Psychologia · 7 min czytania
Lubię tam wracać
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Znowu siedzę sama, zziębnięta, głodna... W miejscu, którego nawet nie jestem w stanie rozpoznać. Przed oczyma rozciąga się obraz wielkiego chaosu, nieładu. Słyszę odgłos silników samochodowych i jakąś rozmowę. Nie czuję własnego ciała, nie wiem, jak unoszę powiekę. Czy ja jeszcze żyję? Tym razem budzę się w miejscu jakże bardzo mi znanym. Te same odrapane ściany, przenikający chłód i wielki bałagan. - Przeholowałaś wczoraj. Znów Cię musiałem ściągać do domu. Domu... Ten człowiek nie zna znaczenie tego słowa. „Do domu”. Raczej kupy gnoju, do miejsca gdzie ludzka mentalność i dusza rozkłada się po kawałku gnijąc, śmierdząc, wołając: „To my, pokolenie Masłowskiej, taniego wina i fajek. To my! Zniszczeni, zmiażdżeni, zdeptani z asfaltem.” Sama nie potrafię spojrzeć sobie w twarz. Czuję się brudna. Zgwałcona. Jestem odpadkiem ludzkości ze zgwałconą psychiką. Zgwałconym odpadkiem amerykańskiego szitu pod jakże wdzięczną nazwą MCDonald. McGówno. McBinLaden pod postacią bułki, mięsa z gąbczastym zwyrodnieniem mózgu, żywej tablicy Mendelejewa. Jestem nikim. Tak właściwie to mnie wcale nie ma... Nie istnieję dla ludzi, sklepikarski zza rogu, pana pod krawatem w najbliższym banku, czy też własnej matki. Jestem, jestem tylko na papierze. Urodzona tu i tu, ochrzczona, ukończyła szkołę, jeszcze tylko aktu zgonu brakuje, abym stała się kolejnym Polakiem, który gdzieś tam żył, bo pozostały po nim papierki. Chciałabym umrzeć, aby nie było już wątpliwości, czy jestem, czy mnie nie ma. Tymczasem żyję, chociaż nienawidzą mnie. Żyję, sama, ale ciągle ja. I mimo to, że nikt mnie nie rozumie, oddycham szybko tak. Nie boję się, chyba wolę dalej czuć to wszystko mocniej. Przyzwyczaiłam się do bólu, do codziennego lęku, bezradności i chyba nawet polubiłam to uczucie. Będę żyła, chociaż mówią, że jest źle.. Właśnie tak najtrudniej jest. -Wstawaj! No rusz się wreszcie! Ile wczoraj wypiłaś? Co nie pamiętasz już? Alkohol wyssał ci pamięć? Nie będziesz już chlać za moje pieniądze, wynoś się stad, zrób ze sobą coś... Jak ty wyglądasz? No proszę, proszę... Czyżby mój „ukochany” wreszcie raczył na mnie spojrzeć? Nie wiem, jak wyglądam. Sama siebie się boję. Boję się, że będę wyglądać tak, jak matka. Brzydka, zmęczona, sponiewierana. Miałam zaledwie osiem lat, a pamiętam każdy najmniejszy szczegół. Każdy moment, każdą chwilę. Każdy znienawidzony wieczór, gdy ojciec wracał pijany i bił moją mamę. Ona tak bardzo cierpiała, krzyczała w nadziei, że nadejdzie pomoc. Nie nadeszła, a jej z dnia na dzień ubywało. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że przyzwyczaiła się do tego, że tak naprawdę nie ma życia. Nie ma domu, rodziny. Miała tylko mnie, lecz ja nie byłam w stanie tego wszystkiego zrozumieć. Wydawało mi się, że tak powinno być. Że taki jest świat. Nie znałam słowa miłość. Tej nocy, gdy mama leżała już bez ruchu, twarz miała bladą i martwe oczy, uciekłam. Wyszłam z domu, bez niczego, bo właściwie niczego nie miałam. Chciałam poznać prawdziwy świat. Chciałam udowodnić sobie, a przede wszystkim ojcu, że potrafię być kimś. Niestety, stałam się dokładnie taka, jak on. Jestem jego kserokopią. Powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że tak już miało być, że nie miałam innego wyjścia. Nie wiedziałam, co to radość, uśmiech, szczęście, czy rodzina... Księżyc świeci wysoko na niebie. Dookoła iskrzy wiele przepięknych gwiazd.…