przygoda · 32 min czytania
Ludwik
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kontrola
Jan nie spodziewał się, że w tym dniu wydarzy się w jego życiu coś szczególnego. Jak co dzień wstał, umył się, ubrał, zjadł śniadanie, pożegnał żonę, dzieci i wyszedł do pracy. Na przystanku czekał kilka minut aż pojawił się jego autobus. W międzyczasie rozglądał się wokół, odwzajemniał ukłony znajomym osobom. Autobus nadjechał punktualnie, Jan wszedł po stopniach do środka, stanął jak zwykle przy oknie, chociaż było jeszcze kilka wolnych miejsc siedzących. Przez szybę oglądał mijane budynki, sklepy, zieleńce. Po kilku minutach jazdy, gdy mijali dom towarowy, zamknięty jeszcze o tej porze, Jan wpatrzony w okna wystawowe usłyszał cichy lecz stanowczy głos. - Kontrola. Odwrócił się od okna. Wśród otaczających go ludzi stał średniego wzrostu osobnik, który wypowiedział te słowa. Niepozorny, zwyczajny człowiek, ubrany w szary, sportowy garnitur, z rozpiętą pod szyją koszulą. Tylko jego spojrzenie było przenikliwe, tak jakby chciał nim prześwietlić swego partnera. - Kontrola -powtórzył widząc zaskoczoną twarz Jana. - Z samego rana? Nigdy o tej porze jej nie było. Teraz wszyscy jadą do pracy. - To bez znaczenia. Pora, miejsce, czas. Jan przeszukiwał kieszenie. - Zaraz, zaraz, znajdę zaraz. W międzyczasie może pan innych posprawdzać. Kontroler powiedział. - Inni mnie nie interesują. To dotyczy tylko pana. Jan zdziwił się, nie bardzo rozumiał dlaczego akurat tylko jego, na szczęście znalazł w bocznej kieszeni swój pracowniczy bilet miesięczny, podał go. Kontroler przyjrzał mu się pobieżnie, lekceważący uśmiech wykrzywił mu twarz. - Niech pan nie będzie śmieszny. - Przecież ten bilet upoważnia mnie do jazdy autobusem -zaoponował Jan, urażony słowami mężczyzny. - Być może autobusem. Lecz nic więcej. A sprawa dotyczy pańskiej osoby. - Ależ ja nie mam przy sobie żadnych innych dokumentów -Jan otworzył szeroko teczkę, znajdowały się w niej kanapki z parówkami i żółtym serem, zawinięte w papier śniadaniowy oraz termos z gorącą herbatą. - Proszę sprawdzić. Kontroler nawet nie zerknął do teczki, lekko zdenerwowany machnął ręką. - Co ty mi człowieku pokazujesz. Nadal mnie pan nie rozumie? Pan musi się udać ze mną. - Jak to z panem? Gdzie? Ja jadę do pracy, do mojego biura, tam czekają na mnie interesanci, mam umówione spotkania, dużo spraw do załatwienia. Nie mam czasu na spacery z panem. - Spacery? Też mi porównanie. Proszę pana, czy nie zdaje sobie pan powagi z sytuacji, w jakiej pan się znalazł? Pańskie życie, być może wisi na włosku a pan opowiada o jakichś interesantach i spotkaniach -ściszył głos, zbliżył głowę do ucha Jana -może zostać pan nawet uśmiercony. Jan przestraszył się poważnego tonu, jakim przemawiał mężczyzna. - Uśmiercony? Za co uśmiercony? Nikomu nic złego nie zrobiłem. - Jeśli wszystko jest w porządku to zdąży pan jeszcze do swojego biura. Jan rozglądał się po autobusie. Nikt nie zwracał uwagi na ich rozmowę. Ludzie zajęci byli swoimi sprawami, wsiadali, wysiadali, spoglądali obojętnie. Kontroler wyjrzał przez okno. - Wysiądziemy na następnym przystanku. Stamtąd najszybciej dotrzemy do naszego punktu. Jan kiwnął przyzwalająco głową. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku, mężczyzna chwycił Jana za rękę i wyprowadził na zewnątrz. Równocześnie z nimi wysiadło kilka innych osób, lecz zaraz odeszły one w swoich kierunkach. Autobus odjechał. Kontroler nie wypuszczał ręki Jana. Prowadził go chodnikiem. Po pewnym czasie Jan sam wyrwał swą dłoń spod jego opieki. - Musi mnie pan tak trzymać? Nie lubię spoconych rąk. Przecież idę z panem. - Dobrze. Tylko proszę bez żadnych sztuczek, proszę nie próbować uciekać. - Dlaczego miałbym uciekać? Jestem uczciwym człowiekiem. Dziwne tylko, że pan nie może tego stwierdzić? Bądź co bądź za coś panu płacą. - Zrobiłem co do mnie należało. Za chwilę zajmą się panem już inni. - Jacy inni? O kim pan mówi? - Wszystkiego dowie się pan w odpowiednim czasie. Zaraz będziemy na miejscu. Chodnik po którym początkowo szli skończył się, zabudowania również, znaleźli się na gruntowej drodze, która po pewnym czasie przeszła w wydeptaną nogami polną ścieżkę. Na jej końcu znajdowało się ogrodzenie z podwójnego drutu kolczastego a za nim wielopiętrowy budynek zbudowany z cementowych pustaków. Wzdłuż płotu chodzili brodaci strażnicy. Nad drzwiami wejściowymi do budynku widniał odrapany szyld z napisem "Punkt kontrolny nr XXXX". Cyfry były zamazane. Kontroler wskazując na płot wyjaśnił. - W ostatnim okresie nasiliły się ataki na nasze punkty. Przyszły zalecenia by je grodzić i organizować straże. - Kto ośmiela się atakować wasze punkty? -zapytał bezwiednie Jan. - Nikczemni, złośliwi ludzie, którzy bardzo źle wypadli podczas kontroli, i którym w jakiś sposób udało się uniknąć ostatecznej interpretacji. Jan zaniepokoił się. Ten ponury gmach, druty kolczaste, brodaci strażnicy, dziwne słowa wypowiadane przez prowadzącego go mężczyznę zrobiły na nim przygnębiające wrażenie. Zatrzymał się. - Panie kontrolerze, może umówimy się. Ja pójdę swoją drogą, pan swoją. Mam mnóstwo pracy w biurze a dochodzę do przekonania, że nasze spotkanie może się przeciągnąć ponad spodziewany przeze mnie czas. Nie zdążę do pracy, a tam tyle spraw. Mężczyzna w sportowym garniturze zirytował się. - A pan swoje. Czy jeszcze pan nie zrozumiał -tu jego głos zabrzmiał surowo- że za chwilę zadecyduje się pański los. Czy ma pan prawo nadal uczestniczyć czy też nie? Nie zrozumiał pan jeszcze tego? Na dalszy ciąg musi pan otrzymać od nas pozwolenie. - Od was to znaczy od kogo? W czym uczestniczyć? Jakie pozwolenie? Ja żyję, pracuję, mam żonę, dzieci, jestem zadowolony. Nie mam do tego prawa? Pan mi chyba nie zabroni? Kto jest w stanie przeszkodzić mi to kontynuować? - Zbyt pewnie się pan już poczuł, co? Rozsiadł się pan wygodnie i myśli, że tak będzie wiecznie? Wszystko poukładane, czyściutko, porządeczek. A tu nagle ja. Za łatwo, za tanio. Nie obejdzie się bez skrupulatnego sprawdzenia. - Czy to jest konieczne? - To oczywiste! Jak pan chce tak dalej egzystować? Bez akceptacji? - A jak wyniki kontroli będą dla mnie negatywne? Mężczyzna wzruszył ramionami. - Taka możliwość też jest prawdopodobna. - To może w przyszłości sam się zgłoszę? W takim czasie jaki ja uznam za stosowny. Kontroler uśmiechnął się. - Rozumiem pana lecz takich możliwości nie dajemy kontrolowanym. Pan nie ma wyboru. Zostałem wysłany, by pana tutaj sprowadzić. Teraz jest pański czas proszę pana, pański termin, nie ma się nad czym zastanawiać. Nawet jakby pan nie chciał, znaleźlibyśmy sposób by dopaść pana i tu ściągnąć. Dał znak brodatemu strażnikowi. Ten otwierał już furtkę w kolczastym ogrodzeniu. Jan oglądnął się jeszcze za siebie. Widział polną ścieżkę, w oddali chodnik i ulicę, po której kursowały autobusy. Wyraziście zobaczył twarze siedzących pasażerów, śpieszących się do pracy. "A ja poddaję się kontroli", wyrwała mu się dziwna myśl. Znowuż poczuł w swojej dłoni wilgotną rękę prowadzącego. Weszli na teren punktu, kierowali się w stronę szarego gmachu. Stojący przed nim strażnik otwierał drewniane wrota prowadzące do jego środka. Po kilku skrzypiących schodkach weszli na parter. Kontroler wskazał drzwi z napisem "Poczekalnia". Przed tymi drzwiami też stał brodaty strażnik. - Proszę tutaj czekać aż wezwą pana. Ja w tym czasie napiszę sprawozdanie. - Jakie sprawozdanie? - Relację z naszego dzisiejszego spotkania. Proszę wejść i czekać. Brodaty strażnik otwierał obite ceratą drzwi do poczekalni. Jan znalazł się w środku niewielkiego pomieszczenia bez okien, wypełnionego krzesłami. Tylko jedno z nich było zajęte. Siedział na nim człowiek w niebieskiej pidżamie. Zerwał się natychmiast, gdy tylko otworzyły się drzwi. Podbiegł do Jana. - To pan będzie się mną zajmował? -zapytał wyczekująco. - Nie, nie, ja tylko na chwilę. Wyjaśnię małe nieporozumienie i jadę do pracy. Mam mnóstwo zajęć, umówione spotkania z interesantami, nie mam za bardzo czasu bezczynnie przesiadywać. A pan na kogoś czeka? Mężczyzna w pidżamie posmutniał. - Powiedziano mi, że zjawi się ktoś, kto się mną zajmie. Czekam od nocy. - Od nocy? - Wyrwano mnie z głębokiego snu, w środku nocy. Nie zdążyłem pożegnać się z rodziną. Kazano mi natychmiast stawić się na punkcie kontrolnym. I czekam w tej poczekalni już tyle czasu. A rodzina niepokoi się pewnie. A pana skąd wzięto? Jan obruszył się. - Mnie nie wzięto. Sam przyszedłem, by wyjaśnić kilka szczegółów. I zaraz wracam. -Jan otworzył teczkę- o, proszę, to jest mój termos a to kanapki. Jechałem do pracy, w autobusie zaczepił mnie kontroler, zgodziłem się tu przyjść. On napisze sprawozdanie i zaraz wyjdę. - Mój już napisał. Poszło do Interpretatora. Myślałem, że pan jest gońcem od niego. - Interpretator? Któż to taki? - Ważna osoba. Otrzymuje sprawozdania od kontrolerów i je interpretuje. Bardzo istotne jest jego podejście do każdego przypadku. Jan lekko się zaniepokoił lecz zaraz głośno powiedział. - Nie boję się. Jestem porządnym człowiekiem, nikt mi nic złego nie zarzuci. - Ja też, też, lecz nigdy nic nie wiadomo. Najgorsze jest to oczekiwanie. Mężczyzna w pidżamie zamyślony spacerował po pokoiku, tam i z powrotem. Jan usiadł na krześle, spojrzał na zegarek. Dzień pracy w jego instytucji już się rozpoczął. "To nie potrwa długo, usprawiedliwię się później u kierownika. Zaraz, tylko kontroler napisze sprawozdanie. Wówczas skończy się ta osobliwa sprawa". Drzwi poczekalni otworzyły się. Jan razem z mężczyzną w pidżamie zaraz się przy nich znaleźli. Lecz brodaty strażnik zatrzymał ich gestem ręki. Za to, prawie siłą wepchnął do poczekalni nową osobę. Zamknął drzwi. Przybysz, młodzieniec, ubrany był tylko w spodenki kąpielowe, na głowie miał słomkowy kapelusz, na gołe plecy zarzucony koc. Po początkowym wzburzeniu jakie malowało się na jego twarzy, zobaczywszy Jana i mężczyznę w pidżamie, rozpogodził się. - Też na sprawdzenie? -uśmiechnął się- Ostrzegano mnie już znacznie wcześniej. Że nadchodzi w najbardziej niespodziewanym momencie. I rzeczywiście tak się stało. Kąpałem się, opalałem, wylegiwałem na leżaku, aż tu zjawił się on. "Kontrola" zasyczał. Spojrzał takim groźnym wzrokiem, że zrobiłem to co kazał. Poszedłem za nim. Dopiero ten ponury gmach, te druty kolczaste spowodowały, że zacząłem się opierać. Było już za późno. Lecz zaraz wracam -powiedział pewniejszym tonem- leżak rozłożony, piwo chłodzi się w strumyku, przyjaciele czekają -klasnął w dłonie- to pójdzie błyskawicznie, raz dwa. Co panowie? Mężczyzna w pidżamie z powątpiewaniem kręcił głową. - Nie tak prędko jak pan myśli. Czekam już pół nocy i cały ranek. Rodzina niepokoi się. - To z pana musi być niezły numer. Tyle czasu? Co pan takiego nabroił? - Zobaczymy ile pan poczeka. W tym momencie strażnik otworzył drzwi i swym grubym paluchem wskazał na przybysza w kąpielówkach. - Do Interpretatora! -krzyknął. Młodzieniec uśmiechnął się. - A nie mówiłem. U mnie idzie błyskawicznie. Raz dwa -klasnął w dłonie- A pan swoją drogą to musi być niezły numer -powtórzył do mężczyzny w pidżamie, spoglądając na niego kpiąco. Wyszedł z poczekalni. Strażnik zamknął drzwi. Jan odsunął się od mężczyzny w pidżamie. - Pan chyba rzeczywiście coś przeskrobał. Jeśli jemu tak szybko poszło to dlaczego pan już tyle czasu spędza w poczekalni? Ten, zakłopotany, nie wiedział jak wytłumaczyć się. - Coś musiano sknocić, poplątać. To niepojęte. Innego wytłumaczenia nie ma. Ja nie jestem wcale winny. Ale w takim razie powinienem interweniować. Nie mogę tak bezczynnie czekać -podszedł do drzwi i szarpnął klamkę. Szarpał ją bezskutecznie. Od wewnątrz nie można było otworzyć drzwi. Mężczyzna w pidżamie zapukał w nie delikatnie, gdy nie było żadnej reakcji począł walić zaciśniętymi pięściami. Po chwili w drzwiach ukazał się brodaty strażnik. - Dlaczego pan tak łomocze? Coś się stało? - Chcę się dowiedzieć dlaczego tyle czasu już czekam? Jeden pan wszedł i zaraz wyszedł z tego pomieszczenia a ja czekam i czekam. Strażnik odpowiedział. - Nic nie poradzę. Proszę się uzbroić w cierpliwość i czekać. - Ale ja sam pójdę na górę, spytam się, dowiem. - Nie ma pan prawa sam. Tylko na wyraźne wezwanie. Wypuszczę tylko wtedy, gdy otrzyma pan wezwanie -zamknął drzwi. Mężczyzna w pidżamie usiadł zrezygnowany. - Pozostaje mi tylko czekać. Janowi też udzieliła się atmosfera niepokoju, spoglądał nerwowo na zegarek. - Ależ ja jestem spóźniony. W pracy mnie oczekują, już tyle czasu minęło. Nie wiedział jak reagować na zaistniałą sytuację. Z teczki wyjął śniadanie i termos z gorącą herbatą. - Proszę się poczęstować -podawał mężczyźnie kanapki z parówką i żółtym serem, odkręcał termos, do jego przykrywki nalewał herbatę -na pewno pan zgłodniał. Mężczyzna kiwnął głową, przyjął poczęstunek. Lecz nie zdążył nadgryźć kanapki gdy strażnik otworzył drzwi. - Teraz pan -wskazał na Jana. - Już idę, idę -Jan był wyraźnie ucieszony. Mężczyzna w pidżamie zerwał się gwałtownie z krzesła. Wyraz cierpienia odmalował się na jego twarzy. - A kiedy ja? -łzy ukazały się w jego oczach. - Jak przyjdzie czas -odburknął strażnik. Jan wyszedł z poczekalni lekko uspokojony. "Już chyba po wszystkim. Zaraz wyjdę. Spóźnię się od pracy niedużo", pomyślał. Strażnik prowadził go po schodach, na górę. Na półpiętrze natknęli się na szamotaninę. To przybysz w kąpielówkach i w słomkowym kapeluszu na głowie szarpał się z dwoma osiłkami trzymającymi stalowe drągi w rękach. Oni ciągnęli go ku górze, on kierował się na dół, ku wyjściu. Koc z pleców zsunął się na posadzkę odkrywając opalone na czerwono plecy i ramiona, na których w śmieszny sposób odbijał się kształt podkoszulka nie zdejmowanego podczas słonecznej kąpieli. Zobaczył Jana, spojrzał mu w twarz. Jan ujrzał w jego oczach przerażenie. Młodzieniec ledwo wyduszał z siebie słowa. - Panie, proszę mi pomóc. Otrzymałem nakaz likwidacji. Oni mają go wykonać -wskazał głową na dwóch osiłków- To likwidatorzy -obracał przestraszonymi oczami- tam leżak rozłożony, piwo chłodzi się w strumyku, przyjaciele czekają. Tam tak miło i przyjemnie. A oni mnie likwidują. Bezsens. Nie chcę, nie zgadzam się. Tak się cieszyłem, że szybko się mną zajęli. I co? Żadnej szansy nie dali, nie miałem nic do powiedzenia. Interpretator wskazał ręką i te dwa wściekłe psy od razu rzuciły się na mnie. Poczęli okładać drągami. Po co ja tu przychodziłem? Mogłem zlekceważyć wezwanie, nie wstępować do tego obrzydliwego budynku, dalej opalać się na letnisku. Proszę mi pomóc -spoglądał błagalnie na Jana- proszę mi pomóc wyrwać się z ich szponów. Jeden z likwidatorów uderzył żelaznym drągiem w kark przybysza w kąpielówkach. Ten zacharczał nienaturalnie, słomkowy kapelusz potoczył się po schodach. - Po co prosisz! Trzeba było wcześniej myśleć o swoim postępowaniu. Strażnik prowadzący Jana powiedział do niego. - Proszą nie podejmować nieroztropnych kroków. Temu biedakowi i tak już nic nie pomoże a pan może sobie zaszkodzić. W tym budynku nikt nie jest w stanie nic zmienić. Jan minął szamotających się ludzi, wstępował po schodach za prowadzącym go strażnikiem. Głos katowanego przybysza z letniska rozbrzmiewał po ponurym gmachu. Na piętrze strażnik ręka dał znak Janowi, by zaczekał przed drzwiami. Widniała na nich tabliczka "Interpretator I". Strażnik zapukał delikatnie, nie czekając na odzew wszedł do pokoju. Po pewnym czasie wyszedł. - Interpretator oczekuje pana. -wpuścił Jana do pokoju, zamknął za nim drzwi. Jan znalazł się w mrocznym pomieszczeniu oświetlonym małą lampką stojącą na biurku, przy którym siedział Interpretator. Ściany zasłonięte były bordowymi zasłonami tak szczelnie, że nie wiadomo gdzie znajdowały się okna. W pokoju było duszno, śmierdziało tytoniem, Interpretator był nałogowym palaczem. Odpalał papierosa od papierosa, nie używał zapałek. Obok biurka stało…