Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 23 min czytania

Magdalena i śmierć na Południu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nie mam z tamtych czasów zbyt dobrych wspomnień. Pewnie w ogóle nie wracałbym do tego wszystkiego co się wtedy wydarzyło, gdyby nie dzisiejszy sen. Przyśniła mi się tuż przed przebudzeniem; tym lepiej, bo od razu wstałem - chciałem, by resztki tego snu jak najszybciej rozpłynęły się w porannej krzątaninie. Jednak to nie takie proste. Niechciane wspomnienie jej twarzy wciąż do mnie wracało, aż w końcu znudziło mi się odpychanie go od siebie. Dlatego więc zdecydowałem się na tę krótką opowieść.

Było to dokładnie jedenaście lat temu. Jak już wspomniałem, nie był to najlepszy dla mnie czas. Nie miałem pieniędzy, pracy, ani żadnego celu przed sobą. Trudno uwierzyć, że było tak źle, zwłaszcza jeśli porównam tamte dni z tym jak żyję dziś. Dziś jest ze mną Alessandra, są nasze dzieciaki, mieszkamy w małym domku, dokładnie takim jaki sobie kiedyś wymarzyliśmy – ani za dużym, ani za małym. Jest tu niewielki ogród, jest nawet pies, o którego tak długo błagała nas nasza najmłodsza córka, Katrinee. Wtedy jednak, te jedenaście lat temu, mogłem o tym wszystkim pomarzyć. Mieszkałem u rodziców, rzecz jasna niezadowolonych z tego, że ich jedyny syn nie pracuje, rozmyśla nocami, śpi do południa, a potem godzinami kręci się po mieszkaniu z markotną miną. Gdyby nie pewna okoliczność, ciągnęło by się to wszystko jeszcze pewnie bardzo długo, nie wiem czy sam dałbym radę coś zmienić. Wątpię.

Któregoś dnia ojciec wszedł do mojego pokoju, z jakimś wstrętem spojrzał na mnie, leżącego jak zwykle na pościelonym łóżku i oznajmił mi, że ktoś z jego dalekiej rodziny potrzebuje pomocy w gospodarstwie, w związku z tym dobrze byłoby, gdybym chociaż na tyle się przydał. Nie miałem wyjścia, musiałem wyrazić zainteresowanie tą ofertą, choćby przez wzgląd na ojca. Matka bardzo się ucieszyła, kiedy zobaczyła, że zwlekłem się wreszcie z łóżka. Poszedłem na strych po ich starą walizkę i zacząłem się pakować. „Zobaczysz, wyjdzie ci to na dobre” - tak na pożegnanie powiedziała mama, pamiętam to dobrze.

Szybko znalazłem się na dworcu. Stojąc tam długo przyglądałem się swojemu czarnemu cieniowi. Trzymał w bardzo rozciągniętej ręce wielką walizkę, ta spływała z krawędzi peronu i rozlewała się na brudne kamyki usypane na torowisku. Moje ówczesne otępienie sprawiło, że uparcie próbowałem te kamyki liczyć. Było to i tak mniej nudne niż wypatrywanie pociągu w trzęsącej się od upału i niemożliwej do określenia dali. W końcu przyjechał. Hałas z jakim wtoczył się na naszą stację trochę mnie zirytował - wtedy łatwo było mnie zirytować - lecz w zamian przyniósł ze sobą kojący, powiew.

Nie pamiętam, ile dokładnie czasu trwała ta moja podróż na południe. Całą drogę przestałem przy oknie, próbując objąć wzrokiem bezkresne równiny, jakich jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem. Zalane ostrym słońcem pola, sięgające aż po posiniały horyzont, mieszały się z porastającymi je tu i ówdzie gęstwinami lasów. Dziś pewnie fakt, że na tak wielkim obszarze nie widać żadnego śladu ludzkiego życia, żadnej choćby najmniejszej chałupki, tylko wciąż wszędzie pola, pola i lasy, zmusiłby mnie do jakiejkolwiek refleksji. Wtedy nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia.

Równiny zmieniły się w coraz wyższe wzniesienia, wreszcie pociąg zdecydowanie zwolnił i zaczął z trudem wspinać się pod bardzo już stromy podjazd. Nadchodził zmrok, z gęstniejącej za oknem ciemności oknem wyrywała się tylko skalna ściana porośnięta brunatnym bluszczem. Powietrze zrobiło się bardzo przyjemne. Powietrze zupełnie inne niż u nas na północy - aż chciało się rozchylać usta i je smakować; tak, ono miało po prostu swój smak.

Z maleńkiej stacyjki, nie wiadomo jakim cudem wciśniętej pomiędzy wielkie skały, odebrał mnie wujek Antonio. Mrukliwy, trochę opasły, mimo rześkiego wieczornego chłodu na jego czole wciąż perlił się pot. Przez całą drogę - pokonaliśmy ją jego starą wysłużoną półciężarówką - nie powiedział ani jednego słowa. To znaczy coś mówił, ale ja chyba nie potrafiłem go jeszcze wtedy zrozumieć.

Potem z każdym następnym dniem było już lepiej, każdy z tych dni był tak prosty i poukładany, że nawet dziś, kiedy sięgam pamięcią do tamtych lat, uśmiecham się sam do siebie.

Musiałem wstawać skoro świt – budzik dzwonił zwykle tuż przed piątą rano, na południu wszyscy wstają tak wcześnie – ale nigdy nie zdarzyło się żebym potem w ciągu dnia odczuwał senność. Ciocia Irene zapewniła mnie, że to przez to miejscowe powietrze.

Od pierwszego dnia pobytu u wujostwa zaczęło dziać się ze mną coś dziwnego – wstąpiły we mnie zupełnie nowe, nieznane mi siły. Po wieloletniej apatii nie został nawet ślad, rzucałem się na robotę jak wygłodniałe zwierzę. Najpierw trzeba było wyszykować do szkoły dzieciaki cioci i wujka. Potem zabierałem się za zamiatanie podwórza i domu. Wprowadziłem tam taki zwyczaj, że zaraz po przebudzeniu obchodziłem cały dom i otwierałem wszystkie okna, nawet te najmniejsze. Wujek Antonio najpierw kręcił nosem, coś tam mruczał o miastowych głupotach, potem sam mi w tym pomagał; zrozumiał, że dzięki temu dom wreszcie jako tako się przewietrza. Potem pomagałem przy przygotowaniu obiadu. W domu wujka i cioci mieszkało kilkanaście osób - ich dzieci, bardzo starzy już rodzice i kilka sędziwych kuzynek cioci Irene.

Gdy i to było załatwione, przychodził czas na najważniejsze, czyli pracę z wujkiem przy pielęgnacji rozległego ni to parku, ni to ogrodu, który zaczynał się zaraz na tyłach domu, a potem przez dobre kilkaset metrów łagodnie zsuwał się w dół doliny, by tam nagle zamienić się w kaskadę skalnych półek i tarasów.

Tam robota była najtrudniejsza. Przycinanie krzewów, pielenie roślinek, podlewanie. Jeśli ktoś myśli że to proste i lekkie zajęcie, to chciałbym zobaczyć go na moim miejscu. Narzędzia musiałem zwozić – i na koniec dnia oczywiście z powrotem wwozić – z samej góry w dużej, ciężkiej taczce, następnie trzeba było jeszcze spuścić w dół bardzo długi wąż do podlewania, który oczywiście później należało zwinąć, co było jeszcze trudniejsze. Potem przez pół dnia praca na kolanach obolałych od nieustannego klęczenia na skałach; ręce przez nieuwagę pocięte ostrzem sekatora, ciało spocone i śmierdzące. No i nieustanne uwagi wujka: „nie tnij tak, bo zniszczysz”, „wywróciłeś donicę”, „czy ty się nigdy nie nauczysz, żeby po wyrwaniu korzenia ziemię położyć z powrotem?”. Było to dla mnie, człowieka w ogóle nie przyzwyczajonego do pracy, bardzo trudne, ale zarazem w jakiś przewrotny sposób, sprawiało mi ogromną przyjemność. Wujek, choć co prawda nigdy tego wprost nie wyraził, był ze mnie zadowolony – wszystko co działo się w milczącej osobowości wujka zdradzały tylko jego oczy. Zwykle wczesnym popołudniem robota w ogrodzie była skończona. Szliśmy na obiad, zjadaliśmy go z całą rodziną przy stole wystawionym na podwórzu. Gdy był wyjątkowo udany dzień, ciotka z zawadiackim uśmiechem wynosiła wielki garniec wina. Każdy dostawał po szklaneczce. Jego smaku już nie pamiętam, ale pamiętam dobrze, że potem już lepszego nigdy nie piłem, choć było to chyba zwykłe, miejscowe wino.

Resztę dnia, czyli do wieczora, kiedy trzeba było przyszykować kolację, roznieść ją rodzinie rozmieszczonej już wtedy w pokojach i pomóc ciotce poukładać dzieciaki do spania, miałem dla siebie. Brałem trochę salami, trochę chleba, szedłem do ogrodu, siadałem sobie na rozgrzanej od słońca trawie, jadłem z przymkniętymi oczami i było mi wtedy bardzo dobrze. Szczęście jakie mnie wówczas ogarniało nie było jeszcze bardzo wielkie, było dopiero jakby zalążkiem tego prawdziwego szczęścia, które przyszło do mnie za kilka lat. Najważniejsze, że wtedy już ostatecznie poczułem, że narodziłem się ponownie. Ciało i umysł, dotąd pusty, wypełniły się w końcu jakąś treścią.

+++

Teraz muszę opowiedzieć o tym jednym konkretnym dniu. Był zwykły, najzwyklejszy, a przynajmniej na taki się zapowiadał. Do południa wszystko toczyło się swoim dawno utartym torem. Po obiedzie zszedłem jak co dzień do skalnej części ogrodu. Dziwnie zamyślony, zeskakiwałem z półki na półkę, z tarasu na taras, a wszystko to z wprawą godną tutejszego, za którego już od pewnego czasu zacząłem się uważać. W końcu zabrnąłem tak daleko jak jeszcze nigdy wcześniej. Kiedy wreszcie ocknąłem się z zamyślenia, z trudem dotarło do mnie, że tu gdzie jestem znalazłem się pierwszy raz.

Teren zrobił się jak na te okolice dziwnie płaski, z lewej strony zieleniła się łąka, z prawej, wprost z gęstwiny lasu, wysuwała się wąska, asfaltowa szosa. Zaraz zresztą zakręcała i znów znikała za ścianą drzew. Młodzieńcza ciekawość kazała mi włożyć ręce w kieszenie i ruszyć w nieznane. Uszedłem tak może z pół kilometra, wtedy szosa wyrwała się z lasu i biegła dalej już wśród pustych łąk, z których wystawały jedynie małe krzewy. Wreszcie teren znów zaczął się lekko wznosić, pojawiło się podążające za szosą kamienne ogrodzenie.

Szedłem wzdłuż niego dosyć długo, w końcu natknąłem się na efektowny dom. Rozlał się na krzywizny terenu, dostosował do jego spadku i osiadł niczym wielki, płaski grzyb. Biały tynk ścian bił mocno w oczy odbitym słońcem, ciemnobrązowe okna okalały jaśniejsze plamy firanek, brązowawe kaskady dachu kończyły się nisko zawieszonymi nad ziemią okapami. Przed domem stało kilka bardzo drogich aut, poza tym posesja sprawiała wrażenie wymarłej. Byłem przekonany, że w tych okolicach są tylko wiejskie chałupy podobne do tej należącej do wujka, tymczasem ten dom wyglądał jakby go ktoś rozebrał w Hollywood i w kawałkach zwiózł na nasze swojskie południe.

+++

Byłem jeszcze stosunkowo młody, dziś już bym tego nie zrobił, zbyt wiele mam rozsądku. Wtedy jednak od razu postanowiłem wejść na teren tej posesji, tym bardziej, że nie było tam żadnej bramy, ani furtki – ogrodzenie urywało się jakieś pięćdziesiąt metrów przed domem i chyba miało za zadanie jedynie podkreślać jego dyskretną elegancję, a nie wywoływać w przechodniu wrażenie przebywania tuż obok twierdzy. Cała ta posiadłość idealnie wtopiła się w okolicę i żadne bariery zapewne nie miały w pojęciu architekta prawa oddzielać go od jego naturalnego środowiska. Wszedłem tam więc, wciąż trzymając w ręce w kieszeniach. Czy gdybym wiedział co będzie dalej, też bym tak postąpił? Nie wiem, nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Szedłem powoli w stronę domu, podświadomie oczekując, że mnie tam ktoś wreszcie przywita. Tak się nie stało. Wtedy po raz pierwszy od przyjazdu do wujostwa poczułem się dziwnie, jakiś dyskretny niepokój przemknął mi przez kark. Może wtedy, przez tę jedną, krótką chwilę, pomyślałem, że może lepiej odwrócić się i wracać. Nawet jeśli tak rzeczywiście było, to i tak ciekawość przeważyła nad resztką zdrowego rozsądku jaką wówczas dysponowałem.

Podszedłem do drzwi wejściowych, już wyciągnąłem nawet rękę by zapukać, ale zrezygnowałem. Ruszyłem wzdłuż ścian domu i obszedłem go z niemałym trudem, napotykałem wciąż na kolejne odnogi dobudówek, wykuszy i podcieni. Trochę się rozczarowałem, bo za domem znajdował się bardzo skromny ogród, prawdę mówiąc spodziewałem się czegoś bardziej efektownego. Już miałem zawrócić, gdy spostrzegłem, że ktoś siedzi na ustawionej na tarasie wielkiej, drewnianej huśtawce ogrodowej. Wtedy też dotarło do mnie, że ten ktoś nuci jakąś dziecięcą piosenkę. To była dosyć młoda kobieta, w zasadzie dziewczyna, widziałem ledwie tył jej głowy ruszający się zgodnie z rytmem kołysania się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%