Dla dzieci · 15 min czytania
Magia - Część IV - Zima
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
{i} Zachęcam również do przeczytania poprzednich części {/i}
{b} Część IV
Zima {/b} Większość ludzi za swoją ulubiona porę roku uznaje Wiosnę lub Lato. Właśnie wtedy cały otaczający nas świat nabiera pięknych barw, wszyscy są uśmiechnięci i radośni. Tylko nieliczni potrafią zachwycać się cudami Jesieni lub Zimy... Ja zaliczam się do tych właśnie osób... To prawda, że uwielbiam Wiosnę oraz Lato – cóż jest w końcu trudnego w podziwianiu pięknego motyla o cudownie ubarwionych skrzydełkach. Nie każdy jednak potrafi zachwycić się poczwarką, z której ten motyl powstał. Ludzie kochają to, co jest ładne, piękne i miłe dla oka. Bohaterski rycerz musi być ubrany w lśniącą zbroję oraz dosiadać białego rumaka, natomiast czarownica zawsze jest zła i brzydka. Ludzie nie dostrzegają już prawdziwego piękna – tego, które jest ukryte głęboko w naszych sercach.
Dlatego właśnie uwielbiam Jesień, a jeszcze bardziej.. a nawet najbardziej ze wszystkich pór roku uwielbiam Zimę.
Zawsze z wielką niecierpliwością oczekuję pierwszych opadów śniegu. Z utęsknieniem spoglądam przez okno wypatrując białego puchu, który przykryje cały krajobraz miękką kołderką aż po sam horyzont. Gdy tylko z nieba zaczynają spadać pierwsze płatki śniegu z radością wybiegam z domu – ubrawszy uprzednio grubą kurtkę, ciepłe buty, szalik i czapkę – i tańczę aż do utraty tchu.
Tego roku sytuacja nie przedstawiała się jednak zbyt ciekawie. Powoli, acz wielkimi krokami zbliżały się święta Bożego Narodzenia, a śniegu próżno było szukać za oknem. Gdy pozostało już tylko kilka dni do wigilijnej kolacji zacząłem się naprawdę poważnie niepokoić... Jeśli do świąt nie spadnie śnieg, to w jaki sposób Święty Mikołaj wyruszy na swoich saniach, aby obdarować grzeczne dzieci prezentami?
Sprawa była niezwykle poważna i należało podjąć bardzo szybkie działania. Nie można było dopuścić do tego, aby zniknął uśmiech z twarzy tylu grzecznych dzieci, które nie znalazłyby pod choinką wymarzonego upominku. Zapewne bardzo starały się przez cały rok i z niecierpliwością wyczekiwały tego szczególnego dnia.
Nie wahając się ani chwili dłużej, wyruszyłem z domu, aby poznać przyczynę całego zajścia. Po kilku krokach zatrzymałem się, uświadamiając sobie, że tak naprawdę, nie wiem nawet, od czego zacząć. Po krótkiej chwili namysłu postanowiłem, że najpierw muszę kogoś zapytać... Tylko kogo? Kto jest na tyle mądry, aby wytłumaczyć mi, dlaczego do tej pory nie spadł jeszcze śnieg?
Część 22 / 5
Podniosłem głowę i spojrzałem na gęste, wiszące na niebie chmury.
Ależ oczywiście! Któż inny wiedziałby o tej sprawie więcej od Chmur!
— Moje drogie Chmury. Czy możecie mi wytłumaczyć, dlaczego aż do tej pory nie spadł jeszcze śnieg? Wkrótce nadejdzie wigilia, a bez śniegu Święty Mikołaj nie rozwiezie prezentów do wszystkich grzecznych dzieci! — Mimo iż Chmury były oddalone o kilkaset metrów nie musiałem krzyczeć zbyt głośno. Bardzo pomógł mi w tym Wiatr, który zaniósł do nich moje wołanie.
— Niestety, ale nie potrafimy odpowiedzieć ci na to pytanie. My również bardzo niepokoimy się brakiem śniegu.
— Jak to? — Spytałem bardzo zdumiony — Przecież to dzięki wam pada śnieg!
— Tak, to prawda. Jednak my tylko rozsypujemy biały puch ponad całym światem. Śnieg zawsze pojawia się w nas dzięki mroźnemu oddechowi Zimy. W tym roku Zima najwyraźniej zapomniała o nas. Żadna z chmur nie widziała jeszcze Zimy i żadna nie została napełniona śniegiem.
To prawda — pomyślałem — to przecież Zima zawsze tworzyła swym tchnieniem śnieg. Jednak w tym roku Zima jeszcze nie zaszczyciła nas wszystkich swoją obecnością. Co się z nią mogło stać? Czy to możliwe, aby Zima zaspała? Jeśli tak, to ktoś musi się do niej niezwłocznie udać i ją obudzić. Nie było ani chwili do stracenia. Musiałem jak najszybciej odszukać Zimę. Wiedziałem jednak, że samemu na pewno mi się to nie uda.
Część 33 / 5
Postanowiłem poprosić o pomoc Wiatr, który zna wszystkie zakątki na Ziemi. Jego podmuchy docierają do każdego miejsca na świecie, więc niewątpliwie szybko upora się z tym zadaniem. Wiatr również bardzo niepokoił się brakiem Zimy, więc niezwłocznie rozpoczął poszukiwania.
Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania powrócił do mnie, z takimi oto nowinami.
— Zima znajduje się na dalekiej północy. Zamknęła się w olbrzymiej lodowej grocie, gdzie nikogo do siebie nie dopuszcza. Nawet ja nie byłem w stanie przeniknąć tej pieczary.
Daleka północ! Nawet, gdybym już teraz wyruszył w podróż, nie zdążyłbym dotrzeć tam przed wigilią. Musiałem ponownie poprosić kogoś o pomoc. Kto mógłby sprawić, że przebędę tak wielką odległość, w tak krótkim czasie?
Gdy zastanawiałem się nad tą kwestią nagle podleciała do mnie jaskółka i usiadła mi na ramieniu.
— Ja z chęcią pomogę ci dostać się na daleką północ. Brak Zimy również bardzo mnie zaniepokoił.
— Bardzo dziękuję ci droga jaskółko za twoją propozycję, ale jesteś zbyt mała, aby podźwignąć mój ciężar.
Część 44 / 5
Nie minęła jednak sekunda, a tuż obok mnie pojawiła się kolejna jaskółka, a po chwili łabędź, sokół, jastrząb oraz wiele, wiele innych ptaków, które zaoferowały mi swoją pomoc.
Bardzo się ucieszyłem, że tak wielu ptakom los Zimy nie jest obojętny. Wciąż nie miałem jednak pojęcia, w jaki sposób mam dostać się na daleką północ, bowiem ostatecznie żaden z ptaków nie był na tyle silny, aby unieść mnie w powietrze.
— Ja... Ja mogę wam pomóc.
Usłyszałem za sobą ciche, nieśmiałe jąknięcie. Odwróciłem się i ze zdumienia aż otworzyłem usta. Oto przemówiła do mnie Wierzba z rozłożystymi konarami, która od dłuższego czasu przysłuchiwała się rozmowom o zaginięciu Zimy.
— W jaki sposób chcesz nam pomóc szlachetna Wierzbo?
— Mo.. mogę użyczyć wam mojej wikliny, aby zbudować kosz. Każdy z ptaków będzie trzymał w dziobie jeden pęd. W ten sposób wszystkie razem będą w stanie cię udźwignąć.
— Genialny pomysł! Zawsze wiedziałem, że jesteście bardzo mądrymi istotami. A teraz… moje kochane ptaszki, bierzmy się wszyscy do pracy! Pamiętajcie, że czas nagli!
Część 55 / 5
Nie upłynęła nawet godzina a wiklinowy kosz był już gotowy. Zabrałem jeszcze ze sobą kilka bułek i trochę żółtego sera. Droga na daleki północ zajmie nam przynajmniej parę dni, a nie będzie czasu na postój, aby uzupełnić zapasy żywności. Grzecznie podziękowaliśmy Wierzbie za użyczone pędy wikliny i bez chwili wahania ruszyliśmy w drogę – ku dalekiej północy.
Z każdym kolejnym dniem lotu, a nawet z godziny na godzinę, robiło się coraz chłodniej. Był to wiadomy znak, że zbliżaliśmy się do miejsca, w którym przebywała Zima. Co prawda zabrałem ze sobą ciepły kożuch, ale w pośpiechu zapomniałem o rękawiczkach. Moje dłonie skostniałyby z zimna, gdyby nie dobroduszna sowa, która zakryła skrzydłami moje zmarznięte dłonie.
Rankiem, czwartego dnia lotu, dotarliśmy do miejsca, gdzie aż po sam horyzont ciągnęła się lodowa pustynia. Wszystkie ptaki były już bardzo zmęczone. Wysiłek, jaki wkładały w dźwiganie wiklinowego kosza był przeogromny i zacząłem się poważnie obawiać, że zabraknie im sił na powrót do domu. Zapytałem Wiatr jak daleko znajduje się Zima, a po chwili otrzymałem odpowiedź, że do jej groty pozostało jeszcze siedem wzniesień, każde odległe od siebie o kilkadziesiąt kilometrów.
— Wystarczy już kochane ptaszki! Nie macie sił, aby lecieć dalej. Od tego miejsca pójdę już sam.
— Ale to wciąż bardzo daleko! — Zaklekotał bocian. — Jest bardzo zimno i możesz zamarznąć po drodze.
— Nie martwcie się o mnie! Poradzę sobie. Jeśli natychmiast nie odpoczniecie możecie już nie wrócić do swoich rodzin, które na was czekają.
—