Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 7 min czytania

Lustro Zygmunta Freuda

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b} LUSTRO ZYGMUNTA FREUDA {/b}

Sen jego powtarzał się z cykliczną, podległą własnej logice regularnością – co dziewięć nocy. Zapewne byłby nim już znudzony, gdyby nie to, że za każdym razem trwał on o jedno uderzenie serca dłużej; zanurzona w nim imitacja jego świadomości (bo na tym wszak polega sen, na bezbronnym błąkaniu się świadomego odbicia ludzkiej duszy w labiryncie jej podświadomych lęków i marzeń), kroczyła wolno przez niekończący się gabinet krzywych luster. Nasłuchiwał w tym śnie odbicia swoich kroków, pełgającego w mijanych taflach szkła jak daleki blask migotliwych pochodni; dostrzegał jednak jedynie ich echo, krążące pod mrocznym, bezcielesnym sklepieniem. Każde z pozostawionych w tyle zwierciadeł witało go i żegnało wykrzywioną, odmienioną kopią jego twarzy. Przyglądał im się obojętnie, choć intrygował go trochę niewytłumaczalny fakt niewłaściwości, czającej się w tych iluzjach – nie podlegały one bowiem prawom lustrzaności, prawom przemiany lewej ręki w prawą, czerni w biel, wody w wino. Za to niekiedy wcale nie przypominały człowieka, którym był, będzie, którym wreszcie mógłby być, jakim mógłby się stać, gdyby mechanizm czasoprzestrzeni skierował go na inną drogę, niż ta, którą szedł na jawie od tylu już lat. Były tam więc: skupione i nabożne twarze chrześcijańskich mnichów, szlachetne, bladawe oblicza tragicznych poetów, kamienne, nieprzeniknione wizerunki bezwzględnych zabójców. Natchnione twarze ognistych kochanków, papierowe, szare gęby znudzonych urzędników, dumne mordy książąt i lekarzy, wyszczerzone w sardonicznym uśmiechu, cyniczne rysy wszystkowiedzących bogów i żebraków. I wiele, wiele innych, obojętnych mu i zobojętniałych nań twarzy. Obserwował je więc bez emocji, z grzeczną, umiarkowaną ciekawością przyglądał się kolejnym fazom i aspektom degeneracji, narastającym w miarę, jak wędrował w głąb swojego snu. Zdawał sobie sprawę, że gdyby wyciągnął rękę ku ich błyszczącym, posrebrzanym szkliście od wewnątrz ułudom, mógłby – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – stać się kimkolwiek, kim tylko by zechciał się stać, spośród ich nieprzeliczonej plejady; powtarzające się mijanie ich panteonu dawało mu nawet możliwość uniknięcia pochopnego wyboru. Mógłby więc, na jakiś czas, zostać kimś zupełnie innym, potem kimś innym jeszcze, później jeszcze kimś, i tak w nieskończoność podlegać bezustannym przemianom, korzystając z przekleństw i dobrodziejstw każdego z sugerowanych przez senną podświadomość żywotów. Nie kusiło go to jednak ani trochę. Nie dlatego, by był choćby zadowolony ze swojego obecnego istnienia, lecz z racji niewzruszonej pewności, iż żadne inne nie dałoby mu ani więcej, ani mniej, niż to obecne, w którym zmuszony był egzystować. Dlatego więc, jakakolwiek zmiana w tej materii, nawet z pozoru najbardziej drastyczna, byłaby jedynie kolejną nędzną iluzją, absurdalną próbą ucieczki od absurdu, poprzez banalne oszukiwanie siebie, którego sztuczności świadomość towarzyszyłaby mu i tak, kimkolwiek byłby w danej chwili. Nie pociągała go z tej przyczyny nawet najbliższa mu w pewnym metafizycznym sensie twarz błazna, otoczona koronką czapki, obszytej dzwoneczkami – sugestia wyzwolenia od odpowiedzialności za cokolwiek była bowiem iluzją największą z możliwych.

On zaś nie szukał w bezkresnych jaskiniach lustrzanych galerii (wypełnionych neutralnym i absolutnie bezpłciowym, bezosobowym blaskiem, płynącym znikąd i po nic) ucieczki: od siebie, odpowiedzialności, konwenansów,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%