sposób go tym zdenerwować. - Rozumiem, że nazywasz się Jack. - chłopak zakłopotał się nieco i zamigotał wzrokiem, bo niby skąd do jasnej cholery? - Identyfikator. Masz go przypiętego do piersi - uśmiechnął, jakby właśnie wyczytał to z jego myśli. Jack przesunął palcami po metalowym zamku i wsunął dłoń pomiędzy poły szarawej kurtki. (Żeby kurwa, się nie dało skurwiela niczym zaskoczyć) Zacisnął palce na plastikowej plakietce i zerwał ją z impetem z beżowego swetra. Za nic nie chciał patrzeć na swoją beznadziejną gębę widniejącą na zdjęciu. Nie, nie dla tego, że wyszła na nim kompletnie kretyńsko (to też, ale) po prostu nie podobał się samemu sobie. Blady, z wiecznie przetłuszczonymi włosami. I te cholerne piegi... Pod spodem widniał podpis: Jack Frost i reszta informacji koślawo nagryzmolonych ręką szkolnej pani sekretarki, która odkąd zepsucia się jedynej w szkole drukarki, wszystko musiała wpisywać ręcznie i pewnikiem szlag ją trafiał po trzystu takich plakietkach, nie ważne z jakim optymizmem do tej pracy zasiadała. Znowu wywrócił oczyma. I mimo, że spojrzenie pana Blaira, raczej nie wrażało jakichkolwiek negatywnych emocji, skierowanych ku jego wizerunkowi. To on i tak wiedział swoje. Wstydził się nawet, przed sześćdziesięcioletnim, zupełnie obcym facetem... Teraz sam najlepiej walnąłby sobie w ten swój parszywy pysk. (Rozpieprzy się na miazgę) (Pierdolenie kotka, za pomocą młotka) (Hahaha!) - Chłopcze - najwyraźniej Blair chciał ciągnąć to dalej. Jack niemal zgniótł plakietkę w dłoni i lekko opuścił głowę, wzrok pozostał nieruchomy. Chłopak czuł, że wygląda teraz bardziej złowieszczo, niż mu na tym faktycznie zależy, ale nie przejął się tym zbytnio. Do póki sprzedawca nie ucieknie stąd z krzykiem, nie miał zamiaru zmienić wizerunku. Do tego cholerny kawałek plastiku, za boga nie chciał się zgiąć, wrzynając do tego głęboko w skórę dłoni. (Pieprzone identyfikatory) - Wie pan po co tu przyszedłem - To nie było nawet pytanie. Prędzej oznajmienie. Niecierpliwił się, ale Blair pozostał niewzruszony. - Ostatnio, wiem bardzo wiele - wyszedł z za lady i dopiero teraz, Jack mógł faktycznie zobaczyć jak bardzo jest wysoki. Do tego, ten jego czerwony, wełniany sweter w kratkę, ledwo się na nim mieścił, jakby był przynajmniej, o numer, góra dwa za mały. Gdy mijał Jacka dostrzegł jak cofa się o krok. - Nie bój się, ja tobie nic nie zrobię - uśmiechnął się, znowu błyskając zębami. - Tygrysie Oko pochodzi z Afryki. Tam je znalazłem. Przeszedł skrzypiąca podłogą przez cały sklep i zatopił się w złotym blasku popołudniowego słońca, wlewającym się do środka, przez wciąż jeszcze brudną witrynę. Blair otworzył sklep dopiero niedawno, i nie zdążył jeszcze wszystkiego uporządkować, Jack pamiętał, że wcześniej była tu zwyczajna księgarnia (która notabene, upadłą z braku klientów, bo w Brams mało kto czyta książki, chyba, że kucharskie, albo takie w stylu: Jak Wyjść z Bezrobocia.). Skręcił w prawo, do szklanych, sklepowych drzwi i przekręcił wywieszkę z OTWARTE na ZAMKNIĘTE. Potem sięgnął dłonią w dół, metalowy pęk kluczy zadźwięczał i w akompaniamencie trzasku przekręcanego zamka - zmącił duszną ciszę, tak jak kamień rzucony na środku jeziora zwykł mącić wodę. Potem schował klucze do kieszeni, a Jack poczuł się dziwnie na żołądku, jakby coś się tam kotłowało, stado motyli. Zamknął ich tutaj... Po jaką cholerę? Gdyby miał jakiekolwiek złe intencje, to przed długi okres czasu, nikt nie dowiedziałby się o zbrodni jaka mogłaby mieć tu miejsce. Krew bowiem łatwo zmyć i ze swych rąk, ścian czy podłogi. A ciała łatwo jest się pozbyć. I nie ważne, czy nastolatka, czy starszego faceta w kretyńskim wdzianku (modnym jakieś dwadzieścia lat temu), który właśnie, powoli przechadzał się w pomarańczowym świetle dnia w kierunku lewej ściany. Jack patrzył na niego z przeświadczeniem, że takie niemal majestatyczne, lekko ospałe ruchy zawsze są cechą wszystkich, wysokich i szczupłych mężczyzn (w przeciwieństwie do wszystkich nadgorliwych, niskich i korpulentnych, w stylu jego ojca). Jakkolwiek postąpił ten antykwariusz przekręcając metalowy kluczyk w zamku, mając w tym jakiś ukryty interes, albo i nie, to tylko napytał sobie biedy. Jednym ruchem wykopując własny dołek. Ułatwił Jackowi zadanie, kiedy nie będzie już odwrotu. (Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!) (Kiedy nie będzie już odwrotu) Wtedy kotłowanie w brzuchu ustało jak ręką odjął - wszystkie motyle zdechły. Blair podszedł w końcu do ściany i szepnął coś pod nosem wyciągając ku niej rękę. Jack musiał zrobić dopiero parę kroków w przód, by dostrzec przez światło wiszącą mapę Afryki i palec Blaira, spoczywający gdzieś na terenie Egiptu. Powoli i szeroko rozchylił powieki, wypuszczając wygięty identyfikator z dłoni. Metalowa spinka szczęknęła mizernie o drewnianą podłogę. - Był pan aż w Afryce? - głos rozbrzmiał niechcianym entuzjazmem. Entuzjazmem burzącym jego wizerunek chłodnego dzieciaka, który dobrze wie, czego chce. Ale inaczej nie potrafił... Tygrysie Oko pochodziło z Afryki! Niezły powód do dumy (i jedyna rzecz, która do tej pory zainteresowała go na czarnym lądzie). Jackowi trudno było powstrzymać niechcianą radość. - Byłem w bardzo wielu miejscach. Kiedyś dużo podróżowałem. Dawno temu... - Blair nie odwracał wzroku od mapy, a jego palec wyglądał, jakby zupełnie przykleił się do pożółkłego papieru. Zarył paznokciem po kartce. Jack wstrzymał oddech i przetarł oczy, zrobił krok do przodu. Podłoga zaskrzypiała pod nim, zupełnie jakby nadepnął jej na odcisk. Blair ani drgnął. Ale po chwili, dalej zaczął ciągnąć swą opowieść. - Tygrysie Oko jest bardzo stare... - Opowieść, w której każdy kolejny, wypowiadany z wielkim skupieniem fragment, stawał się coraz bardziej elektryzujący. - Pierwotnie należało do brytyjskiej guwernantki, dostała je w prezencie od afrykańskiego szamana i nosiła w naszyjniku - Blair powoli lepił swoją historię, nadawał jej realnych kształtów. Jak rzeźbiarz tworzący posągi z brył marmuru, tak on wykuwał ją z odmętów swej pamięci. Cios za ciosem. Jack wrócił pod ladę i oparł się o nią plecami. Blair stał już odwrócony twarzą do niego. Oczy miał pogrążone w cieniu i Jack nie widział, by coś się w nich skrzyło. Były puste. (Albo cień był za gęsty) - To było latem tysiąc osiemset pięćdziesiątego ósmego. W bardzo słoneczny dzień. Podobny do dzisiejszego, albo nawet taki sam. - Blair również zaczął sztampowo. (A niebo było niebieskie) (Zawsze jest niebieskie, gdy ktoś umiera) - Było wtedy bardzo gorąco, niesamowicie, nawet jak na taki klimat. (Bezchmurne niebo) Jack widział jak Blair wkłada ręce do kieszeni spodni. (A i tak, na wszystko w około padł gęsty cień) - Wybacz mi chłopcze ten sztampowy początek, ale niestety nie jestem mistrzem w układaniu opowiadań - uśmiechnął się delikatnie. - Od momentu przyjazdu kobiety wraz z jej rodziną, śmiertelność wśród niewolników, gwałtownie wzrosła - Blair podniósł do ust wyjęte z kieszeni cygaro. Odgryzł jedną końcówkę i wypluł na podłogę. W drugiej dłoni zabłysnęła złota, benzynowa zapalniczka. Jack usłyszał szczęknięcie. Po chwili na twarzy Blaira rozlała się czerwona łuna ciepłego światła. Zmarszczki gwałtownie się pogłębiły, ryły w około jego oczu i ust, czarną pajęczyną biegły po policzkach i dalej wzdłuż nosa na czoło. Białawy, szczecinowaty zarost znaczniej pociemniał, a cała ta jego podłużna twarz, stała się jakby wyciosana z wprost z drewna. I to dłutem amatora. (A oczy wciąż w...) (Za gęsty cień) Jack nawet nie zauważył, jak mężczyzna chowa zapalniczkę do kieszeni. W ogóle mało widział, bo kłęby gęstego dymu wystrzeliły z ust Blaira jak z armatniego działa, skutecznie ograniczając widoczność. Jedynie promienie słońca, bijące zza pleców mężczyzny zaznaczały przez dym, kontury jego postaci więc Jack mógł określić na chybił trafił, co mężczyzna w danej chwili robił. Na razie stał nieruchomo i z pewnością dalej gapił się na niego chytrze. (Stanowczo za gęsty) Chłopak poczuł znajomy zapach nikotyny, teraz jednak bardziej klarowny i szlachetny, (W końcu to cygaro, a nie jakieś zasrane dziadostwo z filtrem) dobrze go znał, bo ojciec, nim jeszcze stracił pracę w szkole, też lubił sobie czasem buchnąć takiego dymka. (Co do diabła?) Zrobiło się stanowczo za cicho i dokładnie w tym samym momencie, w którym Jack chciał poprosić Blaira o kontynuowanie, on wyłonił się z dymu z takim rozmachem, z jakim z pewnością wyłaniałyby się z mgły statki widmo, jeśliby tylko istniały. Mężczyzna, jak gdyby nigdy nic, minął chłopaka zamaszyście ciągnąc za sobą smugi dymu i jak parowóz buchając kolejnymi. Znów podszedł do lewej ściany, zupełnie jakby w wiszącej tam mapie kryło się źródło, z którego Blair czerpał kolejne fragmenty historii, misternie sklejanej w jedno umysłem Jacka, budowanej od fundamentów i widzianej oczyma jego jaźni. - Ta kobieta - spojrzał na Jacka kątem oka. - Guwernantka - chłopak skinął porozumiewawczo głową. - Nazywała się Elizabeth Rawlison i była brytyjską arystokratką. Przyjechała do Egiptu z trzyletnią córeczką - Blair uśmiechnął się na moment i podrapał po zaroście. - Nel... - Wypuścił dym nosem i odwrócił się w jego kłębach w stronę Jacka. - Pięć lat później, miała ją czekać radosna wyprawa przez całą Afrykę... No, ale to już temat na zupełnie inną historię... - Kolejny uśmiech - Ojca nie było z nimi. Nadzorował budowę kanału Sueskiego - znów zmierzył chłopca chłodnym wzrokiem, czekając na porozumiewawcze spojrzenie. Jack skinął głową, choć nie miał nawet pojęcia, czym był kanał Sueski i gdzie się znajdował (Wywnioskował, że pewnie gdzieś w Afryce, ale ręki, by sobie za to nie dał uciąć). Blair przerwał znowu i wciągnął dym do ust. Przeciwległa końcówka cygara rozpaliła się krwistoczerwonym żarem. Jack po chwili wahania, podszedł obok sprzedawcy z trudem wdychając gęsty dym (znów przygryzł wargi byle tylko się nie zakrztusić). - I co dalej? - widział Blaira jak przez mgłę. Sprzedawca schylił się i wyciągnął ręce w kierunku szafki poniżej, podniósł z niej drewnianą gablotkę, identyczną jak ta, w której tkwiło Tygrysie Oko, tyle że większą, podłużną; również zamykaną pozłacanym zawiasikiem. Sosnowe, lakierowane drewno zalśniło dumnie w słońcu. W sam raz na pistolet. (Albo) - Nóż? - Dokładniej sztylet - sprzedawca poprawił Jacka, błyskając srebrnym, lekko zakrzywionym ku górze ostrzem. Było idealnie wypolerowane, Blair przejrzał się w nim jak w lustrze. (Znowu chcesz się napić?) - Też afrykański? - chłopak odparł z przekąsem. (Czegoś ciepłego) - Nie... Wygląda raczej na indyjski sztylet ceremonialny, spójrz na wykrzywienie ostrza. Nie mam pojęcia, skąd wpadł w ręce pani Rawlison. Jack obrzucił łakomym spojrzeniem dwudziestocentymetrowa klingę. - Może dostała go od męża? - na siłę próbował udać zaznajomionego w temacie. - Może... - Blaira najwyraźniej mało to obchodziło. Zwłaszcza, że na nowo ułożył sztylet w szkatułce, (Napijesz się potem) a całość podniósł na wysokość piersi i postawił na ladzie. Dopiero teraz chłopak zauważył, że są wykonane z tego samego gatunku drewna, zlewając się ze sobą i identycznie błyszcząc w słońcu bursztynowymi refleksami. Jack wodził za nimi wzrokiem jak głodny kot za myszą i na nowo tracił cierpliwość. (W tym cholernym sklepie, wszystko błyszczy jak złoto) - Ale co to ma wspólnego z Tygrysim Okiem? (Nie wszystko złoto, co się świeci) - Ma wiele chłopcze - przecież nazywał się Jack. Po cholerę sprzedawca wciąż zwracał się do niego nie po imieniu? Sam je spostrzegł na identyfikatorze, zwrócił na nie uwagę, a teraz zostawiał gdzieś w niepamięci - Właśnie z tym sztyletem, wbitym gdzieś w plecy, albo krtań, znaleziono paru martwych niewolników. - Ale... - Afrykańczycy... - Blair przerwał mu w pół zdania. - To ludzie strasznie zabobonni. Mają tam tych swoich bogów. Czczą ich, składają im ofiary. Mają też swoich kapłanów, szamanów, którzy stanowią dla nich łącznik pomiędzy światem boskim, a ziemskim. - Jack znów skinął głową, tym razem jednak, rozumiał o co chodzi - To co powiedział szaman było święte, bo przemawiała przez niego boska moc. I gdy cień padł na osady niewolników (Za gęsty cień) rozpoczęła się histeria. Ludzie odmawiali pracy. (Ogólnie, straszny burdel) A jakiekolwiek przejawy buntu, były krwawo tłumione przez straż. - Ale... - tym razem Jack podniósł ton głosu i nie dał sobie przerwać. - Jaki to ma związek z Tygrysim Okiem? Blair wypuścił nosem kolejne kłęby dymu i zmarszczył brwi. Wyglądał na zamyślonego. Drażniła go ta upartość Jacka, ale faktycznie niewiele się nią przejmował. Młodzi ludzie zwykle bywają uparci, nawet w pchaniu się jak barany na rzeź. - W odpowiednich rękach religia, jest potężną bronią (Bo to co powie szaman, było święte) pani Rawlison dobrze się o tym przekonała. - Blair z uśmiechem odwrócił się plecami do lady. - Jej sztylet wbity w ciała paru niewolników, był tą kropla która przelała czarę goryczy. Kroplą, (Bardzo gęstą kroplą) która wystarczyła, by szamani posądzili ją o czary. - Blairowi zalśniły oczy. (Bursztynowo) - A co było potem? - pytanie retoryczne. Jack czuł, że zna odpowiedź. Też zalśnił oczyma, zupełnie jakby dzisiejszy dzień, był konkursem na błyskanie nimi. (Bursztynowo oczywiście) - Paru dziesięciu niewolników wybrało się pod dom pani Rawlison. (Mieli pochodnie) (Krzyczeli) (Lśnili oczyma) Odpowiedź cisnęła się Jackowi na usta, ale Blair był szybszy. - Spalili ją... Żywcem... Wraz z ze służbą i strażą, jedynie mała Nel miała szczęście, uciekając z domu tylnim wyjściem, nim jeszcze wszystko na dobre zajęło się ogniem - jego głos ani drgnął, mimo że mówił o sprawach takiej wagi. - Wielki, drewniany dom, w którym się zabarykadowali spłonął, jak zapałka. Ludzie skakali przez okna. Też płonęli. (Jak pochodnie) (Owinięci w firanki) (Krzyczeli) (Skwierczeli, wijąc się z bólu) Blair położył wypalone do połowy cygaro na krańcu lady. Po raz ostatni, buchnął ustami dymem, jak smok. Potem zdjął okulary. Je też postawił na ladzie, tuż nad cygarem i odszedł do tyłu. Zamigotał oczyma dostosowując wzrok do nowych warunków. Spojrzał na Jacka, a blask w tych jego pyskatych oczach mówił wszystko... (Więcej) Więc dał mu więcej, czując, jak w jego głowie powoli zaczyna układać się gotowy obraz. - Z czasem zawalił się strop na pierwszym piętrzę. Przewalił się przez podłogę, na parter. (Zmiażdżył niedobitki) (Zgniótł jak muchy) Potem krzyki zaczęły cichnąć, stopniowo zmieniały się w jęki... (Jak mogli krzyczeć, skoro oczy im zabulgotały) (Skóra odchodziła płatami) (A języki zwinęły się w skwarki) A potem, już tylko szept ognia unosił się w około. (Szyderczy szept) Dom spłonął doszczętnie w ciągu godziny. Rozsypał się w rozżarzone pogorzelisko, które wcześniej, pochłonęło jakieś czterdzieści ofiar - Blair przyciszył głos i znów odwrócił się od Jacka. Chłopak zebrał wszystkie myśli do kupy, ale głos ugrzązł mu w gardle. Ta dziwna historia wbrew jego woli targnęła nim, jego sumieniem. I to targnęła bardzo mocno. Zupełnie jakby oberwał młotkiem prosto w łeb. (Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!) Jedyne co potrafił w tej chwili zrobić to odbiec gdzieś wzrokiem. Więc odbiegł, w kierunku okularów Blaira, spoczywających po jego lewej już od dobrych paru chwil. Chłodny blask srebrnych oprawek ani na chwilę nie przyniósł ze sobą ukojenia, więc spłynął oczyma w dół. Cygaro... Wąskie smugi dymu niczym pajęczyna, misternie ciągnące się ku sufitowi, nagle zaczęły źle mu się kojarzyć, niosąc ze sobą to samo, co widok pogrzebu albo krzyży stojących przy drogach. Szeroko rozchylił powieki czując, że oczy zaraz wyjdą mu z orbit. Ten żarzący się krwawo tytoń... (Krzyczeli, oblepieni płonącymi ubraniami) No właśnie. Żar... (Z którego sterczały zwęglone szczątki) (Kości) Był gotów przysiąc że on, wprost wibruje... (Jak owad w bursztynie) Krzyczy. (Spływa rykiem) (Jak trupy krwią) (???) Źrenice Jacka zamigotały, gwałtownie zmniejszając swe rozmiary. Wraz z nimi znikała jego odwaga, jak królik w głębi swej nory. (Jak mogli krzyczeć, skoro oczy im zabulgotały) Odwrócił gwałtownie głowę z odrazą, a włosy zamotały mu w około głowy. (Gorąco) Gdy ponownie podniósł wzrok, Blair dalej stał tam gdzie wcześniej. (Bardzo gorąco) - Pewnie zastanawiasz się, jaki ma to związek z Tygrysim Okiem? - pytanie przecięło jaźń Jacka, niczym katowski topór. (Sprytny skurwiel, zna odpowiedź) Milczał. (Tak... Bardzo sprytny skurwiel) Obydwaj milczeli. Jeden rażony piorunem strachu, drugi z lisiej ciekawości. - Czy mówi Ci coś nazwisko Gaunt? - Sprzedawca odwrócił się na pięcie. - Jack potrząsnął głową. - Tak myślałem. - Uśmiechnął się, przeczesując palcami mlecznobiałe, przerzedzone starością włosy. - Niedługo przed buntem, w okolice kolonii zawitał pewien starszy kupiec. Przedstawił się jako Gaunt - antykwariusz spojrzał na Jacka z pode łba, co w połączeniu z uśmiechem na jego twarzy sprawiło, że chłopaka momentalnie przeszył dreszcz. - I ten kupiec, Brytyjczyk, bardzo zapragnął naszyjnika pani Rawlison. A uściślając, zapragnął tego, co tkwiło w jego sercu. (Jak owad w bursztynie) Zapragnął Tygrysiego Oka. - Ślepia sprzedawcy znów zalśniły, lisio. (Tygrysio) - Legenda głosi, że zapałał on nieprawdopodobną chęcią posiadania Tygrysiego Oka. Chciał je dostać za wszelka cenę. Musiał... (Albo uschnąłby z tęsknoty, powoli gnijąc od środka) Bo on pokochał je z całego serca. Rozumiesz? Kochał! (Był naćpany miłością) (A to było, jak gorejące znamię... Rana, która nie daje o sobie zapomnieć) Nie miał innego wyjścia - Blair ściszył wreszcie głos. - Podburzył szamanów, wmawiając im, że w Tygrysim Oku drzemie demon. Demon zamieszkał w świętym kamieniu, który podarowali pani Rawlison. I, to właśnie z winy Elizabeth tak się stało. To ona go tam sprowadziła. A ten demon zsyła na niewolników nieszczęście i śmierć - Jack wzdrygnął się lekko, czując jakby ktoś go spoliczkował. - Nazwał tego demona Łowcą Dusz... - ostatnie słowa, wysączyły się z ust Blaira jak wężowy jad. Z taką dziwną rozkoszą. Identyczną z tą, w której węże zwykły dopadać swoje ofiary. Wgryzać się w nie, truć jadem i owijać w około nich, jak pająk, muchy swoją siecią. To przynajmniej czuł teraz Jack Frost, patrząc jak blade i popękane usta sprzedawcy, układają się do słów niczym kamienie w kalejdoskopie. Zmiennie, szybko... (Idealnie) Jak gdyby owa historia była powtarzana, przez Blaira od bardzo długiego czasu, wryta w jego pamięć i recytowana bez zająknięcia za każdą nadarzającą się okazją. To właśnie czuł Jack, widząc sprzedawcę raz po raz majestatycznie przechadzającego się po sklepie. Powoli zaczynał wierzyć, że nawet błyski w jego oczach są idealnie zaplanowane i zgrane ze wszystkim w czasie. Tak, bez wątpienia Blair nie był takim idiotą, jakim chciałby go widzieć Jack. Kimś, kto najpierw robi, a potem myśli. Ten ktoś nie miał mentalności Jasona Parrisha, ani tym bardziej jakiejś nachlanej dziwki. Te dwadzieścia dolców, które Jack od dłuższego czasu zgniatał w dłoni, też nie na wiele się zda. Nie, nie dlatego, że były mokre od potu i pomięte do granic możliwości jak jakiś bezwartościowy śmieć. Wszystko obracało się w około samego Blaira i tego, że on na pewno nie był idiotą, który da się naciągnąć na jakąś rzewną historyjkę. Nie z nim takie numery, bo to on był tutaj najwredniejszym skurwielem. To on rozdawał tu karty, a w rękawie miał z pewnością całą talię asów. Jack widział to w jego oczach, w jego uśmiechu, w całej tej jego cholernej postaci miłego pana z sąsiedztwa, który równie dobrze, mógłby z identycznym uśmiechem na twarzy, zarąbać siekierą parę osób. Schował pieniądze do kieszeni, głęboko zastanawiając się, jak rozegrać kolejne rozdania, tak aby wyjść na swoje. Kradzież nie wchodziła w rachubę, bo ten stary sukinsyn, przezornie zamknął drzwi, a rozwalenie witryny w drobny mak, na razie nie wchodziło w rachubę. (Zwłaszcza gdy koścista, lepka łapa sięgnie w kierunku szyi) Wszystko zależało od tego, jakie karty mu się trafią, co dostanie od Blaira w następnej partii i jak to wykorzysta. Tygrysie Oko, jak zbyt ciasny pasek, uwierało mu jaźń, kazało się pospieszyć, wisząc nad nim jak kat, którego trzeba było przywitać z otwartymi ramionami, albo pożegnać z otwartą krtanią. - Wiesz, co było potem - stwierdził Blair podchodząc do chłopaka na wyciągniecie ręki. (Spalili ją... Żywcem...) Jack skinął głową, przyjmując porozumiewawcze spojrzenie mężczyzny. - To cała historia młody człowieku - i znów nie po imieniu. - Co było potem? - Jack najwyraźniej nie dawał za wygraną. Antykwariusz nachylił się nad nim opierając ręce na własnych kolanach. Usta wciąż miał lekko wygięte w perwersyjnym uśmiechu, a wzrok na równi ze wzrokiem Jacka. I gdy Blair stał tak tuż przed nim, z oczami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie, z twarzą bladą jak płótno, wraz ze wzrokiem, w którym ktoś, dawno temu, zamknął bursztynowy blask, raz po raz mieszany teraz z rdzawym kolorem: Jack sam już nie wiedział czego... To dopiero wtedy poczuł jak bardzo blisko jest smok... (Swej owieczki) I mimo, że głowę odrzucił tak bardzo do tyłu, że czuł jak zaraz pęknie mu kark... To twarz Blaira wciąż tkwiła niebezpiecznie blisko, jakby wyrastała na jakiejś wężowej szyi. Jackowi po raz pierwszy w życiu, zaczęło brakować tlenu, czując się zupełnie jakby ktoś nałożył mu foliową torebkę na głowę, czekając aż zdechnie w męczarniach. Dłonie Blaira nagle i niespodziewanie zamknęły się jak kościste kajdany na jego ramionach i docisnęły jeszcze ku ladzie. Kowadło za nim, a młot przed jego twarzą. Sunął, opadał z impetem tnąc powietrze. Grom wymierzony prosto w niego. Uśmiechnięty, dreszczowy pocisk... Wprost nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się z nim działo. Przez głowę przebiegło mu na raz tysiąc myśli, ale dał radę wyłuskać jedną i dającą chwilową nadzieję. Dodał mu otuchy zamysł, że może to jakiś żart Blaira, złośliwy, wredny ale tylko żart. Ogrzał go, jak łyk rumu w chłodne dni, ale odszedł momentalnie. No właśnie... Może. Od dziecka wiedział, że „może" nigdy nie jest pewne, tak jak ruchome piaski. I nie wolno na nim polegać... Łzy wezbrały mu w oczach, w momencie gdy ktoś zupełnie mu obcy, brutalnie naruszał jego osobistą barierę, a to było gorsze niż przyłapanie na masturbacji. Znacznie gorsze... I choć chciał ryknąć i wzywać pomocy w najbardziej sztampowym stylu... To głos ugrzązł mu gdzieś w gardle, spętany bluszczem strachu. Po raz pierwszy od usłyszenia szczęku zamka w sklepowych drzwiach, Jack rzeczywiście zaczął żałować, że tak właśnie się stało. Że aż do tego doszło... Że nikt tu już nie wejdzie i nie krzyknie zniesmaczony: „Co pan wyrabia do cholery!?" Chciałby teraz ponownie zalśnić oczyma, poczuć tę bursztynową słodycz tak nagle dodającą mu lwiej (Tygrysiej) odwagi. Wyrwać się z okowów i wbić temu staremu skurwielowi sztylet w te jego cholerne (Bursztynowe) oczy, porwać kamień i zwiać stąd ile sił w nogach. Ale póki co, stał jak cholerny kołek, nie mając nawet za grosz siły, by wyrwać się z jego kościstych łap. Kwaskowaty oddech Blaira, podrażnił mu oczy i węch. Obrócił się policzkiem do mężczyzny i zmrużył oczy, w głębi ducha zastanawiając się, czy ewentualny pocałunek z kimś, kto równie dobrze mógłby być jego dziadkiem, będzie tak okropny jak mu się właśnie wydaje, czy może nawet gorszy. (!!!KURWA MAĆ!!!) Był wprost na wyciągnięcie... (Języka?) Znowu zdrętwiał, gdy pomiędzy jego myśli bezczelnie wepchnął się obraz jaskrawy i wyraźny jakby wyśniony wprost na jawie. Obraz, w którym Blair nachylił się jeszcze bardziej nad jego twarzą i (Jak gnijącą ranę) delikatnie rozwierając usta, wysunął swój tłusty (Jak larwę) jęzor i wodząc nim po jego delikatnej skórze, przeciągał od kącika ust aż do skroni. Tam i spowrotem, zostawiając grubą smugę gęstej i ciągliwej (Jak ropa) śliny. Tamten Blair ani na chwilę nie zmrużył oczu, napawał się swym dziełem. Smakował strach Jacka, tak jak jego ciało. Musiałby być słodkie, skoro wciąż się uśmiechał. (!!!) Znowu dreszcz. Nie, teraz już nigdzie wewnątrz, nie w żołądku, czy sercu. Ale... Na wyciągnięcie ręki. Czuł go, otwierając oczy... Gęstego jak mgła. Dreszcz o pociągłej twarzy i szczecinowatym zaroście. Dreszcz z białymi zaczesanymi do tyłu włosami. Dreszcz o oczach tygrysa i lisim spojrzeniu. Uśmiechnięty dreszcz... (Z ropą zamiast śliny) Jack poczuł, jak gorzki smak wymiocin powoli wdziera się mu do gardła. Rychło w czas... (To obrzydliwe) (!!!) (Spierdalaj) (Spierdalaj z mojej głowy!) - Gaunt przeszedł się po pogorzelisku, i przekopał je niemal w całości - sprzedawca zaczął bez ogródek, hipnotycznie wpatrując się w powoli gasnące oblicze Jacka, dławionego na przemian, strachem i jeszcze gęstszą paranoją. - Angielska gwardia miała przybyć na miejsce dopiero trzy dni później, więc miał dużo czasu na szukanie. I w końcu znalazł... - bursztynowy blask w jego oczach zamigotał lekko, jak płomyk świecy zostawionej na wietrze - W ruinach piwnicy. Tam ogień nie dotarł, ale temperatura otoczenia stała się na tyle wysoka, że płyny w organizmach uwięzionych zabulgotały, rozgotowując ich ciała od wewnątrz. Była ich garstka, jakieś piętnaście osób, mniej lub bardziej napuchniętych od temperatury i powykręcanych w agonalnym tańcu - uśmiech przybrał na sile. Lisi uśmiech bladego dreszczu. Blair wyprostował się i znowu udowodnił Jackowi jak wysokim potrafi być. (Dreszczem?) Gdy tylko zrobiło się na tyle miejsca, że Jack mógł odgiąć kark na miejsce, natychmiast wyślizgnął się z przestrzeni pomiędzy ladą a Blairem, w pośpiechu strącając wciąż rozpalone cygaro. Popiół rozsypał się szarawym welonem na podłodze w około peta. A Tytoń wciąż się zażył. Zupełnie jak Jack w tym samym momencie, głęboko wewnątrz samego siebie, spływał gęstym (Jak ropa!?) strachem. Niemal na klęczkach odgramolił się na bok, zgarbiony zupełnie jakby coś właśnie siedziało mu na plecach, ciążąc go nisko ku podłodze. I Jack wiedział co to było. O dziwo, mimo nawałnicy myśli był wstanie to rozpoznać. Jak wszyscy zresztą, określał to coś mianem: paranoi. To ona zginała go w dół, z uporem maniaka skacząc po barkach. (Niech ją szlag... Niech to wszystko szlag!) Oparł się ręką o niską, ciemnobrązową szafkę, z której parę minut wcześniej Blair podniósł gablotę z nożem. (Sztyletem, do jasnej cholery!) Jak on mógł się w coś takiego wpakować? Ten facet to jakiś szatan! Zaklął pod nosem, łapczywie pochłaniając kolejne porcje powietrza, niczym spragniony wędrowiec wodę. Serce waliło mu jak młot z takim łoskotem, że słyszał je chyba, nawet sam Blair, ale Jack akurat miał ten problem głęboko w nosie, zszargany daniem jakie przed chwilą zaserwował mu antykwariusz. Daniem, które niemal stanęło mu w gardle... (Pyszny befsztyk perwersji, polany sosem strachu i doprawiony szczyptą szaleństwa) Odwrócił się w kierunku mężczyzny i oparł pośladkami o kraniec szafki. Wciąż przepełniony uczuciem, graniczącym pomiędzy paniką a dezorientacją. (I paranoją na dokładkę) Nie podniósł głowy... Pierdolił Blaira. Wiedział, że z czasem to cholernie uczucie zniknie równie szybko jak każdego ranka zwykły znikać marzenia i koszmary. Ale marna z tego pociecha, skoro pozostawi po sobie ten cholerny ślad. Nie nie, żadną gorejącą i ropiejącą ranę pełną robactwa. Nic z tych rzeczy. To będzie raczej jak blizna zawarta głęboko w psychice, a takiej to za cholerę nie da się pozbyć. Ani operacjami, ani kuracją. Ona tkwi tam sobie, gdzieś bardzo głęboko... Nie drąży. Nie zżera człowieka od środka. Jej upierdiwość polega na tym, że po prostu jest. I już... A wkurwia najbardziej, gdy się o niej pomyśli, o okolicznościach jej powstania. Była nawet gorsza od tych hemoroidów, na które chorowała jego babcia na krótko przed śmiercią (a, o których dowiedział się z opowiadań mamy). Blizna, po najgorszym uczuciu jakie go kiedykolwiek dotknęło. A uściślając: liznęło. Jack chwycił się za gardło, piekło wciąż podrażnione resztkami wymiocin, cofniętych do niego z żołądka. Gorzkie wspomnienia kotleta i soku pomidorowego złośliwie buzowały mu w ustach, stając się po chwili jedynymi rzeczami na jakich potrafił się skupić i jakie potrafił przeplatać na zmianę z siarczystym przeklinaniem. Z pewnością nie chciałby, być teraz widziany przez kogoś znajomego. Oj nie, na pewno nie w tej postaci... Jako blade, zarzygane od wewnątrz płótno. Odetchnął i starł pot z czoła, rozsiany na nim równie gęsto, jak krople deszczu na samochodowej szybie w czasie jazdy. Mimo, że żył dopiero od jakichś piętnastu lat na tym cholernym świecie, to nigdy, ale to nigdy, nie spotkało go jeszcze coś takiego. Bynajmniej nie z powodu tego, że był jeszcze młody. Jego ojciec patoczy się po świecie od czterdziestu pięciu lat z kawałkiem, i z pewnością ani razu coś takiego go nie spotkało (choć nigdy nie mógł mieć co do tego pewności. Bo nawet jeśliby do czegoś, by doszło, to ojciec i tak milczałby jak grób, prędzej, wypruwając sobie flaki, niż puszczając parę z ust). A taki kurwa on, jak zwykle musiał trafić na maksymalnego porąbańca. Perspektywa powrotu do domu, zamknięcia się w łazience i podcięcia sobie żył brzytwą ojca, wyglądała na tle tego wszystkiego, nader kusząco. Kąciki jego ust zadrżały, jakby targnięte elektrowstrząsem. Uśmiech. Znów ten cholerny uśmiech... Jack nie chciał go, zamykał przed nim twarz na kłódkę, a mimo to on dalej wdzierał się na płótno jego mimiki z uporem maniaka wykręcając usta ku policzkom. On na prawdę nie chciał... Nie w takiej chwili. To nie był odpowiedni moment na śmiech, zwłaszcza z perspektywy podcięcia sobie żył. Zwłaszcza jeśli Blair go zobaczy i uzna, że Jack jest wielce tym wszystkim zadowolony. (Podobało się skarbie?) Splunąłby mu w twarz. Zagryzł wargi i tak już wykręcone w kwaśnym uśmiechu, podobnym do tego, jaki ma się po zjedzeniu kawałka cytryny (tyle, że Jack nie czuł w ustach cytrusowego smaku. Prędzej miedziany i krwawy). Zagryzł je z takim uporem, jakby od miesiąca nic nie jadł, a wargi miałyby smak soczystego befsztyku. Tym razem jego nadzieje nie okazały się złudne. Ból nie spartaczył roboty. Ocucił jak kubeł zimnej wody, spisując się na medal tak, jak jeszcze nigdy dotąd. W świetle tego, ukuty przez niego slogan (z którym zresztą dumnie się obnosił): „Ból najbliższym przyjacielem człowieka", zaczął nabierać realnych kształtów. Znowu uśmiech i mimo, że dalej spętany klatką Jackowych zębów, jakoś zdołał się z niej wyszarpać. Był szczery i pozwolił chłopcu na chwilę zapomnieć o wcześniejszych nieprzyjemnościach. Zapomnieć o nich, gdy powoli podnosił się z zakurzonej szafki, a wewnątrz niego rozbrzmiewała cała kanonada strzelających kręgów. Prawdę mówiąc, nagle gówno go to wszystko zaczęło obchodzić. Blair i tak dostanie za swoje. Prosto w oko, na nowo odkrywając, jak bliskim przyjacielem, może być ból... (Dobrze, mój mały kamieniu) Spojrzał przed siebie, Blair dalej stał tam gdzie wcześniej. Jak zwykle ani drgnął, zupełnie jakby połknął kij. Jack wbił w jego oczy swój wzrok (mając nadzieję, że jego przesadny chłód, nie wyda się nader sztuczny). Nie wydał, bo Blair zamiast szyderczego spojrzenia, odpowiedział mu dokładnie tym samym. Tyle, że w połączeniu ze swym charakterystycznym uśmiechem, który Jack byłby wstanie rozpoznać z odległości mili i to pewnie z zamkniętymi oczyma. - Niezła ta historyjka - chłopak znów zaczął pierwszy, tym razem wyraźnie lekceważącym tonem i odwracając oczy w kierunku kamienia. Gdyby stanął teraz obok siebie z pewnością dostrzegłby bursztynową słodycz w swych oczach. Blair też ją widział, więc bez słowa zagrodził Jackowi widok od niechcenia sięgając po okulary. Nim je założył, on stał już obok, wciąż świdrując go wzrokiem jak lis broniący swego terytorium. (Jak głodny kot, swoją mysz) Parzył na Blaira jak na złodzieja. Kogoś kto ukradł mu godność, niemal zgwałcił myślami. A jego oczy wypełniał rdzawy kolor. Też lisi... - Szybki jesteś - Blair zareagował niemal natychmiast, wyciągając swoją kościstą dłoń w kierunku gabloty ze sztyletem. Jack cofnął się o krok, dopiero w chwili, gdy sprzedawca podsunął ją pod swoją pierś. - Co z tego? - To już zależy tylko od ciebie - zmierzył chłopaka lisim wzrokiem. - I po części ode mnie. - A jaki pan, może mieć z tym związek? - mruknął Jack i po chwili błysnął zębami. - Całkiem duży, podobnie jak z twoją odwagą i pazernością - Blair z uśmiechem na ustach, ostentacyjnie sięgnął ręką w kierunku Tygrysiego Oka. W tym samym momencie wcześniejszy uśmiech, zniknął z ust Jacka jak za dotknięciem czarodziejskiej (Szmatki?) różdżki. Blair mógł się co prawda odwrócić, ale tego nie zrobił. Oddzielił się od chłopaka barierą ignorancji wytrzymałą jak największa tama. (Nie waż się go tknąć!) Tknął, ba! Zamknął wieko kuferka. (Jak owad w bursztynie... oddawaj skurwielu!) Przekręcił malutki złoty kluczyk, znajdujący się w równie małym zameczku. Jack słyszał jego szczęk, równie wyraźnie jak w momencie, gdy Blair zamykał drzwi wejściowe. A wraz z nim, zamknięto jego wszystkie, marzenia... Prywatne obsesje odpłynęły od niego strumieniem bezsilności, w którym od godziny stał po kostki. Zamknięte w małym, lśniącym drewnianym kuferku, tak jak on w tym cholernym sklepie, niczym w trumnie. I był gotów przysiąc, że już na wieki... (Bo mało kto rozkopuje groby) Krew odpłynęła mu od twarzy, zupełnie jak w momencie, gdy pięć lat temu na jego oczach ciężarówka odebrała jego ukochanego psa. (Zmieliła na miazgę, wypruwając flaki) Trzyletni boxer, w ułamku sekundy... (Krew, boże ile krwi!) (Rozniosło go, chyba na sto metrów) Jack wgryzł się w gorejące wargi, a do ust buchnęła mu kolejna fala ciepłej krwi. (Tatuś pochował go na cmentarzu) (Rocky chodź do tatusia!) Potrząsnął głową, wszystko na nic... (!Chodź tu, ty mały skurwielu!) Ktoś krzyczał głęboko w jego w jaźni, w samym środku Jacka. I uśmiechał się. Tygrysio... Jack zachwiał się, i gdyby nie wsparł na ladzie pewnie runąłby na zakurzoną podłogę jak kłoda. - Co pan najlepszego zrobił? - miał łzy w oczach gdy cedził to, jak pięciolatek, któremu właśnie odebrano ulubioną zabawkę. - Ja? To ty zamordowałeś swojego psa... Zapomniałeś o nim i dałeś zabić! - Blair odwrócił się natychmiast z lisim uśmiechem przesłaniającym połowę twarzy. - I mimo, że pochowałeś go na cmentarzu dla zwierząt - odsłonił bladoróżowe dziąsła. - To skurwiel nie odżył na nowo - szyderczo podniósł ton - Zżarły go robaki! Rozniosły na kawałki! - zgarbił się, bezwładnie opuszczając ręce wzdłuż ciała. - Zamknij się! - głos Jacka utonął w odmętach perlistego śmiechu. Nie tygrysiego... Zwyczajnie szyderczego chichotu człowieka, tańczącego właśnie nad czyimś grobem. Jack cofnął się w defensywnym kroku. Bowiem ten kto stał teraz przed nim, niemal płacząc ze śmiechu jak schizofrenik, jednym ruchem rozerwał jego pewność siebie na strzępy. Jeden, jedyny ruch i cześć. Koniec pieśni. Zahaczył piętą o kraniec niewiadomo czego, pewnie szafki i runął na podłogę podrywając z niej tabuny kurzu. Gotów był przysiąc, że coś go podcięło i to z wiadomym uśmiechem na ustach... Jego ciało zadudniło, a potem przesunęło po posadzce jakieś pół metra, niczym cegła rzucona na chodnik. Jęknął, czując pod sobą stłuczoną kość ogonową. Chciał zakląć. Ale nie miał na to nawet czasu, bo w momencie gdy ujrzał Blaira podnoszącego kufer ze sztyletem z lady kompletnie zaniemówił, zatkało go zupełnie jakby ktoś napchał mu ziarna (Kukurydzy) do ust... Zaklął dopiero po chwili... Blady jak ściana, ze wzrokiem wlepionym w chude nogi sprzedawcy, przebierające w jego kierunku. Odmierzały kroki, jak zegar czas, minuty i sekundy do chwili gdy masywna, szkarłatna kurtyna spadnie na jego chłopięcy łeb i powali na podłogę kończąc ten cyrk. Śmiech Blaira zgasł, jak zdmuchnięta świeczka. Teraz tylko jego stopy, dudniące na skrzypiącej podłodze, przygrywały jedyną melodię do tej popieprzonej sztuki. Teatru dwóch aktorów, który zaraz miał się urwać, ucięty szkarłatem kurtyny. - Czas zdjąć maski chłopcze - Blair zamruczał jak uśmiechnięty kot. - Ja już swoją zdjąłem, teraz kolej na ciebie. Jack nie odezwał się słowem. Miał ważniejsze rzeczy na głowie, rzeczy w stylu panicznego podsuwania się w kierunku drzwi i miotania wzrokiem na boki. - Mucha, która chciała oszukać pająka - dodał z najbardziej cyniczną nutą, jaką był wstanie z siebie wydusić - Tego świat jeszcze nie widział! - wredny śmiech zadudnił jak dzwon. Jack przekręcił się na brzuch i począł czołgać w kierunku wyjścia, wijąc i miotając w pokładach kurzu jak ryba wyrzucona siłą sztormu na plażę. Zakrztusił się kurzem i zakasłał plując przed siebie krwią z rozszarpanej wargi. Z jego oczu, po raz pierwszy od bardzo dawna trysnęły łzy. (Jacky? Powiedz łaskawie tatusiowi gdzie mamusia schowała pieniądze) (Gadaj ty sakramencki szczeniaku!) Szczere łzy człowieka, który bał się tak jak jeszcze nigdy dotąd. I to nie na cmentarzu dla zwierząt, na którym pochował swego psa. Pełnym dziwnie sterczących, zamykających się jak baldachim konarów, groteskowych pomników, pełnym cienia i mroków starej legendy. Nie o północy w jakimś hotelu, po którym biegał pokrwawiony szaleniec z młotkiem w ręce i mordem w oczach... Ale w biały dzień! W środku jakiegoś cholernego sklepu w centrum Brams! Gdy na oknem przechadzają się setki osób i, z których żadna, ale to żadna nie widzi tego, co się tutaj dzieje. A wystarczyłoby tylko jedno spojrzenie na jego zlaną łzami i wykręconą w przerażonym wyrazie twarz. Zupełnie jakby ten ukryty w kufrze sztylet już tkwił w jego gardle, szarpiąc je na strzępy. Gdyby tylko jeden z tych cieni przelewających się za witryną, skusił się na przekręcenie tej swojej cholernej, zamyślonej głowy. To było niesprawiedliwe... Wczoraj stało tu jakieś dziesięć osób. Krzątali się w około, gadali głośno, komentowali. (Pierdolili kotka za pomocą młotka!) A dziś? Nawet jeden, cholerny klient nie raczył się tu przypałętać! Chłopak poczuł się oszukany, los zadrwił z niego, po raz kolejny grając mu na nosie. (!!!KURWA MAĆ!!!) Wciąż się czołgał ruchem kraulisty, wijąc i miotając bardziej na boki, niż ku drzwiom. Wyciągał ręce przed siebie w błagalnym geście i panicznie starał się chwycić podłogi jak czyjejś pomocnej dłoni. Chwyt, przyciągnięcie, chwyt, przyciągnięcie, taki był rytm jego walki, czasem tylko przemieszany z bólem zdartego o posadzkę naskórka, nakręcał go jak sprężynę. Paranoja najwyraźniej nie dawała za wygraną, i z ramion zlazła na jego plecy, skacząc po nich i wkurwiając najbardziej jak to tylko było możliwe. Jack szeptał coś odruchowo, dławiąc się kurzem oraz łzami i nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Patrzył na drzwi z determinacją w oczach. One były jego celem, wrotami do przeżycia. Wraz z sercem walącym jak młot pneumatyczny i rozbieganymi myślami, coraz bardziej czuł sapiącego smoka kroczącego w kierunku swej owcy. Deptał mu po piętach. - Chciałeś podciąć sobie żyły? - głos Blaira przeplatany dudnieniem kroków, wciąż znów rozbrzmiał mu za plecami. - Nie ma problemu. W końcu trafiłeś do Sklepiku z Marzeniami! - roześmiał się, pogardliwie przydeptując wleczone przez Jacka stopy. - Tutaj załatwiam niemożliwe od ręki. A cuda w trzy dni - chichot wystrzelił z jego ust, jak z armatniego działa, od razu gruchocąc wszelkie mury Jackowej świadomości. I znów ten sam dreszcz przeszył mu ciało. Uczucie podobne do porażenia prądem, jakiego doznał parę miesięcy temu, gdy szperał przy włączonym telewizorze (dobrze to zapamiętał, bo przez parę tygodni nosił bandaże na poparzonych palcach. Gdy ponad dwieście wolt, zaszarpie ciałem, to powali na podłogę każdego). Niewiadomo czemu, ale ono, to uczucie jakimś cudem dodało mu bodźca. Pomogło Jackowi zrzucić z pleców paranoję i najpierw na klęczkach a po chwili już normalnym biegiem dobić do drzwi. Chłopak wystartował z podłogi jak odrzutowiec (albo dostał w końcu, upragnionego kopa w tyłek od własnej odwagi). Uderzył barkiem o grubą, taflę z hartowanego szkła i zerwał z niej plastikową plakietkę, którą Blair zwykł oznajmiać o zamknięciu, bądź otwarciu sklepu. Blask i widok pełnej przechodniów i samochodów ulicy ocucił go jeszcze bardziej. Miał to wszystko na wyciągnięcie ręki! Tuż za drzwiami! Jeden ruch i znajdzie się po drugiej stronie lustra. Szarpnął za drzwi i zawył po chwili, gdy te ani drgnęły. Natychmiast obrócił głowę, a on szedł ku niemu. Uśmiechnięty dreszcz imieniem Blair z oczyma lśniącymi jak dwa bursztyny i z najbardziej złowrogą aurą, jaką mógł unieść ze sobą człowiek. (Więc on nie może być człowiekiem) To ona przyprawiała mu czarne skrzydła i rogi, tak samo, jak wszystkim innym diabłom przywdzianym w ludzką skórę. (A PIEKŁO SZŁO ZA NIM) Do piersi przyciskał ciemny kufer z prezentem przeznaczonym specjalnie dla niego. Może nawet wytnie mu nim dedykację na czole. - Kurwa mać! - jeszcze raz zacisnął dłonie na, podłużnej, ciągnącej się po lewej stronie drzwi, klamce. Szarpał jak pomylony z obłędnym krzykiem na ustach. Raz za razem, aż jego włosy rozczochrały się do granic możliwości i zaczęły wyglądać jakby ktoś przejechał po nich grabiami. Przez chwilę poczuł się jak bohater dowcipu, który ciągnął za drzwi, na których pisało: PCHAĆ, ale to uczucie zniknęło mu głowy bardzo szybko, wywiane silnym podmuchem kipiącego strachu. I choć faktycznie, zabawne było to, że w tak krytycznych chwilach przyszło mu walczyć o przeżycie z zamkniętymi drzwiami, to wcale Jackowi teraz do śmiechu nie było. Raczej do płaczu, krzyku i cholera wie czego jeszcze, nie mniej związanego z paniką. (Ten sprytny skurwiel!) (Bardzo sprytny skurwiel!) (Zamknął drzwi) (Jego jebanym kluczykiem!) - Zamknął je... - dlaczego dopiero teraz, to do niego dotarło. Nadzieja prysła jak mydlana bańka, wiatrem strącona na krzewy. (Niech to szlag!) Jakim cudem, nikt na zewnątrz nie słyszał jego wycia, nie słyszał walenia pięścią o szybę? Jakim cudem, nikt nie widział zapłakanego nastolatka miotającego się pod tymi drzwiami? (!?Jakim kurwa cudem!?) Nie był w stanie tego teraz pojąć, zwłaszcza gdy myśli rozlewały mu się po głowie i przeciekały przez palce. Jakby cały ten sklep oddzielała od świata jakaś diabelska bariera, a on sam był w środku tej pajęczej sieci. I miotał jak spętana mucha... Potrząsnął głową, dobrze wiedział co w takich wypadkach dzieje się z muchami. - Jack? - spokojny głos Blaira odezwał się tuż za jego plecami, dudniąc i szarpiąc mu uszami, jak sztorm rozbitkiem na pełnym morzu. Jack, jak na zawołanie przestał się rzucać, a burza jego jasnych włosów opadła w spokoju na miejsce. Wypuścił powietrze lekko rozchylonymi ustami, patrząc na skraplający się na szybie oddech. Zamiast rzucić się na bok w ostatniej fazie tej beznadziejnej ucieczki, zastanawiał się kiedy spadnie na niego pierwszy cios, kiedy rozszarpie mu plecy, bądź krtań. Kiedy rozlegnie się skrzypnięcie, otwieranego kufra, a kiedy ten zjadliwy świst klingi z impetem tnącej powietrze. Zupełnie, jakby właśnie to było teraz najważniejsze, nie wola przetrwania, nie walka o życie! Cisza... Chyba najpiękniejsza jaką słyszał. Czysta i niczym nie zmącona, więc gwizdała mu w uszach. I to wcale nie złowrogo... Była spokojna, jak na pełnym, pustym morzu, wolnym od wiatru i fal. Przeżył rozbitek, porzucony w jego bezkresną toń. Unosił się wraz z prądem, a niebo nad nim było niebieskie. (... niebieskie...) I przypomniała mu się bajka z czasów, gdy jeszcze nie prosił ojca o straszenie na dobranoc i gdy tata odrzucał jeszcze od siebie, wszelkie podstawy, dające mu wolną rękę w piciu na umór. Była to bajka o pewnym piracie: Siwobrodym i jego majtku, którzy pływali swą łajbą po wodach Atlantyku. Tłukli się z innymi piratami i szukali skarbów na bezludnych wyspach. Normalka, jeśli chodziło o piracki żywot, tak przynajmniej powiadał tata. I pewnego razu, Siwobrody stał na rufie swego okrętu i patrzył się daleko przed siebie, gdzieś w linię horyzontu, tam gdzie czysty błękit nieba zlewał się z kolorem wody. (Bo gdy błękit i cisza w około...) A zapytany przez majtka, czego wypatruje, (... łatwiej o burzę...) odparł, że (... sztorm. Sunie...) trzeba opuścić żagle, bo wiatr je potarga i połamie maszty, jak zapałki. A powiedział to, gdy niebo było zupełnie niebieskie, bezchmurne i (Niebieskie) (Bezchmurne) czyste jak łza. I majtek zrobił tak jak mu kazano, a wtedy niebo zasnuł całun gęstych, (Jak szkarłat tętniczy...) chmur. I przyszedł, wielki szary bóg Sztorm z młotem gromu, (Jak kieliszkiem, butelką...) w ręce. Nadszedł, a wraz z nim jego świta Burzy i rzucił statkiem Siwobrodego hen daleko, aż po horyzont. A był to największy sztorm jakiemu Siwobrody stawić musiał czoła. („Na swą brodę się klnę!") Walczył zawzięcie, gdy jego łajba kołysała się w pijackim szale wód, miotała na boki, a ściany wiatru i deszczu rozbijały się o nią z impetem równym, (Rakieta, rakieta i jej szkarłatna, gwieździsta smuga. Spadająca gwiazda) (Z impetem, równym tacie, gdy wpadał do domu jak ostatni pijak i darł się w niebogłosy) tajfunowi i wszystkim innym burzom świata. (Płyń, stateczku mój. Płyń na skały!) A potem odszedł. Zniknął głęboko w morskiej kipieli, szary bóg Sztorm, (Bóg Świnia! ŚWINIA!) i jego burzowa świta, (Świta o zapachu Martini i Wódki. Chwiejna świta, cierpka banda pijackich sukinsynów!) zostawił statek pirata, jako jeden mały, czarny punkcik w bezkresie beznadziejnie czystego błękitu. I ten statek przetrwał, wraz z Siwobrodym i jego majtkiem. Przetrwali obydwaj i żaden maszt się nie złamał, nie pękł jak zapałka i nie zmiótł nikogo z pokładu. Bo żagle były zdjęte i wiatr nie miał w co dąć. A wszystko dlatego, że Siwobrody miał nosa, miał żyłkę, to co jedni ludzie nazywają lśnieniem, inni jasnością, a jeszcze inni bezczelnym oszustwem. I to coś, kazało mu zdjąć żagle, aby przetrwał. Zdjąć, choć niebo było niebieskie i krystalicznie bezchmurne. Czyste jak łza. Zdjąć, bo choć oczy mogą zawieść, to nigdy rozum. A gdy rozum mówi (Sztorm. Sunie) to, można nawet dać się pokroić, a to i tak będzie prawdą. Runie jak młot i albo chybi, albo trzaśnie jak grom, (Sztylet...) (Palec Boży) prosto między oczy i (Kość, krew...) bryźnie szkarłatem krwi. I to właśnie dlatego, gdy niebo jest niebieskie, zawsze ktoś umiera. Ktoś kto nie ma nosa i nie wyczuwa tego, co chytrze skrada się gdzieś na linii horyzontu stopniowo zacieśniając krąg. Czegoś co pełznie, sunie, albo pędzi z impetem za plecami i wrednie wymierzając (Kość, krew...) (tuż za tobą...) cios w potylicę, roznosi, (Kość, krew...) czaszkę jak z bicza strzelił, aż po horyzont. (tuż za tobą, ty mały sukinsynu!) (tuż za tobą z twoim...) Jack odwrócił się gwałtownie, a włosy znów zatańczyły mu w około głowy. Ocknął się z szaro-niebieskich omamów przeszłości i coś chłodnego, jakaś niewidzialna mgiełka lodowatej gazy owionęła mu twarz, a kark najeżył się serią zimnych igiełek, która przecięła go w poprzek. I usłyszał coś, jakby świst. Gdzieś niebezpiecznie blisko. Tuż przed twarzą, zaledwie cal od policzka. Zjadliwy świst masywnego czegoś, co z wredną zawiścią sunęło w jego stronę i rozpłynęło w cieple oddechu, jak kostka lodu na słońcu, gdy tylko on, jakby w ostatniej chwili, odwrócił się i rozmył to spojrzeniem. Naszło go czarne jak noc wyobrażenie. Cal, zaledwie cal i skończyłby jak Kennedy, wtedy w Dallas. To było znajome coś i Jack wyczuł w tym własny pierwiastek, charakterystyczny jak zapach mydła, czy różanych perfum mamy, których używała za każdym razem, gdy wychodziła gdzieś z ojcem, choćby na spacer. (Albo alkoholu, tak zapach zwietrzałego, cierpkiego piwa, unoszący się w) (...pokoju taty) Małą, lodowatą cząstkę samego siebie, (albo...) (albo Boga Świni, rzucającego się w pijackiej nawałnicy) która, gotów był się założyć, lśniła jakimś nieprzytomnym, szaleńczym blaskiem. I to właśnie było najgorsze; wyczuł własny pierwiastek szaleństwa. Jack zamrugał i przetarł drżącymi kłykciami oczy. Szkarłatne pajączki, ustąpiły miejsca jaskrawej bieli światła odbitego od szkieł Blair'owych okularów. Wpierw był jakiś nieobecny, myśli majaczyły mu w głowie w rytm bicia jego serca, ale potem wszystko ustatkowało się jak w żyroskopie i Jack spojrzał przed siebie smutnym, aczkolwiek pociętym pajęczyną determinacji wzrokiem. Blair stał na wyciągnięcie ręki i miał szczery uśmiech na twarzy. Prawdziwie szczery... Nie podszyty żadną szyderczą nicią. Żadnym błyskaniem zębami. A oczy? Były dziwnie matowe, odbijając jedynie blask ulicy i zszargane paranoją, obliczę Jacka. Nic więcej... Chłopak stuknął głową o drzwi w momencie, gdy Blair nachylił się lekko nad nim i wyciągnął ręce z kuferkiem przed siebie. - Jack? - ponaglił znowu, obrzydliwie dobrotliwym tonem. - To prezent ode mnie, dla ciebie - podniósł gablotę ze sztyletem nieco wyżej i skinął głową. - Proszę, weź. Chłopak nie odezwał się słowem, w głębi duszy przeklinając jednak wszystko to, co tu się wydarzyło, a czego on był świadkiem. Siarczyście przeklinał wszystko, co go polizało i zgruchotało mu godność. Wszystko z Blairem na czele. Diabeł o stu twarzach, takie stwierdzenie cisnęło się na jego usta, ale nie przebiło przez barierę zagryzionych warg. To one, wrzucały mu teraz łzy na twarz. Strach minął wraz z ujrzeniem „innego" Blaira (albo tylko kolejnej z setki jego wizerunków) i pozostawił po sobie jedynie niesmaczne uczucie niepewności, gęste i lepkie jak klonowy syrop, albo niczym wyblakły zapach zwietrzałego piwa, stale goszczący w pokoju ojca i przyprawiający jego matkę o mdłości, za każdym razem, gdy stawała w progu. Mdławy, wręcz wulgarny. Tak pachniała perwersyjna niepewność przed tym, co zaraz może spaść na niego niczym grom z jasnego nieba i rozrywać mu krtań na strzępy. Jack odetchnął delikatnie, wciąż wpatrzony w postać antykwariusza, jak w szaleńca z siekierą w dłoni. Nie chciał mu ufać... Nie mógł. Nie po to wlókł się przed nim w panice przez cały ten cholerny sklep, by teraz spojrzeć na niego jak gdyby nigdy nic! Blair zamrugał i znów uśmiechnął się ciepło, patrząc znad okularów na chłopca. - No weź - ponaglił. - Ten sztylet jest cenny... Jack zgodnie położył dłonie na chłodnym kufrze, choć w głębi duszy wręcz drgał ze strachu. (To tak, jakby uścisnąć dłoń mordercy własnej matki) Nienawidził Blaira i zarazem nie mógł mu się przeciwstawić. Było w nim coś co go przytłaczało, dusiło jak kwasowe opary, albo gnilny odór. Coś gęstego, jak jego strach, a czego to czarę musiał przełykać co chwilę, wraz ze śliną i krwią, jakby od tego zależało całe to jego cholerne życie! Blair puścił mu oko, na nowo otwierając usta. - I na pewno bardzo ci się przyda... Jacky? - powiedział do niego ojcowskim, dobrotliwym tonem i z podobnym mu lekko kacowatym akcentem. (!!!DO ZDRAPYWANIA TWOJEGO PSA Z JEZDNI!!!) Jacka zatkało. Zatkała go wsadzona mu w usta lufa psychicznego rewolweru kaliber czterdzieści pięć, który właśnie wystrzelił wrzaskiem, rozrywając mu jaźń na wylot. Coś nagle chwyciło go szczękę i odrzuciło jego głowę do tyłu tak mocno, że aż rozbił nią szklaną taflę drzwi, od razu pokrywając je krwawym rozbryzgiem i pajęczyną pęknięć. Odpaliła mu w głowie rakieta i szkarłatna, gwieździsta smuga przykryła gęsto jego oczy. Nawet nie miał szans zasłonić się rękoma, a co dopiero jęczeć. To coś było silne i agresywne jak zwierze, wielką masywną łapą wgniatające mu czaszkę głęboko w drzwi. Ktoś dalej krzyczał w głęboko w jego głowie, jakby niezrażony tym, że Jack zaraz straci przytomność topiąc się w szkarłatnych falach bólu. Krzyczał psie i flakach, na których go powiesi i będzie patrzył jak zdycha. I Jack czuł, czym ten ktoś był... A gdy paranoja wykuła z mroków myśli obraz jasny i klarowny, jakby widziany tuż przed twarzą, to był już tego pewien na sto procent. (Gadający tygrys) (!!!) Coś dobiło go znowu, znowu w ten sam sposób i nie pozwalając mu osunąć się w dół. (mucha która chciała oszukać pająka tego świat jeszcze nie widział) Obraz zafalował mu przed oczyma, a potylica jeszcze mocniej spłynęła krwią. Blair stał dalej jak wryty, z ciepłym uśmiechem na twarzy, i z kufrem wyciągniętym ku Jackowi, ale po chwili widok znacznie pociemniał. Malowany bólem rozmazał się i migotał, kreśląc już tylko kontury. Cienie... A jeden z nich stał tuż przed nim... Jego oczy zmieniały się jak w kalejdoskopie, raz po raz mieszając bursztynowy blask z matową czernią. Tygrysie oczy uśmiechniętego dreszczu. I wtedy, to samo coś, co wcześniej, uderzyło ponownie, ponownie dociskając mu głowę do szyby i z ponownym namaszczeniem nie dając najmniejszych szans na reakcję. Jack poczuł jak przez jego czaszkę, właśnie przedziera się tysiące małych, rozżarzonych igieł, torując sobie drogę przez mózg i tysiące nerwów. Psychiczna wiertarka udarowa, na nowo rozpoczęła pracę w jego czaszce. Dopiero wtedy zaczął wyć, jak zarzynane prosię. Z ust wystrzeliła mu kanonada krwi i natychmiast poczęła spływać w dół kącikami ust, plamiąc kurtkę i sweter szkarłatnymi całusami. Uścisk poluzował się jak na zawołanie, a Jack z nieopisaną ulgą mógł runąć w końcu na kolana. Zachwiał się potężnie jak pijak i wsparł rękoma o podłogę. Krew z rozbitej potylicy ruszyła szyją w dół i skapywała na posadzkę tuż przed jego oczami, malowała w kurzu krwawy witraż powstający z powoli zlewających się w jedno, czerwonych pajączków. Oczy błysnęły mu rdzawo i poderwały otumaniony wzrok do góry. Jack przeciągnął nim wzdłuż postaci Blaira, jego czarnych garniturowych spodni, i o numer (Może dwa) za ciasnego, wełnianego swetra. Dopiero wtedy uśmiechnął się nieprzytomnie patrząc, jak długie nici śliny suto zabarwionej karmazynem krwi, niczym pajęczyny rozwiesiły się pomiędzy jego poszarpanymi ustami. (Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!) Nadnercza, wtłoczyły mu w ciało potężną dawkę adrenaliny, to było jak swoista bomba z opóźnionym zapłonem, która do tego, zdawała się eksplodować właśnie teraz. Dokładnie w tym momencie dając kolejnego, solidnego kopniaka w tyłek. Podnosząc za fraki z ziemi i chwytając za gardło. Była jak dowódca zagrzewający swych żołnierzy do walki. Właśnie wtedy Jack po raz pierwszy wyobraził sobie martwego Blaira, leżącego na podłodze tego sklepu i z larwami much wyżerającymi mu oczy... A Blair po raz pierwszy popatrzył na Jacka z obawą. Bo rzadko kiedy króliki pokazują lisom swe kły. Poczuł wreszcie jak gęstniejąca aura zaczyna wzbierać w około tej zgarbionej, chłopięcej postaci i cofnął się o krok. Jack zachwiał się jak pijak, gdy stał tak przed nim na lekko ugiętych nogach, zachwiał się jak własny ojciec i bełkocząc coś w jego pijackim stylu, spojrzał z pode łba. Miał wredny uśmiech na twarzy, a w jego oczach tańczył szał. (Gęsty jak klonowy syrop) Szał przysłaniający każdą racjonalną myśl i zlepiający jaźń jak pajęczyna. Coś wibrowało w oddali, jakaś struna, którą ktoś z uporem maniaka wprawiał w ruch, by buczała nisko i basowo. Wibrowała, wściekle targając powietrzem w około, Blairem i całą tą jego cyniczną śmiałością. To Jack grał na niej własną złością, jak na jakiejś groteskowej harfie. Za jego plecami szyba witryny zadrżała, a po chwili znowu. Trzęsła się, jakby właśnie dostała ataku hipotermii, albo swingujących wibracji. Coś śmignęło w powietrzu i trzasnęło w szklaną taflę. Jedna, kryształowo czysta myśl i witryna pękła w poprzek jak smagnięta batem. (!Rozpieprzyć na kawałeczki!) Jack bardzo pragnął się stąd wydostać, a jego pragnienie, zdeterminowane przez ból i katalizowane Tygrysim Okiem, jak karabin strzelało myślami w szklaną witrynę. Szyba roztańczyła się w fasadach, a kurz osiadły na podłodze uniósł się ku górze. Struna pękła i coś bardzo złego właśnie wstąpiło na posadzkę tego sklepu. Na scenę tego teatru, by bezwzględnie upuścić wreszcie kurtynę. W ułamku sekundy wezbrała w nim potężna fala nienawiści. Czuć ją było w powietrzu, gorzką i kwaskowatą. (Jak szkarłat tętniczy) Blair już wiedział jak bardzo teraz nie znosił go Jack. Cuchnął nienawiścią, tak mocno, jak mocno pragnął jego śmierci. Cuchnął nią, jak alkoholik zwietrzałym ginem, rumem, a najlepiej to wszystkim naraz. (I mór czerwony, niepodzielnie zawładnie wszystkim) Cuchnął nienawiścią zrodzoną z bólu i z Tygrysiego Oka. Tak... Z niego w szczególności. I będzie gotów, zrobić wszystko, byle tylko go dostać. Zniszczyć swe życie, zniszczyć samego siebie i całe te piętnaście lat misternie układanych klocków. Wszystko... W zupełności wszystko. Bo tak właśnie Oko Tygrysa zwykło działać, jak Czarna Wdowa. A Jack zdawał się być w tym wszystkim marionetką tańczącą, jak mu się zagra. I wielce mu się to wszystko podobało. Upajał się tym, jak jego ojciec swym, cowieczornym piwem. I powoli zaczynał go rozumieć... Nałóg straszna rzecz, owszem, ale zawsze ktoś trzeci, stanie pomiędzy. Bezczelny, stary sukinsyn, albo inna suka z uporem maniaka psująca misterne plany. Paruletnią pracę i starania. Do diabła z sabotażystami! (Szkarłat tętniczy, dziś śmiechy rozliczy) Blair zdążył się jeszcze uśmiechnąć, na chwilę przed tym, jak Jack zawył i rzucił się do przodu w bitewnym amoku. (!!!RĄBAĆ!!!) (HAHAHA!) (Rozpieprzyć na miazgę, na kawałki!) Uderzył w Blaira jak strzała, barkiem w brzuch i runęli obydwaj na podłogę jak kłody. Chwilę potem zadudnił kufer upadający tuż obok spękanych okularów, potężnym pchnięciem strąconych Blairowi z nosa. (Kość, krew...) Jack podniósł się pierwszy i prychnął, jak zwierze górujące nad swą ofiarą. Zmierzył Blaira pogardliwym wzrokiem i uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie wygrał milion na loterii. owszem, wygrał. Własne życie i promocyjną porcję szaleństwa. (!!!RĄ-BAĆ!!!) Obrócił się gwałtownie w kierunku gabloty ze sztyletem. Wyciągnął dłoń w kierunku wieka, by otworzyć zawias, ale cofnął ją momentalnie; miał rąbać, a nie ciąć. (Tak to nie podlega dyskusji) Z największym namaszczeniem chwycił oburącz szkatułę, uważając by aby przypadkiem nie wyślizgnęła mu się ze spoconych dłoni. Ciążyła jak mosiężny młot, tyle że drewniany i nie taki poręczny jakim być powinien. Blair zdążył się już obrócić na plecy i zacząć wlec ku ladzie. (!!!NA MIA-ZGĘ!!!) A Jack z nieprzytomnie morderczym błyskiem w oku stanął w rozkroku nad sprzedawcą, walczącym teraz ze swym katem, podobnie jak jeszcze przed chwilą walczył on sam. Dziwnie uniósł kufer nad swoją głowę. Owszem, był katem. Katem tonącym w odmętach swego wewnętrznego śmiechu, niczym oliwka w kieliszku Martini. Mitycznym katem z wielką, czarną maczugą i krzywym uśmiechem na ustach. Był Bogiem Sztormem, Bogiem Świnią. (Hahaha!) (A w jego oczach tańczył SZAŁ) (Lisich oczach, rozszalałego tygrysa) (I szkarłat tętniczy) (Dziś śmiechy rozliczy) - Ty skurwysynu! - wyryczał, wciąż spanikowanym głosem. - Rozwalę ci łeb! Rozpieprzę na miazgę! - zarechotał obleśnie i tak perwersyjnie, że wręcz obrzydliwie. I wypuścił kufer z rąk. Wreszcie to zrobił... (Kość, krew...) Pociągnął za spust tego wielkiego rewolweru, (Kość, krew...) patrząc na wystrzelony pocisk jak w ostrze gilotyny z impetem osuwające się na kark skazańca. Leciał, spadał w dół i niemal dało się słyszeć świst zjadliwe rozcinanego powietrza. Muzyka dla jego uszu... Drewniany pocisk, którego nie dało się już zatrzymać. Rąbnął w potylicę Blaira jak młot i natychmiast przewalił się na bok. Jęk mężczyzny echem rozniósł się po sklepiku, odbijając od ścian i wiernie jak pies, wciąż wracając z powrotem. (Krew?) (HAHAHA!) (Krew! Boże ile krwi!) Z pękniętej czaszki sprzedawcy bryznęła ciemna krew, a Jack z obłąkańczą rozkoszą patrzył, jak przedzierała się przez mlecznobiałe włosy Blaira, jak je zlepiała, gęsta niczym klonowy syrop. Piękny kontrast, tyle o tym pomyślał i byłby pewnie powiedział, gdyby nie te zagryzione w odruchu wargi. Raz w telewizji (pewnie czwartego lipca, w kolejne cholerne, narodowe święto, na które wydaje się rocznie miliony, albo i więcej, dolarów) oglądał z ojcem powtórkę z zabójstwa Kennedy'ego w Dallas. Ojciec zawsze wybuchał dziwnym entuzjazmem, widząc już chyba po raz setny, jak kula zamachowca roztrzaskuje głowę prezydenta, jak roznosi jej resztki po jego żonie. Zawsze twierdził, że dobrze mu tak, że w końcu dostał za Wietnam i gmeranie w zarządzie F.B.I. Jacky'emu nie było wtedy do śmiechu, no ale minęło parę lat i to teraz Jack, zamiast swego ojca, śmiał się do rozpuku widząc czyjś roznoszony na miazgę łeb... I choć łba Kennedy'ego wcale mu nie przypominał, to jednak czuł podobny, do ojcowskiego entuzjazm. Nawet pomijając fakt, że Blair nie był odpowiedzialny za żadną z wojen. - Oto mucha, która przechytrzyła pająka! - ryknął głosem, teraz już pewnym i zdecydowanym. (Walcz o życie skurwielu!) (No walcz do cholery!) Blair drgnął konwulsyjnie i znowu ruszył przed siebie, bryzgając ustami krwią i jękiem. Jacka to nie zdziwiło... Sam oberwał trzy potężne ciosy w tył głowy i jakoś wciąż trzymał się na nogach. Na Blaira zużyje jakieś cztery... Tyle wystarczyło w zupełności, aby jego głowa pękła, jak arbuz potraktowany kijem baseballowym. Uśmiechnął się i splunął pogardliwie krwią na plecy mężczyzny. W tym samym momencie po raz drugi schylał się w kierunku kufra, a oczy zapłonęły szkarłatem. Omal się nie przewrócił gdy znów uniósł gablotę w powietrze i pozwolił, by krzywo zagórowała mu nad głową, jak jakaś pokraczna, groteskowa aureola. (Tylko nie upuść) Drewno było już mokre od krwi i musiał uważać, by przypadkiem sam nie oberwać nim w czoło, gdyby nagle mu się omsknęło. - I co ty na to? Wymiękasz? - położył nogę na plecach Blaira i docisnął do podłogi. - Niech cię szlag, ty pierdolony skurwielu! Myślałeś, że mnie powstrzymasz? - żadnego odzewu. - Ono jest moje! Należy do mnie! - ryczał jak wściekłe zwierze, plując śliną i krwią spienioną w kącikach ust. Odpowiedziało mu tylko nie mniej wściekłe echo. - Rozumiesz stary? I gówno mnie obchodzi twoje zdanie! - zachichotał ironiczne, dławiąc się powietrzem. Przez chwilę buzowała w nim myśl, że może już ukatrupił Blaira, rozwalił wreszcie skurwiela! Załatwił go w wielkim stylu, jak Dawid: Goliata! I wtedy poczuł niedosyt... To był krótki mecz, jak dla niego stanowczo za krótki. Przerwany od razu, po pierwszym golu. Nawet teraz, Blair zdawał się z nim wygrywać, psując mu zabawę i powoli doprowadzając do skrajnej irytacji. - Och... Niech cię diabli! - Jack zsunął nogę z pleców Blaira i zasadził mu nią siarczystego kopniaka w biodro. - Nawet teraz, musisz wszystko spieprzyć! Już miał już opuścić gablotę (którą i tak z trudem utrzymywał nad głową), kiedy nagle ciało Blaira drgnęło, jakby na zawołanie targnięte elektrowstrząsem. Rozwiało wszelkie wątpliwości jak wiatr. Od razu i bez zbędnych ceregieli. A Jack powitał je niemal z otwartymi ramionami., Blair żył, ledwo ciągnął, ale żył i najwyraźniej nie dawał za wygraną. Ku uciesze Jacka... Bo oto mucha, która chciała przechytrzyć pająka, właśnie odnosiła swój upragniony triumf... A prawdę mówiąc już go odniosła... Pozostało jej, jedynie czekać, aż pająk zupełnie zdechnie. Chciała mieć pewność, że w jego sieć nie wpadnie już nic, czemu mógłby zagrozić. By potem mogła spokojnie pójść w sam środek jego gniazda i zabrać stamtąd to co najcenniejsze. Pajęczy skarb, o dziwo, tak pokochany przez zwykłą muchę. Skarb, który zmusił ją do czynu wyrastającego ponad jej naturę. Jack zalśnił oczyma na purpurowo i wyszczerzył zęby jak szakal, a ciemna krew wyciekała powoli z jego rozchylonych ust, sącząc się po brodzie i dalej w dół szyją. Czas dokończyć dzieła, uleczyć biednego Blaira z jego chorobliwej pewności siebie i złotego lśnienia oczyma. A Jack miał lekarstwo na to wszystko. Dzierżył je w dłoniach, jak lekarz wielką strzykawkę i czekał tylko, by wbić ją, w formie rozgrzeszenia, w tyłek tego pyskatego, sakramenckiego szczeniaka. (Tej cholernej wiercipięty!) - Nie płacz już malutki. Dobry pan doktor zaraz poda ci twoje cholerne lekarstwo, (Lulu, spać!) a ty wypijesz je co do kropelki. Połkniesz w całości, i nawet nie piśniesz - Jack nadstawił ucha, ale Blair nawet nie odburknął. Rozśmieszyła go myśl, że może ze złości odgryzł sobie język i właśnie się nim dławił. W końcu zarechotał i cisnął wreszcie swą strzykawką w łeb Blaira, patrząc z rozkoszą jak jej wielka, drewniana igła penetruje jego czaszkę robiąc z niej krwawy gulasz. Bingo. Kraniec gabloty wbił się potężnie w i tak już zgniecioną wcześniejszym ciosem potylicę, znowu wznosząc burzliwą falę krwi. Rozległo się mokre, ciężkie plaśnięcie, jakby ktoś rzucił kamieniem prosto w błoto i głowa Blaira znów pusto zadudniła o podłogę. Z jego rozwartych w agonalnym krzyku ust bryznęło nieco szkarłatu porżniętego pajęczynką żółci. (Znowu krew? Hahaha!) Kufer przewalił się na bok, zdzierając z głowy Blaira resztki pasm jego posklejanych krwią włosów. (Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!) Jack kopnął znowu ciało, znów ani drgnęło. (Wytrzymał tylko dwa ciosy?) Ale mimo wszystko jeszcze raz podniósł kufer wysoko w powietrze. Ojciec powiedział mu kiedyś przy obiedzie (oczywiście ni stąd ni zowąd, bo taki miał zwyczaj), że w czasie wojny w Wietnamie, żółci po zabiciu każdego Amerykanina, podchodzili do jego ciała i jeszcze raz, na dokładkę strzelali mu w łeb. Byle tylko mieć pewność, że już nigdy nie wstanie i nie zrzuci napalmu na ich wioski. Jack też chciał mieć pewność, bo w takich przypadkach błędy popełnia się tylko raz. To też przekazał mu ojciec nim na dobre spiknął się z alkoholem i codzienne przy obiadowe mądrości (jak nazywał je do spółki z mamą), zastąpił pijackim bełkotem, którego zrozumieć już się nie dało. I tak więc Jacky, przykładny i grzeczny synek z lekko tylko patologicznej rodzinki, rzucił tym co aktualnie górowało mu nad głową, a czego, jego odrętwiałe ręce utrzymać już nie mogły... (Bingo) (Teraz już na pewno nie wstanie) (AMEN) Chybił, a kufer zadudnił tuż obok głowy Blaira, zrywając mu całe lewe ucho i ciągnąc jego przyklejone resztki za sobą. (Niech to szlag!) Otworzył się w locie, a w świetle słońca, srebrna klinga błysnęła Jackowi po oczach. (Nie, nie... Bardzo dobrze...) Oblizał ze smakiem swoje poharatane wargi i przełknął resztkę śliny. Ostatni raz popatrzył na przemieszane ze sobą w krwawym sosie, kawałki czaszki i zgniecione fragmenty bladoróżowego mózgu. Uśmiechnął się ironicznie i wyskoczył znad zmasakrowanych zwłok w kierunku sztyletu. Odkopnął na bok zbryzgany krwią i mózgiem kufer, a po chwili wpatrywania się, pochwycił sztylet za złotą, wysadzaną rubinami rękojeść. Wiedział, że będzie w sam raz od pierwszego momentu gdy zacisnął na niej palce lewej dłoni. Wręcz zaskwierczał z radości, jak zając doskakując do zwłok Blaira. Krwawy zając o wściekle karmazynowych oczach. Blair pewnie by zaprotestował, gdyby tylko potrafił. Ryknąłby albo chociaż zasłonił się rękoma. Ale był martwy, a martwe ciała, rzadko kiedy stają się bardziej martwe. Albo bardziej żywe... Ojciec mu to kiedyś przekazał i kazał tego trzymać. Kopnął go w głowę, roznosząc jej resztki po najbliższej ścianie i przewrócił na plecy. Jego twarz wciąż była zastygła w wykręconej bólem masce. Zlana krwią i zmasakrowana ciągłym łupaniem o podłogę, coraz mniej przypominała mu ludzkie oblicze. Była pusta i wionęła śmiercią. (A zmasakrowana, to ty dopiero będziesz) (Jakby drewnianym młotkiem...) W zaciśniętych ustach pełno było przemieszanej z krwią żółci. - Hej stary? - Jack poklepał Blaira po policzku. - Co z tobą? - Nachylił się nad nim z uśmiechem. - Coś nie tak? Twoja maska nie wytrzymała? - dodał szyderczo, właśnie zaczynając swój obłąkańczy taniec. (Zdjąć maski!) - Ja swoją maskę właśnie zdjąłem... - Co ty na to? Sztywniaku... - wybuchnął schizofrenicznym śmiechem, ujmując Blaira za szczękę. Rozchylił swoje usta i polizał go po zakrwawionym policzku, drażniąc język szczecinowatym zarostem, a w głowie zapaliła mu się czerwona żaróweczka z informacją, że właśnie stał się zdemoralizowanym do cna sukinsynem. (Więc teraz gwóźdź programu) - No, to jesteśmy chyba kwita - odparł dumnie, podsuwając błyszczące lodowato ostrze sztyletu pod zakrwawione oko Blaira; ukryte pod opuchlizną, tępo patrzyło w przód. (Spragniony?) Parsknął śmiechem, widząc jak rozcina skórę. Piękny widok malowały w niej pasma krwi, cieknąc wzdłuż pajęczynki zmarszczek, jak rzeka na nowo, starymi korytami. (Bardzo piękny) Czuł się niesamowicie dumny z tego, że właśnie tak załatwił sprzedawcę, i że zaraz wydrze mu jego tygrysie oko wprost z ciała... A potem ukradnie kamień na dokładkę. (Raczej weźmie co swoje) Uśmiechnął się szeroko, gdy ostrze głębiej zatopiło się w ciele Blaira. Strumyczek krwi buchnął z rany. (Ta klinga już nigdy nie zabłyśnie srebrem) Gałka oczna zadrżała przebita niemal na wylot i natychmiast podbiegła posoką. Jack splunął za przez ramię na szczęście i wyjął ostrze z rany. Potem okroił oczodół dokoła, ambitnie przecinając powieki i mięśnie. Podobała mu się ta zabawa w chirurga. Choć miał dopiero piętnaście lat, a właśnie trwające chwile z pewnością zostawią po sobie nieusuwalne piętno w jego psychice... Wiedział, że wyryją głębokie znamię. Bardzo głębokie. Jak kanion Kolorado, albo coś w tym stylu. I mógł się tylko zastanawiać, jak potoczą się jego dalsze losy, mógł tylko przypuszczać, sklejając poszczególne wątki w głowie. Zastanawiał się, jak może skończyć ktoś, kto w takim wieku, z błyskiem w oku szlachtuje jakiegoś pomylonego starca? To właśnie go korciło, jak kolec uwierając mu jaźń. (Czy taki ktoś może w ogóle skończyć?) Z pewnością dość ciekawie... (Smaż się dziecino, smaż!) Tacy to zawsze kończą ciekawie: rzekłby pewnie jego ojciec, (... gdyby tylko...) (... nie był taki narąbany) gdyby tylko stał tu teraz, zdając sobie sprawę z myśli Jacka i łykając ten psychiczny koktajl prosto z jego głowy. Zachwiałby się pewnie wtedy potężnie, bo jeszcze nigdy nie próbował czegoś tak mocnego. Nawet na koszt firmy. (Smaż się dziecino, smaż!) Pewnego razu, parę lat temu, przeglądając Brams Tribune w poszukiwaniu programu telewizyjnego na sobotni wieczór, natknął się na artykuł zatytułowany: Morderca z przed lat, traktujący o dawnym psychopacie, który w sześćdziesiątym siódmym, dokonał szeregu zabójstw w pobliskim miasteczku. A żeby było zabawniej dokonał tego na gwiazdkę. (Tak, bez wątpienia rozdał wszystkie prezenty) (Co do jednego) Jack dobrze zapamiętał imię tego człowieka, który (pewnie z równie szatańskim uśmiechem, co on jeszcze parę minut wcześniej) zarąbał wtedy siekierą, osiem przypadkowych osób. Ten mężczyzna nazywał się Walter Sullivan i dobrze wrył mu się w pamięć. Podobnie jak alfabet, tabliczka mnożenia i widok nagich kobiet, robiących cuda niewidy w gazetach ojca (trzymanych przez niego w pudle na szafie i regularnie podbieranych przez Jacka w celu cieszenia nimi wzroku, a z czasem i nie tylko). Walter Sullivan... Już do końca życia, będzie pamiętał to imię. Tak samo jak widniejące pod artykułem zdjęcie pięcioletniego chłopczyka. Niewinnego, rudowłosego i pyzatego aniołka z rumianą buźką przyprószoną maczkiem drobnych pieżków. Wyglądał niemal jak Jack, gdy też był w takim wieku (i to głównie dzięki, temu tak dobrze tamto zdjęcie zapamiętał, odciskając je jak stempel na kartce własnej pamięci) Pod spodem widniał podpis w stylu: Kto by przypuszczał, że wyrośnie z niego (Z nich?) (Aż?) taki morderca... (Mordercy... ?) (Jacky jak Walter. Wypisz wymaluj) W tamtym artykule napisano: (po dziś pamiętał szczątki tamtych słów, bo swego czasu, przez tydzień wkuwał je na pamięć, byle tylko powtórzyć kiedyś, za nadarzającą się okazją) „Na postępowanie ludzi takich jak Walter, wpływa z reguły wiele czynników. Problemy w pracy czy niejasna sytuacja w rodzinie, to tylko czubek góry lodowej, ale szczególny wpływ mają traumatyczne wspomnienia, o przeżyciach z dzieciństwa. Przeżyciach takich jak choćby (I delikatnie rozwierając usta, wysunął swój tłusty...) molestowanie seksualne, (!Zatłukę cię!) alkoholizm jednego z rodziców, (?!Gdzie schowałaś pieniądze ty suko?!) problemy finansowe (!No dalej! Dalej rzucaj tymi cholernymi talerzami za dwie stówy!) lub przemoc. (!!!Rozwalę ci łeb! Rozpieprzę na miazgę!!!) Dzieci są znacznie wrażliwsze od nas: dorosłych. Łatwiej jest je zranić, bo inaczej postrzegają nasz świat, bardziej dosłownie i dobitnie. Zwłaszcza reakcje matek, jako autorytetów dla dziewczynek, i ojców: autorytetów dla chłopców, są dla dziecka danej płci szczególnie ważne. (A ty co się gapisz cholerny bachorze? Spierdalaj do łóżka!) (Głuchy jesteś?!) I tak choćby molestowanie czy inne znęcanie fizyczne, (Nie... Tato, proszę...) może się w przyszłości przerodzić w seksualny fanatyzm i choć nie jest to regułą: wykreować gwałciciela lub sadystę. (!Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!) Są to co prawda przypadki ekstremalne, ale nie można ich w żadnym wypadku lekceważyć." Tyle zapamiętał Jack z prawie dwóch stron tamtego tekstu, na nowo otwierając w swojej głowie tamtą gazetę i lawirując w myślach cytatami. Pamiętał tylko tyle, czy może aż tyle? Nie potrafił się zdecydować. Uśmiechnął się, bo przecież lepsze to, niż nic i pozwalało poniekąd zrozumieć naturę. Swoją nową naturę... Więc był skazany na rolę psychopaty? (Zdjąć maski!) Dziwnie czuł się z tą myślą, siedzącą mu na ramieniu i jak papuga, stale targającą włosy. (Nie... Najpierw rola alkoholika) (A potem mordercy, rozwalającego młotkiem drzwi) (Tak, tak, dokładnie tak!) Nie na co dzień, odkrywa się w sobie takie skłonności. Nie na co dzień staje się, twarzą w twarz z własnym sumieniem i mówi: „Hej stary? To ja psychopata! Jak leci, może rozwalimy komuś łeb? Rozpieprzymy na miazgę?" Czuł się rozdarty, jak człowiek co noc zamieniający się w wilkołaka. Chciał żyć owszem i na Boga, jak bardzo! Ale bez smaku krwi w ustach. Bez tego złowieszczego błysku w oku... Ileż on by dał za coś takiego. Za wolność... Banalną, prostą wolność i święty spokój. Bo gdy umysł śpi, budzą się upiory... A jeśli Goya faktycznie miał rację, to w takim razie, umysł Jacka spał już od ładnych paru lat, albo przynajmniej od trzech dni. Spał i śnił o koszmarach. Myślał o tym wiele razy, często w domu, gdy rozbijane o ściany talerze i szklanki rozrywały swym krzykiem jego sen na strzępy. (Gdzie schowałaś pieniądze ty suko?!) (No dalej! Dalej rzucaj tymi cholernymi talerzami za dwie stówy!) Za każdym razem, gdy zapłakany słyszał te tępe walnięcia i głuche, dochodzące zza ściany, odgłosy męskiej, prostackiej pięści, uderzającej w delikatną kobieca twarz. (Rozwalę ci łeb! Rozpieprzę na miazgę!) Miał wtedy taką wielką, dziką ochotę zabrać ze skrzynki narzędziowej ojca, jego drewniany młotek, którym zawsze przybijał obrywający się strop i za każdym razem, gdy Mark Frost podniesie swą ciężką, władczą rękę na mamę, rąbnąć go nim w potylicę. A gdyby odwrócił się z pijackim bełkotem na ustach, poprawić ciosem w kość policzkową, gruchocząc żuchwę i wybijając wszystkie boczne zęby. Matka zapewne zaczęłaby krzyczeć, gdyby Jack i zarazem nie Jack, z morderczym błyskiem w oku, zamachnął się młotkiem nad głową powalonego ojca. A jeśli nie krzyknęłaby wtedy, to na pewno po chwili, w momencie gdy drewniany obuch runąłby znowu na głowę jej męża, uniósłby się w górę i znowu opadł ze zjadliwym świstem. Wtedy krzyczałaby na pewno... A Jack rąbałby dalej z psychopatyczną zawiścią wymalowaną na twarzy. Z obłąkańczym namaszczeniem... Z rozmachem rozchlapywałby kolejne pasy krwi na ścianach i suficie. Głuchy na zawodzenia matki i jej prośby. (Och, mamo! Na Boga nie widzisz, że jestem zajęty!?) Rąbałby raz za razem, do póki ten cholerny łeb Marka Frosta, nie rozpieprzyłby się na miazgę! Musiał, pragnął... Chciał. Tłuc i wciąż słyszeć te mokre, ciężkie plaśnięcia młotka przebijającego się z trzaskiem przez czaszkę, niczym przez drewniane drzwi, drzwi do wolności. Wciąż wygrywać tą chorą melodię, niosącą za sobą śmierć i zbawienie zarazem. Wygrywać ją młotkiem na miękkiej papce, która niegdyś była głową jego ojca... (Pięknie) Wyszczerzyłby zęby, gdyby nie był, aż tak bardzo zajęty podważaniem tego cholernego oka. (To tak jak z jajkiem... Trzeba uważać by nie pękło) Myśli o prawdopodobieństwie tamtych chwil, wciąż szalały w jego głowie tłukąc się niemiłosiernie, buzowały jak gazowany koktajl złości, nienawiści i żalu. I choć prawdę mówiąc, Jack miał na razie w nosie wszystko to, co nie było aktualnie związane z wycinaniem oka Blairowi, to... One wciąż wracały, wspomnienia... Mimo, że z namaszczeniem odganiał je od siebie i zamykał jaźń na kłódkę. Nie miał zamiaru popełnić jakiegoś błędu, będąc rozproszonym przez jakieś cholerne myśli, niczym pszczoły bzyczące w około swego ula, za który z pewnością obrały sobie jego głowę. (By potem nie musieć wyrywać ich z niej obcęgami) I gówno go obchodził fakt, że jego wgnieciona na potylicy czaszka, pulsowała coraz gorętszym bólem i może gdyby nie schylał się tak bardzo, to krew nie napływałaby mu z takim impetem do głowy. (Pierdolić!) Spojrzał na oko... Pokrwawione od środka i okrojone dookoła, blask dawno w nim zgasł. I to nie tylko blask życia, a przede wszystkim ta bursztynowa jasność. To na niej się skupiał się za każdym razem, gdy patrzył Blairowi w twarz. Wcześniej tylko wypłowiała i ledwo co się tląca, teraz już zupełnie wypalona jak stare, zgaszone (Krwią?) ognisko. Jack poczuł wreszcie, że powinien przejąć już pałeczkę po Blairze. Ten starzec też to wiedział i dał się zatłuc, by móc mu to przekazać. A teraz był już za sztywny, by cokolwiek w tym zmienić. (Bo martwe ciała, rzadko kiedy stają się bardziej żywe) - Dobra robota staruszku - Jack wbił ostrze głęboko w oczodół i parł nim w głąb, aż nie natrafił na twardy opór kości i pusty szczęk metalu. Podważył oko i jednym ruchem przerwał trzymające je wiązadła; wypłynęło niesione prądem krwi. Błysnął oczami i pochwycił w palce śliską i połyskliwą gałkę. Miał nadzieję, że nie pęknie mu w dłoni. Zawsze, od dziecka chciał zobaczyć prawdziwe oko, wyjęte komuś prosto z twarzy. (Jeszcze ciepłe) Nie miał wtedy zamiaru nikogo zabijać. Po prostu był ciekawy, jak dzięki temu czemuś, ludzie potrafią widzieć, postrzegać i rozumieć świat. Ot, kolejne z jego rozkosznych, dziecięcych marzeń, zamiast śnić o owym Action Manie, on zastanawiał się, jak to jest wyjmować komuś oko. Tyle, że wtedy, nie skupił się nad tym ile roboty takie coś może go kosztować. Teraz już wiedział... I czuł się poirytowany długością i nakładem pracy. Współczuł chirurgom, którzy codziennie pracują tak w pocie czoła, byle by tylko dorobić do emeryturki. To było stanowczo ponad jego nerwy. Wolał już ciąć kogoś żyletkami, niż wykrajać jego oczy. Zakasłał krwią, bez ceregieli wbijając pokrwawiony sztylet w środek drugiego oka, niewiele poniżej źrenicy. Pękło i rozpłynęło się w galaretowatej mieszaninie ciała szklistego i krwi. Wbijał tak ostrze do oporu, aż powieki Blaira, jak baldachim odruchowo zamknęły się na klindze. Potem zostawił je sterczące posępnie do góry niczym jakiś strach na wróble w szczerym polu kukurydzy. (Teraz napiłeś się już do syta, prawda?) Taka była nagroda dla Blaira, za jego grę. (Marny aktorzyna, skoro tak właśnie skończył) Trzy czwarte jego Tygrysich Oczu, już nie istniało. I już nikt ich nie posiądzie... Jedno właśnie pękało w ręce Jacka. Powoli zgniatane palcami z wręcz sadystyczną rozkoszą. A pięć metrów dalej, spoczywała kolejna nagroda, którą i tym razem Jack, weźmie i ukryje w dłoni. Nagroda, której nigdy jednak nie zgniecie. (Bo przecież nie miażdży się swojego skarbu) (Tylko kocha, pielęgnuje) (I karmi...) To było ostatnie Tygrysie Oko... I tylko on, mógł je mieć. Właściwe Oko... Wytarł o spodnie pokrwawione dłonie i odszedł koślawo (Jak prawdziwy pijak) od zmasakrowanego trupa, (Jak ojciec) starając się jakoś skupić rozbiegany wzrok na kuferku z kamieniem w środku. Mały, złoty kluczyk wciąż tkwił w jego zdobionym ornamentami zameczku i błyszczał zachęcająco w słońcu. (Chodź do mnie, ty narąbany sukinsynu!) Jack zdążył jeszcze mu jeszcze odpowiedzieć, równie ochoczym błyskiem pokrwawionych zębów, nim kompletnie stracił równowagę i niczym pijak runął przed siebie na ladę. Rąbnął szczęką o blat i bryznął szkarłatem krwi na drewno, gdy starał się na nim wesprzeć niczym topielec z uporem maniaka włażący na burtę łódki i wciąż ześlizgujący się w morską topiel. (Ale nie wszyscy tonący, mają możliwość wsparcia się o podłogę) Zgodnie zaparł się nogami o drewniana podsadzkę i podciągnął w górę. Potylica płonęła mu żywym ogniem i gdy tylko dotknął dłońmi jej okolic, rozlała po całym jego ciele czarę bolesnej, wrzącej goryczy. Zaciskając zęby odwrócił się plecami do blatu, stale podziwiając jak ból artystycznie rozmazuje mu obraz przed oczyma. Miał wrażenie, jakby patrzył przez zlaną deszczem samochodową szybę. I to przy prędkości grubo ponad stu mil na godzinę. Jego czaszka... Był w stanie się założyć, że jest pęknięta i wgnieciona do środka. Skupił wzrok na drzwiach ozdobionych aureolą jego krwi. W końcu zaliczył trzy dzwony o taflę z hartowanego szkła, więc czego miał się spodziewać? (Świergotu ptaszków) Trzy solidne dzwony, zaliczone niewiadomo jakim cudem i z czyjego powodu. Ale byłby skłonny obstawiać za tym skurwielem Blairem i kolejną z tych jego szatańskich sztuczek. I gdyby tylko ta cholerna obroża, uciskająca jego mózg nie napierała z taka siłą i determinacją, byłby tego pewien na sto procent. Głównie dlatego, że ból, jak na razie spisywał się rewelacyjnie w roli cholernego dywersanta, skutecznie uniemożliwiając zebranie myśli do porządku i uformowania z nich w miarę logicznego toku postępowania. (Zero jeden dla ciebie, sukinsynu) Rzeka myśli, burdel, bajzel a może nawet wszystko na raz. Czuł, że to właśnie kłębi mu się teraz w jaźni, bulgocąc i kipiąc szalenie jak jakiś obrzydliwy koktajl. Wiele by dał za chociaż jedną szklankę zimnej wody. Byle tylko chlusnąć nią sobie w twarz i przez moment ulżyć rozpalonej do białości głowie. Znowu się zatoczył i po chwili zdecydował usiąść pod ladą. Wolał nie ryzykować kolejnego, czwartego już z kolei, porządnego przygrzmocenia łbem o coś twardego. Spokojnie osunął się ku podłodze, ale po chwili, klnąc siarczyście i na czym świat stoi, delikatnie uniósł się ku górze i próbując dosięgnąć rękoma szkatułki z Tygrysim Okiem. Byłby o niej zapomniał. A nie powinien... Miał obowiązki do spełnienia. Blair złożył odpowiedzialność za kamień na jego ręce. A Jack był z natury bardzo sumiennym człowiekiem i powierzone mu obowiązki wypełniał z namaszczeniem, aż do końca... Zignorował rozrywaną ogniem czaszkę i nachylił się jeszcze mocniej, a po chwili znowu. (No chodź do tatusia) Była na wyciągnięcie ręki, dotykał jej koniuszkami palców, muskał czule z tęsknotą w oczach, powoli przechylając się ku przodowi. Tym razem jednak nie dał grawitacji kolejnego powodu, by znów wbić go w podłogę. Nie tym razem runie na ziemię, jak jego własny ojciec, po całonocnych popijawach z kumplami. Postąpił krok do przodu i z impetem równym pułapce na niedźwiedzie, triumfalnie zacisnął palce na pudełku. (Nie tym razem) Uśmiechnął się obłędnie, wprost kipiąc podnieceniem. (Tak... Właśnie tak) (Dobra dziewczynka) Zawył z radości, przekręcając szkatułkę w dłoniach. Tygrysie Oko, było blisko... Jak owca, smoka... (Jak smok owcy... ?) Cholernie blisko. (Zaklęte w środku, jak owad w bursztynie) Jack Frost dotarł w końcu, pod magiczny przystanek swego życia. A jedynym co dzieliło go od obsesji, były drewniane ścianki szkatułki. Tylko one... A za nimi... ? Roześmiał się na cały głos. Za nimi bowiem był skarb. Skarb dla którego zrujnował sobie życie. Spojrzał brunatnym wzrokiem na złoty, fikuśny kluczyk sterczący z nie mniej fikuśnego zameczka. (Piotruś Pan, w końcu dostał zabawkę) (I chce się z nią pobawić) (Musi, albo go zaraz szlag trafi!) Chwycił go w swe pokryte strupem dłonie i agresywnie szarpnął w prawo. Szeroki uśmiech rozpromienił oblicze Jacka. (HAHAHA!) Trzask rozniósł się w około widma, jakie pozostało z jedynego syna państwa Frost. Ale bynajmniej nie był to trzask przekręcanego zamka... Raczej trzask pękającego kluczyka, którego połówkę Jack już trzymał w palcach, niczym ukręcony łepek ołowianego żołnierzyka. (Haha...) Mina zrzedła mu diametralnie. (Ha...) (???) Zawył i rzucił fragmentem kluczyka w jasną cholerę. Czując jak znowu oberwał od losu prosto w twarz, odwrócił się na pięcie w kierunku lady i trzasnął kuferkiem o jej drewniany blat. Po chwili znowu i znowu, raz za razem z namaszczeniem roznosząc tępy stukot po całym sklepie. (Rąbać!) (Niech to szlag!) (Zarąbać na miazgę!) Po paru uderzeniach, jedyne co zastał to wgnieciony w paru miejscach blat i lekko porysowane na brzegach pudełko. Zgniótł je w dłoniach, skwiercząc i buchając krwawą pianą z ust. Co jak co, ale drewno nie mogło być, aż tak wytrzymałe (przynajmniej w jego mniemaniu). - Ja pierdolę... - odsapnął zrezygnowanie, powoli zginając się ku podłodze. Poczuł się jak piłka z której ktoś właśnie, wrednie spuszcza powietrze. I to w samym środku meczu... Ukląkł, tym razem na serio i kładąc szkatułkę tuż przed sobą, wplótł dłonie we włosy. Wtarł w nie resztki zakrzepłej krwi i byłby zaryczał z bólu momentalnie, bo szarpnął czupryną i jednocześnie całą tą gorejącą miazgą na potylicy. Powstrzymał się jednak, bo ból minął niemal natychmiast, gdy tylko odsunął ręce. Odnalazł wzrokiem ciało Blaira, sałatka z resztek jego głowy błyszczała szkarłatnie w złotym świetle słońca. Jeszcze parę minut wcześniej, pewnie zachwyciłby się jej widokiem. Teraz jednak nie było mu ani do śmiechu, ani do radości. Najlepiej sam zadźgałby się tym sterczącym w górę sztyletem. Tyle, że w jego wykonaniu, chcieć nie zawsze znaczyło móc, a co dopiero: mieć odwagę. I faktycznie... Nie znalazł w sobie jak na razie, ani krzty chęci, by postąpić ze sobą podobnie jak z Blairem, (Ukatrupić?) albo żeby chociaż poderznąć sobie gardło czy rozedrzeć żyły. Zaniósł się płaczem i po chwili rozryczał jak dziecko, ukrywając w dłoniach. widmową, ale wciąż ludzką twarz. Gdyby odsunął ręce i stanął teraz jakimś cudem obok samego siebie, dostrzegłby rozmazane dziecięcymi łzami ślady krwi na własnych policzkach. Tych samych chłopięcych policzkach, które z takich samych łez bezsilności, ocierała mu mama gdy był młodszy i nie poszło mu w szkole czy na boisku, a z czasem, gdy podchmielony ojciec zamachnął się na niego otwartą dłonią, bo ten przez przypadek rozlał mu piwo na dywanie. Jack mimo, że praktycznie osiągnął swój cel, dostał to po co tu przyszedł, to wciąż tkwił pomiędzy młotem, a kowadłem i z sumieniem krzyczącym: MORDERCA! Na dokładkę, gdzieś głęboko wewnątrz obolałej jaźni. Spalił wszystkie mosty, jakie łączyły go z dawnym życiem, (Pal się dziecino, pal!) dał z siebie wszystko, w najgorszym z możliwych scenariuszy. A i tak, dziś nic nie poszło po jego myśli. Spierdolił wszystko co się dało, od A do Z... I prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, czy właśnie wstępujące w niego zwątpienie zrodziło się z powodu tego cholernego Blaira, czy tylko przez niemożność dotarcia do kamienia. Jednego był pewien. Tego, że Piotruś Pan właśnie przesrał sobie jedyną drogę do skarbu, i że kapitan Hak dobrze wiedział w co go wpakowuje z każdym kolejnym ciosem, który wtedy spadał mu na łeb. Wróć. Przesrał szansę już w momencie gdy po raz pierwszy przekroczył progi tego miejsca, a rozwalenie łba Blairowi, tylko przypieczętowało jego los. A mógł to przecież inaczej rozegrać. Bez krwi i wydłubywania oczu. Mógł tu wpaść jak tornado, podpierniczyć kamień i uciec w podobnym stylu. Albo spokojnie wejść i wyjść... (Tak... Ale kapitan Hak był bardzo sprytnym skurwielem) Możliwości miał do groma, a wybrał akurat tą, która wpędziła go w największe szambo. Niepotrzebnie wdawał się w gadki z Blairem. Niepotrzebnie starał się go omotać. Mógł zwyczajnie wziąć i wyjść, korzystając z jego nieuwagi. A potem, uciec daleko, choćby na koniec świata, i zostać już ze swym skarbem na zawsze razem. Śmiać mu się chciało, gdy patrzył teraz z boku na kolejne przejawy swego młodzieńczego idiotyzmu, na te najbardziej ementarne błędy! Wiedział też i dziękował za to w duszy Bogu, że w normalnych warunkach, (czyli takich, w których nastolatek nie ma możliwości masakrowania czyjegoś łba) nie posiedziałby tak długo, bez kajdanek albo ciosu przez kark policyjną pałką. Czuł, że będzie największym farciarzem, jeśli wyjdzie z tego całego burdelu bez większego szwanku. Nie bez podstawnie ktoś, bynajmniej nie on, ukuł kiedyś stwierdzenie, że miłość jest jak narkotyk. On wciąż był nią naćpany. Narąbany po uszy jak własny ojciec, albo nawet jeszcze bardziej. A w takich momentach, ludzie nie zwykli zachowywać się logicznie wiedział o tym doskonale, (Choć tutaj ty sakramencki szczeniaku...) (... i powiedz gdzie ta suka ukryła moje cholerne pieniądze!) a co dopiero, gdy ich łeb pękał im, rozpalony do białości. Gdy fascynacja traciła na sile, do głosu dochodził ból i vice versa, więc Jack nie dziwił się sobie i swoim błędom. Wybaczał sobie, ten swój względny idiotyzm. (Nawet morderstwo?) Nie chciał... Tylko tyle przychodziło mu aktualnie na myśl... Nie chciał tego pytania. Zupełnie jakby myśli o nim, dotkliwie kuły go w jaźń, do krwi i żywego mięsa. - Głupi skurwiel... - wyszeptał w końcu, rozdzielając zlepione krwią wargi i hipnotycznie wpatrując się w oblicze Blaira. Wykrzywił tą swoją chłopięcą buźkę w smutnym grymasie. - Nikt ci nie kazał porywać się z motyką na słońce... - odburknął, po części do siebie, po części w kierunku trupa, pozwalając ustom na delikatny uśmiech. Wpierniczył się w to cholerne bagno po uszy i tylko od niego zależało, czy się głębiej w nim pogrąży, czy wygramoli na ląd. Tylko od niego... Zdawał sobie z tego sprawę. Aż nader dobrze. Każda akcja, powoduje reakcję. Tak jak pytanie rodzi odpowiedź, a trucizna: śmierć. Tryby pewnej machiny właśnie ruszyły, a tego już nie da się zatrzymać. Pozostaje mu tylko kontrola. Zmasakrowany trup, nie świadczy o niczym przyjemnym, niosąc ze sobą konsekwencje nie do przewidzenia i Jack mógł tylko przypuszczać jak sprawy potoczą się dalej. To, że nikt nie przeoczy pokrwawionego nastolatka, biegnącego ulicami Brams było faktem. Podobnie jak późniejsze odkrycie trupa pewnego starca, którego potylica została wbita tępym narzędziem do środka głowy i powiązanie obu tych spraw. Tego nie da się zatuszować, a przynajmniej nie jemu. Pożar nie wchodził w rachubę, bo jaki idiota podpala klatkę, w której jest uwięziony? Żaden! Tylko samobójca... A Jack, mimo względnej nierozwagi, samobójcą ewidentnie nie był. Za dużo by stracił w ogniu. A zbyt wiele temu poświęcił. (Jak mogli krzyczeć, skoro oczy im zabulgotały) (Skóra odchodziła płatami) (A języki zwinęły się w skwarki) W końcu odkleił wzrok od Blaira. (Doigrałeś się) Musiał się jakoś stąd wydostać, zwłaszcza, że aktualnie nie był amatorem podglądania rozkładających się zwłok. Miał nadzieję, że nie będzie tu siedział aż do momentu, w którym stanie przed dylematem śmierci z głodu, albo... Kiedyś, gdy miał jakieś pięć lat z kawałkiem, poprosił tatę, który wtedy dopiero zaczynał uczyć w szkole, by opowiedział mu do snu jakąś straszną bajkę. Miał już dość słuchania opowiadań o smokach i zamkniętych w wieżach księżniczkach. Ojciec zmarszczył wtedy brwi, będąc kompletnie zaskoczonym prośbą małego Jacky'ego, ale w końcu dał się przekonać i opowiedział mu historię kapitana Johna Boyda, którą usłyszał kiedyś podczas studiowania historii na uniwersytecie Langdona w Maine. Był rok bodajże tysiąc osiemset czterdziestym siódmy i wojna amerykańsko-hiszpańska trwała w najlepsze, gdy za tchórzostwo na polu walki, kapitan Boyd, został przeniesiony do Fortu Spencer, zagubionego gdzieś w zaśnieżonych górach Sierra Nevada. Wyruszył ze swojej jednostki wraz z kupiecką rodziną Donnerów, akurat również udającą się na południe. Wędrowali parę dni w głębokim śniegu, aż w końcu zdecydowali się schronić przed opadami w jednej z górskich jaskiń. Na tyle dużej, by konie ciągnące wozy również mogły się w niej zmieścić. I tak, dni mijały, śniegu przybywało a jedzenia było coraz mniej, więc by zniwelować głód, zabili i zjedli konie, potem paski i skórzane sprzączki. A gdy jeden z członków wyprawy, skonał w końcu z głodu, porąbali go i też zjedli. A potem następnego, tyle, że on jeszcze żył, kiedy go tłukli kijami i toporkami. W końcu doszło do tego, że grupa stopniowo wycinała w pień coraz słabszych członków, brat mordował siostrę, a ojciec: matkę. Z całego tego cyrku, bez szwanku wyszedł tylko jeden człowiek. Wspomniany Boyd, który uciekł dostatecznie wcześnie z jaskini, nim i jego ukatrupili. Błądził po lasach, aż wreszcie dotarł do pod bramy fortu Spencer. Gdy opowiedział wszystkim co mu się przydarzyło, został aresztowany i oskarżony o wielokrotne morderstwo. Nikomu z fortu nie chciało się błądzić po wiecznie zaśnieżonych lasach, w poszukiwaniu tamtej jamy pełnej kości i śmierci. Parę dni później, Boyd został skazany na śmierć przez powieszenie, a wyrok wykonano niedługo później. Sławetnej jaskini nigdy nie odnaleziono, podobnie jak któregokolwiek członka rodziny Donnerów, uznanej za zamordowaną i porzuconą gdzieś w lasach gór Sierra Nevada. Ojciec skwitował to wszystko jeszcze, morałem w formie: „I od tamtego momentu, duchy rodziny Donnerów, nawiedzają dzieci, które nie szanują swego jedzenia i wyrzucają je do śmietnika." Jack dobrze zapamiętał tą historię, wryła mu się w pamięć tak jak Walter Sullivan oraz jego zbrodnie i choć dziś nie straszyła tak jak wtedy... To nie mniej jednak, swego czasu wywarła na nim kolosalne wrażenie (zważywszy na to, że Jacky należał do grupy dzieci- niejadków). Jeszcze tej samej nocy nie potrafił zasnąć... I przez kolejne tak samo. Wszystkie spędził na budzeniu się z płaczem, lub czuwaniu przy zapalonym świetle i z kijkiem do hokeja w ręce. A gdy mama, zaniepokojona jego wyglądem i stanem, zapytała pewnego razu przy śniadaniu, czemu jest taki blady i niewyspany, a jedynie zajada się podwójnymi porcjami kukurydzianych płatków... Popatrzył wtedy z wyrzutem na ojca i ze łzami w oczach zeskoczył z krzesła, wtulając się w matczyne nogi. Gdzieś w głęboko w nim samym, pękła jakaś napięta od pewnego czasu struna i wyrzucił z siebie w końcu wszystko to, co kłębiło się w nim od tych parenastu dni. Całą tą mroczna historia kapitana Johna Boyda i wyprawy Donnerów. Poczuł się wtedy o niebo lepiej, a mama najpierw zaniemówiła, zatkana czymś w rodzaju ciężkiego szoku, potem jednak się odblokowała i omal nie wpadła w szał, krzycząc w kierunku ojca, że zrobił synowi sieczkę w głowie. A potem kucnęła przy Jackym i ocierając mu łzy z policzków, swym kuchennym fartuchem, mocno go przytuliła mówiąc, że ta historia, to tylko bujda, głupi wymysł jego niedorozwiniętego umysłowo ojca, który niewiadomo jakim cudem, dostał posadę nauczyciela języka angielskiego w szkole Midwitch. I choć tata tłumaczył potem, że chciał tym samym wymusić w Jackym chęć jedzenia, nie na wiele się to zdało. A Jacky jak nie jadł, tak nie je, wciąż czując pewną urazę do ojca. Czując tą pierwszą, głęboką rysę na wtedy krystalicznym obrazie swego taty, dziś ukrytą już pod stertą wielu innych, niby dotkliwszych... Ale była pierwsza, pewnie dlatego tak dobrze ją zapamiętał. Pierwsza głęboka rana, którą zadał mu ojciec. Niechcący i do tego na trzeźwo. (Rana, która nie da o sobie zapomnieć...) Jak się miało potem okazać, nie ostatnia. (... i staje się siedliskiem robactwa) I choć wtedy bardzo piekła, to miała okazać się niczym w porównaniu z tymi jakie w siedem lat później, ojciec zafundował jemu i mamie. Butelkami i kieliszkiem, które przechylał każdego wieczoru zamknięty w swoim pokoju, w salonie przed telewizorem albo z kumplami w barze. Owszem... Te rany były najgłębsze. I nigdy do cholery, nie chciały się zagoić. A on i mama, mimo wszystko, musieli z nimi jakoś walczyć. Leczyć z nich, samych siebie. Począwszy od zamykania się razem w pokoju i słuchania odgłosów demolowanego w pijackim szale mieszkania, a kończąc na dowlekaniu nieprzytomnego ojca z izby wytrzeźwień do domu (z reguły było wtedy grubo po północy i nie wszystkie taksówki krążyły po spelunkowatych dzielnicach Brams). (Mogłoby być ciekawie) Wątły uśmiech, rozciął jego usta, choć Jack nie wyobrażał sobie, by móc zachować się jak Donnerowie. Dowlec się do martwego Blaira i umoczyć w nim usta, łyknąć nieco tego krwawego koktajlu zebranego w kielichu jego czaszki, a po chwili zacząć go chłeptać, na czworakach jak pies. Nie byłby w stanie... (Obgryźć kości z mięsa?) (Połknąć jelita jak spaghetti?) Nie ważne jak bardzo konałby z głodu. Sztylet napił się krwi i to w zupełności wystarczyło, jeśli chodziło o żywienie się Blairem. A on sam najwyraźniej dobrze się musiał tym wszystkim bawić, skoro po chwili znowu parsknął śmiechem, plując przed siebie wciąż jeszcze zakrwawioną śliną. Piękna zabawa: Dom psychiatryczny u Jacka zaprasza! Zachwiał się, mocno przyciskając sosnową szkatułkę do piersi, a uśmiech znowu rozlał mu się po twarzy. Czuł się, jak matka czule tuląca swoje dziecko. Dodawało mu to animuszu. Zwłaszcza, że był teraz jedynym opiekunem kamienia na tym niebezpiecznym, pełnym psychopatów świecie. Siedział tak jeszcze przez chwilę, bez ruchu. Z niczym nie zmąconym uśmiechem i mokrymi od krwi plecami. Głowa stygła powoli jak dzbanek pełen wrzątku, a rozszalałe roje myśli w końcu wracały rzędami do swego ula, kończąc nareszcie to wkurwiające bzyczenie. Jack wyglądał na zrezygnowanego i taki też był, powoli zaczynając powątpiewać, czy uda mu się wreszcie przeskoczyć tę stale piętrzącą się przed nim, niczym góra śmieci, stertę problemów. Bilans dzisiejszego dnia zamknął się na jednym trupie i rozbitej czaszce. Nieźle jak na pierwszy raz, choć nie wyobrażał sobie by móc pochwalić się tym mamie, czy ojcu. Jak gdyby nigdy nic, wejść do mieszkania, zrzucić wreszcie z siebie te lepkie od krwi ciuchy i opowiedzieć swą historię (Histerię?) podziwiając rozdziawione miny swych rodziców. Matka pewnie oszalałaby ze złości i zaczęła rzucać w niego talerzami, tak jak poprzednio w ojca, gdy zaś pijany, przytaszczył swe cielsko do domu, stanął w drzwiach wejściowych i krzyknął: „Jestem głodny suko!" Od kiedy stracił posadę nauczyciela w szkole Midwitch, jedyne co robił to chlał, sam czy z kumplami. Nieważne! Bo i tak przepijał wszystko, każde pieniądze jakich się tknął, łącznie z ostatnią pensją, zasiłkiem dla bezrobotnych i jedynie do renty mamy jakoś nie potrafił dostać, nawet na trzeźwo (choć była w kopercie, ukryta pod dywanem w salonie, gdzie przesiadywał całymi godzinami, sącząc piwo i oglądając mecze w telewizji). Bo gdyby nie ona, już dawno znalazłby się na bruku. On... Cała ich trójka. Pijak, paranoiczka i piętnastoletni, przyszły morderca. Cała patologiczna rodzinka w komplecie, jak klawisze fortepianu, stałaby na chodniku w otoczeniu sterty mebli, których Mark Frost jeszcze nie przepił, albo nie zniszczył. Oto obraz rodziny Frostów! Normalnie, w takim przypadku Jack powinien się rozpłakać, poirytować, zacząć kląć jak szewc albo zdemolować ten sklep, jak własny pokój. Poprzewracać szafki, zedrzeć jedwabne tapety. (!!!ZAMKNIJCIE SIĘ WSZYSCY!!!) Zawsze tak robił gdy nie dawał już rady rodzinnym kłótniom. Zamykał się w pokoju. Kulił się na łóżku, skamląc jakby go zarzynali. Cokolwiek! Byle rozładować napięcie i dać upust emocjom. A potem podciąć sobie gardło czymś ostrym, by powitać śmierć z otwarta krtanią i uśmiechem na ustach. A gdy policyjni psychologowie, podczas wywiadu środowiskowego, zapytaliby się jego znajomych i sąsiadów, co mogło doprowadzić Jacka do aż takiego czynu, z pewnością dowiedzieliby się tego wszystkiego, czego on doświadczył, a o czym nie chciał mówić i myśleć, bo boleśnie cięło to jego jaźń na strzępy. I jedynie troska o matkę, nie pozwalała mu tego zrobić... Bał się... Że nie będzie potrafił jej wspierać, że ten pijak ją w końcu zatłucze, albo ona sama powiesi się w salonie, na żyrandolu. Takie wspomnienia zawsze z impetem rozrywały bólem jego wnętrze. Gdzieś głęboko wciąż broczył krwią. Świeżą i czystą, bo tryskającą prosto z... (A czy morderca, może mieć czyste wnętrze?) (Jak dobrze posprząta...) Nie miał pojęcia. Nie potrafił nawet tego określić, a co dopiero tworzyć w głowie jakieś elaboraty na ten temat. Miał w sobie pustkę, zupełnie jakby ktoś włączył psychiczny odkurzacz, wybrał: SSANIE i wyciągnął mu z głowy wszystkie co wartościowsze myśli. Następnie zebrał je do jednego worka i postawił obok Jacka, by napawać się widokiem zmęczonego nastoletniego, zlanego krwią mordercy, starającego się jakimś cudem zebrać, resztki jakichkolwiek myśli do kupy. I ten ktoś miałby z pewnością niemałą radochę, oglądając wysiłki Jacka. Mogłyby cieszyć swoje sadystyczne ego, patrząc na dzieciaka, który w ciągu zaledwie godziny stracił chyba z dziesięć kilo wagi i wszystkie ciepłe barwy cery... Dzieciaka pchniętego na skraj własnego człowieczeństwa, kogoś usypianego wspomnieniami katowanej mamy i wizerunkiem pijanego ojca wytapetowanym na powiekach. Jack i zarazem nie Jack, kochający syn, który byłby w stanie zamordować własnego tatę, byle tylko ulżyć matce. Widmo, pokrwawione, zapłakane widmo. Jack Frost: cień, oparty o ladę. Tyle z niego zostało... (Pal się dziecino, pal!) I pomyśleć, że jeszcze dziś rano z uśmiechem na ustach i całusem mamy na policzku, wychodził po śniadaniu z mieszkania. Jako zwykły Jack... Normalny Jack. Jack: Człowiek. Jack Frost. Ciężko nadszarpnięty przez los, ale... Chyba był wtedy szczęśliwy, gdy przechodził się w słońcu ulicami Brams. Mijał setki ludzi, gdy chłodny wiatr rozwiewał mu czuprynę i kazał mrużyć oczy. (A niebo było niebieskie) (Zawsze jest niebieskie, gdy ktoś umiera) Był zadowolony z siebie. Bo wreszcie, trzy dni wcześniej, z plątaniny miliona głupot, wyłoniło się światło. I światło to spoczęło na końcu długiego tunelu, którym on kroczył już od piętnastu lat. Uczucie tak intensywne, że wręcz widziane przed sobą i niemal tulone do piersi. Uczucie lśniące jak złoto. Bursztynowe światło, które zamieszkało mu w oczach i wodząc za nos przyciągnęło, aż tutaj. (Jacky? Jacky do nogi! Dobry kundel, dobry) Zagwizdało, a on przybiegł jak dobry piesek, śliniący się i czekający na kość. (Chcesz kosteczkę? Patrz, Blair ją schował) (Ma ją głowie, więc się z nim pobaw i mu ją wyjmij) Tak więc... Był tu. Przyszedł, by trwać, wiernie jak pies przy swoim panu. (No aport! Ty sakramencki szczeniaku!) Miał zostać już na zawsze. Wyruszyć w podróż na skraj samego siebie i już nigdy nie przysłać żadnej pocztówki znad krawędzi. Żadnej... Bo po co? Nikt nie czyta pocztówek od samobójców, morderców i innych psycholi. Ich rodziny wywalają je do śmietnika, gdy tylko zobaczą takie w skrzynce na listy. („Droga mamo! Ślę Ci ciepłe życzenia ze stanowego zakładu dla obłąkanych w Michigan. tu jest na serio wspaniale, poznałem paru nowych kumpli, George'a który zabił swojego brata tłuczkiem do mięsa i Megan która zamordowała babcię tasakiem, bo nie dostała od niej kasy na papierosy. Co tydzień, w poniedziałki przychodzi do nas pan doktor King i prowadzi na salę gdzie dostajemy porcję elektrowstrząsów, czasem boli mnie głowa. Za 3 dni wystawiamy czerwonego kapturka, a ja gram wilka, może wpadniesz na premierę? Pozdrawiam: Jacky") (A teraz pal się dziecino, pal!) (Amen i niech cię szlag...) Jeszcze parę chwil wcześniej, byłby gotów podpisać się pod tą deklaracją obiema rękoma. (Całus i wio koniku przez prerię na koniec świata, Jacka tu niema i już nigdy nie będzie) (Umarł, nie żyje, zdechł bo rozpieprzył sobie łeb i zrujnował życie) (Dajcie więc ludzie spokój, to jeszcze dzieciak... Nie jego wina, że już po nim) Boże, jak on bardzo dziękował wszystkim świętym, że nie musiał oglądać teraz swej twarzy. W ogóle nie widzieć tego wraku o wdzięcznym imieniu Jack, który kiedyś z taką dumą płynął przez życie. Wraku pełnego krwi i szczątków dawnego człowieczeństwa, który właśnie osiadał na dnie oceanu szaleństwa. Zatonął na własne życzenie. Rozpieprzył się lodową górę jaką był Blair. (Tak... Niesamowicie sprytny skurwiel) Jack przetarł palcami piekące oczy. Kiedyś gdy grillował z ojcem na świeżym powietrzu, wiatr rzucił mu w twarz pieprzem, którym akurat posypywał swoje kiełbaski. Pamiętał, że przez kolejne piętnaście minut nie był w stanie rozchylić załzawionych powiek. Teraz, choć oczy mógł mieć otwarte cały czas, a…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Łowca Dusz — czytnik · opowiadania