Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 26 min czytania

Lubię Wolność

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Siedziałem przy ognisku podjadając świeżo upolowanego jelenia. Rozgwieżdżone niebo i blask księżyca dodatkowo rozświetlały okolicę, toteż pomimo późnej nocy kotlina, w której się znajdowaliśmy była w miarę dobrze widoczna. Wariot siedział obok i w skupieniu szukał właściwej melodii do swej nowej pieśni. Jego lutnia wprawiała mnie w dobry nastrój. Czułem się wolny. Z dala od miejskiego gwaru, od obrzydliwie bogatej szlachty, od podatków i obowiązków, zakazów i nakazów oraz starych, brudnych kurtyzan, niezdających sobie jeszcze sprawy, że czas już zmienić profesję. Dawno porzuciłem życie wśród ludzi. Ludzie to najpodlejsze istoty chodzące po tym świecie. Czasem szczerze mi wstyd, że należę do ich gatunku. Ludzie są jak nowotwór powoli pochłaniający ziemię. Mnożą się jak króliki, zajmują nowe terytoria, wypleniają z nich życie, po czym zaczynają jego dewastację. Bezlitośnie zabijają zarówno zwierzęta, jak i siebie nawzajem. Tacy cywilizowani, a jednocześnie świadomie zezwierzęceni. - Hej, Kurt! Mam! Posłuchaj tego - zakrzyknął nagle podekscytowany Wariot. Zaczął grać wydobywając ze swej lutni pojedyncze nuty, powoli budując nastrój. Podśpiewywał przy tym cicho i niezrozumiale, bo nie przygotował jeszcze w pełni tekstu. Piosnka opowiadała chyba o podróży w dalekie, niezamieszkane jeszcze strony. Grał coraz szybciej i szybciej wprowadzając coraz to bardziej skomplikowane zagrywki. Zamknął oczy. Teraz był w swoim świecie. Muzyka płynęła i rozlewała się po całej kotlinie. Ptaki, zamiast zerwać się i uciec, zdawały się uważnie słuchać. W połączeniu ze światłem księżyca, muzyka sprawiała niesamowite wrażenie. Wariot miał wielki talent do manipulowania nastrojem. Gdy skończył grać, nagle na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - I jak? Co sądzisz? - zapytał rozradowany. - Hmph... niezłe - odrzekłem z lekkim uśmieszkiem. Znał ten uśmieszek. - Hah! Wiedziałem, że Ci się spodoba. Muszę sklecić do tego jakiś porządny tekst i może coś z tego będzie. Powoli robiłem się śpiący. Ziewnąłem przeciągle, odwiązałem miecz i odłożyłem go na bok, w zasięgu ręki. Sam położyłem się w miarę blisko ognia. - Kładź się spać, War. Jutro ruszamy dalej - rzekłem ospale. - Dobry sen nie jest zły. Powiedziałbym wręcz, że dobry sen jest dobry. - Taa, ty i te twoje filozofie - powiedział, kładąc się po drugiej stronie ogniska. - Dobranoc, Kurt. I nie śpij zbyt twardo. Wolałbym się jeszcze obudzić. - Dobra, dobra, śpij. Nic ci nie grozi. Wariot podróżuje ze mną od miesiąca i jeszcze się nie nauczył, że mnie nie można zaskoczyć. Mam tak czujny sen, że czasami wydaje mi się, że wcale nie śpię. Oczywiście gdyby nie fakt, że zawsze śni mi się coś dobrego, a rano wstaję wypoczęty. Popatrzyłem na gwiazdy. Były naprawdę piękne. Nie mam pojęcia o konstelacjach, ani jakie w ogóle konstelacje istnieją, ale wiem, że gwiazdy są kwintesencją piękna. Nie trzeba żadnej szczególnej wiedzy, aby się delektować ich widokiem. Wolność... tak jak zawsze sobie ją wyobrażałem. Wolność to stan, w którym nie ma już absolutnie nic, co muszę robić. Chyba udało mi się ten stan osiągnąć. Poza podstawowymi wymogami egzystencji, typu jedzenie, picie czy spanie, nic nie muszę. Jestem wolny. Wolność... Zasnąłem.

***

Obudziły mnie czyjeś kroki spory kawałek od naszego obozowiska. Zdaje się, że ktoś biegł, prawdopodobnie nieświadomie w naszym kierunku. Ogień już dogasał, słońce powoli wschodziło, leniwie wlewając do kotlinki swe ciepłe promienie. Wziąłem swój miecz, przypiąłem go do pasa, po czym kopnąłem lekko Wariota aby się obudził. - Te, War, dupa w górę. - Przewrócił się na drugi bok, szemrząc coś pod nosem. - Ktoś tu biegnie, schowaj się. - Jeszcze chwilka, tylko minutkę... mmm... - zachrapał i znów zasnął. Złapałem go za obie nogi i zacząłem ciągnąć w stronę krzaków. - Ej, co jest, chwila! Moment! - zaprotestował nagle rozbudzony. - No, i masz tam siedzieć cicho, dopóki sytuacja się nie wyjaśni. Po około minucie przybysz wbiegł do naszej kotlinki. Okazał się kobietą. Całkiem ładną, tak na marginesie. Najwyraźniej ktoś ją gonił. Biegała kilkanaście sekund po okolicy, zanim spostrzegła, że to ślepy zaułek. W końcu rzuciła się w krzaki, kilka metrów ode mnie. Pół minuty później do kotliny wpadło pięciu mężczyzn z mieczami przy pasie. - Widziałem jak tu wbiegła, znaleźć mi ją, i to zaraz! - krzyczał jeden z nich. Pozostali jak na rozkaz rozbiegli się po okolicy. - Pan Daron byłby bardzo niezadowolony, gdyby jego świeża zdobycz zniknęła.

Cholera. I znowu jakaś banda frajerów zakłócała mi spokój. Czego oni wszyscy chcą? Żyją w tych swoich pieprzonych hierarchiach, cały czas ktoś komuś wydaje rozkazy i wszyscy sprawiają wrażenie, jakby im się to podobało. A ta cholera, co to wbiegła tu przed nimi, nie mogła uciekać gdzie indziej? Teraz będą jej szukać i zaraz jeszcze trafią na mnie. Nie chce mi się z nimi gadać. Ale jak mus to mus... Wyszedłem spokojnie ze swej kryjówki, otrzepałem się i podszedłem do kolesia, który najbardziej przypominał mi przywódcę tej zgrai łamagów. - Mój drogi Panie Nieproszony Gościu. Nie wiem czy zwrócił żeś pan uwagę, że ktoś tu sobie skromnie pomieszkuje. Wolałbym jednak, aby tutaj pana nie było - rzekłem. Facet wyglądał na zaskoczonego. Jakby nie patrzeć, nagle zza krzaka wychynął do niego jakiś facet i uprzejmym głosem wykształciucha poprosił go o opuszczenie dziczy. - Zjeżdżaj gnoju, działam z rozkazu Pana Darona. Uciekła nam jego nowa kobieta, więc jeśli będziesz nam przeszkadzał to zaraz cię wypatroszę - Odparł grzecznie mój rozmówca po czym wyciągnął miecz na znak zgody. - Szczerze przepraszam, że przeszkadzam w pańskich poszukiwaniach - powiedziałem kłaniając się - Pragnę jednak zwrócić uwagę, iż mam to głęboko w dupie i jeśli zaraz pan i pana ludzie się stąd nie wyniesiecie, to skopię wam te wasze tłuste zady. - Z całym szacunkiem leśny ludku - odrzekł naśladując mnie. - Ale chyba właśnie zadecydowałeś o swym losie - powiedział z szerokim uśmiechem. - Mój drogi - wyciągnąłem spokojnie swój miecz. - Ja pana nie wyrzucam. Ale niech pan spierdala. Mężczyzna zamachnął się. Sparowałem jego cios szybkim ruchem, wykonałem obrót i jednym uderzeniem wytrąciłem mu miecz z dłoni. Podstawiłem ostrze pod gardło, uśmiechnąłem się i kopnąłem w brzuch. Przewrócił się, a jego koledzy nagle zdali sobie sprawę, że chyba nie wszystko idzie tak jak powinno. Korzystając z faktu, że wcześniej się rozproszyli, próbowali mnie teraz powoli okrążyć. Podniosłem z ziemi miecz ich przywódcy, podrzuciłem w dłoni i od razu poczułem się bezpieczniej. Co dwa miecze to nie jeden, zwłaszcza, gdy jest się oburęcznym. Cóż, szkoda, że nie jestem. Nagle w powietrzu zaczęła unosić się znajoma melodia. Lekko skonsternowani napastnicy zaczęli sprawiać wrażenie sennych. Wariot pozbawił mnie możliwości potrenowania. Ale może to i lepiej. Spokój momentalnie wkroczył do kotlinki. Podszedłem do jednego z nieproszonych gości i zatrzymałem się metr przed nim. Z najwyższym trudem wzniósł swój miecz do góry, ale nie mogąc utrzymać jego ciężaru przewrócił się na plecy i zasnął głośno chrapiąc. Pozostali szybko poszli w jego ślady. Muzyka ustała i Wariot wyszedł z kryjówki. - No stary, tośmy się pobawili. Wreszcie będę miał znajomych, którzy nie budzą mnie o świcie - powiedział i nie czekając na odpowiedź położył się spać. Dziewczyna widząc, że zagrożenie już minęło wyszła z krzaków, pobiegła do przywódcy tamtych i zafundowała mu zdrowego kopniaka. - Ha! Teraz masz za swoje! Myślisz, że to ładnie porywać panny z ich domów? Nie tym razem, gnido! A tfu! - splunęła na niego i kopnęła jeszcze raz, ale on ani drgnął. Leżał jak zabity. - Tak, tak, tylko ciszej - powiedziałem. - Teraz możesz wracać skąd przyszłaś, cześć. Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i już wiedziałem co się święci. - Ależ panie, jesteśmy w środku lasu! Zgubię się, napadną mnie wilki, porwą dzikusy! Sowicie Cię wynagrodzę jeśli mnie odprowadzisz do domu. Mam trochę oszczędności na boku. - No nieeee... daj mi spokój, dziewczyno. Ja chcę tu tylko spokojnie siedzieć. - zacząłem zbierać broń śpiących napastników - Zawracaj, nie ma w tym nic trudnego. Do domu dojdziesz dokładnie tak samo jak tu, tylko w drugą stronę. - Ale...! - No już, już, zmykaj. Naburmuszona założyła ręce w obrażonym geście i usiadła tam gdzie stała. - W takim razie zostaję z wami. To by było na tyle jeżeli chodzi o spokój. Już ja znam takie jak ona. Gadać będzie jak najęta, wskakiwać mi na ręce gdy tylko coś zaszeleści w krzakach a pod suknią żelazne majtki. Do cholery... Będę ją po prostu ignorował. Na dobry początek, potem zastanowię się co z nią zrobić. A może skoro już tu jest, przyda się do czegoś. - Jak sobie chcesz, dziewczyno. A tak właściwie jak ty masz na imię? Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym obojętnym tonem odparła: - Lanna. - Dobra Lanna, pomóż mi znosić tych kolesi na kupę. Wolałbym mieć ich wszystkich na widoku gdy się obudzą. - Co?! Chyba żartujesz! - Ech... no tak... dobra, to przynajmniej się nie odzywaj. Zacząłem znosić śpiących w jedno miejsce przy wyjściu z kotlinki. Lepiej aby wiedzieli gdzie uciekać gdy już dojdą do siebie. Ich broń zakopałem kawałek dalej. Zachowałem sobie tylko miecz ich przywódcy. Był całkiem nieźle wykonany, z wygrawerowanym "D" na rękojeści. Przywiązałem go sobie do pleców. Po paru minutach zaczęli się budzić, mrucząc pod nosem rzeczy w stylu "Gdzie ja jestem?" tudzież "Ale mnie boli rzyć...". Rozejrzeli się dookoła, zerknęli na mnie i Lannę, a potem na swojego szefa. Szef spojrzał na nich, potem na mnie, na Lannę, na miejsce, gdzie powinien być jego miecz, a na koniec wzruszył ramionami i poszedł w las. Reszta poszła za nim. Takich ludzi lubię. Niektórzy mają w zwyczaju krzyczeć, wygrażać, uciekać w panice i takie tam historie, ale ci trzeźwo ocenili sytuację. Fajnie. Teraz mogłem wrócić do błogiego nicnierobienia. Odłożyłem swoje miecze, położyłem się na trawie, przymknąłem oczy i zacząłem wsłuchiwać się w odgłosy natury. - No i co teraz? - wyrwała mnie z zadumy Lanna. - Argh... odpoczywamy - odparłem lekko zirytowany. - A co potem? Do jasnej cholery... - Potem idziemy zapolować. Po posiłku idziemy dalej, gdziekolwiek. Rozbijamy obóz i kontynuujemy nicnierobienie. - znów przymknąłem oczy. Chwila ciszy. Chyba się wreszcie poddała. - A kiedy mnie odprowadzisz do miasta? - Noż kurwa mać!

***

- ... no to mu powiedziałam, że nie, że to nie moje buty. I wyobrażasz sobie co on wtedy zrobił? Wziął je, i wyrzucił za okno! A takie piękne były, ze skóry. Zdążyłam jeszcze zobaczyć jak jakiś żebrak je podnosi i znika w tłumie - paplała Lanna. - Aha. - Ej, a jak ty masz właściwie na imię? - Kurt. - Miło mi Cię poznać, Kurt. No więc wracając do mojej historii, po tej małej sprzeczce z moim byłym... I tak było odkąd wyruszyliśmy. Na bogów, dlaczego ona musiała się przypałętać... A gdyby tak ją przywiązać do drzewa? Cholera, nie mam sznurka. A może po prostu zabić? Nie, nie, brzydzę się nadmierną przemocą. Może wyciąć język? Zbyt brutalne, nie mógłbym... cholera. A może... - Te, Wariot - szepnąłem mu do ucha. - Weź coś zrób. - Co jest, chłopie? Nie podoba ci się jej opowieść? - odpowiedział głośno i roześmiał się. Lanna spojrzała na mnie obrażonym wzrokiem. Wariot jednak sięgnął po swą lutnię. - Urzekła mnie pani historia, Lanno. W nagrodę mam dla pani piosenkę. - rzekł Wariot i zaczął grać. - Och, dziękuję! Ktoś tu się przynajmniej potrafi zachować. - powiedziała Lanna rzucając w moją stronę pogardliwe spojrzenie. Wariot grał w marszu, Lanna szła bez słowa a ja powoli czułem się lepiej. Szliśmy tak przez kilkanaście minut przez las, aż dojrzałem wyjątkowo ładne grzyby. Od razu postanowiłem spróbować. Nie wyglądały na trujące. Zatrzymaliśmy się, na szybko rozpaliliśmy ogień i z lekka je przyrządziliśmy. Całkiem nieźle smakowały. Cały las wydał mi się bardziej kolorowy. Lanna już mnie tak nie irytowała. Swoją drogą, skąd się u niej wzięły nietoperze skrzydła na plecach? Hmm... Wariot leżał na ziemi i ślinił się w szerokim uśmiechu. Lanna tańczyła do tylko sobie znanej muzyki, rozmawiając ze swymi wyimaginowanymi przyjaciółmi. Ja czułem się całkiem nieźle. W pewnej chwili podeszła do mnie nimfa leśna. Ładnie pachniała. Poza tym miała łuski, różowy róg na czole, musze skrzydła i jakieś pokręcone czułki. Sprawiała wrażenie dosyć miłej. - Kurcie... - zaczęła głosem widmo. - Masz zadanie do wykonania. - Ja.... aaahhahaha, zadaaanie...hrrrhrrhr.... - mój głos zdawał się nie brzmieć tak poważnie jak sobie tego życzyłem. - Twój miecz. Daron porywa niewinne dziewice, musisz go przegnać. Twój miecz wskaże ci drogę. - Mieeeecz...mmm... dziewice....eeeaaahahhahee hehe...…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%