Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 28 min czytania

Łowca Snów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Łowca Snów

Wahałem się nad opisaniem tej historii, która przydarzyła mi się w sierpniu dziewięćdziesiątego ósmego roku. Jednak pewne historie wymagają ich opowiedzenia, nawet jeśli przywołują one bardzo negatywne odczucia. Prawdę mówiąc nie obchodzi mnie, czy ktoś w ogóle w to uwierzy, szczerze w to wątpię. Czuję wewnętrzną potrzebę przelania na papier wydarzeń, które nie zdarzają się na co dzień takim facetom jak ja. O ile w ogóle się komuś się zdarzają.

****

Otworzyłem drzwi przekręcając klucz dwukrotnie. Kiedy wszedłem do holu zdjąłem buty i usiadłem na bujanym fotelu obok kominka w salonie. Nareszcie w domu- pomyślałem i rozpostarłem się na starym drewnianym meblu. Byłem wykończony cholernie długą i męczącą podróżą. Od kiedy moja żona odeszła, wiodłem dość monotonny tryb życia, praca, dom, zakupy, wyjazd delegacyjny na jakąś zacofaną wysepkę na Pacyfiku, i tak na okrągło. Człowiek mógł zwariować, nie? Lecz ja jeszcze się jakoś trzymałem, a przynajmniej tak myślałem. Co innego sądziła moja matka, ale wierzcie mi, wolelibyście tego nie słyszeć. Nigdy we mnie nie wierzyła, i w dodatku obwiniała mnie o odejście Sadie. Tak czy inaczej nie ma co zgłębiać tego tematu, po prostu pewnego pięknego słonecznego dnia moja żona spakowała się i znikła, zostawiając po sobie jedynie kartkę przypiętą magnesem na lodówce, której treść brzmiała mniej więcej tak: „Zostawiam cię Andy, bo nie chcę Cię już dłużej oszukiwać, już cię nie kocham. Nie układało się nam i myślę, że o tym doskonale wiesz czyja to wina. Proszę nie dzwoń.” Nie będę ukrywał, że załamałem się wtedy owego słonecznego dnia, kiedy przeczytałem te zimne puste zdania, i dopiero, gdy kartka opadła z mojej bezwładnej dłoni dotarł do mnie sens tych słów. Kilka miesięcy po rozwodzie dowiedziałem się, że mnie zdradzała z jakimś pierdolonym „kowbojem” Jimem, z którym kiedyś chodziła w liceum. Kiedy zrozumiałem, że to ona rozbiła nasz dwuletni związek przestałem użalać się nad sobą i wziąłem w garść. Kochałem ją i jednocześnie nienawidziłem. Nienawiść jako dominujące uczucie po pewnym czasie wzięła górę i przeklinałem dzień kiedy się poznaliśmy. Teraz nie czuję już nic, ani furii, ani żalu, jestem jak pusta skorupa. Tak, myślę, że to dostatecznie dobre porównanie, aż za dobre. Z podróży przywiozłem kilka pamiątek, w tym kupionego na targu Indiańskiego Łowcę Snów, którego powiesiłem nad łóżkiem. Nie kupiłem go dlatego, że wierzyłem w jego magiczną moc czy jakieś inne bzdety, lecz z uwagi na to, że prezentował się tajemniczo i mrocznie w mojej sypialni. Po prostu lubiłem takie klimaty i tyle. To samo mogę powiedzieć o posążku Hawajskiego bożka, on też mi się podobał, lecz nie był tak tajemniczy jak Łowca Snów. Łowca był inny. Gdy odkryłem to jak bardzo był inny od tuzina tandetnych pamiątek, które systematycznie zebrałem nie miałem już możliwości odwrotu. Sami wiecie- zwrotów nie przyjmujemy i pocałujcie nas w tyłek. Przyznam szczerze, że nigdy nie miałem żadnych snów. Albo miałem, lecz po przebudzeniu nic nie pamiętałem- jak podobno ma większość ludzi. Jednak tamtego dnia, kiedy spałem jak zabity wykończony podróżą, a Łowca Snów wesoło dyndał sobie nad drewnianym oparciem mojego łóżka, miałem sen. Koszmar, którego szczegóły doskonale pamiętam po dziś dzień. Przemierzałem pusty, słabo oświetlony przez rząd tandetnych lampek korytarz. Po obu stronach ścian ciągnęły się drzwi. Zerknąłem na nie i dostrzegłem numery, 24…25…26… Wiedziałem, że muszę coś zrobić, odnaleźć odpowiedni numer. Czułem dziwny spokój a jednocześnie przerażającą furię, która rozlewała się po moich kościach niczym stopione żelazo. 27…28…29…W pewnych miejscach na zielonym dywanie kolorem przypominającym wymiociny, leżały puste kubki i opakowania od pizzy. Nie zwracałem na nie większej uwagi, chociaż rozgniatałem je z głuchym trzaskiem podeszwami ciężkich butów. Kiedy dotarłem, do numeru 37, zamarłem i sięgnąłem do mojego zniszczonego płaszcza. Moja dłoń spoczęła na drewnianej kolbie rewolweru magnum kaliber 44 i wyszarpnęła go brutalnie. Wydawało mi się, że broń waży ze tonę jednak z łatwością uniosłem ją na wysokość klatki piersiowej. Stałem tak przez chwilę jak jakiś pieprzony robot mierząc w drzwi. Gdyby ktoś mnie zobaczył pewnie uznałby mnie za wariata, psychopatycznego dostawce pizzy… coś w tym rodzaju. Zresztą nie miałem pewności, czy nim nie byłem. Byłem tylko obserwatorem, siedziałem w klatce własnego umysłu, a ktoś inny pociągał za sznurki. W końcu kopnąłem drewniane drzwi. Kopnąłem to raczej niewłaściwie dobrane słowo. Po prostu rozwaliłem tamte nieszczęsne drzwi z numerem 37, tak, że jego części przeleciały przez pokój i z łomotem odbiły się od ściany. Wkroczyłem do niewielkiego pomieszczenia pewnym i szybkim krokiem. Moje oczy natychmiast przyzwyczaiły się do ciemności panujących w pomieszczeniu, i po chwili dostrzegłem łóżko a na nim dwie sylwetki, mężczyzny oraz kobiety. Poczułem dziwną satysfakcję, jakbym czekał na te chwilę wiele długich lat, jakbym planował to wszystko od bardzo dawna. Kobieta podniosła się i spojrzała z zaskoczeniem na demoniczną lufę rewolweru wystająca z mroku. Jej twarz była zamazana, porcelanowa. Tak jakby ktoś wylał na olejny obraz kroplę terpentyny. Mój palec bez namysłu pociągnął za spust, tak jakby tylko po to go stworzono. Huk wystrzału rozbrzmiał niczym grzmot podczas burzy stulecia. Poczułem odrzut wystrzału i w miejscu gdzie sekundę temu znajdowała się niewyraźna twarz kobiety, pozostał tylko krwawy obłoczek, za to na ścianie za nią kula kalibru 44 stworzyła istnie makabryczne arcydzieło z tkanki mózgowej, odłamków kości i ciemnoczerwonej krwi. Było to przerażające, lecz nie mogłem nic zrobić. Nie dałem rady się obudzić i pomyśleć, że był to tylko zły sen. Byłem niczym małpa w klatce, jedyne, co mogłem zrobić to rzucać się i w wrzeszczeć. Poczułem jak ohydny grymas, zbliżony do uśmiechu wykrzywia moją twarz. W chwili wystrzału mężczyzna poderwał z łóżka i wstał na równe nogi. Zerknął w osłupieniu na bezgłowe ciało kobiety, leżące na łóżku niczym przekłuty balon, a potem na mnie, celującego do niego dymiącej lufy rewolweru. Jego twarz też przypominała plamę terpentyny, którą niewprawny artysta rozlał na olejnym płótnie, lecz dostrzegałem na niej wachlarz emocji. Palec znowu pociągnął za spust. Mężczyzna oderwał się od podłogi i odleciał do tyłu przywołując na myśl marionetkę. Jego ciało z głuchym trzaskiem odbiło się od ściany, pozostawiając na niej czerwoną plamę. Poczułem budzącą grozę radość. Uśmiech mojej sennej wersji rozszerzył się odsłaniając rząd białych zębów. Wtedy się obudziłem.. powrót do rzeczywistości był dla mnie niczym wpadnięcie do lodowatej przerębli gdzieś na Antarktydzie… Krzyknąłem i zerwałem się z łóżka, zalany potem jakbym dopiero co wyszedł spod prysznica. Obraz snu był przerażająco rzeczywisty i namacalny. Doskonale pamiętałem, każdy szczegół: zimną lufę rewolweru, zapach prochu unoszący się w powietrzu. A przede wszystkim upiornie zamazaną twarz kobiety, której nie potrafiłem rozpoznać, lecz wydawała mi się dziwnie znajoma. Z trudem wstałem, a właściwie zwlekłem się z łóżka. Cały się trzęsłem, więc odszukanie włącznika światła sprawiło mi trochę trudu. Dostałem się do kuchni i z szafki wyciągnąłem starą butelkę wina, którą przywiozłem z jednej ze swoich podróży. Wypiłem pół butelki i dopiero po piętnastu minutach uspokoiłem się na tyle żeby zebrać myśli. -To był tylko zły sen- powiedziałem do siebie. Jednak zabrzmiało to jak; „Tobbyłtylkosłysenn.” Mój głos był ochrypły i niepokojąco nieznajomy. Byłem pewny, że tej nocy już nie zasnę. Wizja tak realistycznego i upiornego koszmaru powracała ilekroć udawało mi się o niej zapomnieć. Nieuważnie strąciłem butelkę winę ze stołu. W kontakcie z zimną podłogą, pokrytą płytkami, których wzór tak bardzo spodobał się mojej byłej żonie, butelka eksplodowała rozrzucając po całej kuchni setki drobnych kawałeczków szkła, a ciemnoczerwona plama wina rozbryznęła się we wszystkich kierunkach. Była ona zadziwiająco podobna do plamy na ścianie, którą namalował rewolwer w moim koszmarze. Odsunąłem się od stołu, pragnąc znaleźć się jak najdalej kuchni, w szoku poślizgnąłem się na odłamkach szkła i odleciałem w tył lądując na plecach. Widzieliście kiedyś jak w filmach akcji bohaterowie pod gradem kul upadają w zwolnionym tempie? Zapewne tak. Tak właśnie się czułem. Jakbym leciał całą wieczność, chociaż w rzeczywistości ta chwila trwała zaledwie ułamek sekundy. Jak wiecie chromowane płytki nie są zbyt dobrym amortyzatorem, doskonale przekonałem się o tym kiedy uderzyłem głową w ceramiczną powierzchnie, a przed oczyma na moment zobaczyłem eksplodującą ciemność, która wypełniła każdy zakątek słabo oświetlonego pomieszczenia. Świat oddalał się w mgnieniu oka. Absurdalnie pomyślałem, że umieram i zobaczyłem obraz siebie leżącego na podłodze kuchni z wyciekającym mózgiem z pękniętej czaszki. Żałosna śmierć niezdarnego durnia- pomyślałem i odpłynąłem.

*

Obudziłem się z potwornym, pulsującym bólem głowy. Jednak ucieszyłem się, bo ból wskazywał na to, że nie odszedłem na łono Abrahama i nadal leżę na podłodze w kuchni, pewnie wyglądając komicznie. Jednak wtedy, z okropnym bólem dupy i głowy nie było mi do śmiechu. Wstałem i poczłapałem do łazienki. Namacałem guza, próbując określić jego wielkość i wtedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Mechaniczny dźwięk, który rozległ się w mojej głowie gdzieś z oddali spotęgował ból dwukrotnie. Niedbale owinąłem głowę wyciągniętym z apteczki bandażem, ubrałem stary, potargany szlafrok i chwiejnym krokiem ruszyłem do drzwi. -Kogo to diabli niosą o tej porze- syknąłem, otwierając drzwi na oścież. Rześki powiew porannego powietrza wypełnił moje nozdrza rozjaśniając umsył. -Przede mną ukazał się mężczyzna w średnim wieku, z cieniami pod oczami, omiatający inteligentnym i nieco podejrzliwym spojrzeniem moje udręczone oblicze. Pewnie wyglądałem jakbym wrócił z wojny, ale miałem to gdzieś. Chciałem tylko żeby ten gość jak najszybciej się stąd wyniósł. -Kim pan jest i czego pan chce?- zapytałem nieznajomego trochę zbyt opryskliwym tonem, obrzucając go piorunującym spojrzeniem. -Detektyw Charleson- mężczyzna uśmiechnął się gorzko i pokazał odznakę- po czym dodał- Chciałem zadać panu kilka pytań, panie Wilson. Na dźwięk słowa „detektyw” krew odpłynęła mi z twarzy i miałem ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale wtedy mężczyzna zacząłby coś podejrzewać, a ja przecież nie miałem nic do ukrycia, więc taka reakcja z mojej strony nie miała najmniejszego sensu. Nie wiedziałem skąd we mnie ten niepokój, i wtedy przypomniał mi się tamten cholerny koszmar. Moja twarz przybrała kolor kredy, a serce podeszło do gardła. - O co chodzi?- wyjąkałem z trudem, odsuwając w myślach fakt, że ten koszmar mógł wcale nie być zwykłym urojeniem mojego pogrążonego w śnie umysłu. Ale to nie mogło zdarzyć się naprawdę…Nie jestem mordercą. Patrzyłem tępo w twarz człowieka, który podał się za detektywa i zapewne nim był. -Powiem krótko panie Wilson. Ubiegłej nocy pańska żona Sadie Borck, i jej partner Jim Black zostali znalezieni martwi w motelu przy autostarcie B 12. Zostali zamordowani za pomocą rewolweru Smith&Wesson modelu 29. Chcemy się dowiedzieć, czy pańska żona..-urwał i poprawił się odrobinę zmieszany- …czy pańska była żona miała jakiś wrogów. -Nic mi o tym nie wiadomo- odparłem jak automat z słysząc swój głos jakby z oddali kilku kilometrów, chociaż wewnątrz mnie toczył się huragan myśli. -Strasznie kiepsko pan wygląda. Dobrze się pan czuje?- zapytał detektyw całkiem szczerym tonem. Jednak ja byłem już w innym świecie. Słysząc słowa tego Charlesona, poczułem przerażenie, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznałem. A więc to nie był sen. To była rzeczywistość. Zabiłem ich-stwierdziłem w szoku. Chociaż racjonalna część mnie podpowiadała, że to niemożliwe. Nie dotarłbym do tego motelu, ponieważ znajdował się on 200 kilometrów stąd. Nie miałem żadnego cholernego rewolweru, a nawet nigdy nie strzelałem z broni palnej, do diabła.. Nie miałem żadnego powodu, żeby zamordować moją byłą żonę i jej kochanka, chociaż czułem niegdyś do niej nienawiść i żal, że zdradziła mnie i odeszła. Ale te uczucia dawno wygasły. Myślałem, że moja głowa wybuchnie pod natłokiem myśli i jedyne, co mogłem wtedy zrobić żeby do tego nie doszło to zanurzyć głowę w kiblu i się utopić. Nagle przyszedł mi do głowy irracjonalny obraz. Policja wchodzi do mojej łazienki i widzi mnie z zanurzoną głową w sedesie pełnym wody. Jeden z policjantów uśmiecha się szeroko i mówi do swojego kolegi- Ciekawe co tam zgubił? Drugi policjant, starszy, parska ochrypłym śmiechem starego palacza, wyciąga moją trupio bladą głowę z muszli klozetowej poczym odpowiada- Pewnie coś ważnego. Obaj śmieją się szaleńczym śmiechem.. -Proszę pana, wszystko w porządku? - dłoń detektywa Charlesona szturchnęła mnie w ramię, wybudzając mnie z wiru myśli. -Tak, to dla mnie szok- odparłem bez namysłu i spojrzałem beznamiętnie na detektywa próbując udawać zaskoczenie. W zasadzie nawet nie musiałem udawać. Byłem cholernie zaskoczony i przerażony. Detektyw Charleson spojrzał na mnie spod krzaczastych zmarszczonych brwi, tak jakby potrafił czytać w moich myślach. -Kiedy ostatnio pan kontaktował się z byłą żoną?- zadał kolejne pytanie, na które odpowiedź przyszła mi o wiele łatwiej niż na pierwsze. - Zadzwoniłem do niej parę tygodni po jej odejściu. Próbowałem ją przeprosić. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że mnie zdradzała..- miałem ochotę dodać- ta głupia suka powiedziała wtedy żebym spadał. Ale tego nie zrobiłem, bo i tak już powiedziałem zbyt wiele. Detektyw wyraźnie, się nad czymś zamyślił. Zapewne zbierał części układanki, zupełnie jak w serialach kryminalnych, które lecę w TV. W końcu wyciągnął z kieszeni wizytówkę i podał mi ją. -Jeśli się panu przypomni…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Łowca Snów — czytnik · opowiadania