Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 3 min czytania

Ludzie i ich maszyny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ludzie i ich maszyny.

Ten stateczek ktoś z beznadziejnym poczuciem humoru ochrzcił... Mikrusem. Wyglądał jak piłka z doczepionymi dyszami, standardowo mógł pomieścić dwie osoby załogi, posiadał napęd skokowy i klasyczny, w atmosferach planet zachowywał się niczym pijana krowa i niewiele lepiej podczas skomplikowanych manewrów. Ale był szybki, miał olbrzymi zasięg i pochodził z demobilu, co skutkowało wyposażeniem bojowym, a dla kompanii "Kryształowe Niebo" miało to znaczenie z wiadomych względów. Iwan Zgroza, gość o wyglądzie rasowego wojskowego (pomimo że już nim nie był) rozbudził się, otworzył jedno oko, przypomniał sobie, gdzie i dlaczego się znajduje, westchnął i usiadł na koi. Sterówka Mikrusa była jednocześnie dwuosobową sypialnią, pokojem rekreacyjnym i stołówką... Dobrze że chociaż łazienka i kambuz były oddzielnie... - Czego? - warknął pod adresem drugiej osoby znajdującej się w sterówce, przecierając jednocześnie oczy. Jak można się domyślić, owa osoba była nieuprzejma wyrwać go przed chwilą ze snu - Zgodnie z regulaminem mam prawo do sześciu godzin snu na każdą dobę standardową. - Pracownicy "Kryształowego Nieba" z kategorią trzecią nie mają praw - usłyszał w odpowiedzi. Dowcipnie, jak zwykle. - Androidy mają ich jeszcze mniej. Powiesz mi jeszcze coś mądrego? - Sensory wyłapały coś obiecującego - odparł Uniwersalny Android Towarzyszący, typ J-Lambda601, podtyp żeński, specjalizowany dodatkowo w zakresie pilotażu i nawigacji międzygwiezdnej. Kompania "Kryształowe Niebo" wpychała je na każdy swój statek, najczęściej właśnie w roli pilotów. To Iwan był co prawda dowódcą Mikrusa... ale to Yolana trzymała w ręku smycz.. Tak na wypadek gdyby niezadowolony pracownik trzeciej kategorii, Iwan Zgroza, postanowił rozpłynąć się gdzieś w ciemności kosmosu wraz z całkiem sporo wartym kosmolotem. A raczej gównolotem, jak Iwan nazywał Mikrusa na swój własny użytek. Iwan wbił nogi w buty, wstał i poczłapał do konsoli sterowania, przed którą o fotel opierała się biodrem jedyna jego podwładna, o zadziwiająco pospolitym wyglądzie jak na androida. Bez słowa wyciągnęła dłoń i palcem pokazała na unoszącą się pomiędzy stanowiskami holograficzną wizualizację danych. - Obiekt - powiedział, gdy udało mu się zogniskować wzrok we właściwym miejscu. - Sztuczny. Raczej mały, ale wraz za duży na satelitę albo nawet autostację. Powinien być tu gdzie jest? - System gwiezdny Gazella jest według oficjalnych danych tak zwany "czysty" - odpowiedziała Jolka swoim brzmiącym lekko sztucznie głosem. Yolana została przechrzczona na Jolkę przez Zgrozę w dziesięć minut po ich pierwszym kontakcie. Teoretycznie androida nie miało prawa nic denerwować, ponieważ był tylko wysoce skomplikowanym urządzeniem, czymś w sensie przeintelektualizowanego robota kuchennego, ale Iwan odkrył, że Yolanie w jakiś dziwny sposób przeszkadza bycie Jolką. Wobec tego używał tego zdrobnienia z uporem maniaka. - Teoretycznie może być to coś obcego, ale nie sądzę, ponieważ w tym rejonie nie zaobserwowano nawet aktywności Kwarcaków. - Na to czego szukamy jest jednak jakby trochę za małe - mruknął Zgroza. - Informacje były niepewne. To może być to. Poszukiwali czegoś, co wstępnie zidentyfikowano jako SPB - Samodzielną Platformę Bojową, a zaobserwowano właśnie w okolicy systemu Gazella. Platforma była co najmniej dwustuletnią konstrukcją, została pewnie zgubiona lub porzucona, ewentualnie pozostawiono ją w stanie uśpienia, a potem zapomniano. W każdym razie zabytkowa platforma straszyła teraz przelatujące statki, próbując je namierzyć jakimś na wpół sprawnym systemem bojowym. A że w pobliżu przebiegał szlak komunikacyjny, należało coś z tym zrobić. Tym właśnie zajmowało się "Kryształowe Niebo"; likwidowaniem niebezpiecznego śmiecia, które gatunek zwany homo sapiens rozrzucał przy każdej okazji, wszędzie, gdzie tylko się pojawił. "Kryształowe Niebo" oczywiście dorabiało do tego interesu piękną ideologię, ale tak naprawdę były to konkretne pieniądze. Dajmy na to Iwan i jego towarzyszka o krzemowym mózgu znajdują na jakiejś zapomnianej planecie zapomniany skład paliw jądrowych. Nawet w najmniej korzystnym przypadku można je odsprzedać komuś, kto potrafi je przetworzyć na paliwo ponownie zdatne do użytku. I "Kryształowe Niebo" już jest o parę milionów do przodu. Natomiast w najlepszym wypadku, paliwa nadal można użyć, choćby w starszych jednostkach, a "Kryształowe Niebo" zyskuje powiedzmy dwadzieścia milionów. Do tego wszystkiego dochodziły dotacje Unii Wszystkich Światów i temu podobne rzeczy. - To draństwo mogło się też przebudować - po chwili zastanowienia stwierdził Iwan. Działające samopas elektroniczne mózgi, całkowicie pozbawione czasem nawet przez stulecia ludzkiego nadzoru, nie takie rzeczy wyczyniały. - Coś odrzucić, coś sobie dodać... - Mało prawdopodobne - oznajmiła Jolka. Przechyliła się w stronę konsoli. Nie posiadała wbudowanego modułu wirtualnego sterowania, zatem całą masę czynności na statku wykonywała tak jak człowiek, używając rąk. Tyle że precyzyjniej i dużo szybciej. - Z raportu wynikało, że SPB przejawiała tylko szczątkową aktywność - dodała. Iwan odwrócił wzrok, uświadamiając sobie, że gapi się na wypięty tyłek swojej towarzyszki. Za długo przebywa w kosmosie, skoro zaczynają mu się podobać sztuczne tyłki. Szlag... - Tak, a skoro tak stoi w raporcie to musi być prawda - zauważył zgryźliwie. - Spróbujmy podejść do tego... manewrem spiralnym chyba będzie najlepiej... i obejrzyjmy drania z bliska.

- Posłaniec - wypowiedział Iwan na głos nazwę tajemniczego obiektu. - Posłaniec czego? - zastanowił się na głos. - Na to pytanie to ja ci nie odpowiem - Jolka wzruszyła ramionami w zadziwiająco ludzki sposób. Komputer pokładowy przed chwilą zakończył dekodowanie frazy zapisanej na pancerzu nieznanego obiektu, dziwnym, prawie zapomnianym zestawem znaków. Było to jedno słowo: "Posłaniec". - Prześwietlmy to cholerstwo, rzućmy boję znakującą, potem zobaczymy. Na platformę bojową w każdym razie mi nie wygląda. Nawet po gruntownej przebudowie i odrzuceniu połowy elementów konstrukcji. - To mógł być kiedyś jakiegoś rodzaju statek eksploracyjny z tych najmniejszych. Nadam na wszelki wypadek meldunek do Punktu Gomeza. Pewnie na ten wszelki wypadek, gdyby miało ich rozpylić na atomy i rozrzucić w promieniu parseka. Nie powiedział tego na głos, nie chcąc zapeszać. W końcu byli ekipą od czarnej roboty - od lokalizowania i rozbrajania militarnych instalacji i tego typu rzeczy... Znajdowali się około kilometra od z grubsza przypominającego sześcian obiektu (zdaniem Iwana bardziej przypominał rozciągnięty w pionie kibel bezgrawitacyjny), zawieszonego na dalekiej orbicie wokół Gammy Gazelli. Miał mniej więcej siedemdziesiąt metrów długości, trzydzieści z hakiem szerokości i wysokości. Według wszelkich oznak obiekt był nieczynny, choć skanowanie wykazało, że gdzieniegdzie następuje przepływ energii. Jednak nawet gdyby tajemniczy obiekt miał i tysiąc lat, nie mogłoby to dziwić. Wystarczy, że takie coś ma zautomatyzowaną siłownię, roboty naprawczo-konserwujące z odpowiednio dużym zapasem części, a po dziesięciu wiekach okazuje się, że w sekcji odzysku nadal pracuje jakiś filtr powierza. I to pomimo tego, że od dziewięciuset lat w danym obiekcie nie ma w ogóle powietrza. - Zrób, co masz zrobić - polecił Iwan, wstając z fotela. - Ja idę coś zjeść, burczy mi w brzuchu. - Procedura przewiduje, że do momentu zakończenia... - zaczęła Yolana po raz pięćsetny albo coś koło tego, odkąd opuścili Punkt Gomeza. Była jak zapętlone nagranie z tymi swoimi procedurami i protokołami - Tak, tak. Wiem - spokojnie jej przerwał, wychodząc ze sterówki. Jej upomnienia nawet już go nie irytowały. Uderzenie przyszło całkowicie niespodziewanie, dokładnie tak jak to bywa w takich sytuacjach. Pozornie martwy, tajemniczy i bardzo stary obiekt na jakimś galaktycznym zadupiu oraz niespodziewany atak nieznaną bronią. Po prostu kwintesencja kosmicznej przygody. Powyższe wnioski przemknęły przez głowę Iwana lotem błyskawicy w tej samej chwili, w której straszliwy wstrząs statku sprawił, że jego stopy oderwały się od pokładu. Ułamek sekundy później przeleciał przez otwarte drzwi pokładowej łazienki i nagle ujrzał sam siebie, jakoś tak z boku, lecącego głową prościutko w sedes.. W jego umyśle błysnęło jakieś niesprecyzowane przekleństwo... Następnie zapadła ciemność. Przez sekundę nawet nie wiedział, czy tylko zgasło światło, czy już tracił przytomność. Zarejestrował jeszcze, że drzwi łazienki zasunęły się gwałtownie, zapewne na wypadek dekompresji stateczku, a potem jego jaźń zapadła się naprawdę w nicość.

Otworzyć oko. Na początek jedno. Cóż to za straszliwy wysiłek... Cholera, chociaż jedno oko. Zaraz, moment... Czy fakt, że znajduje się w pozycji horyzontalnej, łeb go napieprza, w uszach dudni, a w ustach jakby coś zdechło, nie ma związku z tym, że znajdował się w statku, w który coś przywaliło? Zapomniany, nie działający obiekt napotkany w kosmosie... Kwintesencja kosmicznej przygody... Kurna... Iwan zerwał się na nogi, zatoczył się, odbił się od czegoś... chyba od ściany... złapał równowagę i stwierdził, że znajduje się spowrotem w sterówce. Do tego ma na sobie pełny skafander ochronny i przepaskę opatrunkową na głowie. Sam na pewno weń się nie ubrał, tak samo jak sam się raczej nie opatrzył... - Jolka? Yolana? - zapytał niepewnie. Jego wzrok padł wreszcie na frontowe holopanele wizyjne. - O żesz w mordę... - wymknęło mu się następnie. A zaraz potem seria mniej cenzuralnych wyrażeń. Ruszył do przodu, zatoczył się, skorygował kurs i ciężko oparł się jeden z foteli przy konsoletach sterowania. Znajdował się na jakiejś planecie. Brzydkiej i kamienistej jak okiem sięgnąć, z różowym niebem przykrywającym to wszystko. Ładnych kilka godzin życiorysu musiało pójść w diabły, skoro ominął go lot w stronę planety, lądowanie i cała reszta. Tknięty jakimś przeczuciem sięgnął do konsolety, odnalazł sterowanie zewnętrznymi obiektywami. Skierował lewy skrajny do góry tak bardzo, jak tylko pozwalał zakres jego pracy. Od razu rozpoznał zniszczoną powłokę pozornie martwego obiektu, który napotkali na orbicie Gammy Gazelli. Mikrus był podczepiony podeń i zwisał co najmniej kilka metrów ponad gruntem tajemniczej planety. - Jolka! - zawołał jeszcze raz, choć wiedział, że gdyby znajdowała się na pokładzie, odpowiedziałby. - Gdzie cię poniosło...? - mruknął do siebie. Zwalił się ciężko na fotel, usiłując zebrać myśli. Mało nie wyskoczył z fotela, gdy pomiędzy stanowiskami pojawiło się holograficzne popiersie kobiety w typie nieco bezbarwnej, szczupłej blondyny z lekko pofalowanymi włosami zaczesanymi na bok i sięgającymi nieco za połowę karku. - Jeśli to nagranie jest odtwarzane, oznacza to że już nie ma mnie na pokładzie. Jak już pewnie zauważyłeś zostaliśmy przechwyceni i przeniesieni na tą planetę. - Jolka mówiła jednostajnym, monotonnym głosem, bez nabierania tchu, w sposób tak charakterystyczny dla androidów. - Co ciekawe, tego świata nie ma w naszej bazie danych, za co należałoby kopnąć chyba kogoś z serwisu informatycznego w Punkcie Gomeza... Napęd i funkcje główne Mikrusa zostały wyłączone zewnętrznie, reszta pozostała sprawna przynajmniej w osiemdziesięciu procentach. Opracowałam procedurę odłączenia się, ale jest ona ryzykowna w na tyle dużym stopniu, że komputer Mikrusa pozwoli tylko człowiekowi na jej wdrożenie. Szczegóły znajdują się w załączonym pliku... - sztuczna kobieta nagle przerwała, skierowała spojrzenie sztucznych oczu gdzieś poza kadr. - Nie ma żadnej szansy na to, żebym powróciła, więc po prostu odleć... - znów urwała na moment. Nie patrzyła też w oko rejestratora. - Chciałabym też... mimo że jestem sztuczna... żebyś pamiętał, że kiedyś istniałam... I tyle. Był tylko ów dodatkowy plik z procedurą ewentualnej ucieczki. Iwan chwilę gapił się w puste miejsce pomiędzy konsoletami. - Rejestry - mruknął do siebie. Musiał się dowiedzieć, co się stało od momentu, gdy sprawa się skomplikowała. - Jak się odtwarza rejestry...? Dane wyświetliły się na holomonitorze przed nim. Atak nieznaną bronią, w efekcie jednoczesne przeciążenie osłon i amortyzacji grawitacyjnej, skutkujące chwilowym padem oświetlenia wewnętrznego i zawieszeniem funkcjonowania mniej ważnych obwodów. Alarm zbliżeniowy, stwierdzenie przechwycenia przez większy obiekt i utraty kontroli nad funkcjami głównymi. Lot, lądowanie, próba wysłanie sygnału S.O.S, potem całkowity spokój, jeśli nie liczyć pracy systemu autonaprawczego - przez dwie godziny, jedenaście minut. Na koniec zarejestrowane wyjście Jolki na zewnątrz i znów spokój. Mądrzejszy od tego nie był. Dlaczego wylazła na zewnątrz i dlaczego przyczyny nie odnotował komputer statku? Wywołał plik z opracowaną procedurą wydostania się z pułapki. Przez moment wpatrywał się wyświetlający się ciąg danych. Faktycznie wyglądało na wystarczająco ryzykowne, ażeby komputer Mikrusa odmówił współpracy bez konsultacji z człowiekiem. Odrobina pecha i to co zostanie z Mikrusa ledwo będzie się nadawało na surowiec wtórny. Szczególnie obiecująco w tym względzie wyglądało użycie lancy jądrowej. Przeciążenie osłon także wyglądało na murowane. Gdzie cię poniosło kobieto? Dlaczego wylazłaś na zewnątrz? Iwan spróbował wywołać obraz z obiektywów rufowych, ale okazały się być zniszczone i nie naprawione z jakiegoś powodu przez system autonaprawczy. Zresztą wszystkie zewnętrzne czujniki rufowe w ogóle chyba padły. Przypomniał sobie też, że Jolka przecież ma wbudowany nadajnik pozycyjny, ale szybko okazało się, ze statek nie odbiera jej sygnału. Dotarło do niego nagle że gapi się w widok wyświetlany przez frontowe obiektywy, usiłując stwierdzić, co z owym widoczkiem jest nie tak. Niby po prostu kamienista pustynia po horyzont... Nadal czuł się oszołomiony i otumaniony, a głowa nieprzyjemnie mu pulsowała gdzieś w okolicach czoła, pod opaską - podejrzewał że doznał pęknięcia czaszki, gdy rozwalił sedes głową z lotu koszącego... Yolana zapewne zaaplikowała mu medyczne nanoboty rekonstrukcyjne i parę innych fajnych rzeczy, co by tłumaczyło tak długi okres nieświadomości... Cień. Na zewnątrz było zbyt dużo cienia. Nie mógł go rzucać statek, pod który był podczepiony Mikrus, ponieważ drań był zbyt mały. Czyżby... znajdowali się u podnóża jakiejś zadziwiająco wysokiej góry? O zadziwiająco regularnym kształcie, jeśli się nad tym zastanowić, tak sądząc po owym cieniu. Z jakiegoś powodu Iwan poczuł w trzewiach ukucie niepokoju. Wywołał funkcję skanowania przestrzennego (nie bez problemów i rzucając coraz bardziej wymyślne przekleństwa pod adresem twórców interfejsu systemu operacyjnego), ale rychło okazało się, że na powierzchni planety, do tego mając tuż nad sobą blokujący wiązkę radarową obiekt, ów skaner dość poważnie głupieje. Nad tym co powinien zrobić następnie, zastanawiał się krótko. Względnie pewnym krokiem dotarł do śluzy powietrznej, po drodze zabierając ze ściennej szafki w korytarzyku dodatkowy półpancerz i plecak z zaawansowaną aparaturą oraz zapasem powietrza na dwie doby standardowe. Wewnątrz śluzy aktywował hełm swojego skafandra; hełm rozłożył się z wnętrza kołnierza, zamykając jego głowę w przejrzystej od przodu puszce. Półpancerz i plecak Iwan założył już podczas procedury wymiany powietrza i wyrównania ciśnienia. Zewnętrzny właz wreszcie otworzył się, a do środka natychmiast wtargnął podmuch powietrza. Okazało się też, że do poziomu gruntu jest blisko pięć metrów, ale w końcu od czego rozkładana drabinka? A że zabrakło blisko metra, to już drobiazg. Stopy Iwana w buciorach stroju ochronnego dotknęły kamienistego gruntu. Ciążenie było nieco wyższe od standardowego... Przez chwilę gapił się w odległy, nieco pofałdowany horyzont, a potem powoli odwrócił się w stronę rufy Mikrusa. Nie spodobało mu się to, co ujrzał, chociaż większość widoku i tak zasłaniał mu znajdujący się nad jego głową Posłaniec. Na sztywnych nogach, zapominając, że nadal źle się czuje, ruszył przed siebie. Musiał zobaczyć to w całości.

Na lekko pofałdowanej, spękanej i kamienistej powierzchni, pod różowym niebem, znajdowała się góra. Miała jakieś pół kilometra wysokości, a podstawę o średnicy tak na oko kilometra. Góra sprawiała przytłaczające wrażenie. Góra bynajmniej nie była tworem naturalnym. Właściwie bardziej przypominała piramidę, podobną do tych pomników starożytności, jakie do dziś można oglądać na Starej Ziemi. Góra była w całości z metalu, tworzyw sztucznych, a nawet szkła. Metal stanowił większość i był mocno skorodowany. Szkło było spękane albo nawet porozbijane, natomiast to, co wyglądało na tworzywa sztuczne, zachowało się najlepiej. Praktycznie rzecz biorąc była to - niemal dusząca swym ogromem - plątanina mniej lub bardziej opasłych rur, przewodów, tajemniczych elementów konstrukcyjnych, tarasów, jakichś zbiorników i diabli jeszcze wiedzą czego. Z gigantycznej piramidy biła martwota. Nie przestając wytrzeszczać oczu na olbrzymi obiekt, Iwan poprzez interfejs skafandra uruchomił system skanująco-analizujący-obrazujący (zawsze go fascynowało, kto wymyśla takie nazwy Okazało się, że jedyne istotne źródła energii znajdowały się za nim, w Mikrusie. Coś tam jeszcze działało w Posłańcu, ale potężna góra zdawała być się martwa. I było w niej sporo ognisk radioaktywności. Jakieś cieknące, nieczynne reaktory? Baterie jądrowe? Paliwa atomowe? Zresztą mało ważne. - Tam polazłaś, elektroniczna debilko - mruknął do siebie. - Po kiego diabła, chciałbym wiedzieć. Powinien obrócić się na pięcie, wsiąść spowrotem do statku, odpalić tą procedurę, którą wymóżdżyła Jolka i dać dyla z tej cholernej planety. Zostawi tu androida? I co z tego? Nie obniżą mu za karę kategorii, bo niższej niż trzecia przepisy kompanii nie przewidują. Najwyżej go wywalą wreszcie z tej roboty, niech będzie, że bez odprawy, a on spokojnie poszuka sobie innego zajęcia. Taki już widać jego los, że jedyne, co mu świetnie wychodzi, to ładowanie się w idiotyczne sytuację. W najcięższym wypadku kierownictwo znów mu postawi jakieś zarzuty, lecz jeśli tym razem będą chcieli postawić go przed sądem, po prostu wsiądzie na pokład jakiegoś liniowca międzygwiezdnego i tyle go będzie. Zrobił jeszcze dwa kroki do przodu, potem zaczął się cofać, wreszcie odwrócił się plecami do martwej góry metalu (kto wie, w jakim celu stworzonej i po co) i dopadł drabinki. Dwie minuty później zasiadł w fotelu dowódcy, tym po prawej stronie sterówki. Zatwierdził procedurę Yolany, całą nadwyżkę mocy przekazał na kondensatory osłon, odbezpieczył i uzbroił lancę atomową, sprawdził amortyzację grawitacyjną. Przypinając się do fotela dodatkowymi pasami, zastanawiał, czy nie powinien zwiększyć buforowania mocy w generatorze tarczowym, po chwili doszedł do wniosku, że może lepiej nie grzebać w ustawieniach wysokiego rzędu. W skrajnym przypadku najwyżej polecą kondensatory osłon i tyle. Zapasowe są na pewno. Położył dłoń w rękawicy na podstawowym panelu kontrolnym na prawym podłokietniku fotela. Miał na sobie pełny skafander, nawet z zamkniętym hełmem, tak na wszelki wypadek. Wystarczy zatwierdzić zestaw instrukcji Jolki, a osłony włączą się na pełną moc, lanca rąbnie na piętnastu procentach mocy w Posłańca ponad Mikrusem i rozwali na tyle dużo, że Mikrus odpadnie od brzucha większego statku. Następnie lanca zwiększy swą moc o kolejne piętnaście procent, rozwali, ile tylko się da, a komputer Mikrusa rozpocznie przyspieszony protokół startowy. Będzie też już aktywny główny system uzbrojenia. I dobrze, bo z systemu lancy pewnie niewiele zostanie po użyciu takiej mocy w tak małej odległości. On odleci, a Yolana pozostanie na tej planecie, pewnie gdzieś we wnętrzu tej całej piramidy. Opatrzyła go, wstrzyknęła pewnie nanoboty medyczne, ubrała w skafander. Fakt, że pozostawiła na gołym pokładzie, zamiast zapakować na koję... Opracowała dla niego sposób wydostania się z tej poronionej sytuacji... Niby to jej obowiązek. Lecz mimo wszystko... No i nie będzie do kogo gęby otworzyć przez tydzień powrotnego lotu do Punktu Gomeza... Trudno. Jest tylko maszyną wywodzącą się z pseudointeligentnych robotów gospodarstwa domowego, do tego maszyną starego typu. Taka jest jej rola i cel istnienia - służyć człowiekowi, a jeśli trzeba to i oddać swoje elektroniczne życie dla niego (niby tylko w ostateczności, ale jednak). Nawet nie jest specjalnie ładna. Ot, inteligentne, humanoidalne urządzenie w powłoce, którą można nazwać przeciętnością absolutną. Zazwyczaj żeńskie androidy to prawdziwe lachony, a tu co? Dziewczyna o chłopięcej sylwetce i jakby odrobinę męskiej urodzie, z niezbyt ładnym głosem... Po prostu nic specjalnego. Palec Iwana opadł na przycisk zatwierdzenia.

Powtarzał sobie w myślach, że jest idiotą. Idiota, idiota, idiota... Trzeba być idiotą, żeby ryzykować aż tak dla zwykłego androida. Niby to najlepszy przyjaciel człowieka, ale jednak, mimo wszystko... Był idiotą. Ciekawe, czy w ostatniej chwili anulowałby rozpoczęcie tej nieszczęsnej procedury ucieczki, gdyby jego pokładowy android miał postać faceta? Może te cwaniaki z zarządu kompanii celowo pakują na pokłady statków prawie wyłącznie żeńskie androidy, aby w przeważającej części męskie załogi miały większe opory przed porzuceniem ich w razie czego. Czy nawet sabotowaniem co bardziej upierdliwych egzemplarzy. W końcu wyspecjalizowany android swoje kosztuje. I może gdyby w tym całym nagraniu nie pożegnała się niemal jak człowiek... Może wówczas nie anulowałby wdrożenia tej cholernej procedury. Ryzykujesz, baranku jeden. A jeśli ten cały Posłaniec postanowi nagle wystartować wraz z Mikrusem, celem na przykład odwiedzenia sąsiedniego sytemu gwiezdnego? Niby Iwan ustawił warunkową aktywację tej całej procedury ucieczki na taką sytuację, ale kto to wie, czy bez nadzoru człowieka wszystko pójdzie zgodnie z planem. Chyba lepiej po prostu nie myśleć o takich rzeczach i robić dalej, co i tak zaczął. Użył napędu osobistego skafandra, aby wznieść się w powietrze i wylądować na jednym z tarasów, jakieś piętnaście metrów ponad poziomem gruntu, gdzie dostrzegł obiecująco wyglądający otwór. Jedyny w zasięgu wzroku. Napęd skafandra też nie bardzo nadawał się do stosowania przy normalnym ciążeniu, przez co rąbnął o podłoże z siłą wystarczającą na wzbicie potężnego tumana pyłu przemieszanego z rdzą. Oczekując aż podmuchy wiatru rozwieją, wykonał skanowanie celem stwierdzenia, czy nie wywołał jakiejś aktywności wewnątrz góry metalu i tworzyw sztucznych. Cisza i spokój. Dla pewności sprawdził, czy miotacz cząsteczkowy gładko wychodzi z uchwytu przy plecaku. Ostrożnie zajrzał następnie do wnętrza ciemnego otworu, przełączając jednocześnie przyłbicę w tryb widzenia nocnego. Ciarki przeszły mu plecach, gdy ujrzał ciemny korytarz wypełniony plątaniną kabli, rur i jakichś urządzeń. Urządzeń, które już na pierwszy rzut oka wyglądały jakby zmajstrowano je z kilku innych... Niby czuł w tym ludzką rękę, wiedział że wszystko, co widzi wyszło z ludzkich fabryk... lecz jednocześnie czuł, że w jedną wielką, przytłaczającą całość nie złożył tego człowiek. Już raczej działające samopas maszyny... Miasto pozbawionych ludzkiego nadzoru maszyn? Nie takie rzeczy się zdarzały... System skanujący w plecaku już wcześniej ustawił na poszukiwanie źródeł mocy zbliżonych do mocy znamionowej zasilania Yolany. Ponowił też próbę zdalnego włączenia nadajnika pozycyjnego skafandra, który zabrała Jolka, ale bezskutecznie (o funkcji zdalnego włączania lokalizatorów też przypomniał sobie rychło w czas, bo tuż przed wybraniem się na poszukiwanie swojej sztucznej towarzyszki). Z tym nadajnikiem była o tyle ciekawa sprawa, że gdy to zrobił z pokładu Mikrusa, otrzymał odzew. Tyle że zanim system zdołał ustalić pozycję, sygnał zanikł. Wniosek? Jego pokładowy android najprawdopodobniej nie chce zostać znaleziony. Dlaczego? A to już diabli wiedzą. Choć niewykluczone, że chciała go zmusić do odlotu bez niej. Jednak nie miał pomysłu, czemu miałaby chcieć to zrobić. Coś też czuł, że odpowiedź na to pytanie nie spodoba mu się nic a nic. Wkroczył do ciemnego korytarza, nabrał mimowolnie tchu w płuca, a serce zabiło mocniej. Był idiotą. Narażał się dla inteligentnej maszyny. A latał z nią zaledwie od trzech miesięcy... W mordę... Nie wytrzymał nerwowo i wyjął z uchwytów przy plecaku miotacz. Położył kciuk na bezpieczniku, lecz nie odbezpieczał. Dotarł do miejsca, w którym korytarz łączył się prostopadle z następnym. Szerokość była mniej więcej ta sama, ale wysokość to już zupełnie inna sprawa. Tak na oko dwa piętra. Podłoże natomiast okazało się dziurkowane i głucho dudniło pod stopami, a przy przeciwległej ścianie ciągnęła się szczelina na szerokość dwóch dłoni, przez którą można było zajrzeć o poziom niżej. Iwan nadal nie wierzył, że tu wlazł. Poczuł nagle, jakby znajdował się grobie. W grobie, którego spokoju nie powinien naruszać. Poczuł zbliżający się atak klaustrofobii, jednak w porę się opanował. Zaczął sobie powtarzać, że jest twardzielem, zwiedził kawał galaktyki, widział niejedno, a nawet ma pojęcie jak naprawdę skutecznie użyć miotacza cząsteczkowego. A to wszystko, co go otacza, to tylko jakaś pieprzona ruina i... Naprawdę miał ochotę stąd zwiać, zamiast bawić się w bohatera. Przeszedł jeszcze kilkanaście metrów, upewnił się, że nie wzbudził żadnej aktywności (zupełnie jakby te układy analizująco-skanująco-obrazujące uchodziły za jakoś wybitnie wiarygodne) i zatrzymał się, opierając się plecakiem o jakaś rurę o sześciokątnym przektoju. Nabrał tchu w płuca. - Yolana - odezwał się. Komunikator był nastawiony na pełną moc sygnału i nadawanie szerokopasmowe. - Jolka, jeśli mnie słyszysz, odezwij się! Jeśli nawet masz uszkodzone obydwa komunikatory skafandra, to masz jeszcze swój wewnętrzny, którym musisz mnie odbierać! Urwał, mając dojmujące uczucie, że ktoś go obserwuje. Nie ktoś. Raczej coś. Jego wzrok tymczasem padł na coś, co wyglądało na rozdzielnik wysokonapięciowy. Błąd. Wyglądało na coś, co było przodkiem współczesnych rozdzielników wysokonapięciowych. Coś w głowie Iwana znów zapytało uprzejmie po jaką cholerę tu wlazł. Bo jestem debilem? - odpowiedział temu czemuś pytaniem. Zrobił dwa kroki do przodu, dostrzegając ciąg znaków na pokrywie rozdzielnika. Miały nietypowy krój i układały się w zdanie: "minirozdzielnia WN nr. 612a, ORS Szermierz". ORS - Okręt Republiki Sarmatii. Konkretnie Nowej Sarmatii. Lekko zapyziały system gwiezdny - z olbrzymią ilością świątyń i jeszcze większą kapłanów - choć na niezłym poziomie rozwoju. Szermierz... To była jakaś znana sprawa... Tak z trzysta lat temu. Czy on nie zaginął bez wieści gdzieś w tym rejonie kosmosu? W okolicach Gazelli? Ale co tu robi jedna z jego rozdzielni!? Tak naprawdę domyślał się bez wysiłku. To proste; została wymontowana z tamtego statku i użyta wewnątrz tejże budowli. Pewnie większość Szermierza tu się znajdowała. A nie był to mały statek. - Jolka - odezwał się Iwan ponownie. Starał się zachować spokój. - Wlazłem do tej piramidy! Nie zamierzam wyjść stąd bez ciebie, ty głupia, sztucznie inteligentna pindo!... Albo bez tego, co z ciebie zostało - dodał pod nosem. Słyszał w słuchawkach tylko trzaski i biały szum kosmosu. - Jola, nazwij to zboczeniem, ale w końcu jednak jesteśmy załogą i wypadałoby dbać o siebie! - zawahał się. Psiakrew, jak ją znaleźć w czymś tak wielkim, jeśli ona się nie odezwie? Zerknął na wyświetlające się od wewnętrznej strony przyłbicy hełmu informacje, ażeby się upewnić, że łączność nie jest zagłuszana. Wychodziło na to, że nie. - Jolka, powiedz coś, bo naprawdę mi się tu nie podoba! Przestanę nawet cię wkurzać i nazywać "Jolką", jeśli teraz się odezwiesz! Odpowiedziały tylko trzaski. Ruszył dalej. Niech no tylko jakieś draństwo na niego wyskoczy, to posmakuje strumienia naładowanych cząsteczek z jego miotacza. Przeszedł kilkanaście metrów, zdębiał, gdy zewnętrzny mikrofon przyniósł jakiś dziwny dźwięk, ale zaraz dzielnie pomaszerował dalej. W końcu czego się nie robi dla pokładowych androidów... Spojrzał w górę, będąc pewnym, że ujrzał jakieś poruszenie w ciemności, gdzieś pomiędzy czymś wyglądającym na wsporniki... Nie. Tylko złudzenie. Miejmy, kurna, nadzieję. Psia mać, byłem w swoim durnym życiu najemnikiem, zabijałem paskudztwa tak paskudne, że na samo wspomnienie robi się paskudnie, a boje się byle poruszenia cienia, które pewnie jest wywołane nieprecyzyjną obróbką danych przez układ logiczny odpowiedzialny za widzenie w trybie nocnym. Dotarł do miejsca, w którym korytarz skręcał pod kątem prostym, następnie zamieniał się w żebrowaną pochylnię prowadzącą w górę pod kątem prawie czterdziestu pięciu stopni. Zaklął w myślach i ruszył w górę. Zaraz coś wyskoczy i go zeżre... Pewnie będzie miało wielkie zęby, kwas zamiast krwi, a zostało sklasyfikowane jako "alienus złośliwus". Zeżre albo zapłodni... Bogowie... Zdrowo chyba walnął łbem w ten nieszczęsny kibel. Ciekawe, ile neuronów uśmiercił przy okazji. Ruszył w górę pochylni. Żłobione podeszwy buciorów zadziwiająco dobrze wpasowały się w ową powierzchnię. I fajnie. Niestety, przy okazji okazało się, że radiacja wzrasta, jako że w pobliżu znajduje się jedno ze źródeł radioaktywności. Wdrapując się mimo wszystko, w górę, ponowił swoje wezwanie: - Jolka, twoim psim obowiązkiem jest dbanie o bezpieczeństwo żywych członków załogi! Każąc mi się szukać, każesz mi ryzykować, a to wbrew twoim dyrektywom głównym albo jak to się tam nazywa! - przerwał, szukając właściwych słów. Przekonuje androida. Dobre... - Będę tu łaził, dopóki łaskawie się nie odezwiesz! - oznajmił i znów urwał. Co tu można jeszcze powiedzieć? Musiał gadać, jeśli chciał mieć szansę na odpowiedź. Żaden android nie pozwoli szukać się w ciemno, jeśli będzie to wiązało się z ryzykiem dla człowieka. Do tej pory albo go nie słyszała, albo nie mogła odpowiedzieć. - Jestem ci coś winien, durny zbiorze syntetycznych pseudoneuronów! Po prostu pozwól się znaleźć! Daj jakiś znak, czy coś...! Głupia sprawa, ale choć jakoś nie za bardzo przepadał za sztucznie stworzonymi intelektami (głównie dlatego, że były od niego mądrzejsze, szybciej myślały i tak dalej), to akurat Jolka nie wywoływała w nim jakichś negatywnych emocji. Jeśli się nad tym zastanowić bywało czasem nawet wręcz przeciwnie, zwłaszcza gdy wyskoczyła z jakimś ludzkim odruchem... Na przykład, kiedy raz schlał się w trzy dupy (a raczej w trzydzieści trzy), sama z siebie wmusiła w niego środek odtruwający, po który wcześniej sama z siebie wyszła do portowego punktu medycznego. Ale to jeszcze pół biedy... W swoim raporcie tygodniowym ani słowem nie zająknęła się na temat tego incydentu. I zrozum tu, dlaczego... Dotarł do połowy pochylni... Zdębiał... Z zakłóceń narastających na skutek zbliżania się do źródła radiacji, coś się wyłoniło. Jakiś głos... - Powtórz! - odezwał się, podnieconym mimowolnie tonem. Przyspieszył kroku. - Słyszę cię, ale nie rozróżniam słów! - ... od... ej... upoty - usłyszał w słuchawkach. - Powtórz! - zawołał. Dotarł do końca pochylni. Tym razem znalazł się na metalowym chodniku, biegnącym wzdłuż czegoś jakby długiej hali, pełnej tajemniczych (oczywiście nieczynnych) urządzeń. - Nie rozumiem. W słuchawkach trzeszczało coraz mocniej. Wyświetlił się też komunikat o…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ludzie i ich maszyny — czytnik · opowiadania