Komedia · 1 godz. 12 min czytania
Majka, rozdziały 1-8
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział 1 – Majuś, wstawaj! - zaczęła budzić mnie przyjaciółka, z którą dzieliłam mieszkanie. - Zaraz się spóźnimy! - wyrokowała. – Która jest godzina?! - zapytałam i zerwałam z siebie kołdrę. – Mamy dwadzieścia minut! - oznajmiła Anka i wypadła z mojego pokoju. – Znowu mi budzik nawalił! - zezłościłam się. - Muszę wywalić tego złoma! - cisnęłam swoim telefonem o podłogę i usiadłam na łóżku. - Zrobisz mi kawę? Ja potrzebuję kwadransa i mogę wychodzić – powiedziałam i wsiadłam na swój wózek. – Albo nie rób mi kawy! - krzyknęłam do niej. - Wypiję w szpitalu. Podjechałam do łazienki, tam wzięłam krótki prysznic i byłam jak nowo narodzona. Gdy wychodziłyśmy z domu, wzięłam tylko łyka kawy, która została mi z poprzedniego popołudnia. Tego dnia weszłyśmy na oddział, gdy na zegarze w radiu, którego słuchali w naszym pokoju socjalnym wybiła ósma. Na szczęście nie miałyśmy teraz żadnych pacjentów. O wpół do dziewiątej szłyśmy na obchód po oddziale, a dopiero później miałyśmy pozapisywanych naszych podopiecznych. Gdy przekroczyłyśmy szklane drzwi z wielkim, niebieskim napisem „ONKOLOGIA”, skierowałyśmy się do pokoju lekarskiego, aby dowiedzieć się największych plotek ze świata naszych kochanych lekarzy. – Ooo, cześć dziewczynki – przywitał się z nami Piotrek, który zawsze śmiał się, że jest moim prywatnym fizjoterapeutą. – Cześć – powiedziałyśmy jednogłośnie, po czym głośno się zaśmiałyśmy. – Czy wy macie ukryte jakieś wspólne geny? - zapytał podejrzliwie. – Jasne – zaśmiałam się, po czym stwierdziłam, że musimy już spadać. – W takim układzie, widzimy się o jedenastej u mnie! - powiedział i odszedł w stronę wind. – Ten gościu mnie kiedyś wykończy! - oznajmiłam, po czym wjechałam do naszego pomieszczenia socjalnego. Anka weszła zaraz za mną. – Może nie będzie aż tak źle? - zapytała retorycznie. - A nawet jeśli, to zginiesz z rąk największego przystojniaka w Centrum – zaśmiała się. – No, dziękuję bardzo – mi również udzielił się jej humor – ale raczej nie jestem zainteresowana. – Nie? - zapytała bardzo zdziwiona. – Nie i skończ. Mam tylko jednego mężczyznę, którego kiedykolwiek kochałam w życiu. I niech tak zostanie, co? – I naprawdę nie chcesz nawet – zaczęła, jednak nie dałam jej dokończyć. – Nie chcę, kochanie, ale obiecuję, że gdy tylko się namyślę, dam ci znać – zaśmiałam się, podjechałam do szafy, wyjęłam z niej nasze fartuszki i jeden z nich rzuciłam Ance. - Orientuj się – zawołałam, gdy już leciał w jej stronę. W tej samej chwili do pokoju wszedł jeden z naszych kolegów – onkologów – Rafał. – Cześć dziewczynki – przywitał się z nami i dał nam na powitanie po buziaku. – Cześć – powiedziałam. - Czyżbyś był dzisiaj spóźniony? - zapytałam, gdyż na zegarze było już pięć po ósmej. – Oj tam, każdemu się zdarza – zaśmiał się, po czym do pokoju wszedł nasz ordynator, którego, swoją drogą, byłyśmy ulubienicami. – Dzień dobry, panie ordynatorze – przywitałam się ciepło. – Pani Maju, pięknie pani wygląda – skomplementował mnie. On raczej nie wchodził do naszego socjala, chyba, że miał jakąś sprawę do nas. - Mogłaby pani do mnie przyjść za kwadrans? - zapytał przymilnym głosem, po czym wyszedł z naszego pokoju. – Chyba mam się bać, co? - zapytałam Anki i Rafała, gdy zostaliśmy sami. – Może i tak. W każdym razie będziemy trzymać kciuki, jak już pójdziesz do jaskini lwa – zaśmiał się Rafi. Przebrałam się w żółty fartuszek. Za pół godziny miał się zacząć obchód, więc zdążyliśmy zrobić i wypić szybką, małą kawę. – No to lecę – powiedziałam, gdy wypiłam pół kawy. - Trzymajcie za mnie kciuki – przypomniałam przyjaciołom i wyjechałam z pokoju. Zapukałam do gabinetu „Siekierki”, jak nazywaliśmy przyjaźnie naszego ordynatora. Chyba każdy, (z wyjątkiem dzieci, które go uwielbiały) się go bał. Ordyś miał siwe włosy oraz równie siwe, dość długie wąsy. Zazwyczaj chodził w swoim błękitnym kitlu, ale był rozpoznawalny nawet z drugiego końca korytarza przez swój lekko dziwaczny chód oraz laskę, której nigdy nie odkładał, odkąd pozrywał sobie więzadła oraz uszkodził rzepkę w lewym kolanie. Zapukałam do jego gabinetu, po czym usłyszałam głośne i zdecydowane „proszę” Jarosława Siekierkowskiego. – Dzień dobry, chciał mnie pan widzieć – przypomniałam mu się, gdy lekko uchyliłam drzwi. – Dzień dobry – ucieszył się – wchodź Majeczko – rzekł i wstał z fotela, aby zamknąć za mną drzwi do gabinetu. – Mogłabym się dowiedzieć, o co chodzi? - zapytałam nieśmiało, gdy podjechałam do jego biurka i „zaparkowałam” przy krześle. – Już – uspokoił mnie i sam usiadł na krześle naprzeciwko mnie – chodzi o to, że ostatnio przeglądałem akta pracownicze i przypadkowo spojrzałem na datę twoich urodzin – powiedział, choć starał się być nadzwyczaj poważny, nie bardzo mu to wychodziło. – Czy ten „przypadek” nie nosi przypadkiem imienia Ania? - zapytałam podejrzliwie ze śmiechem. – Oj, no może i tak – on też się zaśmiał. - W każdym razie zawołałem tutaj panią, aby powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony z pani pracy i chciałbym podwyższyć pani uposażenie – wydusił w końcu, a mnie zamurowało. – Dlaczego? - zapytałam przerażona. – Bo jesteśmy z pani zadowoleni – powtórzył. - Przyjmuje pani ostatnio bardzo wielu pacjentów, a ponadto przyszło do mnie ostatnio kilka listów z podziękowaniami od rodziców pacjentów... – Bardzo mi miło to słyszeć, jednak... - przerwał mi. – Podziękujesz i grzecznie pójdziemy na obchód – dokończył za mnie. – W takim razie: dziękuję bardzo – zaśmiałam się. - I obiecuję, że będę się z całego serca przykładać do swojej pracy. – Nie wątpię – stwierdził i wyszliśmy z jego gabinetu. Puścił mnie przodem, od razu podjechałam do swojego gabinetu, który dzieliłam z Anką, aby podzielić się z nią tą wspaniałą wiadomością. – Ty wiesz, co się stało? - zapytałam przyjaciółkę, gdy tylko wpadłam do gabinetu, nawet nie zamykając drzwi. - Siekiera dał mi podwyżkę! – No, to gratuluję, malutka! A – przypomniała sobie – pamiętasz, że jutro robisz imprezę? – Imprezę? Jaką, cholera jasna, imprezę? - zezłościłam się. – Swoją! Urodzinową! - powiedziała do mnie, jak do nienormalnej. – O Boże! Ty też to samo! - powiedziałam w końcu. - I ty przeciwko mnie?! – Dziewczyny, chodźcie – powiedział Rafał do nas, gdy wstąpił do naszego gabinetu. Poszłyśmy na obchód. Jak zwykle, zaczęliśmy od sali numer sto jeden. Tam było pięć łóżek, z czego zajętych, tylko trzy. Na dwóch z nich leżały trzyletnie dziewczynki – Anetka i Renatka. Na trzecim, z kolei, przy samym oknie, pięcioletnia Gabrysia. Wszystkie „nasze” dzieciaczki łączyła jedna cecha – były łysiutkie albo już te włoski miały bardzo przerzedzone. Później była sala numer sto dwa, w której byli sami chłopcy. Było ich siedmiu, zajmowali wszystkie łóżka. W dodatku były dostawione jeszcze dwa składane fotele, a raczej takie małe leżaki, na których spało dwóch ojców tych najmłodszych, dwu i pół letnich chłopców. Później były jeszcze kolejno sale: sto trzy, sto cztery, sto pięć i tak aż do stu piętnastej. Były w nich dzieci w bardzo różnym wieku. Dwie dziewczynki oraz czterech chłopców miało po szesnaście lat, była para siedemnastolatków oraz kilkoro czternastolatków, reszta dzieciaków była młodsza. Po obchodzie poszłyśmy do swojego gabinetu, aby przyjmować indywidualnych pacjentów. Do mnie przyszła, na przykład szesnastoletnia Anita, która lubiła ze mną po prostu pogadać. Wszystkie dzieciaki mówiły na nas „dobre ciocie”, a nam bardzo podobało się to określenie. – Dzień dobry, ciociu – przywitała się Anita, gdy weszła do naszego gabinetu. – Cześć Anitko, siadaj szybko. Co tam u ciebie? - zapytałam, bo widziałam na jej twarzy piękny uśmiech. Poza tym była w swojej dość długiej peruce, której nigdy nie zakładała, gdy miała zły humor. – Za trzy dni idę do domu! Lekarze tylko mi zrobią PET'a i jakieś tam jeszcze badania, żeby się upewnić, czy aby na pewno jestem czysta i będę mogła spadać do domku – cieszyła się jak dziecko. – Bardzo się cieszę, malutka – powiedziałam szczerze i uścisnęłam dziewczynę.
Do przerwy dzień leciał mi bardzo szybko. Później, gdy dochodziła godzina jedenasta, ja kończyłam rozmawiać ze swoim dwunastoletnim pacjentem – Krystianem. – Dobra – powiedziałam, gdy młody już wyszedł – muszę lecieć do Piotrka, bo jak znowu się spóźnię, to mi łeb urwie – powiedziałam do Anki. – No, to leć. Zaprosisz go na jutro? – No, chyba nie mam wyjścia... - stwierdziłam, po chwili zastanowienia ze śmiechem.
Podjechałam do wind. Przywołałam jedną z nich, ale musiałam dłuższą chwilę na nią poczekać. W końcu przyjechała. Wsiadłam do niej, gdy tylko otworzyły się w niej ciężkie drzwi. Dotknęłam przycisku „-1”. Nigdy nie lubiłam jeździć windami, od dziecka miałam klaustrofobię, która objawiała się dziwnie tylko w windach. Szczególnie tak skrzypiących, jak te w Centrum. Kiedy byłam tu, jako pacjentka na oddziale neurochirurgii, wtedy remontowali te windy, a później chyba nikt nie przykładał do nich wielkiej wagi, co było bardzo dziwne, gdyż windami właśnie, lekarze przewozili małych pacjentów, nawet na sale operacyjne. Zatrzymała się znów na piątym piętrze. Wsiadło dwóch lekarzy oraz jedna kobieta – lekarka. Jednym z facetów w błękitnym kitlu był pan Krzysiek, mój dawny lekarz. – Dzień dobry – przywitałam się z nimi. – Ooo, dzień dobry, Majeczko. Jak się czujesz? - zapytał mnie od razu neurochirurg. – Bardzo dobrze, można powiedzieć. Znowu jadę do Piotrka. Będzie się nade mną znęcał – zaśmiałam się serdecznie. – Aż tak ci daje w kość? Będę musiał z nim porozmawiać – on również się zaśmiał. Dwoje lekarzy wysiadło na poziomie wyjścia z budynku. My pojechaliśmy dalej. – Miłej rehabilitacji – życzył mi lekarz, gdy na wyświetlaczu, ponad panelem z numerami pięter, pojawił się numer „-1”. Podziękowałam panu Krzysiowi i wysiadłam z windy. Piotrek już na mnie czekał przy windzie. – Cześć – przywitał się ze mną i uścisnął mnie. – Cześć – odwzajemniłam jego powitanie. - Coś dzisiaj chyba się nie wyspałeś – stwierdziłam, gdy zobaczyłam jego podkrążone oczy. – Daj spokój – machnął tylko ręką. - Młoda mnie kiedyś wykończy – powiedział i podszedł do mojego wózka z tyłu, aby wziąć za rączki i pchać. Położyłam ręce na kolanach i oddałam się błogiemu lenistwu. – Młoda? - zdziwiłam się. – Moja siedemnastoletnia siostrzyczka – zaśmiał się. - Wyobraź sobie, że wczoraj pokłóciła się z ojcem i stwierdziła, że dopóki jej nie przeprosi, będzie mieszkać ze mną – zaśmiał się. – Pan Krzysiek się pokłócił z Marysią? Przecież ona zawsze była jego oczkiem w głowie – zaśmiałam się. – Daj spokój – powtórzył, choć również się zaśmiał. - Ale on się z nią pokłócił, a ja mam teraz babę w domu. I to naburmuszoną... – Bez przesady – doszliśmy w końcu na salę gimnastyczną. Otworzyłam drzwi i Piotrek mnie wprowadził. Rozdział 2 - To co, od czego zaczynamy? - zapytał mnie, gdy podjechałam do jednego z materaców. - Ściągniesz mnie z wózka? Bo ja mam cholernie ręce i dupę już poobijaną od tego – zaśmiałam się. - Ej, miałaś się tego już nauczyć! - oburzył się – poza tym ile lat ty już jesteś na wózku? - Tak, miałam – przyznałam - ale wiesz jak to trudno? A poza tym nie mam czasu nigdy na takie pierdoły... A siedzę już... prawie dwie dekady. Jakoś w grudniu zaczęło mi odbierać te nogi... - To nie są wcale pierdoły. To jest tylko dla twojego dobra – zaczął znów swój wywód. - Wiem, wiem – powiedziałam znużona. - Więc nie denerwuj siebie ani mnie, a na urodziny kupię ci rękawiczki z ochraniaczami i ochraniacze na tyłek – obiecał. - A propos urodzin, masz coś zaplanowane na jutrzejszy wieczór? - zapytałam, gdy zlitował się nade mną i zdjął mnie z tego piekielnego wózka. - Jeszcze nie – powiedział z wielką nadzieją, chyba na imprezę. - No to nic nie planuj. Przyjdziesz do mnie na urodziny? Sorry, że tak późno ci o tym mówię, ale sama dopiero sobie o tym przypomniałam. A właściwie, to Anka mi uświadomiła, że jutro jest impreza – zaśmiałam się, choć w rzeczywistości była to szczera prawda. - To chyba nie będę mógł opuścić takiej okazji – zaśmiał się. - A teraz zmiana ćwiczenia – zarządził. - Spróbuj unieść prawą stopę do góry – powiedział łagodnie, choć wiedział, że to jest dla mnie niewykonalne. - Się nie da się... - powiedziałam po kilku próbach. O ile lewa noga jako tako się „ruszała”, prawa ani drgnęła już od kilku lat. - A lewą? - zapytał. - Obawiam się, że też nie – powiedziałam, niemal załamana. - To co jest z tobą? - zapytał w końcu. - Chyba się starzeję – zaśmiałam się. - Może i tak. A ćwiczyłaś w domu? - zadał bardzo głupie pytanie. Ja nigdy nie ćwiczyłam w domu. - Tak, oczywiście – odpowiedziałam sarkastycznie. - Wiesz przecież, że nic mnie nie zmusi do ćwiczenia w domu. Jesteś naiwny jak dziecko – stwierdziłam. - Nie denerwuj mnie! - rozkazał. - Dobra, dobra... Ale co ja ci będę kłamać? Nie bądź dzieckiem... - A propos tych twoich urodzin. Dostałem już zaproszenie, myślałem, że jest od ciebie – przypomniał sobie. - Anka mi nic do tej pory nie powiedziała. Zabiję ją! - przysięgłam. -Spokojnie – powiedział łagodnie. - Wdech – jego klatka piersiowa uniosła się na to słowo – i wydech – wypuścił powietrze ustami. - Spróbuj, to łatwy sposób na wyluzowanie się – przekonywał. Zaśmiałam się tylko. Pół godziny później, gdy wykonałam jeszcze kilka zwariowanych ćwiczeń, wypuścił mnie w końcu. Posadził mnie jeszcze na wózek, a nawet podwiózł mnie pod windy. - To narazka – pożegnałam się i pocałowałam go w policzek. - Pa, malutka – powiedział, gdy już przyjechała moja winda, a ja już do niej wjechałam. Popędziłam na górę. Tego dnia miałam jeszcze kilku pacjentów. Przyszedł również tata jednej z naszych małych pacjentek, zresztą mojej trzyletniej imienniczki. Wyszłyśmy z oddziału o czwartej po południu.
Pojechałyśmy na zakupy. Najpierw zaparkowałyśmy przy Auchanie, w którym zrobiłyśmy zakupy na imprezę. Oprócz jedzenia i napojów bezprocentowych, kupiłyśmy dwa duże szampany oraz dość sporo alkoholu. Stwierdziłyśmy również, że na pewno nie będziemy zmywać po tak wielkiej imprezie i kupiłyśmy jednorazowe naczynia oraz sztućce. - Anuś – powiedziałam błagalnym tonem – mogłabyś wstąpić ze mną jeszcze do Pimky? Bo chciałabym sobie jeszcze coś kupić nowego... Mam ochotę chyba na jakąś kieckę – oznajmiłam, czym bardzo zdziwiłam przyjaciółkę, gdyż ja prawie nigdy nie zakładałam sukienek. - Okej. Chcesz, żebym pomogła ci coś wybrać? - zgadywała. - No, właśnie na to liczyłam – przyznałam w końcu.
Poszłyśmy jeszcze do kilku sklepów odzieżowych lecz dopiero w Pimky (tak, jak myślałam) znalazłam coś odpowiedniego sobie do ubrania. Była to żółta, swoją drogą bardzo śliczna i niemniej oryginalna sukieneczka z dość dużym dekoltem, który bardzo ładnie eksponował mój pokaźny biust. Swoją drogą on również pochodził pośrednio z mojej choroby, bo gdyby nie to, że byłam chora, nigdy nie dostałabym sterydów, po których, w pierwszej chwili, zrobiłam się niemal kwadratowa, a później, na szczęście, pozostał mi po tym tylko i wyłącznie spory „drobiazg” w postaci piersi.
Część 22 / 2
- A kogo jeszcze zaprosiłaś w moim imieniu? - zapytałam w końcu, gdy już przyjechałyśmy do domu i zaczęłyśmy rozpakowywać w kuchni zakupy. - W sumie to trzy czwarte naszego oddziału, kilka osób z piątki, ze trzy z rehabilitacji, a poza tym będzie twoja mama, chyba – wyliczała – aaa, i będzie jeszcze jedna osoba, którą, mam nadzieję, że jeszcze pamiętasz – przypomniała sobie. - Jaka osoba? - zainteresowałam się. - Tego nie mogę ci powiedzieć, ale mam nadzieję, że będziesz się cieszyć – powiedziała tajemniczo. - No mów! - nalegałam. - Nie mogę. Pani Małgosia powiedziała, że jak ci powiem, to mnie udusi – oznajmiła ze śmiechem. - I ty przeciwko mnie!? - zapytałam, niby rozzłoszczona, lecz mimo tego, to wszystko mnie śmieszyło. - No już się nie wkurzaj – przekonywała mnie, przy czym szturchnęła w lewy bok.
Zaśmiałam się. Miałam ochotę jeszcze na kawę, choć po tym, jak Ania oznajmiła, że impreza nie odbędzie się u nas już nie miałam wyjścia, musiałyśmy się zbierać do ewakuacji z domu, gdyż chciałyśmy, aby ta impreza była wyśmienita oraz aby nie było trzeba wszystkiego robić na „hura” następnego dnia. Pojechałyśmy samochodem Anki. Postanowiłam, że jeśli tak to ma wyglądać, to przynajmniej zadzwonię do swojej mamy, jeszcze przed jej wyjazdem z domu. Dzwoniłam, gdy już wsiadłyśmy do auta. Nie odbierała jeden sygnał, później był drugi i trzeci... Odebrała, gdy prawie zwątpiłam w powodzenie tej „akcji”. - Cześć córeczko – zaświergotała do telefonu, jednak słyszałam, że gdzieś już się spieszyła oraz, o dziwo, słyszałam w tle głos jakiegoś mężczyzny i to na pewno nie był mój syn. - Cześć – przywitałam się. - Co wy kombinujecie? - zapytałam od razu ze śmiechem. - My? - zdziwiła się serdecznie. - Ty, Anka, Paweł? Nie wiem! Kto wymyślił, żeby moje urodziny zrobić? - zapytałam w końcu, choć szczerze mówiąc, chyba za bardzo na nią naskoczyłam. - Córeczko – zaczęła, wypuszczając ze swoich płuc powoli powietrze – spokojnie! Wszyscy, po części, jesteśmy za to odpowiedzialni. Mieliśmy nadzieję, że docenisz nasze starania – mówiła to tak spokojnym głosem, że już w sumie perspektywa tej imprezy, wydawała mi się trafionym pomysłem. - Bardzo doceniam! - powiedziałam szybko, bo nie chciałam ich urazić. - Tylko, mogliście mi powiedzieć, pomogłabym wam w tym wszystkim – zaczęłam usprawiedliwiać swą złość. - W takim razie kiedy przyjeżdżacie? - zmieniłam temat. - Kto taki? - zdziwiła się, że powiedziałam w liczbie mnogiej. - No ty, Artur i ten facet, którego słyszałam przed chwilą. Mam nadzieję, że to jest trafione, tym razem – zaśmiałam się. - No właśnie – i tu zaczęły się „schody” i kręcenie. - Co właśnie? To mój syn go zna, a ja nie? - zapytałam z udawanym smutkiem. Anka obok mnie miała niezły ubaw, aż parsknęła śmiechem. Rozdział 3 – Ooo – zdziwiła się mama – Ania jest tam gdzieś obok? – Tak. Wywozi mnie w miejsce imprezy, bo trzeba zawieźć zakupy. – Okej. To nie przeszkadzam, w takim razie. Bawcie się dzisiaj dobrze i pozdrów Anię oraz Tomka – powiedziała. – Pa, mamo – pożegnałam się i rozłączyłam połączenie. – Masz pozdrowienia od mamy – powiedziałam, gdy wychodziłyśmy już z samochodu. – Dziękuję bardzo – pokłoniła się teatralnie i zaśmiała w głos. Po czym z bagażnika wyjęła mojego „mustanga” - wózek inwalidzki. Teraz, na lato, zrobiłam mu żółte podłokietniki. Kupiłam sobie również żółte okulary przeciwsłoneczne i inne dodatki, które świetnie się komponowały. W tym roku stwierdziłam, że to właśnie ten kolor będzie moim dominującym. Przyjechałyśmy do Tomka – miał on działkę, na której już było ustawione drewno na wielkie ognisko i tylko czekało, aby je podpalić. Na tej działce stał również nie zbyt wielki, przytulny domek. W środku były tylko dwie lodówki oraz dwa duże stoły i kilka ławek – meble były wykonane z jasnego drzewa. Poustawiałyśmy wszystko na miejscach – mięso na ognisko zapakowałyśmy do lodówki, to samo stało się z alkoholem i napojami bez procentów. Resztę ustawiłyśmy na jednym ze stołów i Ania rzekła, że nic tu po nas. Pożegnałam się jeszcze z Tomkiem i ruszyłyśmy do domu. Jazda przez Warszawę była bardzo czasochłonna i męcząca. Byłyśmy w domu dopiero około dziesiątej wieczorem. Kompletnie nie miałam siły – byłam wypompowana. Starczyło mi ich tylko na wzięcie prysznica i przebranie się w wygodną piżamkę. Po chwili wtoczyłam się do swojego, wygodnego łóżka i nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Następnego dnia nawet udało nam się nie spóźnić do pracy, czym wprawiłyśmy w rozbawienie Piotrka i Roberta. Oczywiście, zanim pojawiłyśmy się na oddziale, wszyscy ludzie, na których mi zależało oraz wszyscy znajomi mi ze szpitala, byli już u mnie przed gabinetem. Odśpiewali mi „sto lat” i złożyli życzenia. Był również ogromny tort bezowy, gdyż do bezów zawsze miałam słabość, a wiedziały o tym TYLKO trzy osoby: Anka i pan Krzysiek oraz moja mama. Gdy zabrałyśmy się do roboty, co chwilę nam ktoś przeszkadzał. Gdy byli u nas pacjenci, co chwilę ktoś czegoś ode mnie albo od Anki chciał, a tego dnia miałyśmy pracy od zawalenia. Nawet zadzwoniłam do Piotrka (gdyż nawet nie miałam czasu, aby zjechać do niego) i przeprosiłam go za to, że do niego nie przyjdę tego dnia. Gdy w końcu skończył się ten dzień, byłyśmy kompletnie wypompowane z sił, a miałyśmy jeszcze świadomość tego, że dzisiejszej nocy też nie prześpimy. Tego dnia tylko czekałam do szesnastej, kiedy kończyłyśmy pracę, choć to było dziwne, gdyż zawsze lubiłam swoją robotę. Najpierw pojechałyśmy do domu, aby wziąć kreacje na wieczór oraz upewnić się, czy aby na pewno niczego nie zapomniałyśmy. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że przecież miałam odebrać z dworca mamę i Artura, więc szybko popędziłam po nich. Na szczęście nie czekali długo. – Mama – ucieszył się mój synek, gdy tylko mnie zauważył – cześć – krzyknął. – Cześć kochanie – powiedziałam, gdy tylko zbliżyłam się do nich. Przywitałam się również z mamą, nie widziałam jednak faceta, z którym miała przyjechać. - A gdzie jest ten twój nowy, wspaniały kochanek? - zapytałam ze śmiechem. – No, nie taki nowy – powiedziała tajemniczo, czym zainteresowała mnie. – Co to znaczy? - zapytałam podejrzliwie. – Nie miałaś racji, gdy mówiłaś, że go nie znasz. Znałaś go kiedyś – oznajmiła, czym jeszcze bardziej mnie zdziwiła. – O nie! Teraz musisz mi go pokazać! Już! – Daj spokój, kochanie. Teraz, to on jest gdzieś tutaj, na dworcu. – To powiesz mi przynajmniej, jak ma na imię? - drążyłam temat. – Andrzej – powiedziała, jakby się wstydziła. – Zupełnie tak, jak „tatusiek” - powiedziałam przesłodzonym głosem. Mama nie wiedziała co powiedzieć. Widziałam, że coś jej ciąży, jednak nie potrafiłam powiedzieć, co to jest. – Skarbie – powiedziała tylko, po czym od tyłu podszedł do niej mężczyzna. W pierwszej chwili nie wydał mi się znajomy. – Dzień dobry – przywitał się ze mną, ale jakby zadrżał mu głos. – Dzień dobry – uścisnęłam jego dłoń, po czym stało się dla mnie wszystko jasne... - Czy to pan... - chciałam zadać pytanie, jednak nie umiałam w tamtej chwili nawet go sformułować. – Andrzej Litwin – przedstawił się. – Mamo – przesłałam jej spojrzenie, które zdawało się mówić „co to znaczy, do cholery?”. – Maju – uspokoiła mnie – Andrzej przypadkiem był w Polsce akurat teraz i pomyśleliśmy, że... – Nie, dość! - powiedziałam do nich i zwróciłam się do swojego syna. - Babcia ci to już tłumaczyła? – Niezły syf, co mamo? - niemal zaśmiał się Artur, który do tej pory stał cicho z boku. – Jak ty się odzywasz do matki? - strofowała go moja mama. – Oj, babciu – machnął ręką. – Stop – powiedziałam i stanęłam wózkiem naprzeciwko nich, aby nie mogli iść dalej. - Powiecie mi o co chodzi albo nikt ze mną nie pojedzie! – Możemy chociaż iść gdzieś, gdzie moglibyśmy usiąść? - zapytała moja mama bardzo łagodnie, widać było, że nie chciała mnie w żaden sposób zdenerwować. – Nie! Nie możemy! - powiedziałam w końcu i nie puściłam ich nawet centymetra do przodu. – Uległam im. Znaleźliśmy jakąś knajpkę, gdy wyszliśmy z dworca. Ten facet, z którym przyjechała mama, nie odezwał się do mnie nawet słowem. Szedł również dobre dwa metry za mną, a ja nie mogłam go sobie przypomnieć za nic w świecie. Rozdział 4 – Chciałam ci powiedzieć o tym już ze dwa miesiące temu, kiedy Andrzej zadzwonił do mnie pierwszy raz – zaczęła moja mama, gdy już znaleźliśmy w miarę przyjemną kawiarenkę niedaleko Ogrodu Saskiego. Zajęliśmy tam stolik i czekaliśmy na menu. Facet usiadł przy niej, a ja obok swojego syna po przeciwnej stronie stolika. – Więc nie rozumiem, dlaczego tego nie zrobiłaś – byłam bardzo zdenerwowana i niemal siłą powstrzymywałam się przed obgryzaniem paznokci, co robiłam zawsze w chwilach stresu. – Bałam się, jak to odbierzesz – przyznała się. – I dlatego wolałaś mnie wpuścić na głęboką wodę, przywożąc go tu, uprzednio nic mi nie mówiąc – dokończyłam za nią. - A ty – zwróciłam się do Artura – dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – Byłem pewny, że skoro dziadek jest tutaj, to ty o tym wiesz – przekonywał chłopak. Chciałam uciec, a ich zostawić w tej knajpce samych. Ewentualnie wziąć tylko swojego syna i powiedzieć matce, żeby spakowała i odesłała nam jego rzeczy. Teraz już młody może mieszkać ze mną, a moja mama niech nadal bawi się z facetem, który kiedyś podobno był moim ojcem. Mama na pewno widziała, jak się zdenerwowałam. Zresztą chyba wszyscy, którzy patrzyli na mnie w tej chwili, mieli tego świadomość, gdyż moje policzki zrobiły się niemal purpurowe i miałam wrażenie, że bicie mojego serca słychać w drugim końcu sali. W końcu, po długiej chwili milczenia i kilku łykach herbaty, którą zamówiłam, postanowiłam, co zrobię: – Mamo – zaczęłam, gdy moja filiżanka była już niemal pusta – weźmiesz pana i zawiozę was do hotelu, w którym zawsze śpisz, jak przyjeżdżasz do mnie. Artur na razie pojedzie ze mną do domu. – Pod hotelem powiedziałam im, gdzie i na którą odbywa się impreza. Moja mama bardzo dobrze znała Tomka i wiele razy była tam na jego działce, więc nie było problemu z wytłumaczeniem, dokąd mają jechać. Z młodym pojechałam do swojego i Anki mieszkania. Szczerze mówiąc, my same ledwo się w nim mieściłyśmy, więc nie było mowy, żeby moja mama i jeszcze ten facet się tu wprowadzili na te kilka dni. Jakoś jeszcze nie mogło do mnie dojść, że „ten facet” może być moim biologicznym ojcem. Chociaż w sumie to samo będzie czuł mój syn, gdy za kilka lat będę musiała mu powiedzieć, że jest owocem gwałtu. Niby kiedyś zapytał mnie, dlaczego inne dzieci mają tatusiów, tylko on nie, ale wtedy jeszcze nie byłam w stanie mu na to odpowiedzieć. Moja mama podobno ostatnio z nim o tym rozmawiała, ale jeszcze pełnej wersji z moich ust nie usłyszał. Jeszcze był na to zbyt młody.
– Ty wiedziałaś, co moja matka kombinuje? - zapytałam Ankę, gdy już weszliśmy z Arturem do domu. – O co chodzi? - zapytała podejrzliwie. Chyba naprawdę nic o tym nie wiedziała. – Oprócz Artura przywiozła jeszcze swojego kochasia – powiedziałam głosem pełnym nienawiści. – Przeraziłaś się? – Nie – powiedziałam lekceważąco – wkurzyło mnie dopiero to, że okazał się nim jej mąż sprzed ćwierćwiecza. – Nie wierzę. Poznałaś swojego ojca? - niemal krzyknęła. – No, widziałam go, ale nawet słowa z nim nie zamieniłam – przyznałam się w końcu. – Dlaczego? - zdziwiła się. – Bo nie chcę go znać! - Już po tym stwierdzeniu, moja przyjaciółka wiedziała, że trzeba zakończyć ten temat. – No dobra, kochana, trzeba się zbierać. Ty masz jeszcze zaraz kosmetyczkę, a ja zabieram Artura – powiedziawszy to, puściła do niego oczko. – Ej, co to jest za dogadywanie się za moimi plecami? - zapytałam groźnie. – Oj, mamo. Po prostu... - zaczął tłumaczyć się Artur. – A co ty jesteś tak wszystkiego ciekawa? - zdziwiła się Anka. - Dobra, to spadaj do tego Beauty, bo my tu mamy ważną robotę – wyganiała mnie. - W sensie nie będzie nas w domu, ale to już nie twój biznes, maleńka – zaśmiała się. – Zrobiłam tak, jak mi kazała. Wzięłam tylko z domu swoją torebkę i znów podjechałam do samochodu. Stamtąd pojechałam do salonu kosmetycznego. Jedna z kosmetyczek, z którą zawsze miałam zabiegi upiększające zabrała mnie do gabinetu, pomogła przesiąść się na fotel masujący, zrobiła maseczkę na twarz i zajęła się moimi paznokciami. Najpierw zrobiła dłonie, stopy trzymałam w tym czasie w, podobno, ciepłym jacuzzi, ja niestety nie mam czucia w nich, więc nie będę się sprzeczać, może i było to ciepłe i widziałam te bąbelki, więc musiałam jej wierzyć na słowo. Później, gdy już skończyła z moimi dłońmi, wzięła się za stopy. Otarła w ręcznik najpierw prawą i wystawiła z wanienki, aby zrobić pedicure, a później lewą. – Gdy już skończyła, zapłaciłam w recepcji i wyjechałam z salonu. Czułam się bardzo dobrze, ale cały czas zachodziłam w głowę, co musiało się stać, że mama przywiozła tutaj tego faceta. Cały czas nie chciało do mnie dojść, że może on być moim ojcem. – Gdy przyjechałam do domu, było już około dwudziestej pierwszej. Zrobiłam kolację dla naszej trójki i czekałam na Ankę i Artura. Zachodziłam w głowę, co oni kombinują. Przyszli dopiero około dziesiątej. Spaghetti było już ledwie ciepłe, ale wstawiłam je jeszcze na chwilę na patelnię, a makaron przelałam wrzątkiem. – W końcu jesteście – przywitałam ich od progu. – Sorry, ale wiesz, jaki tu jest dojazd? Poza tym byliśmy jeszcze u Tomka i jakoś nam się zgadało... - tłumaczyła się Ania. – Dobra, wybaczam. A teraz siadajcie, zrobiłam kolację – powiedziałam i jeszcze przy talerzach postawiłam dwa kieliszki do czerwonego wina oraz szklankę dla młodego. – Oprócz tego, że niemal cały czas biłam się z myślami na temat ojca i tego, dlaczego nas zostawił, to jednak byłam ze swoim jedynym synem, który już niedługo miał ze mną zamieszkać i dlatego chciałam, aby ten wieczór był jednym z tych miłych. Poszliśmy wszyscy spać około północy. Młodemu posłałam kanapę w salonie i ewidentnie stwierdziłam, że muszę zainwestować w wynajem większego mieszkania, jeśli chcę, aby on ze mną zamieszkał, a tego chciałam z całego serca. – Nastał w końcu 13 czerwca – dzień moich urodzin. Budzik – o dziwo – zadzwonił na czas. Zebrałam się, wzięłam prysznic i czułam się jak nowo narodzona. Choć wczorajszego dnia miałam niewiarygodną chęć nigdy więcej nie wychodzić z domu, a zwłaszcza nie spotykać się z własnymi rodzicami. Dzisiaj jednak chciałam usłyszeć, co ojciec ma na swoje usprawiedliwienie. Tego dnia, przed imprezą, miałam jeszcze dużo spraw do załatwienia. Podwiozłam małego do hotelu mojej mamy, a sama udałam się do fryzjera. Tam pomalowałam sobie włosy znów na rudo, choć naturalnie byłam blondynką. Poza tym jeszcze musiałam jechać na działkę do Tomka, ale to już z Anką, i zobaczyć, czy tam na pewno niczego nie brakuje. Tomek, razem z Robertem i Justyną nadmuchali chyba z tysiąc balonów i zrobili olbrzymią bramę z nich. O tym wszystkim nie miałam pojęcia. – Czy wyście powariowali? - zapytałam, gdy tylko ich zobaczyłam. – O ile mi wiadomo, nie – broniła się Justyna. – Oj, uwielbiam was, wiecie? - zapytałam i wyściskałam każdego z osobna. – Wiemy – powiedział Robert, gdy do niego podjechałam. – Jaką masz piękną fryzurkę – zachwyciła się Justyna – pasuje ci ten kolor – oznajmiła. – Dzięki – powiedziałam, przy czym zobaczyłam, jak na działkę wchodzi Piotrek. – Cześć – uśmiechnął się do mnie promiennie. - Zapomniałaś dzisiaj o mnie? - zapytał rozbawiony. – Gdzież bym śmiała – weszłam w jego grę. - Po prostu mam dużo ciekawsze zajęcia? - zaśmiałam się. – No dobra, wybaczam – powiedział z ciężkim sercem - tylko żeby mi to było ostatni raz – i pogroził mi palcem. – Roześmiałam się. Niedługo później zaczęli zbierać się wszyscy pozostali zaproszeni na imprezę. Nie mogło zabraknąć naszych lekarzy onkologów i niemal wszystkich, z którymi pracowałam. Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak oni wszyscy załatwili sobie zastępstwa na tę noc, ale nie mnie się o to martwić. Był również nasz Siekierka. Choć nie znałam go prywatnie, bardzo chętnie przyjął moje zaproszenie. Ubrał się elegancko, ale przyszedł bez krawata, tylko w koszuli, jeansach i marynarce. Na koniec przyjechali moi rodzice oraz Artur. Ja wtedy już na szczęście byłam po trzech dość dużych drinkach i przyjemnie szumiało mi w głowie. Przywitałam się z nimi. Artur poleciał do swoich rówieśników, których również było kilku – przyszli z dziećmi, między innymi nasza pielęgniarka oddziałowa z mężem, która miała córkę Patrycję rok młodszą od mojego Artura. Przyszli również bliźniacy – synowie mojego kolegi z pracy, onkologa – Dawid i Damian, którzy byli w wieku Artura. – Zabawa się rozkręcała. Mama przekonywała mnie, żebym chociaż pogadała z ojcem. Mi jednak nie paliło się do tego. W końcu dałam się jednak przekonać. Weszłam razem z nim do altanki. Usiadł naprzeciwko mnie, na dość starej, nieco zakurzonej kanapie. Dłonie położyłam na kolanach, choć drżały mi niemiłosiernie. Próbowałam nie dać po sobie poznać żadnych emocji, mam jednak wrażenie, że on widział mój strach. Próbował wytłumaczyć mi, dlaczego musiał odejść. Był naukowcem, na trzy miesiące przed moim narodzeniem dostał szansę rozwijania swoich możliwości na jednym z uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych. Nie chciał nas zostawiać. Zdawał sobie sprawę, że my nigdy do niego nie przyjedziemy. To moja mama upierała się, żeby jechał. Posunęła się nawet do kłamstwa, że ja nie jestem jego córką, żeby on pojechał i realizował swoje marzenia. – Więc dlaczego dawałeś mamie alimenty, gdy już się urodziłam? - zapytałam w końcu. Rozdział 5 Dłonie położyłam na kolanach, choć drżały mi niemiłosiernie. Próbowałam nie dać po sobie poznać żadnych emocji, mam jednak wrażenie, że on widział mój strach. Próbował wytłumaczyć mi, dlaczego musiał odejść. Był naukowcem, na trzy miesiące przed moim narodzeniem dostał szansę rozwijania swoich możliwości na jednym z uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych. Nie chciał nas zostawiać. Zdawał sobie sprawę, że my nigdy do niego nie przyjedziemy. To moja mama upierała się, żeby jechał. Posunęła się nawet do kłamstwa, że ja nie jestem jego córką, żeby on pojechał i realizował swoje marzenia. - Więc dlaczego dawałeś mamie alimenty, gdy już się urodziłam? - zapytałam w końcu. - Gdy poprosiłem ją, aby przesłała mi twoje zdjęcie, nie chciała tego zrobić. Wtedy wiedziałem już, że musisz być moją córką. Wtedy już nie mogłem wrócić do kraju. Podpisałem umowy międzynarodowe z chińczykami. Gdy zachorowałaś, wróciłem na chwilę do Polski. Ty tego nie pamiętasz, ale gdy byłaś w śpiączce poruszyłem niebo i ziemię, abyś żyła. Małgosia pewnie nie mówiła ci, ale co trzy dni oddawałem krew, aby tylko mojej jedynej córeczce jej nie zabrakło. Wtedy chciałem do was wrócić. Niestety w stanach zostawiłem drugą żonę i rocznego synka. Teraz Stella nie żyje, a ja przysiągłem jej, że was odnajdę. I znów będziemy rodziną – zakończył swój monolog, a mi z oczu popłynęły łzy. Cały mój makijaż szlag trafił, ale mnie to nie wzruszyło. Ojciec wziął mnie w ramiona. - Tak bardzo mi cię brakowało córeczko przez te wszystkie lata. Wiem, że bardzo dużo przeszłaś i zdaję sobie sprawę, że możesz mnie nienawidzić. Teraz jednak znasz prawdę, a co z nią zrobisz, to inna kwestia. Mogę tylko mieć nadzieję, że mi wybaczysz – dokończył, a ja gestem poprosiłam go, aby się do mnie przytulił. Tak bardzo przez te wszystkie lata potrzebowałam męskiego ramienia. W takiej pozycji zastała nas moja mama. - Córciu – powiedziała, gdy się odsunęłam od ojca i zobaczyła na mojej twarzy czerń. - Wszystko w porządku – powiedziałam, gdy odwróciłam się od niej i poprawiłam włosy. Wyobrażałam sobie, jak muszę wyglądać. - Dajcie mi jakiś kwadrans, zrobię make up i będę jak nowa – obiecałam i zniknęłam w łazience. - Co ty jej powiedziałeś? - usłyszałam tylko, jak mama pyta tatę. - Samą prawdę. Wszystko po kolei. - Mam nadzieję, że teraz wszystko będzie już dobrze – życzyła sobie mama.
Wyciągnęłam z torebki podkład, puder, cienie do powiek, mascarę oraz błyszczyk do ust. Na szczęście było w tym domku letniskowym wszystko dostosowane dla mojego wózka, bo dość często właśnie tutaj rozpoczynaliśmy lub kończyliśmy sezon grillowy. Wyjęłam również z torby chusteczki do demakijażu, które zawsze sobie pakowałam. Zmyłam się. Spokojnie nałożyłam na nowo podkład i puder. Później wymieszałam cienie do oczu i również je nałożyłam. To samo zrobiłam z mascarą i błyszczykiem. Dopiero z takim makijażem wyszłam do ludzi, uprzednio jeszcze sprawdzając w lustrze, czy nie muszę poprawić włosów. Wyszłam z domku i skierowałam się do stołu, za którym siedział Piotrek. Reszta moich gości była albo na parkiecie, albo w bliżej nie określonych miejscach. - Coś długo cię nie było – zagadnął mnie. - Coś się stało? - zapytał. - Jasne. Bez tego byłoby nudno – powiedziałam bez mrugnięcia okiem jednak mężczyzna wiedział, że nie trzeba drążyć tematu. - Zatańczymy? - zapytał. - Czemu nie – odpowiedziałam. - Ty wiesz, z kim jak z kim, ale z tobą jeszcze nigdy nie tańczyłam – powiedziałam, gdy „szliśmy” na parkiet. Prowadził mnie w tańcu. Było cudnie. W