Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 53 min czytania

Maj 2009

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„With no way to Deal with the past, I keep my eyes on the road. Off the rear-view mirror and the road kill behind me”

Maj 2009.

Wracałem do domu moim Fiacikiem Cinquecento, późnym, majowym wieczorem. Na zewnątrz lało. Ludzie uciekali do domów osłaniając się parasolami, lub, gdy takowego nie posiadali, gazetami. Z tandetnego radia z Biedronki sączyła się nowa piosenka zespołu Green Day: „21 guns”. Ładny, ale dość smętny kawałek. Mimo tego oraz przykrej aury byłem w świetnym humorze. Na półce przed fotelem pasażera (w miejscu, gdzie w normalnych autach jest zamykany schowek) leżało nadgryzione zębem czasu pudełko. W nim stary, lecz w nieco lepszej kondycji, aktywny w sieci Centertel, telefon komórkowy Nokia 440, rocznik 1996. -Nikomu to nic nie powie… - Pomyślałem i uśmiechnąłem się do siebie. Byłem maniakiem. Totalnym świrem. W czasach, gdy telefon z aparatem 3 MPX był sprzętem dostępnym dla każdego, ja cieszyłem się z zakupu starej cegły. Cegłofona, szumofona, centercegły. Nazywaj to jak chcesz. Otóż telefon ten był wyjątkowy. W przeciwieństwie do nowych telefonów, ten nie miał karty SIM. Numer był przypisany do niego na stałe. Transmitował sygnał analogowy, nie cyfrowy. Przez co czasem szumiał, trzeszczał, ale gwarantował połączenie w najtrudniejszych warunkach. Niewiele takich telefonów już zostało. Spędziłem kilka lat szukając kogoś, kto by chciał taki rarytas sprzedać. Wjechałem na drogę szybkiego ruchu. Jechałem „Gierkówką”, trochę szybciej niż wolno. Poklepałem w kierownicę mojego samochodziku. Sympatyczne autko, jeszcze mnie nigdy nie zawiodło. Nigdy nie zepsuło się tak, bym nie był w stanie dojechać do domu. Mimo że 2 maja minęły jego 13 urodziny. Przestało padać, przednia szyba zaczęła parować. Wcisnąłem guzik zamontowanego przeze mnie mechanizmu elektrycznego otwierania tylnej szyby. Bzzzt! Okno uchyliło się tylko na centymetr. Zerknąłem na przełącznik i wdusiłem go jeszcze kilkakrotnie. Bzzzzzzzzt! Za którymś z kolei naciśnięciem otwarło się do końca. Podniosłem wzrok. Moim oczom ukazał się tir z rozerwaną oponą, forsujący pas zieleni oddzielający mój pas jezdni od jego. Wypadek samochodowy to ułamek sekundy, w którym przez myśl kierowcy przebiega miliard myśli naraz. Gdy zauważyłem że zbliża się do mnie ogromne koło uszkodzonej ciężarówki, nie zdążyłem nawet przyhamować. Za to przez moją głowę przetoczyła się fala myśli. -Chryste! Jestem trzeźwy? Tak. Ubezpieczenie, przegląd? W Porządku. Mam zapięte pasy. Poza tym to nie moja wina. Policja nie powinna się do niczego przyczepić. Ciekawe czy przeżyję… Światło. Wstrętne, sztuczne, przesadnie jasne. Wiercące dziurę w głowie. Szum rozmów. Przytłumiony, jakby dochodzący zza ściany. Powoli otwieram oczy i usiłuję zogniskować wzrok. Szpitalna sala. Leżę na łóżku, nade mną stoi Kelly ze „Świata według Bundych”. Albo po prostu pielęgniarka z niemodną fryzurą. -Obudził się pan? – Zapytała, nawet nie patrząc na mnie. -Co z moim samochodem? – Zapytałem. Głupi materialista… – Poważny był wypadek? -Ech… - Westchnęła. - Ma pan gościa. Jak widzę dobrze się pan czuje, więc go wpuszczę, on opowie. – Zdenerwowała mnie. Głupi impertynencki babsztyl. Dobrze się czuje?! Czuję jakby mnie stratowano. Głowę miałem owiniętą bandażem, klatkę piersiową również. Wszystkie stawy mnie bolały, każdą kość miałem obitą. Wysunąłem szufladę szafki stojącej przy łóżku. Tak jak myślałem, do środka wrzucone były moje rzeczy. Zegarek, ceglasta Nokia 440 (dobrze że ocalała!), jakieś drobiazgi… Szlag! Brakowało za to portfela i „normalnej” komórki. Pielęgniarz zapieprzył?! Albo ratownik wyciągający mnie z wraku… Zanotowałem w pamięci by zgłosić to ordynatorowi. W tym momencie drzwi do Sali się otworzyły. Stanął w nich na oko czterdziestoletni facet w czarnej, skórzanej kurtce. Pod nią biała koszula. Do tego spodnie od garnituru. Podszedł do mojego łóżka. -Komisarz Przemek Nejman – przedstawił się lakonicznie, poczym wyjął z kieszeni legitymację policyjną. Machnął mi nią przed nosem i usiadł na krześle koło łóżka. -Władza? – Zapytałem, siląc się na przyjacielski ton. – Poważny był wypadek? Są jeszcze jacyś ranni? -Panie… - Zerknął do notesu – Lipski. Tomaszu… Jeśli mogę ci tak mówić. -Tak mam na imię. – Odparłem, jak w amerykańskim filmie. -Więc Tomasz. Na szczęście nie było innych poszkodowanych. Znaleźliśmy cię wpakowanego w barierkę na „Gierkówce”. Samochód odholowano na nasz parking, trochę się poobijał. Szkoda, takie auto… -Że co? – Rzuciłem zdziwiony. - Jak to w barierkę… Przecież to tir mi drogę zajechał! – Końcówka jego wypowiedzi dotarła do mnie po chwili dopiero. – No co pan, to przecież tylko Cintek dziewięćsetka… -Tylko? – Teraz to pan Komisarz uniósł brwi w zdziwieniu – Toż to fajne autko. Też myślę o takim, mój dwusuwowy Wartburg długo nie pociągnie. – Zaśmiałem się lekko. Pan władza jeździ Wartburgiem? To dopiero musi wzbudzać respekt wśród obywateli. Śmiech wywołał serię bolesnych ukłuć w klatce piersiowej, więc zamilkłem. -Czy powiedziałem coś nie tak? – Zapytał, ze szczerym zainteresowaniem. Jakby to było podchwytliwe pytanie… -Nie, nie, skąd. Ale Wartburg… Widzę że pan też jest miłośnikiem starej techniki – Powiedziałem przyjaźnie, chodź głupio. Jeśli nie miał poczucia humoru, mogło go to obrazić. -Wręcz przeciwnie. Nie lubię staroci. – Odparł chłodno. - Za to nowinki techniczne mnie fascynują. O to właśnie chciałem zapytać. – Powiedział, a następnie wyjął z kieszeni foliowy woreczek. Była w nim… Moja komórka. -Fajny kalkulator. Bardzo zaawansowany. – Stwierdził, zupełnie poważnie. -Eeee… - Gdyby nie ból, na pewno opadła by mi szczęka – Że co proszę?! -Nie kalkulator? Więc co to? – Zatkało mnie. Koleś jeździ Wartburgiem. OK, nieszkodliwe zboczenie. Ale on chyba nie widział na oczy telefonu komórkowego! -Nooo… - Starałem się mówić powoli. By siedzący koło mnie kretyn zrozumiał. – To jest Motorola V3i. Taki telefon. -Co takiego? -No telefon! Komórkowy! – Popatrzył na mnie badawczo. Jakby miał przed sobą preparat w formalinie. Wyszeptał coś do siebie. Sięgnął do szafki z moimi rzeczami i wyjął starą Nokię. -Masz tu swój telefon. Nikt ci go nie ukradnie. – Położył go w zasięgu mojej ręki. – Teraz powiedz mi, co to? – Znów pomachał woreczkiem z Motorolą w środku. -O Chryste… - Ukryłem twarz w zabandażowanych dłoniach. Przysłali do mnie policjanta – wariata. -Dobra, nie ważne. – Widząc moją reakcję odłożył pakunek do kieszeni. Jednocześnie wyjął z niej mój dowód rejestracyjny. -A to co? – Rozpoczął kolejną serię głupich pytań. -Dowód rejestracyjny pojazdu. – Przewróciłem oczami. – Konkretnie Fiata Cinquecento, rocznik 1996, numery SZA 312PF. – Zanotował coś. - Taaa… A powiedz mi, Z jakiego województwa są to tablice? – Idiota, idiota, idiota! -Policjant nie umie rozszyfrować numerów rejestracyjnych? – Zapytałem z pogardą. Pan komisarz Nejman irytował mnie coraz bardziej. Albo starał się zrobić ze mnie debila, albo sam nim był. – S jak województwo Śląskie, ZA jak powiat Zawierciański. – Zanotował, poczym wytoczył ciężką artylerię. -Jaką mamy datę? -Szesnasty lub siedemnasty maja dwa tysiące dziewięć. Nie wiem jak długo spałem. -Taaak… - Westchnął, uśmiechnął się i włożył notes do kieszeni. Zerknął na zegarek. Pomyślał kilka sekund nic nie mówiąc, po czym bez słowa wstał. Podszedł do telewizora stojącego w rogu sali. Pstryknął przełącznikiem, obrócił się na pięcie i skierował do wyjścia. -Nie wychodź, proszę – następnie opuścił salę. Czułem się skołowany. Tym, jak ze mną rozmawiał. Idiotycznymi pytaniami. Spojrzałem na telewizor. Właśnie zaczynał się Teleekspres. Prowadzący powitał widzów słowami: -Witam państwa, jest czwartek, szesnasty maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt sześć… -O kurwa… - Rzuciłem w przestrzeń. Potem zemdlałem. Po przebudzeniu leżałem trochę z zamkniętymi oczami. W pierwszym odruchu zacząłem wmawiać sobie, że to wszystko było tylko snem. Utrudniał mi to znacznie wciąż włączony telewizor. Wiadomości już się skończyły, do moich uszu docierały dźwięki bloku reklamowego. Najpierw końcówka reklamy papierosów West. Po fajkach wystąpiło Frugo, mój przysmak z dzieciństwa. -No nie mogę… - Otwarłem oczy i delikatnie obróciłem zesztywniały kark w stronę okna. Nad miastem zapadał zmrok, na ulicy paliły się już latarnie. Ułożyłem się na łóżku w pozycji półsiedzącej i zacząłem badać rozległość moich obrażeń. Poruszyłem prawą nogą. W porządku. Lewa? Auć, kostka trochę dokucza. Ręce – lewa rusza się z trudem, ramię boli. Prawa OK. Pomacałem się po głowie i zdjąłem bandaż. Rozcięta skroń. Nie jest źle. Spróbowałem wstać. Utykając podszedłem do umywalki i spojrzałem w lustro. Pod okiem limo, pod nosem dwie stróżki zaschniętej krwi. Zmyłem je ciepłą wodą. Rozejrzałem się bezradnie po sali. Gdyby ktoś obserwował moją minę, mogłaby go nawet rozśmieszyć. Zdezorientowany, zgarbiony facet w idiotycznej, szpitalnej piżamce. Doczłapałem do okna i wyjrzałem na zewnątrz, na parking. Wszystkie samochody były na czarnych tablicach i nie nowsze niż 13 lat. To znaczy, 13 lat w dwa tysiące dziewiątym… Stał tam też zgniłozielony Wartburg. Rozejrzałem się po panoramie miasta, na tyle, na ile dało się ją dostrzec w świetle latarni. Byłem z pewnością w Katowicach, najprawdopodobniej w szpitalu klinicznym nr. 7, na Ochojcu. Miasto wyglądało na jeszcze bardziej szare i zaniedbane niż to, które znałem. Przestałem podziwiać widoki i podszedłem do stojącego na chwiejącym się stoliku telewizora. Obróciłem go do tyłu, sycząc z bólu. Lewe ramię dawało o sobie znać. Spojrzałem na jego tylną ściankę, by sprawdzić, czy nie jest czasem podłączony do jakiegoś odtwarzacza. Z wnętrza starej Unitry wychodziły jedynie dwa kable. Zasilający i antenowy. Pierwszy niknął w gniazdku, drugi w ścianie, tylko po to, by pojawić się po drugiej stronie muru, tuż za moim oknem i znów zniknąć w zainstalowanej tam antenie typu Yaga. Ustawiłem Telewizor z powrotem we właściwej pozycji. Zacząłem skakać po kanałach. 1, 2, zamiast TVP Info stara, dobra, telewizja regionalna. Polsat jest, ale pisany jako Pol Sat. TVN-u brak. Pstryknąłem wyłącznikiem telewizora i obraz zgasł. Skierowałem swój utykający krok w stronę szafki. Wyjąłem starą Nokię i chwilę postałem z nią w ręku, nie za bardzo wiedząc gdzie chcę dzwonić i czy to w ogóle zadziała. Wybrałem numer mojego kumpla. -Nie możemy zrealizować takiego połączenia… Oznajmił głos w słuchawce. Wybrałem jeszcze kilka numerów, moich znajomych i rodziny. Taki sam efekt. -Te numery jeszcze nie istnieją… - Pomyślałem. Wszystko było odrealnione, totalnie pozbawione sensu. Czułem się chory i zmęczony. Oderwany od rzeczywistości. Jakbym oglądał siebie z boku, z perspektywy widza z pudełkiem popcornu. Drzwi sali otworzyły się nagle i do środka wszedł Nejman. Wkurzony. Wyobraziłem sobie jak wyciąga spod tej swojej kurtki pepeszkę i z grymasem na twarzy pruje serią po ścianach, w zwolnionym tempie, niczym Max Payne. Uśmiechnąłem się delikatnie na tą myśl. Komisarz usiadł na krześle, tym samym co poprzednio i popatrzył na mnie wyczekująco. Widząc to niespiesznie skierowałem swój krok w stronę łóżka. Położyłem się powoli, nakryłem kocem i umościłem poduszkę. Po wszystkim spytałem -Tak? -Na co to komu? – Cuchnęło od niego papierosami i czymś jeszcze. Chyba „Old Spice’m”. -Co „na co”? -Idealnie podrobione dokumenty nie ważne jeszcze przez kilkanaście lat. – Poczułem kostkę lodu zsuwająca mi się w dół gardła. -Nie ma mowy o oskarżeniu o fałszerstwo. – Kostka odrobinę stopniała. - Nie są nawet podobne do obecnych – To mówiąc rzucił mi na kolana mój dowód rejestracyjny, dowód osobisty i prawko. – Ładne, ale bezwartościowe. I w pełni legalnie. – Mówiąc to, patrzył na mnie z pode łba. – Więc, Tomaszu, na chuj to komu? -Mój brat ma taką małą firmę poligraficzną, porobiliśmy sobie takie dla jaj… -Bujać to my, a nie nas… - Westchnął, krzywiąc się do mnie. – To też z firmy poligraficznej? – Obok dokumentów wylądował mój telefon, już nie w woreczku. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, więc milczałem. -Wiesz Tomek, ja jestem stara komuna. – Powiedział, wstając z krzesła. Zaczął krążyć po sali, wygłaszając swój monolog. - Od zawsze pracowałem w milicji, teraz w policji. Wiele rzeczy widziałem. Ale ty mi zabiłeś gwoździa. Nie wierze w żadne bajki Sajens-fikszyn. Ale tego nie umiem wytłumaczyć. Wiem, że to telefon komórkowy, nie jestem debilem. – Powiedział, wskakując na „Motkę”. – Tylko że nigdy nie widziałem komórki tak małej. Poza tym, to jest telefon GSM, ma wewnątrz kartę SIM. W Polsce nie ma jeszcze takich sieci. – Mówiąc to, odwrócił się i spojrzał mi w oczy. Nie był głupi. Wiedział więcej niż sądziłem. – Wciskasz mi bajkę, mówisz, że jest rok 2009. Po co to wszystko? Po co ktoś kogo stać na tak nowoczesną zabawkę drukuje i nosi przy sobie do dupy nie podobne pseudo dokumenty? Dla sportu, żeby przyciągać kłopoty?– Nie odpowiedziałem. Wzruszyłem ramionami, robiąc przy tym minę „Ja nic nie wiem. Jak przyszedłem tak już było!”. Nejman westchnął i uśmiechnął się smutno. Podszedł do okna i wyjrzał w noc. Po chwili odezwał się, stojąc do mnie tyłem. -Wiesz… Te niby-dokumenciki nie są nielegalne. Nie legitymowałeś się nimi. Ale jazda z fałszywą tablicą rejestracyjną to już co innego… - Uśmiechnął się do mnie. Tak, jak grzechotnik uśmiecha się do swojego obiadu. Znów poczułem lód na plecach. – Ale nie martw się… Najprawdopodobniej ktoś je dziś w nocy ukradnie. – Zmienił wyraz twarzy, teraz zerkał porozumiewawczo. Nagle zaczął być po mojej stronie?! Nejman westchnął głęboko i ruszył do wyjścia. Coś go jednak tknęło i sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej mój portfel. Obejrzał go ostentacyjnie, choć z pewnością znał go już na pamięć. Zatrzymał wzrok na naszywce promującej płytę Green Day’a – „American idiot”. Odwrócił portfel napisem w moją stronę. –Moja córka ich lubi. Pytałem się czy zna tę płytę. Ale nigdy o niej nie słyszała. – Znów pozostał mi tylko głupkowaty uśmiech. Odpowiedział tym samym, poczym zostawił portfel i wyszedł bez pożegnania. Zerknąłem do środka. Wszystko było na swoim miejscu. A nawet jedna rzecz przybyła. Wizytówka Komisarza Przemka Nejmana. Następne trzy dni minęły leniwie. Moje zajęcia ograniczały się do okazyjnego wstawania, by zmienić program w telewizorze. Nie robiłem tego często, gdyż wszystko było dla mnie ciekawe i nowe. No cóż, nie nowe… Stare, lecz przez to nieznane. Tak więc czas mijał mi na obserwowaniu przez okno panoramy Katowic i wgapianiu się w pudło telewizyjne. W nocy nie spałem za dobrze. Wiele myślałem o mojej sytuacji. Z jednej strony strasznej, z drugiej natomiast nurtującej i niezwykłej. Czułem potrzebę kontaktu ze światem zewnętrznym. Jak na razie dłuższą rozmowę nawiązałem jedynie z salową, która rozdawała posiłki. Polubiła mnie, dostałem podwójną porcję kisielu z tartym jabłkiem. Nejman nie pojawił się ani razu. Czwartego dnia instynkt zwierzęcia zamkniętego w klatce zwyciężył. Zaraz po obiedzie wstałem z łóżka i ubrałem się w moje „cywilne” ciuchy. Te same które miałem na sobie w roku dwa tysiące dziewiątym. Moje celowo sprane, markowe jeansy wyglądały niemodnie. Narzuciłem na siebie skórzaną marynarkę, możliwie delikatnie, bo ramię dalej bolało, i ruszyłem załatwiać sobie wypis. Dzięki znajomości z salową, załatwiłem sprawę w miarę bezproblemowo. Wręcz zupełnie bez problemu, biorąc pod uwagę że byłem osobą bez tożsamości. Formalnie nie istniałem. Patrzyłem jak pani Jadzia stuka w klawisze maszyny do pisania, sporządzając potrzebny dokument. Dane pacjenta na razie pominęła. Obiecałem, że w ciągu kilku dni doniosę dowód osobisty, by mogła je uzupełnić i papier poszedł dalej. Oczywiście nie zrobiłem tego nigdy. Podpisałem jeszcze jakiś świstek w recepcji i byłem wolny. Chciałem wyjść na zewnątrz jak najszybciej, lecz najpierw sprawa podstawowa. Przeżycie. Wszedłem do budki, ni to kiosku, ni to baru, znajdującej się w hallu szpitala. Zaczaiłem się obok kasy i podejrzałem jakimi banknotami płaci kobieta przede mną. Nie byłem pewien kiedy była denominacja, ale słusznie podejrzewałem że te, które mam w portfelu, są już ważne. Inaczej Nejman by się do nich przyczepił. Wysypałem na rękę trochę drobniaków. Te, które zostały wybite po roku dziewięćdziesiątym szóstym przełożyłem do innej kieszeni. Będę musiał pamiętać, żeby przy płaceniu kłaść je datą w dół. Wziąłem z półki paczkę chipsów Ruffles (Nigdy ich nie próbowałem. A przynajmniej tego nie pamiętam) oraz puszkę Red Bulla. Kosztował dwa złote i sześćdziesiąt groszy. Dwa razy taniej… Wyszedłem przed szpital i usiadłem na ławce. Spojrzałem na chwilę w ołowiane niebo nade mną. Zbierało się na deszcz… A ja nie miałem się gdzie podziać. Obejrzałem paczkę chrupek. Napis zachęcał do wzięcia udziału w promocji. „Do wygrania miliard starych złotych!”. Rozerwałem torebkę, otwarłem puszkę i zacząłem jeść. Myślałem od czego zacząć. Nie czułem strachu, raczej fascynację. Potrzebowałem jednak jakiegoś punktu zaczepienia. Gdzie iść, co robić? Obecnie siedmioletni Tomuś Lipski, czyli ja, mieszkał w Ogrodzieńcu, piętnaście kilometrów od Zawiercia. Mogłem tam być za dwie godziny, o ile znany mi rozkład jazdy pociągów był już aktualny. Tylko po co? Jestem dla własnej rodziny obcym człowiekiem… Sięgnąłem do portfela. Wyjąłem z wnętrza biały kartonik. Wizytówkę Nejmana. Pan Komisarz był jedynym moim punktem zaczepienia w tym świecie… Nie chciałem do niego dzwonić, lecz czułem że nie mam innej możliwości. Odruchowo wyjąłem z kieszeni moją Motorolę rocznik 2009. Otwarłem klapkę jedynie pro forma, wiedziałem, że nie będzie zasięgu. Schowałem ją, sięgnąłem natomiast do wewnętrznej kieszeni kurtki po Nokię. Wciąż nie rozumiałem jakim cudem działała… Wybrałem numer Przemka i przyłożyłem telefon do ucha. Po trzech sygnałach odebrał. Dźwięk w słuchawce był upstrzony kaszką zakłóceń. -Komisarz Nejman. Lepiej żeby to było ważne… Po trzech kwadransach siedzieliśmy w barze na Stawowej, vis a vis komisariatu policji, sącząc Żywca. Czekałem cierpliwie, aż zacznie zadawać pytania, które ewidentnie cisnęły mu się na usta. -Naprawdę nazywasz się Tomasz Lipski? -Tak. – Kiwnął głową. Chyba uwierzył. -I naprawdę sądzisz, że pięć dni temu byłeś w roku dwa tysiące dziewiątym? -Tak… - Westchnąłem. Czekałem na reakcję. Uwierzy, czy uzna mnie za świra i straci chęć do rozmowy? Trudno mu było strawić taką wizję. Ja z resztą też miałem problemy z przyzwyczajeniem się do tego. Wyjął z kieszeni paczkę Cameli i zapalił jednego. -I mam ci uwierzyć na słowo? – Zapytał, podenerwowany. Położyłem na stole moją Motorolę. -Wiem wiem, widziałem to… - obok Motoroli wylądowała moneta. -Co to ma być? -Pięćdziesiąt groszy. -Widzę przecież. -Jaka jest data pod orzełkiem? – Zerknął na pieniążek. Cyferki układały się w liczbę dwa tysiące pięć. Odrzucił ją na stół i nerwowo się zaciągnął, a następnie zmiażdżył prawie całego papierosa w popielniczce. Zaczął szyć nogą pod stołem. -W dokumenty nie uwierzyłeś. Ale monety bym chyba nie podrobił? – Nie odpowiedział. – Teraz masz za co mnie zamknąć. Fałszowanie pieniędzy… - Powiedziałem zaczepnie. Spojrzał na mnie z ukosa. Nie miał takiego zamiaru. -W takim razie – Przemek podjął rozmowę na nowo – Co cię tu sprowadza? – Zapytał. Rozparł się na krześle i splótł ręce przed sobą. Uśmiechnął się sarkastycznie - Masz jakąś misję w naszym świecie? – Odpowiedziałem uśmiechem. Nie pytając o pozwolenie wyjąłem Camela z jego paczki. Przypalił mi. -Nic z tych rzeczy. Naprawdę miałem wypadek. Wracałem z Katowic do domu, kiedy drogę zajechał mi tir. Musiałem w niego walnąć, ale tego już nie pamiętam. Dalej wiesz. – Puściłem kształtne kółko z dymu. – Właśnie… Czy mógłbym odebrać moje auto? -Niestety, nie wolno mi go wydać, jeśli nie masz dokumentów potwierdzających, że jesteś właścicielem. – Powiedział. – Ale, jak mówi przysłowie, nic nie wolno, ale wszystko się da. Mogę załatwić jakieś współczesne tablice rejestracyjne i tymczasowy dowód. Oczywiście, w razie kontroli wpadniesz, a ja wszystkiego się wyprę. -Mógłbyś to dla mnie zrobić? -Jutro będzie twój. – Ucieszyło mnie to szalenie. Ale niemal natychmiast to miłe uczucie przesłoniła mgiełka wątpliwości. Czemu to robił? Miał w tym jakiś interes? Na filantropa nie wyglądał. Traktuje mnie jako ciekawostkę? Po czyjej on grał stronie? Doszedłem do wniosku, że wyłącznie po swojej. Dopiliśmy piwo i wyszliśmy z baru. Dałem Nejmanowi numer swojej komórki. Tej starej oczywiście. Następnie komisarz wsiadł do swojego Wartburga i odjechał. Znów nie miałem co ze sobą zrobić. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i wszedłem po schodach na estakadę katowickiego dworca. To na tym dworcu będę kiedyś biegł na pociąg z moją dziewczyną. O tym samym dworcu Jakub Ćwiek napisze kiedyś książkę. Wszedłem do środka. Poczułem jakbym znów znalazł się w moich czasach. Katowice Główny to miejsce niezmienne, od lat. Od tego który znałem, ten dworzec odróżniała jedynie mniejsza liczba wciśniętych do górnego hallu obskurnych bud, w których sprzedawano podróżnym perfumy, koszulki, płyty, chińskie zabawki i inny badziew, by ci, po powrocie do domu, do Katowic, mogli kupić coś na szybko i powiedzieć „Patrz synku co ci tatuś z Berlina przywiózł!”. Wszedłem do dworcowego baru. Odkąd pamiętałem, mieli tu całkiem dobre hot dogi. Zamówiłem jednego, do tego puszkę Red Bulla. Wciąż fascynowało mnie czemu tutaj jest taki tani. Zapłaciłem drobniakami z kieszeni z tymi „zbyt nowymi”. Ekspedientka nie zauważyła. Odebrałem zamówienie i z triumfalną miną genialnego oszusta usiadłem do stolika. Zajrzałem do portfela. Dobrze że wziąłem większą ilość gotówki, moja karta płatnicza była tu bezużyteczna. Jednak trzysta dwanaście złotych na długo mi nie starczy… Zjadłem, wypiłem, wyszedłem. Zacząłem kręcić się po dworcu. Po peronach, po przejściach podziemnych. W końcu przeszedłem pasażem po południowej stronie dworca do wyjścia na plac Andrzeja. Wbiegłem po schodach na górę. Mojej ulubionej budki z kebabami jeszcze tu nie było. Przeszedłem przez park i stanąłem na chodniku przy ulicy Kościuszki. Popatrzyłem na kamienicę, w której jako student będę kiedyś mieszkał. Jednak na razie w moim przyszłym mieszkaniu żył sobie ktoś mi zupełnie obcy. Przeszedłem kilka ulic i wszedłem do mijanego salonu Centertela. Poczułem się jak dziecko w fabryce cukierków. Z właściwą kolekcjonerowi fascynacją oglądałem plakaty reklamujące telefon Maxon Deluxe w cenie dwóch i pół tysiąca złotych wraz z aktywacją. Za trzynaście lat ten telefon, jak i jego cena, będą budziły jedynie uśmiech. Odczekałem chwilę i podszedłem do uśmiechniętej sprzedawczyni. Pod jej profesjonalnym uśmiechem widać było zmęczenie spowodowane całym dniem mało inspirującej pracy. Kupiłem sobie ładowarkę do Nokii 440, podziękowałem i wyszedłem. Wszystko fajnie, brakowało mi jedynie gniazdka do którego mógłbym tę ładowarkę włożyć. Wyjąłem z kieszeni Nokię-cegłę i wcisnąłem dwukrotnie zieloną słuchawkę. Nejman odezwał się po chwili. Zapiąłem kurtkę. Właśnie zaczynało padać. -Nie wiesz gdzie znajdę jakiś możliwie tani hotel? Zimno mi… Złapałem taksówkę i pojechałem na wskazany mi przez komisarza adres. Piętnaście złotych w plecy. Wysiadłem. Fasada budynku nie zachęcała: niegdyś jasną ścianie pokrywała charakterystyczna powłoka katowickiej szarości. Miejscami tynk odpadł, ukazując cegły. Rozpadało się na dobre… Postawiłem kołnierz kurtki i przebiegłem truchtem kilka metrów dzielących mnie od wiaty przystanku autobusowego. Tam nie padało, a jednocześnie widziałem stamtąd szyld hostelu. Znów komórka w użyciu. Zadzwoniłem pod podany numer. Po chwili usłyszałem ciepły głos starszej pani -Halooo? -Witam. Czy są jakieś wolne miejsca w państwa hotelu? -Jak najbardziej. – W jej głosie było słychać ożywienie. Biznes chyba nie szedł najlepiej. -W takim razie chciałbym zarezerwować pokój dla jednej osoby. – Powiedziałem do telefonu. Następnie uśmiechnąłem się do swoich myśli i dodałem – Na nazwisko Przemysław Nejman. Drzwi z dykty otwarły się lekko. Moje lokum wyglądało przyzwoicie, niewielki pokoik z łazienką, stolik, lampowe radio i łóżko. Położyłem klucz koło odbiornika, a kurtkę rozwiesiłem na oparciu krzesła. Nową ładowarkę do starego telefonu wyjąłem z pudełka i podłączyłem komórkę do ładowania. Ta piknęła, zadowolona. Zmarzłem nieco. Zrzuciłem z siebie ubranie i wszedłem pod prysznic. Pod strumieniem ciepłej wody wszystkie „pamiątki” po wypadku zapiekły na nowo. Postałem chwilę z zamkniętymi oczami. Ciepło przyjemnie relaksowało, rozluźniało. Stres odchodził. Niestety, niezbyt daleko. Po kwadransie opuściłem ciepłą kabinę i zacząłem wycierać się przygotowanym, świeżym ręcznikiem. Zerknąłem w lustro. Moją twarz pokrywała już szczecina kilkudniowego zarostu. Wytarłem się do sucha i w samych bokserkach wskoczyłem pod kołdrę. Sen przyszedł niewiadomo kiedy… Gdy się obudziłem, słońce stało już dość wysoko. Chmury się przerzedziły, słoneczko musiało miło przygrzewać. Przez kilka sekund nie wiedziałem gdzie jestem, co i jak. Gdy mój mózg się w końcu rozbudził, wróciło wszystko. Kilka chwil poleżałem w bezruchu, gapiąc się tempo w sufit. Nie wiedziałem co zrobić z tym dniem. Jeśli Nejman dotrzyma słowa, odzyskam samochód. Okej, fajnie. Tylko co dalej? Pieniądze mi na długo nie starczą. Nie mam tożsamości, formalnie nie istnieję. Co ze mną będzie za miesiąc? Dołączę do gromady bezdomnych z dworca? Nie wyglądało to różowo… Potrząsnąłem głową, by odrzucić złe myśli. Zebrałem się jakoś i po dwudziestu minutach siedziałem ubrany na brzegu łóżka. Gotowy do wyjścia. Wyjścia gdzie?! Zacząłem krążyć po mieście, na piechotę. Zwiedzałem. Przeszedłem przez dworzec i udałem się do McDonald’sa na Stawowej. Zamówiłem coś w stylu śniadania: dwa hamburgery i kubek kawy. Żarcie smakowało inaczej niż to, które pamiętałem… Zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę do nikąd. Znów skierowałem się na dworzec. Zauważyłem, że chodzę w kółko, bez sensu. Na estakadzie zdjąłem kurtkę, zaczynało być ciepło. „Centercegła” ciążyła w wewnętrznej kieszeni. Wpadłem na pomysł, by kupić sobie klips do paska, by nie musieć nosić jej cały czas w kieszeni. Kłóciło się to trochę z moim postanowieniem oszczędności, ale mimo to skierowałem swój krok w kierunku napotkanego wczoraj salonu Centertela. W głębi duszy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%