Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 57 min czytania

Łowcy - Cainita

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Obecnym lokum naszych bohaterów jest zaadaptowany strych w jednej z bogatszych dzielnic miasta. Mieszkanie zawsze wynajmują we dwóch, z bardzo prozaicznych powodów - muszą oszczędzać, góra nie płaci aż tak dobrze. Dwie sypialnie, kuchnia, własna łazienka i coś w rodzaju salonu to i tak dużo w porównaniu do tego, co mieli jeszcze kilka dni temu. Ważne, że mieszkanie mają opłacone na dwa dni a ostatnia gotówka właśnie została zmieniona na kilka pudełek z pizzami. Główne pomieszczenie ma równie minimalistyczny wystrój, co cała reszta domu. Na północnej ścianie stoi samotny, duży telewizor, pierwszy zakup, jakiego dokonali po wprowadzeniu się tutaj. Przed nim stoi nieduży stolik, a dalej kanapa i dwa fotele. Dwa fotele są po to, by w momencie, gdy obaj się pokłócą zajmowali możliwe odległe, lecz wygodne pozycje podczas oglądania telewizji. Artur przysypia na fotelu a Barnaba leży na kanapie i co chwilę zerka na ostatnie pudełko z pizzą. Telewizor, pudełko, telewizor, pudełko, telewizor, pudełko... Wzruszył ramionami i w końcu po nie sięgnął. Blask telewizora, który jest jedynym źródłem światła nie pozwala na zauważenie zbyt dużej ilości szczegółów, widać jedynie, że obaj są ubrani bez większego polotu, Barnaba ma krótkie spodenki i tshirta, a Artur bokserki i koszulkę na ramiączkach, takie cywilne ubranie. Szczelnie zasłonięte okna nadają całemu pomieszczeniu jeszcze dziwniejszy klimat. Wszystko było przepełnione zatęchłym zapachem, tym bardziej, że zbliżało się południe. Barnaba otworzył pudełko i zmarszczył czoło. - Arturo! - Krzyknął. - Rzuć we mnie sosem. - Artur zdjął firmowy woreczek ze stosu pustych pudeł po pizzy.. - Jaka to jest? - Leniwie spytał podając sos. Barnaba ugryzł, pomyślał chwilę i odparł. - Myślę, że bananowo-boczkowa. - Artur aż pokiwał głową z wrażenia. - Że też zawsze coś takiego wymyślasz. - No co? Nie smakowało ci? - Dobre było, ale sam wiesz... - Przerwał, gdy zauważył, że obraz na telewizorze zaczął zmieniać kształt. Obaj spojrzeli w jarzący się ekran, który teraz świecił nadnaturalnym, acz bardzo przyjemnym światłem. Z plamek rozsianych po całej powierzchni zaczął układać się obraz. Pomimo że już wiedzieli skąd pochodzi przekaz, to nie spodziewali się, kto może się pojawić na ekranie. - Chwała najwyższemu. - Powiedział Artur, gdy tylko zobaczył twarz ich gościa. - Niezmiernie raduje nas twoje przyjście, wielki Gabrielu. - A jeszcze bardziej byśmy się cieszyli gdybyście nam więcej płacili. - Dodał z uśmiechem Barnaba. Postać na telewizorze nieznacznie się skłoniła. Była to twarz młodego mężczyzny, bez zarostu, o pociągłych rysach. Z jego oczu biło ciepło i miłość, sama skóra zdawała się emanować energią, pomimo tego, że był to jedynie obraz w telewizorze. - Witam was, śmiertelni. - Archanioł Gabriel, tak jak inne istoty z góry, gdy do nich przychodził, akcentował swoją wyższość. - Mam dla was kolejne zadanie. - Ale tym razem zapłacisz nam uczciwie? - Sarkastycznie zapytał Barnaba. - Waszym zadaniem jest usunięcie (Niebiańskie siły nigdy nie używały słowa "zabijać") pewnego Kainity. - Te słowa spowodowały gwałtowny spadek entuzjazmu u obu bohaterów. - Jego akta leżą na stole. - Gdyby nie byli świadomi otoczenia to pewnie pomyśleliby, że ta teczka leżała tam od zawsze, a oni jej jedynie nie zauważyli. - Życzę wam powodzenia. - Obraz na ekranie powrócił do pierwotnego kształtu. - Masz zamiar to przeczytać? - Spytał Artur. - Jak zjem. Nigdzie mi się nie śpieszy. - Lecz w reakcji na jego słowa ekran znowu zaczął się zmieniać. - Co jest, czegoś zapomniał? Tym razem jednak energia bijąca od telewizora była z drugiego bieguna, powodowała, że cienie były ciemniejsze, a powietrze przepełnione nieokreśloną, lecz słodką wonią. Postać szybko się skrystalizowała, zupełnie jakby Dół dysponował lepszą technologią. Był to również młody człowiek, jego skóra połyskiwała, czasami wpadała w odcień błękitu, nie miał krzty zarostu na brodzie, według ludzkich standardów był po prostu piękny. - Witaj Belial. Co cię do nas sprowadza? - Chłodno spytał Barnaba, natomiast Artur nic nie powiedział, wpatrywał się tylko uporczywie w twarz na ekranie. - Zabijecie wampira a nasz Pan was za to sowicie wynagrodzi. Informacje macie na stole. - Jego głos był nieco nieobecny, tak jakby ktoś wołał z dna studni. Obraz znowu zniknął. - Widzisz. Moi ludzie przynajmniej mówią wprost, nie tak jak twoi. - Zadrwił Barnaba, zagryzając pizzą. - No niby tak, ale jakoś ostatnio nie dawali nam zleceń. - Pewnie dlatego, że sami potrafią sobie radzić z takimi sprawami. - Barnaba sięgnął po butelkę coli i zapił ostatni fragment pizzy. - A poza tym teraz dostaniemy podwójną zapłatę, o ile te zlecania się zgadzają. - Sięgnął po "swoją" teczkę, Artur zrobił to samo. Obaj posiadali szczątki mocy, którą mieli kiedyś, lecz w obecnej sytuacji moc ta była bardzo przydatna. Artur nie wstając z miejsca włączył światło. - Hm. Ciekawe. - Stwierdził Barnaba wczytując się w kolejne strony dokumentacji. Mieli zlikwidować starego wampira, który miał wiedzieć gdzie jest ukryta prastara Księga Nod. - Spójrz na to pokolenie. - Zawodził Artur. - Normalna broń go nie tknie. - To załatwimy to starym sposobem. Najpierw paraliż a potem słońce zrobi resztę za nas. - Chłodno odpowiedział Barnaba. - A tak w ogóle to, czemu tak zawodzisz Arturo? Przecież lubisz zabijać wampiry. - Ale nie w Tym życiu... - Teraz jest zabawniej. Wcześniej było nudno. - Nigdy was nie zrozumiem. Ty i twoi bracia macie do tego jakieś dziwne podejście. - Nie dziwne. Robimy to co lubimy, ot co i nie musimy się przejmować jakimś tam dobrem ogółu tak jak i innymi bzdurami. Artur nic nie odpowiedział. Wstał, zrzucił koszulkę i poszedł do łazienki. - Jak będziesz się mył to zrób to też za mnie. - Zażartował Barnaba. Podrapał się po głowie, potem po brzuchu i wstał. Rozejrzał się po pustych kartonach. Chętnie by coś jeszcze zjadł. Mimo wszystko potrzeba pożywiania się jest bardzo przyjemna, czasami nawet zastanawia się jak wcześniej mógł bez tego żyć. Niezwykle ucieszył się, gdy w jednym z pudeł znalazł jeszcze mały trójkącik z pizzy. Ta była o smaku waniliowo-czosnkowym, nie za dobra mieszanka, ale był to przynajmniej kolejny krok w kierunku pizzy doskonałej. Zjadł ze smakiem, dopił prawie pusty kufel z piwem i spojrzał na telewizor. Nie ruszał nawet palcem a kanały powoli przeskakiwały. W pewnym momencie odwrócił się i telewizor zgasł. Wyjrzał przez okno i poczekał chwilę aż Artur skończy się myć. Gdy woda przestała już lecieć wiedział, że teraz "dba o włosy", więc może tam spokojnie wejść nie narażając się na atak mieczem albo coś. Minął go, rozebrał się i wskoczył pod prysznic. Ciepła woda też była czymś czego w poprzednim życiu nie mógł doświadczyć. Obaj oddali się miłym czynnościom, które zajęły im jeszcze trochę czasu. - Co robimy? - Spytał Artur wsuwając stopę w nogawkę. - Proponuję najpierw zajrzeć do "Czyśćca". - Opowiedział Barnaba, poprawiając włosy. Obaj kończyli ubierać się w swoje robocze ubrania. - Słusznie. Bierzesz broń? - Artur otwarł walizeczkę z kilkoma różnymi pistoletami. - Tak, mojego wiernego Taurusa a ty? - Tumę. Dwie. Mam nadzieję, że przynajmniej zadrapię tego wampira. - Heh. - Żachnął się Barnaba. - To ja wezmę kołek i pochodnie. - Dodał w jeszcze lepszym humorze.

Czyściec był miejscem neutralnym, gdzie przychodzili ludzie i nie-ludzie z różnych sfer. Można tam było trafić na wilkołaka pijącego z wampirem, albo na półsmoka rozmawiającego w najlepsze z barmanem, który już sam w sobie był niezwykły. Otóż barmanem był niejaki Urd, człowiek... A w zasadzie nie człowiek, gdyż Urd nie pochodził z Ziemi. Był jednym z obcych, którzy przeżyli w Roosvelt, a dzięki niezwykłej mocy zmiennokształtności potrafił zmienić się w człowieka, nie potrafił tylko zmienić oczu. Miał wiele innych cech i z biegiem lat stawał się coraz bardziej ludzki. Pewnego dnia nawet odkrył, że stracił część swoich mocy i nie potrafi się odmienić. Tak silnie się uczłowieczył, że nawet miał przez pewien czas żonę, lecz niewiele wiadomo jest o jego życiu prywatnym. Obecnie trwał remont baru, ale i tak w środku przy kilku stolikach siedziało parę osób. Cały lokal składał się z trzech pomieszczeń. Pierwsze, największe było miejscem spotkań, była tam masa stolików i co najważniejsze bar w kształcie trapezu przed którym rzędem stały wysokie krzesła. Druga sala, która krzesła i stoliki miała jedynie pod ścianami, była połączona specjalnymi, dźwiękoszczelnymi drzwiami z pierwszą. Często odbywały się tam dyskoteki i różne imprezy, które nie mogłyby odbyć się nigdzie indziej. Trzecia sala była przeznaczona dla vipów. Choć była najmniejsza to zdecydowanie była najładniejsza. Było w niej kilka odgrodzonych przestrzeni, każdy mógł mieć tutaj chwilę prywatności. Cały wystrój oscylował w późnych latach osiemdziesiątych. Wszystko tutaj pachniało nutką dekadencji i szaleństwa. Ale wiele klientów czuło się tutaj jak w domu. Barnaba i Artur zajęli miejsca przy barze. - Witam was. - Urd gdy tylko ich zobaczył od razu ich przejął. Odprawił pomocnika do innej części baru. - To co zwykle? - Tak. - To co zwykle w przypadku Artura oznaczało butelkę whiskacza, który jakoś nie chciał na niego zadziałać, choć jako jedyny z alkoholi mu smakował. - A dla mnie jakiegoś nowego drinka, tylko bez krwi tym razem. - Barnaba się uśmiechnął. - Się robi. - Barman wyciągnął specjalną butelkę dla Artura i postawił ją wraz z kieliszkiem. Natomiast zabawa przy drinku trwała nieco dłużej, za to efekt był piorunujący. Przed Barnabą stanął kieliszek wypełniony pięciokolorową substancją. - Nie mieszaj tylko wypij. - Stwierdził Urd. Barnaba jednym łykiem wychylił zawartość kielicha. Przez jego twarz przetoczyło się prawdziwe stado uczuć. - Wow! Co to było? - Spytał zdziwiony. - Szaleństwo zmysłów. - Urd wyciągnął butelkę z Martini i polał do nowego kieliszka Barnabie. - Co was sprowadza? Chyba nie chcecie się upić, wciąż pamiętam ostatnią próbę... Jak wspominałem lokal właśnie jest remontowany i to właśnie dlatego, że obaj ostatnio się upili... - Nie mamy zamiaru się dziś upijać. Może później. Teraz mamy coś do roboty. - Z pełną powagą stwierdził Barnaba. Artur nalewał sobie kolejny kieliszek. Barnaba wyciągnął z kieszeni zdjęcie. - Widziałeś go? - Urd przyjrzał się postaci na fotce. - Łe. - Stwierdził Urd z obrzydzeniem. - Co za brzydki typ. Dawno już nie widziałem Nosferatu w moim barze. - Masz nasze telefony, jak coś będziesz wiedział to dzwoń, odwdzięczymy się. - Stwierdził spokojnie Artur. - Luz. - Luźno rzucił Urd i poszedł do innego klienta. Bohaterowie zostali sami z napoczętą butelką whiskacza. - Co robimy Arturo? - Pojęcia nie mam. Nie pcham się do kanałów, po ostatnim razie musiałem kupić nowy garnitur a i tak nic nie znaleźliśmy. Musimy mieć dokładniejsze dane. - Ty zawsze kupujesz nowy garnitur. - Sarkastycznie rzucił Barnaba. - To może kontakt z Górą? - Artur w odpowiedzi na słowa Barnaby skrzywił się nadwyraz. - Już zapomniałeś, co było ostatnio?... - No tak, fakt... Ale i tak nie mamy na razie innych poszlak, jest zbyt wcześnie by jakiś wampir wylazł na ulicę. - Dochodziła szesnasta. - Wiesz co? Zrobimy debet na mojej karcie i pójdziemy po jakieś nowe żarcie. Co ty na to? - Zapytał dynamicznie Barnaba. - Ok., ale żadnych popieprzonych eksperymentów żywieniowych. Wciąż mi się odbija malinową pizzą. Zwykłe hamburgery albo coś. - Skoro tak chcesz... - Barnaba nieco przygasł. Obaj wstali, Artur dopił pozostałość butelki, która była do połowy pełna, wywołując tym sporą konsternację w otoczeniu. Nawet się nie zachwiał, ten trunek był dla niego jak smaczna woda... Wyszli z Czyśćca i spacerując doszli do najbliższego bankomatu. Barnaba wyciągnął trochę grosza na kredyt pocieszając się tylko tym, że za chwilę znowu sobie coś zje. - To gdzie idziemy? - Artur rozglądał się wokół. - Jak się nazywało to miejsce gdzie dawali Hamburdogi? - Szalony Góral? - Właśnie. To tam idziemy. - Szalony Góral to była mała ruchoma budka stojąca w nieco biedniejszej części miasta. Słynęła z serwowania potężnych bułek z mięsem za rozsądną cenę. Stanęli w kolejce, która zawsze w Góralu, tym co był Szalony, bo był też taki co nie był Szalony, ale tam porcje były mniejsze, była przynajmniej na cztery osoby. Po chwili miła pani ubrana w nieco zabrudzony tłuszczem fartuch i jakieś firmowe ciuchy, o bliżej nieokreślonym kroju uprzejmie spytała się: - Czego podać? - Raczej co. - Poprawił czuły na tym punkcie Artur. - Czego chcesz? - Z diabolicznym uśmiechem Barnaba zwrócił się do przyjaciela. - Weź mi bułkę szefa z kapustą i musztardą. - Barnaba odwrócił się z powrotem do kobiety. - Słyszała pani. A dla mnie będzie, tylko proszę uważnie słuchać. Bułka szefa z kawałkami kurczaka, odrobiną mięsa wołowego, dobrze by było gdyby z góry przykryta była przecierem rybnym, do tego kapusta, musztarda, majonez, keczup no i oczywiście polewa truskawkowa. - Kobieta uznała go wariata, poprawiła od niechcenia opadające kosmyki włosów, lśniące od oleju i lakonicznie powiedziała: - Truskawkowej nie ma. - Nie? Jak to nie?!? Fatalnie. To niech będzie... - Szybko rozejrzał się po małej wystawce. - Truskawkowa guma do żucia. - Kobieta dalej patrzała się na niego jak na wariata. Barnaba się chwilę zastanawiał, widać kobieta była nowa i nie znała go jeszcze, więc postanowił spytać. - Czy mam powtórzyć? - Nie zwrócił na to uwagi, ale Artur zrywał boki ze śmiechu. - Nie... Nie. - Otrząsnęła się z odrętwienia i zaczęła coś liczyć na kartce. - Należy się trzydzieści. - Zapłacił i oparł się o bok budki. - Arturo. O co do licha ci chodziło? - Gdybyś widział minę tych, co stali za nami. - Artur nie zwracał uwagi na lekko nietypowe zamówienia przyjaciele, ale wciąż nabijał się z ludzi, którzy tego słuchali, to była jego mała tradycyjna rozrywka. - Nie rozumiem o co im chodzi. Przecież nic nie pasuje tak dobrze do majonezu jak sos truskawkowy, bo... - Nie zdążył dokończyć gdyż miła pani ubrana w nieco zabrudzony tłuszczem fartuch zawołała, że jest gotowa bułka szefa i... Tu na moment przerwała by po chwili wahania powiedzieć: "i coś". Artur znów miał chwilę radości gdyż obserwował jak człowiek, który właśnie zamawiał jedzenie, o mało co nie zwymiotował na widok kanapki Barnaby. Usiedli na murku nieopodal, zaraz obok były drzwi na których ktoś napisał: "Boga nie ma" a zaraz niżej, mniejszym drukiem ktoś dodał: "To idź mu to powiedzieć". - Jakieś pomysły? - Spytał Artur, który o wiele szybciej zjadł coś co przynajmniej było zbliżone do idei hamburgera, choć można mieć wątpliwości czy to co miało być w nim mięsem było nim rzeczywiście. - Niezbyt. Myślałem żeby złapać, jakiego wampira i dowiedzieć się kto tu rządzi. - Cały czas biskup, ale... - Nie dokończył, gdyż zadzwonił mu telefon. Niechętnie sięgnął po słuchawkę, odczytał numer. - Tak? - Artur? - Tak. Kto mówi? - Artur poznał głos, ale chciał się upewnić. - Urd. Jest tu ktoś, kto chce z wami rozmawiać. - Kto taki? - Nie przedstawił się, ale kazał przekazać, że chce ubić interes, który dotyczy Nosferatu. - Jak wygląda? - Duży, owłosiony. Z zachowania zachodzi trochę na wilkołaka. Nie znam go, pierwszy raz się tutaj pojawił. - Artur chwilę się wahał. - Powiedz mu, że za niedługo będziemy. - I odłożył słuchawkę. - Kto? - Spytał Barnaba. - Jakiś łak chce się z nami widzieć, możliwe, że wilkołak. - Jak ja nie lubię wilkołaków. Śmierdzą lasem. - Stwierdził z niechęcią. - Nie ważne i tak musimy iść. Kilka minut później weszli do Czyśćca. Gdy tylko przekroczyli jego próg, podszedł do nich potężnie zbudowany i mocno zarośnięty mężczyzna. Jakiś metr dziewięćdziesiąt, krótkie, kruczoczarne włosy oraz przeszywające stalowe oczy. - Witam. Miło mi panów poznać, jestem Nicolai Lasor. - Barnaba uważnie się przyjrzał. Coś mu nie pasowało, ale nie był pewny, co. - Usiądźmy przy stoliku. Coś zamówimy. - W knajpie byli oni, para siedząca prawie przy wyjściu i barman. - Barman, dla mnie whisky, a dla panów... - Wyczekująco spojrzał na bohaterów. - To co zwykle. - Słyszałem, że zostaliście wynajęci do usunięcia Ragotha. - To było jedno z nazwisk, jakim posługiwał się ich cel. - I chciałem zaoferować wam pomoc. - Skąd o tym wiesz? - Spytał Barnaba, gdy kończył pytanie Urd ściągnął z tacy trzy szklaneczki. - Myślicie, że wynajęcie przez Górę i Dół największych speców od takiej roboty może przejść bez echa? Zwłaszcza w moich kręgach. - A jakie są twoje kręgi dokładnie? - Barnaba drążył. Było coś, po prosty było takie coś... - Przebywam wśród Tubylców betonu, tam mnie przynajmniej szanują pomimo tego kim jestem. - Artur dopiero teraz zauważył, że ich rozmówca nie jest wilkołakiem. - Kim jesteś? Wilkołakiem? - Barnaba zapytał wprost. - Nie. Niedźwiedziołakiem... - Na sekundę zapadło milczenie. - Rozumiem. - Odpowiedział po namyśle Artur. - A jaki masz interes w tym by nam pomóc. - Prosty. Ja zaprowadzę was do legowiska Ragotha a wy pozwolicie mi wziąć wszystko, co przy nim znajdę. Barnaba spojrzał porozumiewawczo na Artura. - A z jakiego powodu mamy ci ufać? - Tym razem pytał Barnaba, ale już nieco innym tonem. - Są dwa powody. Po pierwsze mam interes w tym byście go załatwili, innym się nie udało, a po drugie nie miałbym po co kłamać. - Ktoś przed nami próbował? - Tak, wampiry, wilkołaki, anioły i takie różne śmieszne ludki. Ale wszystkim się wymykał. Wam nie da rady, bo wy nie jesteście związani z jednym światem, w przeciwieństwie do innych. Ta pijawka wyczuwa takie powiązanie. - Dziwne... - Stwierdził Barnaba i wyczekująco spojrzał na Artura. - Więc jak panowie? Obaj przez chwilę milczeli. - Dobrze... - W końcu zadecydował Artur. - Gdzie jest jego legowisko? - Zaprowadzę was tam, spotkajmy się za pół godziny obok starego dworca kolejowego. Tamtędy będzie najłatwiej. - Nicolai wstał. - Do zobaczenia panom. - Był wyraźnie ucieszony, nawet nie starał się tego maskować. Dygnął i dynamicznie wyszedł z Czyśćca. - Zauważyłeś? - Spytał Barnaba. - Nie pasuje mi ta aura, którą widziałem. - No właśnie. Myślałem, że tylko wampiry się diabolizują. - Stwierdził z powagą Barnaba. - Jak myślisz Arturo, czy to jest możliwe? - Nie. O tej porze? Słońce by go spaliło na popiół. Mimo wszystko one też stają się wampirami. - Tak sobie myślę. Czy ten Nosferatu może mieć księgę Nod? - Nie Barnaba, ta książka jest daleko na północy, bardzo daleko... Dopili swoje alkohole i wyszli. Po kilku minutach zatrzymali się przed kafejką internetową. - Zaczekaj Arturo, muszę coś sprawdzić na sieci. - Ok Barnabo, zapalę sobie. - Artur wyciągnął paczkę Marlboro, wyciągnął jednego i bez żadnej zapalniczki odpalił papierosa. Wciągnął dym do płuc i odprowadził wzrokiem swojego towarzysza jak ten wchodzi do środka. Palenie jakoś tak weszło mu w nałóg, choć tego nie planował, to je polubił. Barnaba przekonał człowieka od pilnowania sprzętu, by ten wpuścił go na komputer bez płacenia. Człowiek odczuwając delikatne bzyczenie w mózgu zgodził się niemal natychmiast. Nawet nie miał kto zaprotestować, w kawiarence nikogo nie było innego. Jak szalony zaczął stukać w klawisze. Ekran migotał, strony zmieniały się znacznie szybciej niż ten sprzęt mógłby na to pozwolić. W pewnym momencie ekran zrobił się cały czarny i w samym środku pojawiło się puste pole do wpisywania. Wyprostował się i naciągnął palce. Barnaba: Witaj Nelchaelu. - Wstukał, a po chwili pojawiła się odpowiedź Nelchael: Witaj Barnabo. Długo nie rozmawialiśmy ze sobą. B: Mam problem stary przyjacielu. N: Słucham cię. B: Powiedz, czy łaki mogą się diabolizować? - Po tym pytaniu na chwilę zapadła cisza. N: Z tego, co wiem to tylko wampiry lub wyklęte bestie mogą wypijać krew i duszę innych, ale tylko takiego, którego krew jest diaboliczna. B: Ale w jego aurze było widać wyraźnie czarne żyłki. N: W czyjej? B: Przedstawił się jako Nicolai Lasor, jest niedźwiedziołakiem. N: Poczekaj, sprawdzę go w naszej bazie danych... - Moment przerwy. - Hm. To dziwne. Urodził się jako łak, potem został zmieniony w wampira, przez Aoora Turro, ale... Zaraz... To nie pasuje. Według kartoteki jest martwy od trzystu lat. Tak naprawdę martwy. Barnaba błyskawicznie skojarzył to imię, to był ich cel, Nosferatu. B: Nie masz żadnych innych informacji? N: Nie... Zaraz... - Zapadła cisza, która trwała ponad minutę. B: Nelchaelu? Jesteś tam? N: Tak... Słuchaj. Cokolwiek będziesz robił, nie pozwól mu się zmienić w niedźwiedzia! B: Dlaczego? - Barnaba się zdziwił. N: Nie pytaj, bo nie mogę ci powiedzieć. - Teraz Barnaba zdziwił się jeszcze bardziej. Jego stary przyjaciel nigdy nie miał przed nim tajemnic. B: Dzięki przyjacielu, ale bardzo mnie zdziwiłeś. N: Wybacz Barnabo, ale stanął obok mnie nasz stary szef. Nie mogę z tobą rozmawiać. Komputer samoczynnie się wyłączył. Barnaba wstał i zanim wyszedł, podszedł jeszcze do ciecia od komputerów. Spojrzał mu w oczy i powiedział, że nigdy go tu nie było. Ten tylko pokiwał głową. Gdy przechodził przez drzwi, sprzęt przy którym pracował stanął w płomieniach, tak jak pozostałe. Po chwili cały lokal płonął. - Chodźmy stąd Arturo. Muszę ci coś powiedzieć. Spacerowali w stronę starego dworca, który był oddalony o jakieś dziesięć minut drogi. Po kilku słowach Artur wtrącił. - Czemu mamy nie pozwolić mu się zmienić w niedźwiedzia? - Nie mam pojęcia. Ale skoro stary matematyk tak mówi to chyba tak musi być. - To tak jest jak się współpracuje z dołem. Przynajmniej my jesteśmy szczerzy. - Barnaba zmierzył wzrokiem Artura, który na moment stracił swoje absolutnie niezachwiane superego. - I co jeszcze. - Stwierdził Barnaba i się uśmiechnął. - Nie pasuje mi to do całości. Nie wiem, dlaczego. Te żyłki w jego aurze mnie denerwują... - To, że wypił innego wampira to jeszcze nic nie znaczy. Bardziej martwi mnie to, że on powinien być już zakopany. - Pewnie się wykopał. - Zażartował Arturo, ale jakoś się nie uśmiechnęli. - Zaufamy mu? - Tak, ale cały czas będę miał na niego oko. - Powoli zbliżali się do starego dworca. - Arturo, spójrz. - Kiwnął w stronę dworca. - Czeka na nas. W samym środku dnia. - Podejdźmy do niego. - Spokojnie, jakby nigdy nic wolnym krokiem zbliżyli się do budynku. Stary dworzec był bardziej ruiną niż normalnym budynkiem. Mieszkało w nim masę śmiecia, ale był też świetną kryjówką. Swoją największą świetność przeżywał w latach pięćdziesiątych, ale teraz, gdy cały ruch odbywa się przez nowoczesny terminal, na drugim końcu miasta, został kompletnie zapomniany. Pośród gruzów można doszukać się jeszcze pojedynczych zdobień. Cały budynek wygląda z zewnątrz na dwa, trzy piętra, choć w rzeczywistości jest pusty w środku. Jest olbrzymi, ale wewnątrz wydaje się jeszcze większy. Brud wżera się w brunatno-brązową farbę i powoduje, że wszystko wygląda jeszcze mroczniej. - Świetne miejsce na kryjówkę. - Stwierdził niedźwiedziołak, zachowując pełnię spokoju. - No. - Od niechcenia rzucił Artur. - Wejdźcie do środka. Po prawej stronie od wejście, na przeciwległej ścianie, w samym rogu są toalety. Wejdźcie do damskiej. Tam w trzeciej kabinie można przesunąć ścianę. Za nią jest długi tunel idący w dół. Na jego końcu są drzwi, a za nimi kryjówka nosferatu. - Skoro to wiesz to, czemu sam go nie załatwisz? - Zaironizował Artur. - Bo mnie wyczuje, was nie... - Jaki masz interes z tego wszystkiego? - Spytał Barnaba lekko mrużąc oczy. - To są moje osobiste sprawy. Ja zaczekam na was tutaj. Artur spojrzał na Barnabę, który kiwną głową. Weszli przez drzwi. Uderzył ich smród ekskrementów, pomieszany ze zgnilizną i wieloma innymi obrzydliwymi zapachami. Wnętrze budynku było ogromne, ale równie zaśmiecone. Wszędzie kręcili się menele i to ci, których nigdzie indziej by nie przyjęto. Parę razu musieli odpychać pojedyncze osobniki, które podchodziły do nich z prośbą o jałmużnę. W końcu zatrzymali się przed drzwiami do toalet. Co ciekawe, wnętrze toalety było znacznie czystsze niż reszta budynku. Nie było śladów gruzu, nawet zapach był przyjemniejszy, o ile smród z szaletu można nazwać przyjemnym. Otwarli drzwi właściwej kabiny, muszla dała się lekko odsunąć. Nawet nie trzeba było mocno pchać ściany by ta delikatnie się otwarła. - Czekaj Arturo. - Wyszeptał Barnaba. - Co Barnabo? - Jak robimy? Wchodzimy i robimy rzeźnie, czy wchodzimy i pytamy? - Barnabo, a czy my kiedykolwiek pytaliśmy? - No tak. Fakt... - Zamilkli, wyciągnęli broń i weszli do ciemnego tunelu. Wokół nich nie było żadnego światła, jedynie to, które wpadało przez wejście, lecz i ono przestało się liczyć po kilku krokach. Nie sprawiało im to żadnych trudności. Ich oczy lśniły w niespotykanie czystych kolorach, Barnabie na czerwono a Arturowi na niebiesko. Widzieli wszystko jak w dzień. Szli bardzo cicho, można było usłyszeć jedynie nikły szelest ich ubrań. Stanęli przed drzwiami, które wieńczyły tunel, z pod których nie już było widać wejścia. Barnaba wyprostował trzy palce. Bezgłośnie odliczył do zera i potężnym kopniakiem wyrwał drzwi z zawiasów. Wpadli do środka niemal jednocześnie otwierając ogień. Cała kanonada poszła w jedyną postać w pomieszczeniu. Istotę siedzącą na dużym, obrotowym fotelu. Barnaba wypalił pięć razy ze swojego rewolweru, ogłuszając tym tych, którzy mogli być jeszcze przy życiu. Arturo oddał ze swojego pistoletu trzy serie robiąc z fotela same dziury. Gdy opadła im adrenalina, rozejrzeli się wokół. Faktycznie, istota na fotelu była jedyną żywą istotą w pokoju, który był nader dziwny i zupełnie nie pasował do starego dworca. Cała ściana była wyłożona monitorami, na podłodze stały trzy komputery, a wokół walała się masa sprzętu elektronicznego. Gdy odwrócili fotel, spojrzeli na podziurawione zwłoki. - Dziwne. Powinien był się rozpaść na pył. - Stwierdził Barnaba. - Fakt, miał już prawie trzy tysiące lat. - Potwierdził Artur. - Arturo, przyjrzyj się monitorom. - Teraz zauważyli, że na części z nich jest dworzec, a na innych pomieszczenia, które na pewno nie są na dworcu, kilka monitorów wyświetlało obraz z rogów jakiś ulic, a na jednym było pokazane wejście do lasu. Co najważniejsze, jeden ekran pokazywał kobiecą toaletę na dworcu. - On wiedział, że idziemy... Więc dlaczego... - Popatrz na niego. - Zagadnął Artur. - Cholera, ten skurczybyk nas wykiwał. - Zwłoki powoli zaczynały gnić, co wskazywała na młodość korpusu, ale tempo pokazywało wpływ magicznej siły, tj. krwi wampira. Przed nimi siedziały gnijące zwłoki wampirzego ghula, ukształtowane na podobieństwo twórcy. Wybiegli na zewnątrz, odruchowo zmienili magazynki w broni. Ciągle biegli, obijając się na zakrętach. Gdy stali już na dworcu rozglądali się wokół siebie. - Tu go nie ma, zbyt jasne słońce. - Arturo, popatrz. - Barnaba wskazał na kilka okien, przez które słońce nie wpadało, zostawiając linię z cieni na podłodze. Niezbyt szeroką, ale wystarczającą by można po niej przejść nie narażając się na kontakt ze światłem. Znowu biegli wraz z linią cienia, weszli do pokoju dla mechaników, przeszli przez rząd pomieszczeń ciepłowni, aż w końcu, schodząc po drabinie dotarli do podziemnych kanałów burzowych. - Uciekł nam... - Z niedowierzaniem stwierdził Artur. - Dopadniemy go jeszcze. Teraz musimy wracać na górę. Parę minut później wyszli przez wyjście. Niedźwiedziołak od razu do nich podbiegł. - I co?!? Nie żyje?!? - Uciekł nam... - Niechętnie powiedział Artur. - Jak... Mogliście... Pozwolić... Mu... Uciec... - Było widać, że przepełnia go wściekłość. - Uspokój się człowieku. Dopadniemy go jeszcze, robiliśmy już gorsze rzeczy. - Wy nic nie rozumiecie! - Obaj zauważyli, że zaczął rosnąć. - Przestań! - Krzyknął Barnaba, lecz niedźwiedziołak nie posłuchał, dalej się zmieniał. Obaj jak na rozkaz wyciągnęli broń i zaczęli strzelać. Gdy opróżnili magazynki odrzucili pustą broń. Arturo wyprostował się, wyciągnął ręce przed siebie, skrzyżował nadgarstki, które zajarzyły się niebieskim światłem. Barnaba przyciągnął ręce blisko ciała i gdy krzyknął, jego dłonie zapłonęły czerwonym ogniem. Rzucili się w stronę rosnącego łaka z pięściami do przodu. Pojedyncze ciosy były na tyle silne, że wyrywały kawałki mięsa, lecz łak nic sobie z tego nie robił, dalej rósł, porastał sierścią a jego zęby zaczynały się zmieniać. Arturo krzyknął i podał Barnabie rękę. Gdy obaj się chwycili, ogień zmieszał się ze światłem, powstało coś czystego, na wskroś białego. Ich połączone dłonie owiewał magiczny wiatr. Zamachnęli się połączonymi kończynami i uderzyli łaka. Ten praktycznie złamał się w pół i wraz z tym uderzeniem rozwiał się w pył. Ich ręce zgasły. - Wiesz co Arturo? - Ta? - Jestem zły. Wywaliłem dwa pełne magazynki a nikogo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Łowcy - Cainita — czytnik · opowiadania