Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 28 min czytania

Łowca obrazów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Historia, którą przeżyłem kilka miesięcy temu poważnie zaważyła na moim życiu. Udawałem się na wcześniej umówione spotkanie biznesowe, bardzo ważne spotkanie, jego efekty decydowały o dużych korzyściach finansowych dla firmy, którą reprezentowałem. Siedziba firmy znajdowała się poza granicami Polski, w Hamburgu, był to duży międzynarodowy koncern, którego akcje wyceniane były na giełdzie londyńskiej. Pracowałem w niej już sześć lat, awansowałem, moi szefowie byli ze mnie zadowoleni. Wówczas też nawiązali kontakty handlowe z przedsiębiorstwami w Gdańsku. Urodziłem się w Gdańsku, byłem idealnym kandydatem do realizacji planowanych kontraktów i po latach nieobecności trafiłem z powrotem do mojego rodzinnego miasta. Wynająłem mieszkanie w pobliżu miejsca, w którym się urodziłem i gdzie na podwórku spędziłem dzieciństwo i lata młodzieńcze. Moi szefowie bardzo liczyli na mnie i na skutek jaki miało przynieść planowane spotkanie. Gra szła o kontrakt wielomilionowej wartości. Partner, z którym miałem prowadzić rozmowy był w moim wieku, też urodził się w Gdańsku, chodził do szkół, do których ja uczęszczałem, pewnie się znaliśmy, miałem nadzieję, że po latach niewidzenia poznamy się. Ułatwiłoby to nam rozmowę i zawarcie korzystnej dla obu stron umowy. Dlatego też potraktowałem spotkanie bardzo poważnie. Chociaż miało się ono odbyć w biurze znajdującym w kamienicy przy ulicy Za Murami, do której dochodziło się od ulicy Słodowników, ja mieszkałem wówczas na ulicy Szerokiej i samo dojście zajęłoby mi najwyżej dziesięć minut, to postanowiłem wyjść z domu pół godziny wcześniej. Pragnąłem podczas spokojnego spaceru przemyśleć najważniejsze kwestie, które później miałem z moim partnerem omówić. Założyłem dopiero co odebrany z pralni garnitur, wyprasowaną koszulę, krawat, nowe buty, które dokładnie wyczyściłem. Mieszkałem na końcu ulicy Szerokiej, tuż przy Żurawiu, wyszedłem z domu i poprzez ulicę Bosmańską dostałem się na ulicę Świętego Ducha. Minąłem przedproża, Kamienicę z Żółwiem, chciałem przejść przez podwórze tuż przy Kaplicy Królewskiej lecz w tym czasie prowadzone były roboty budowlane i teren był ogrodzony. Minąłem skwer przy Kościele Mariackim. Tuż za nim, po lewej stronie znajduje się brama i przejście na podwórko. W dzieciństwie przychodziliśmy tu w letnie wieczory na filmy, na murze jednego z domów zawieszano wielkie, białe prześcieradło, służyło jako ekran, naprzeciwko w oknie ustawiano projektor. Wszedłem na podwórko, przypatrywałem się przez chwilę ścianie, na której niegdyś rozgrywały się fabularne sceny, zamalowana była wielobarwnymi graffiti, przypominałem sobie filmy z dzieciństwa. Jakie wówczas oglądaliśmy? Krzyżacy, Wolne miasto, Fanfan Tulipan? Tyle lat minęło, a ja mógłbym przypomnieć sobie poszczególne fragmenty z nich. Dwa nagie miecze, biust Giny Lollobrigidy, pocztowcy z podniesionymi rękami idący ulicą Długą wśród szpaleru drwiących i plujących na nich mieszkańców miasta. Zaczął siąpić drobny deszczyk, nie byłem przygotowany na taką pogodę, wcześniej świeciło słońce. Zatrzymałem się przy jednej z kamieniczek, drzwi były otwarte, wszedłem do klatki schodowej, oparłem się o framugę, obserwowałem niebo nad podwórkiem. Deszcz powinien zaraz ustąpić, na niebie widniała niewielka chmurka. Z naprzeciwka, z jednego z domów robotnicy wynosili meble i rzucali je z hukiem na ziemię, tuż obok śmietnika. Były to stare meble, kanapa z wytartą tapicerką, wysłużone fotele z odrapanymi nogami, stojąca lampa z przypalonym abażurem. Robotnicy niezbyt delikatnie się z nimi obchodzili, rzucali je jedne na drugie, nie zwracając uwagi, że mogą ulec zniszczeniu. Styl i jakość mebli wskazywały na wiekowych już właścicieli. Główne Miasto zamieszkiwali przeważnie starsi ludzie, którzy osiedlili się w Gdańsku po wojnie, tu spędzili młodość, żenili się, mieli dzieci, pracę, przyjaciół, sąsiadów. Dzieci gdy dorosły wyprowadzały się do nowych dzielnic, słonecznych bloków na Przymorzu, Zaspie, Morenie, rodzice zostawali sami. Gdy już zestarzeli się, gdy nadszedł ich kres i gdy umierali, dzieci sprzedawały mieszkania, kupowali je pośrednicy z przeznaczeniem na wynajem dla turystów, na kawiarnie, sklepy, biura. Robotnicy wyrzucali meble, śmiali się głośno, wskazywali na dziurawe materace, sfilcowane narzuty, połamane szafki kuchenne. Deszczyk przestał siąpić, wyszedłem ze swojego ukrycia, przechodziłem chodnikiem obok śmietnika i bezładnie rozrzuconych mebli. Potknąłem się o abażur, który spadł ze stojącej lampy odsłaniając pożółkłą, przepaloną żarówkę. Zobaczyłem obraz. Stał oparty o ścianę śmietnika, z której odlatywał tynk ukazując pod swoim spodem poszczerbione cegły związane cementową zaprawą. W odróżnieniu od byle jak rzucanych mebli obraz był postawiony ostrożnie, widocznie robotnik wynoszący go z mieszkania obawiał się, że może ulec uszkodzeniu. Był to wizerunek Matki Boskiej Kalwaryjskiej z przytulającym się Dzieciątkiem Jezus. Stanąłem zdziwiony, zaskoczony, że wśród panującego bałaganu znalazł się ten obraz. Właściwie, tak sobie zaraz pomyślałem, to pasował do tych starych, bezładnie rozrzuconych mebli. Nie był on jakiś okazały, olejny w złocistych ramach, wręcz przeciwnie jako ramy służyły drewniane, nieheblowane, cienkie listewki, gwoździki do nich przybite podtrzymywały pękniętą szybę, pokrytą tłustymi plamami i śladami po naprędce zdjętej pajęczynie. Z tyłu wystawała żółtoszara tektura upstrzona odchodami much. Wyblakły malunek znajdował pomiędzy brudną szybą i tekturą, jeden z jego rogów wypadł z ramy i zgięty oparł się o ubitą ziemię, przy śmietniku. Na szybę spadło kilka kropel deszczu, znajdowały się na twarzy Matki Boskiej. Sprawiały wrażenie, jakby płakała, a dzieciątko Jezus, kulące się w jej ramionach płacze razem z nią. Obraz był stary, taka samo jak meble wynoszone przez robotników z kamienicy i rzucane na ziemię, tuż przy ścianie rozpadającego się murowanego śmietnika. Prawdopodobnie należał do kobiety, przywiozła go ze sobą jako młoda dziewczyna do obcego miasta, przyjechała z południa Polski, z małego miasteczka czy też wsi. W mieście tym spędziła swoje dalsze życie, zmarła kilka dni temu a dzieci po sprawieniu pogrzebu, z myślą sprzedaży mieszkania, wynajęły firmę sprzątającą, by rękoma robotników je uporządkowała. Zamyśliłem się, to nie był zwyczajny obraz, to nie malowidło naprędce wykonane i sprzedane na odpuście. To Matka Boska, do której się modlono od dawna, latami kierowano do niej modlitwy, prośby, błagania, to obraz wymodlony, wyproszony, wybaczony, posiada duszę. Matka Boska wraz z dzieciątkiem Jezus płakali kroplami deszczu, ja spojrzałem na zegarek. Miałem jeszcze do spotkania wiele minut, postanowiłem zabrać ich, chwyciłem obraz chcąc zanieść go do swojego mieszkania, oczyścić i powiesić na godnym jemu miejscu. By nie stał oparty o liszajowaty mur śmietnika, narażony na zniszczenie. Podniosłem go i zaraz jednak postawiłem z powrotem, gdzie stał jeszcze przed chwilą. Zrobiłem to odruchowo. Nie zdążę na spotkanie, z powrotem do domu, spocony, przebrać się na nowo, przebiegło mi przez myśl. Zdążę, na pewno zdążę, mam przed sobą dużo czasu, będę szedł szybkim krokiem. A nawet jak się spóźnię, to przedstawiciel firmy, z którym jestem umówiony może przecież poczekać kilka minut. Nic wielkiego. Tak samo zależy mu na załatwieniu sprawy jak i mi. Brałem obraz do ręki, namyślałem się i z powrotem odstawiałem. Jak będę wyglądał, ja w garniturze, czystej koszuli, modnym krawacie, lśniących butach z brudnym obrazem pod ręką? Jak mam go nieść? Chwytając obiema rękami? Jedną? Chwycić pod pachę? Ubrudzę się! Ludzie będą na mnie podejrzliwie spoglądać. Pomyślą, że coś ukradłem i niosę do kryjówki. Będą mnie podejrzewać o niecny czyn kradzieży. Usłyszałem odgłosy krzyczących robotników nie mogących sobie poradzić z następnym meblem. Zaraz tu przyjdą, ujrzą mnie jak medytuję nad świętym obrazem. „Bierz pan, nie zastanawiaj się, bierz pan!” jakbym słyszą już głos jednego z nich. Wziąłem, chwyciłem pod pachę, brudna pajęczyna oplotła moje wyprasowane spodnie. Nie, nie mogę, ponownie odstawiłem obraz pod ścianę śmietnika, oczyściłem spodnie. Chciałem chwycić znowu, podniosłem głowę do góry. Wtedy ujrzałem karła. Mieszkał na sąsiednim podwórku, znajdującym pomiędzy ulicami Piwną, Kozią i Świętego Ducha. Przyglądał mi się ciekawie. Co ja robię, dlaczego chwytam i odstawiam zaraz obraz, dlaczego powtarzam tę czynność wielokrotnie? Był jedynym karłem w naszej dzielnicy, trudno ocenić ile miał lat. Zawsze chodził ze starszymi chłopakami, chociaż był najmniejszy z nas wszystkich to jednak nie zaczepialiśmy go. Miał gruby głos i potrafił wulgarnie zakląć bądź powiedzieć coś nieprzyjemnego. Nigdy nie poznałem go bliżej. Nawet nie wiem jak miał na imię. Wśród moich kolegów mówiliśmy na niego po prostu, karzeł. Przypatrywał mi się badawczo, jakby chciał dociec jaką w końcu podejmę decyzję. A ja już chciałem wziąć pod rękę płaczącą Matkę Boską Kalwaryjską wraz z dzieciątkiem Jezus i zanieść w bezpieczne miejsce, powiesić na czystej ścianie. Pomyślałem, że jak ich teraz oboje wyniosę z tego cuchnącego śmietnika to Matka Boska będzie mi dozgonnie wdzięczna za uratowanie siebie i swojego synka. I później, gdy ja znajdę się w potrzebie i gdy do niej będę się modlił i prosił to mi pomoże tak jak pomagam teraz jej i jej synkowi. I będę mógł modlić się do nich w trudnych chwilach prosząc o wsparcie. Następna myśl, która się pojawiła kazała mi odstawić obraz z powrotem na swoje miejsce. Taki jestem małostkowy? Moja pomoc nie jest bezinteresowna? Tylko dlatego pomagam, że oczekuję później za nią zapłaty? To haniebne, amoralne. Nigdy nie traktowałem swojej wiary przedmiotowo, wręcz przeciwnie, bardzo poważnie. Przy codziennej wieczornej modlitwie dziękowałem za przeżyty dzień i przepraszałem za popełnione złe uczynki. Prosiłem o wybaczenie, nieśmiało żądałem opieki podczas następnego dnia. Robotnicy zbliżający się z następnymi meblami, karzeł ironicznie mi się przyglądający. Biłem się z myślami, w końcu odszedłem od śmietnika bez obrazu. Myśl, że chcę ubić interes, taki jaki jestem przyzwyczajony robić podczas pracy w mojej firmie, a nie zwyczajnie pomóc, zniechęciła mnie, napełniła mnie obrzydzeniem. To było moje usprawiedliwienie. Udałem się do kamienicy znajdującej się u zbiegu ulic Słodowników i Za Murami. Kamienica nie została zniszczona podczas wojny, zachowała swój przedwojenny styl, lecz jej stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia, właściwie wyglądała jakby się miała lada chwila zawalić. Przyszedłem punktualnie. Biuro znajdowało się w dwóch maleńkich pokoikach na parterze. Przywitał mnie gospodarz spotkania, właściciel firmy, z którą moi szefowie pragnęli podpisać lukratywny kontrakt. Byłem mocno rozkojarzony, nie rozpoznałem w nim kolegi z dzieciństwa, chociaż muszę przyznać, że nawet nie próbowałem go rozpoznawać, wypytywać o wspólnych znajomych, do której szkoły chodził, do jakiej klasy, z kim siedział w ławce szkolnej. Rozmowa nie kleiła się, przede wszystkim z mojego powodu. Prowadziłem ją naprędce i chaotycznie, nie skupiałem się na sednie sprawy. Mój partner wyczuł to, był zawiedziony, spodziewał się, że dojdziemy do porozumienia w interesach i uzyskania obopólnych korzyści. Głowę miałem jednak zajętą innymi myślami. Rozmawiałem, patrząc mu prosto w oczy i widziałem w nich porzucony przy śmietniku obraz. Przedstawiałem propozycję mojej firmy będąc jednocześnie przy płaczącej Matce Boskiej z dzieciątkiem Jezus. Rozstaliśmy się po trwającej pół godziny jałowej rozmowie nie podpisując żadnego porozumienia. Wyszedłem z biura zadowolony, że spotkanie już się zakończyło, szybkim krokiem, prawie biegnąc doszedłem do podwórka położonego przy ulicy Świętego Ducha. Podbiegłem do śmietnika. Sterta mebli piętrzyła się przed nim. Przypalony abażur z brudną żarówką leżał obok. Obrazu nie było. Panowała cisza. Robotnicy wykonali swoją pracę, już odjechali. Karła też nie było. Rozglądałem się wokoło, nigdzie nie ujrzałem Matki Boskiej. Jakiś człowiek wychodził z klatki tej kamienicy skąd wynoszono wcześniej meble. - Proszę pana, półgodziny temu stał tu przy ścianie -wskazałem mur śmietnika- obraz Matki Boskiej Kalwaryjskiej z dzieciątkiem Jezus. Teraz go nie ma. Co się z nim stało?! -prawie krzyknąłem - Nie wiem, nie widziałem -odparł mężczyzna. Stałem bezradny przez chwilę przy śmietniku, rozglądałem się jakby szukając skądś pomocy. Wbiegłem na ulicę Kozią, dalej, na podwórko karła. Nie było. Zaśmiecona psimi odchodami piaskownica, przerośnięte topole, pokrzywione chodniki i dwóch pijaków mamroczących pod nosem niezrozumiałe słowa. Przeszedłem ulicami Piwną, Szewską, z powrotem Świętego Ducha, jeszcze raz podszedłem do .śmietnika. Moje poszukiwanie na nic się nie zdały, obraz zniknął. Kto go zabrał? Robotnicy? Sami go przecież wyrzucili z mieszkania. Karzeł? Nie wyglądał na zainteresowanego świętymi rzeczami, nigdy wcześniej nie widywałem go w kościele, nie modlił się, nie chodził z nami na lekcje religii. Bardziej przyglądał się mi niż obrazowi. Kto w takim razie go zabrał? Dlaczego ja tego nie zrobiłem, dlaczego nie pomogłem Matce Boskiej i jej synkowi, gdy byli w tak nagłej potrzebie? To pytanie nie dawało mi spokoju. Te myśli, które opanowały mnie niedawno, gdy stałem jeszcze przed śmietnikiem, wydały mi się teraz tak prymitywne. W ogóle nie powinien się zastanawiać, należało wziąć obraz i zanieś go do domu. To było jedyne możliwe rozwiązanie. A ja przeciwstawiałem jakieś wyimaginowane, egzystencjalne uzasadnienia. Teraz, nie znalazłem żadnego racjonalnego powodu dlaczego tak nie postąpiłem. Wróciłem do mieszkania przy ulicy Szerokiej. Nie rozbierałem się, nie myłem, rzuciłem się na łóżko tak jak stałem, w ubraniu i w butach. Nie przespałem spokojnie nocy, wierciłem się, rano nie poszedłem do pracy. Znalazłem się ponownie na podwórku pomiędzy ulicami Świętego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Łowca obrazów — czytnik · opowiadania