melodramat · 35 min czytania
ŁZY ŚLEPCA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ŁZY ŚLEPCA
Mężczyzna obudził się jak zwykle o siódmej rano. Chwilę leżał w łóżku, wsłuchując się w dobiegający go przez otwarte okno szum ulicy, a potem wstał i poszedł do kuchni. W absolutnych ciemnościach wyciągnął z lodówki chleb, masło i ser. Przygotował sobie kilka kanapek i mocną kawę. Jedząc śniadanie myślał o tym, że niedługo przyjdzie pracownik opieki społecznej, który co drugi dzień przynosił mu zakupy i załatwiał najważniejsze problemy. Będzie miał okazję zamienić z nim kilka słów. Jego opiekun wyznaczony przez miasto był jedyną osobą, z którą tak naprawdę rozmawiał od miesięcy. Mężczyzna czasami wychodził z domu, by pójść do sklepu lub pobliskiego parku, gdzie siadał na swojej ulubionej ławeczce. Jednak drażniły go śmiechy przechodzących ludzi, bo nie mógł znieść, że inni są szczęśliwi, podczas gdy on od dawna nie może pozbyć się depresji. Najbardziej denerwowały mężczyznę wesołe, roześmiane dziewczyny, bo przypominały mu o tej, która miała być jedyną i na zawsze, a definitywnie zostawiła go, gdy pierwszy raz tak naprawdę jej potrzebował. Wstawał wtedy i klnąc pod nosem wracał do swojego smutnego mieszkania, w którym zawsze wszystkie okna były zasłonięte. Jedyną jego rozrywką było radio – okno na świat i źródło wszelkich wiadomości. Gdyby nie to grające pudło, sprawiające, że czuł się niemal jakby przebywał wśród ludzi, chyba już dawno by się załamał. Czasami czuł się taki samotny i nieszczęśliwy, że pragnął umrzeć. Już ponad trzy lata minęły od wypadku. Czterdzieści długich miesięcy, smutnych, beznadziejnych i podobnych do siebie jak dwie krople wody. Ciągle wspominał dawne dni, gdy był wesołym, szczęśliwym człowiekiem, z nadzieją patrzącym w przyszłość. Nie wierzył wówczas, że może mu się przytrafić coś złego. Nie jemu. Przecież zawsze był dzieckiem szczęścia, niepoprawnym optymistą, idącym przez życie z uśmiechem. Wszystko szło po jego myśli aż do tego feralnego sylwestra. Teraz wyobrażał sobie, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby wówczas nie zdarzyła się ta tragedia. Pewnie byłby teraz mężem pięknej, wspaniałej kobiety i ojcem jednego lub dwóch dzieci, pracującym w swoim zawodzie architekta. Byłby szczęśliwy, kochany i potrzebny innym ludziom, nie tak jak teraz. Mężczyzna przełykał ostatni kęs śniadania, gdy zadzwonił dzwonek. To na pewno pracownik opieki, bo nikt inny go nie odwiedzał. Wstał i ocierając małą łzę, która pojawiła się w kąciku oka, w ciemnościach dotarł do drzwi. Nie zapalał światła, bo nie było takiej potrzeby. W mieszkaniu było dostatecznie widno. Tylko on widział ciemność. Był przecież niewidomy.
****
Marcin przytulił Anię i pocałował ją w usta. Był ciepły, sierpniowy wieczór i siedzieli na końcu drewnianego pomostu, daleko wybiegającego w głąb jeziora. Dziewczyna oparła się o niego i razem spoglądali na czerwono-złotą kulę słońca, chowającą się za sosnowym lasem i rzucającą ostatnie promienie, tworzące na wodzie oślepiająco jasną ścieżkę. Ania była śliczną brunetką o długich, kręconych włosach. Szczupła, zgrabna i opalona na „czekoladkę”, gdy szła plażą zalotnie kręcąc biodrami, żaden chłopak nie mógł się opanować i musiał się obejrzeć. Śmiała się z tego, przymykając oczy i pochylając głowę do tyłu, a Marcin był dumny, że miał taką atrakcyjną dziewczynę. Sam też nigdy nie narzekał na brak powodzenia u płci przeciwnej. Przy stu osiemdziesięciu pięciu centymetrach wzrostu miał szczupłą, muskularną budowę ciała. Spod jasnych, opadających na czoło włosów, spoglądały wesołe, szczere oczy. Był przystojny i zdawał sobie z tego sprawę. Kiedyś często zmieniał dziewczyny, ale teraz, mając dwadzieścia trzy lata, postanowił się ustatkować. Znalazł wspaniałą, wesołą i inteligentną kobietę, z którą chciałby się związać na stałe i spędzić resztę życia. Był pewien, że Ania czuje to samo - Jaki piękny zachód słońca! - zachwyciła się brunetka. - Pomyśl sobie, ile jeszcze przed nami takich cudownych chwil? – odpowiedział Marcin. – Całe mnóstwo! - Ciekawe, co przyniesie nam życie? Czy będziemy szczęśliwi? Czy zawsze będziesz mnie kochał? - Oczywiście. Wszystko będzie dobrze. Musi nam się razem udać. Bo jak nie nam, to komu? – zaśmiał się głośno i pogłaskał dziewczynę po piersiach. Ania przeciągnęła się i zamruczała jak kotka. Zmierzwiła chłopakowi włosy i pocałowała, a potem położyła się wzdłuż pomostu, opierając głowę o jego uda. Po chwili Marcin wstał i podał dziewczynie dłoń, by ją podnieść. - Zostańmy jeszcze. Tak mi tu dobrze – poprosiła. - Chcę ci się o coś spytać – spojrzał jej w oczy. – O coś bardzo ważnego. - Tak? - Czy zostaniesz moją żoną? - w ręku chłopaka nagle pojawił się złoty pierścionek. - Tak! – odpowiedziała i zaśmiała się w glos, mrużąc oczy, bo słońce świeciło jej w twarz. – Ale mnie zaskoczyłeś! Spodziewałam się, że kiedyś mnie o to spytasz! Ale nie myślałam, że już teraz. - No to teraz jesteś moją narzeczoną – Marcin wsunął dziewczynie na palec pierścionek. Całowali się długo i namiętnie, a potem usiedli na pomoście. Słońce już zaszło i oprócz nich nikogo nie było na pomoście. Przytuleni wpatrywali się w siebie jak urzeczeni. Marcin nagle wpił się w jej słodkie usta. Rozpiął stanik i położył go obok. Całował szyję dziewczyny, przesuwając się w dół, aż dotarł do średniej wielkości, sterczących piersi. Wziął w usta duży, nabrzmiały sutek i ssał go zapamiętale, dłońmi pieszcząc jej krągłe pośladki. Ania delikatnie odsunęła chłopaka i położyła się na plecach. Marcin zsunął kąpielowe majteczki, a brunetka pomogła mu w tym, unosząc biodra. Zanurkował między jej udami, by pieścić językiem gładko wygolone łono. Zagłębił się w gorącą kobiecość, spijając słodkie soki miłości. Gdy zauważył, iż jest już gotowa, by go przyjąć w sobie, oderwał się od wilgotnej muszelki. Ściągnął slipki i wszedł w Anię delikatnym, ale stanowczym ruchem. Objęła go mocno, najmocniej jak umiała. Kochali się długo i namiętnie, nie zwracając uwagi na to, że ktoś może ich obserwować. Poza sobą nie widzieli świata. Byli tylko oni, Ania i Marcin. Myśleli, że tak będzie zawsze. ****
Niewidomy wstał z łóżka smutny i zły. Wypił kawę, ale to wcale nie poprawiło mu humoru. Zaczął się kolejny parszywy dzień, taki sam nudny i beznadziejny jak wszystkie poprzednie i zapewne jak każdy następne. Mężczyzna nie miał żadnej bliższej rodziny ani znajomych. Nie miał nikogo, kto mógłby go odwiedzić. Był jedynakiem, rodzice zmarli, a dalsi krewni nigdy się z nim nie kontaktowali. Gdy oślepł, w krótkim czasie stracił wszystkich „przyjaciół” i znajomych. Nikt nie miał ochoty spotykać się z człowiekiem, który stał się zrzędzącym pesymistą, a w dodatku z powodu kalectwa do niczego już nie mógł się przydać. Sam też nie zabiegał o towarzystwo. Nie chciał, by ktokolwiek się nad nim litował. Nie potrzebował od nikogo łaski. Skoro nie chcą go znać, on też nie życzył sobie spotkań z takimi ludźmi. Najbardziej bolało go to, że gdy stał się kaleką kobieta, którą kochał ponad wszystko, tak szybko zostawiła go dla innego. Przedtem bardzo żarliwie zapewniała go, że jeśli to on jej nie rzuci, zawsze będą razem. Okazało się, że to były tylko puste, nic nie znaczące słowa. Gdy tylko zorientowała się, że jego ślepota jest nieodwracalna, odeszła w siną dal i więcej się z nim nie kontaktowała. Powiedziała mu, że jest jeszcze młoda i nie będzie sobie marnować życia na opiekę nad inwalidą. Dodała, że skoro kocha ją tak bardzo jak mówi, powinien ją zrozumieć i też chcieć, żeby była szczęśliwa. A będzie taka przy normalnym, zdrowym facecie, a nie przy ociemniałym mężczyźnie, którego wszędzie trzeba prowadzić za rękę i opiekować się jak dzieckiem. Zabolało go to jak uderzenie nożem w serce. Tego dnia, gdy odeszła, pierwszy raz zapłakał. Starał się być twardy i nie rozczulać się nad sobą. Jednak czasami wspomnienia dawnych, szczęśliwych dni były dla niego zbyt żywe i bolesne. Wtedy z oczu ślepca płynęły łzy, wstydliwie ocierane pomimo tego, że nikt ich nie widział.
****
Dziewczyna stała w łazience przed lustrem i rozczesywała wilgotne włosy. Ubrana była tylko w białe, koronkowe majteczki. Właśnie wyszła z wanny po długiej, relaksującej kąpieli i szykowała się do wyjścia na bal andrzejkowy. W pokoju czekała na nią piękna, jasnoniebieska sukienka i ukochany chłopak, cieszący się z perspektywy zabawy. Nagle Marcin stanął za jej plecami. Był kompletnie nagi. Pieszczotliwym gestem chwycił ją za piersi i pocałował w szyję. Ania uśmiechnęła się do niego: - Nie przeszkadzaj mi. Niedługo musimy wyjść. - Najwyżej się spóźnimy. Dłoń chłopaka wsunęła się w majteczki, podczas gdy druga nadal głaskała biust. Ania odwróciła głowę i pocałowała Marcina. Jego palce znalazły wejście do waginy i wsunęły się w nią. Obserwował w lustrze odbicie Ani i widział, że się uśmiecha. Dziewczyna sięgnęła do tyłu i chwyciła za sterczącą męskość. - Zaraz przyjedzie taksówka – szepnęła cicho. - Poczeka. Wyglądasz cudownie dziś wieczorem. - Tylko dziś wieczorem? – spytała z kokieterią w głosie. - Zawsze. Po co ci ta sukienka? Wiesz, że w niczym nie wyglądasz tak dobrze jak w niczym. Zaśmiała się, przymykając oczy. Marcin pochylił się nad Anią i nie przestając pieścić jej ciała cicho zanucił piosenkę Claptona:
Część 22 / 2
"It's late in the evening She's wondering what clothes to wear She puts on her make up And brushes her long blonde hair And then she asks me Do I look alright And I say yes, you look wonderful tonight
I feel wonderful Because I see the love light in your eyes And the wonder of it all Is that you just don't realize How much I love you"
- Cóż za wyznanie! – zaśmiała się. – A wiesz, po nowym roku rozejrzę się za inną sukienką. Ślubną. Ale nie będziesz mógł jej przedtem zobaczyć, bo to przynosi pecha. - Mnie nic nie przyniesie pecha – odpowiedział. – Jestem dzieckiem szczęścia. Jedną ręką zdjął jej majteczki, cały czas bawiąc się piersiami, całując szyje i plecy. Dziewczyna pochyliła się do przodu, oparła o zlew i zachęcająco wypięła pośladki. Marcin tylko na to czekał. Pewnym ruchem wprowadził penisa tak głęboko, jak tylko było to możliwe. Ania cichutko jęknęła z rozkoszy. Zrobili to szybko, na stojąco, niecierpliwie, opętani szałem namiętności. Często się kochali i lubili to robić w rożnych miejscach i w różny sposób, nie tylko w łóżku. Nie znosili rutyny. Właśnie kończyli, gdy ktoś głośno zatrąbił. To taksówka podjechała pod dom, by zawieźć ich na szampańską zabawę.
****
Głośny, natarczywy dźwięk dzwonka wyrwał go ze snu. - Co jest, do cholery? – powiedział do siebie. – Przecież facet z opieki miał przyjść jutro! Kogo licho niesie? Zwlókł się z łóżka i doszedł do drzwi. - Kto tam? - Marcin, to ja! Wczoraj przyjechałem do Polski i wpadłem cię odwiedzić! - Sławek! – niewidomy poznał po głosie swojego przyjaciela, z którym nie wiedział się od prawie czterech lat. Otworzył drzwi i stanął w nich z uśmiechem na ustach. - No cześć, stary druhu! Kopę lat – ciemnowłosy brodacz wyciągnął rękę w stronę Marcina, ale on, nie widząc dłoni, nadal stał w bezruchu. - No co ty, ślepy jesteś? Ręki mi nie chcesz podać? - Oczywiście, że ci podam – Marcin wyciągnął dłoń w stronę dochodzącego go głosu, ale minął się z ręką Sławka o kilka centymetrów. Zdziwiony zachowaniem przyjaciela brodacz uścisnął jego prawicę i podszedł bardzo blisko, bacznie się przyglądając. - Co się stało, Marcin? – spytał z niepokojem w głosie. – Masz coś z oczami? - Tak. Jestem… jestem ślepy – wydusił z trudem, łamiącym się głosem. – Wejdź, porozmawiamy. Marcin zaprosił kolegę do pokoju, a po chwili na stole pojawiła się butelka wódki, kieliszki, kiełbasa i ogórki. Brodacz nie odzywał się, nie wiedząc co powiedzieć i jak się zachować. Ślepiec usiadł naprzeciwko niego i sam zaczął: - To stało się trzy lata temu, dokładnie w Sylwestra. Byliśmy na zabawie i o północy wyszliśmy na dwór, żeby zobaczyć pokaz sztucznych ogni. W pewnym momencie przykucnąłem, żeby zawiązać sznurowadło, a jakiś debil rzucił mi pod nogi dużą petardę. Wybuchła mi prosto w twarz. Nic się nie dało zrobić. Nigdy nie będę już widział. - A co słychać u Ani? – Sławek chciał zmienić temat, by nie robić mu przykrości. – Gdy wyjeżdżałem do Stanów, mówiłeś mi, że się z nią zaręczyłeś? - Rzuciła mnie. Powiedziała, że nie będzie sobie marnować życia z kaleką i że muszę ją zrozumieć, bo ja na pewno na jej miejscu zrobiłbym tak samo. - Co za suka! – wyrwało się brodaczowi. - Tak jak mówisz. Powiedziała też, że nie ma zamiaru być do końca życia moją niańką i życzy mi szczęścia, ale musimy się rozstać, bo każdy jest kowalem własnego losu. Tak jakbym, kurwa, to ja sobie rzucił petardę pod nogi! - Daj spokój, szkoda się denerwować taką szmatą! Życie to ty byś sobie zmarnował, jakbyś był dużej z tą zołzą. Dobrze, że szybko wyszło szydło z worka, a nie po iluś tam latach, bo wtedy bolało by znacznie mocniej. - I tak bolało! Jak cholera! Rozglądała się już za ślubną sukienką, a po wypadku zostawiła mnie w ciągu dwóch tygodni! Sławek nic nie odpowiedział i chwilę siedzieli w milczeniu. - Wypijmy – Marcin podniósł kieliszek z wódką, a brodacz poszedł w jego ślady. Przechylili naczynia i zagryźli kiełbasą. – Nie chcę ci tu jęczeć i stękać, ale jest mi ciężko. Jestem samotny, tak bardzo samotny. Nikt mnie nie odwiedza, nikt do mnie nie dzwoni. Nie potrzebuję litości ani współczucia, chciałbym tylko, żeby od czasu do czasu ktoś do mnie przyszedł i porozmawiał jak człowiek z człowiekiem, jak ty teraz – Marcin szybko otarł małą łezkę, która pojawiła się w kąciku oka, jednak brodacz zdążył to zauważyć. - Będę jeszcze ponad dwa miesiące w Polsce, więc jeszcze wiele razy się spotkamy i niejedną półlitrówkę razem obalimy – Sławek z marnym skutkiem próbował rozbawić przyjaciela. - Ale potem wyjedziesz i znowu będę sam! A ja potrzebuję kogoś, z kim mógłbym się spotykać, porozmawiać, gdzieś wyjść. Najlepiej jakieś kobiety na stałe. Takiej, która by mnie kochała albo chociaż lubiła. Tylko która by chciała ślepca? - Nadal jesteś atrakcyjnym, przystojnym facetem, a to, że nie widzisz, wcale nie oznacza, że nie byłbyś dobrym partnerem. Musisz tylko wyjść do ludzi, poszukać. Są przecież różne kluby samotnych serc. - Myślałem o tym, ale wstydzę się tam chodzić. Nienawidzę litości, a po drugie nie chcę się ośmieszać. - Wcale byś się nie ośmieszał. - Ja swoje wiem. Cholera, tak dawno nie byłem z kobietą, że już chyba zapomniałem, jak to się robi. - Takich rzeczy się nie zapomina. Jak chcesz, to mogę ci załatwić kobietę. - Dziwkę? - No tak. Wiesz, żebyś się odstresował. - Nie, nie chcę dziwki. Marzę o kobiecie, która coś by do mnie czuła, chociaż odrobinę sympatii, a nie o zimnej profesjonalistce, traktującej mnie jak przedmiot i interesującej się tylko tym, czy jej zapłacę. - Dobra, nie było tematu. - Powiedz mi, co tam słychać w Stanach? Czym się teraz zajmujesz? - Robię interesy. Jakoś się kręci, nie można narzekać. Siedzieli do późna w nocy i rozmawiali o starych, dobrych czasach i wspólnie spędzonych chwilach. Po wyjściu przyjaciela ślepiec płakał rzewnymi łzami. Bardzo się tego wstydził, ale nie mógł się opanować.
****
Sławek odwiedzał Marcina kilka razy w tygodniu i wtedy z reguły przesiadywali do wczesnych godzin rannych, dyskutując o wszystkim i o niczym. Bywało też, że wychodzili pospacerować, pójść do restauracji lub na koncert. Niewidomy odżył, zadowolony z faktu, iż ma przyjaciela, z którym może miło spędzić czas. Nie czuł się już samotny. Niestety w końcu Sławek musiał wrócić do Stanów Zjednoczonych, gdzie był właścicielem firmy przewozowej, by doglądać swojego interesu. Często dzwonił do przyjaciela i wówczas długo wisieli na telefonie, ale oczywiście nie mogło to zastąpić ociemniałemu mężczyźnie osobistego kontaktu z bratnią duszą ani tym bardziej wspólnych wypadów na miasto. Minęły trzy miesiące od wyjazdu przyjaciela. Marcin właśnie zastanawiał się, co sobie zrobić na obiad, gdy nagle usłyszał terkoczący dźwięk dzwonka. Z niechęcią podszedł do drzwi podejrzewając, że to jakiś namolny akwizytor. - Kto tam? – spytał zniecierpliwionym głosem. - Jestem bezrobotna i szukam jakiegoś zajęcia, żeby zarobić na chleb – usłyszał miły, wesoły głos. – Może posprzątać panu mieszkanie, poprać albo zrobić zakupy? - Nie, nie trzeba. - Nie zedrę z pana. Posprzątam całe mieszkanie za trzy złote. - Sam sobie sprzątam. - Niech pan nie będzie taki nieużyty! Nie mam ani grosza, a jestem taka głodna. Wyrzucili mnie z pracy, jestem samotna i nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Błagam pana! Przecież nie chcę pieniędzy za nic! No bądź pan człowiekiem! Gdyby pan wiedział, co to jest brak pieniędzy i samotność, to zdawałby pan sobie sprawę z tego, jak się teraz czuję, prosząc pod drzwiami jak pies. - Doskonale wiem co to jest samotność. No dobrze, niech pani wejdzie – Marcin otworzył drzwi i wpuścił dziewczynę do środka. - Posprzątaj, tylko szybko. I nie próbuj mnie okraść. Niedowidzę ale słuch mam bardzo dobry i przy najmniejszym podejrzeniu dzwonię na policję. - Niech się pan nie boi, jestem uczciwą dziewczyną. Od razu wzięła się do pracy, a Marcin usiadł w pokoju na fotelu. Po kilkunastu minutach skończyła, podeszła do ślepca i powiedziała: - Już gotowe. Może jeszcze poprać? - Nie trzeba – Marcin wyciągnął portfel z kieszeni, dotykiem sprawdził nominały monet i podał jej pięć złotych. – Proszę. Reszty dla pani. - Mam do pana…