Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

podroze · 31 min czytania

Majówka 2006 - wyprawa na Śnieżkę

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Majówka 2006 - Śnieżka{/b}

Wiosna przyszła ponad miesiąc temu otulając miasto i okolice ciepłem złocistego słońca. W parkach można było dostrzec świeżą woń kwitnących kwiatów i żywy śpiew ptaków. Oto zbliżał się maj… Jak co roku zbliżało się święto, święto naszego z Joanną związku, bowiem to kiedyś w maju wszystko zaczęło się na poważnie. Początek maja jest rocznicą powstania naszego związku. To się zaczęło trzy lata temu w maju, w górach Beskidu Małego i Śląskiego. I tak już pozostało. Od tamtej chwili, co roku obchodzimy Majówkę gdzieś w górach, gdzie otacza nas natura, z dala od zgiełku miasta i betonowych budowli. Tradycją stało się też to, że na Majówkę nigdy nie jedziemy sami, zawsze z kimś. Z kimś, kogo lubimy i jednocześnie z kimś, kto lubi nas. Tym razem złożyło się tak, że na majówkę wybraliśmy się z przyjaciółmi - z Pawłem zwanym także Bananem i z jego dziewczyną Anią zwaną Anisią. Celem turystycznym majówki miały być góry Sudety i ich najwyższy szczyt w paśmie Karkonoszy - Śnieżka(1603m.npm.). Tym razem rozpoczęliśmy majówkę wcześniej niż zazwyczaj, bo 29 kwietnia. Akurat ten dzień w tym roku był sobotą. Ania i Paweł mieszkają w Rudzie Śląskiej i właśnie z tej miejscowości przyjechali do Chorzowa, gdzie mieszkam ja Lucjan i gdzie mieszka moja dziewczyna Joanna. Najpierw przyjechali po Joannę, a później po mnie. Początkowo byliśmy umówieni tak, że pod dom Joanny ja miałem przyjść i to stamtąd mieliśmy wyruszyć, jednak że padał rzęsisty deszcz, poprosiłem by po mnie przyjechali. Tak też się stało, cała trójka była punktualnie. Dla mnie i dla mojej dziewczyny Aśki była to nasza pierwsza wspólna majówka, na którą wybraliśmy się samochodem. Do tej pory na nasze wspólne majówki jeździliśmy pociągami. Samochodem, który nas wiózł, był białego koloru stary Ford Eskort należący do Anisi i Banana. Samochód ten jest nam dobrze znany, gdyż na wiele wycieczek już nas zawiózł, choć nigdy wcześniej nie na wycieczkę, która miałaby miano majówki. Samochód ten nazywał się Hugo. Tak, miał swoje imię, które nadali mu nasi przyjaciele. Mają bowiem w zwyczaju nazywać samochód który posiadają, i tak poprzedni ich samochód - maluch - nazywał się Tabalunga. Deszcz mocno padał, niebo było ciemne, powietrze muskało chłodem. Hugo zaś dzielnie mknął autostradą A4 w kierunku Wrocławia i jednocześnie ogrzewał nas ciepłem swego rozpalonego do białości silnika. No, może trochę przesadziłem. Chyba we wszystkich była jakaś obawa dotycząca pogody, że np. ulewa zniweczy nasze plany, że w przemoczonych ubraniach nie będzie sensu wchodzić na tak wysoką górę itp. Trzeba jednak pamiętać, że na każdej majówce ostatnich lat, na której byliśmy z Asią, i na której pogoda płatała nam różne figle, w ostateczności stawała się nam życzliwa. Tak było podczas naszej pierwszej majówki w dwutysięcznym trzecim roku, tak było też rok później. Kluczem do życzliwości pogody była wówczas głęboka wiara w tą życzliwość. Pamiętam jak wtedy wzbudzałem w sobie głębokie uczucie wiary w śliczną słoneczną pogodę. Inni chyba też uwierzyli, bo pogoda mile nas wtedy zaskoczyła. Tak samo postąpiliśmy w dwutysięcznym czwartym roku z Bananem, kiedy to na Hali Miziowej zastała nas ulewa a my chcieliśmy wędrować dalej. Przystanęliśmy wówczas pod drzewem i zaczęliśmy wzbudzać w sobie tę wiarę, że deszcz przestanie padać i pozwoli nam kontynuować wędrówkę w promieniach słońca. Mimo, że nic tego nie zapowiadało, dokonał się cud i po dziesięciu minutach, które spędziliśmy pod drzewem, z za chmur wyszło słońce, które już pozostało do końca dnia. Cóż mieliśmy do stracenia tym razem, kiedy to mknęliśmy bezpiecznie samochodem? Chyba nic. Więc gdzieś mniej więcej w połowie drogi zamknąłem oczy, bardziej się uspokoiłem i przywoływałem "duszki słonecznej pogody". Banan jako kierowca nie mógł zamknąć oczu, jednak wierzę, że w głębi duszy i on wierzył, że pogoda stanie się naszym sprzymierzeńcem a nie wrogiem. Słońce wprawdzie nie wychodziło, jednak deszcz ustawał i jak się później okazało dał nam spokój do końca dnia. Dodam jeszcze, że prognozy pogody nie były takie optymistyczne - miało być pochmurno i deszczowo - od tej pory było tylko pochmurno. Po drodze zatrzymaliśmy się obok przydrożnej toalety, gdzie trochę rozprostowaliśmy kości. Po kwadransie ruszyliśmy dalej w kierunku Karkonoszy, w kierunku Karpacza. W samym Karpaczu byliśmy przed godziną czternastą. Po znalezieniu parkingu, zabraliśmy swoje plecaki i ruszyliśmy w drogę. Miasteczko otoczone było pięknem malowniczych gór, co sprawiało, że przyjeżdżało tu mnóstwo turystów. Główna uliczka Karpacza była przepełniona ludźmi. Asia w jednym z drewnianych domków, kupiła sobie dwa gofry, którymi się ze mną podzieliła. Gdy natomiast przechodziliśmy obok restauracji o nazwie Kolorowa, Aśka zażartowała, że w tej restauracji mogą jeść ludzie o różnych kolorach skóry. W tym momencie zobaczyliśmy czarnoskórego mężczyznę idącego chodnikiem. Sytuacja była niesamowita o tyle, że podczas tej majówki ani razu już więcej nie ujrzeliśmy żadnego człowieka o kolorze skóry innym, niż biały… Czyżby natychmiastowa kreacja? Im dalej szliśmy, tym wyżej byliśmy, uliczka ciągle bowiem prowadziła w górę. Chwilę przerwy zrobiliśmy sobie przy zaporze. Następnie poszliśmy dalej, a ja pytając jednego miejscowego, utwierdziłem się w tym, że idziemy dobrze, w kierunku Świątyni Wang - to ona miała być naszym pierwszym celem w drodze na Śnieżkę. Po drodze mijaliśmy wiele drewnianych budek z pamiątkami. Przy jednej z nich oglądaliśmy drewniane aniołki na różne okazje. Po dwóch godzinach od startu znaleźliśmy się przy Świątyni Wang, do wnętrza której jednak nie można było wejść, ze względu na ślub, który się tam odbywał. Świątynia Wang została zbudowana w XII wieku w Norwegii(w miejscowości Vang), skąd została przeniesiona do Karpacza. Materiałem, z którego była zbudowana była sosna. Nie wszystkie elementy świątyni są oryginalne. Dziełem miejscowych budowniczych są szczyty dachów z głowami smoków i granitowa dzwonnica obok kościoła. Bardzo ciekawa jest konstrukcja architektoniczna świątyni z kolumnami, z rzeźbionymi kapitelami i zdobionymi portalami. Wokół świątyni znajduję się symboliczny cmentarz i rzeźba przedstawiająca wskrzeszenie Łazarza. Świątynia służy Luteranom do dziś, czego dowodem była uroczystość ślubna, na którą trafiliśmy. W tym miejscu ujrzeliśmy też dziwnie wyglądającego turystę, w czapce, z brodą i w japonkach, które miał włożone na bose stopy… Zobaczyliśmy też tajemniczą postać Ducha Gór, za którego był przebrany jakiś mężczyzna, który po prostu zarabiał, na tym że można było sobie z nim zrobić zdjęcie. Legendy mówią, że Duch Gór był muskularnym starcem z długimi siwymi włosami i z brodą, a w ręku trzymał wielki drewniany kij. Ludzie nazywali go Liczyrzepą, Rzepiórem, Rzepoliczem lub Karkonoszem. Legendy na temat Ducha Gór powstały w Sudetach około tysiąca lat temu. Uważano, że jest to jakaś tajemnicza demoniczna i diabelska postać. I tak np. Schwenckfeldt pisze o nim: nie zrobi nikomu krzywdy, chyba że ktoś się zeń śmieje, drwi lub pragnie go ujrzeć, wtedy napełnia powietrze nagłą, nieoczekiwaną burzą, grzmotami, błyskawicami, gradem i ulewą. Dodaje jednak: choć wielokrotnie byłem w tych górach i schodziłem je wzdłuż i wszerz, a nawet noce w nich spędzałem, to jednak niczego podobnego nie spotkałem. Po chwili zwiedzania i odpoczynku ruszyliśmy dalej. Kupiliśmy bilety wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego i przekroczyliśmy jego granicę. Kupiliśmy też na wszelki wypadek peleryny przeciwdeszczowe. Brukowana droga prowadziła w górę coraz bardziej zalesionym szlakiem. Po godzinie wędrówki zaszliśmy do kolejnego pośredniego punktu naszej wyprawy - do Polany. Byliśmy wówczas na wysokości 1067m. npm. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę a gdy spoglądaliśmy wysoko w góry, widzieliśmy jak są one spowite gęstymi białymi chmurami. Zajrzeliśmy jeszcze do mapnika, po czym przeszliśmy mostkiem dalej mijając rzeczkę. Szlak zdecydowanie skręcił w las a my tym samym zeszliśmy z wybrukowanej drogi. Już nie było tyle zielonej trawy ile wcześniej. Na tej wysokości cała roślinność pokryta była śniegiem, co dało się odczuć także po tym, że i temperatura tutaj była zdecydowanie niższa. Wtedy też po raz drugi ujrzeliśmy tego dziwnie wyglądającego turystę w japonkach, z bosymi stopami, wędrującego po zaśnieżonym szlaku. W którymś momencie trzeba było ominąć szlak, ze względu na niebezpieczeństwo lawinowe pierwszego stopnia, w skutek czego ta część szlaku była zamknięta. W pewnym momencie nie wiedzieliśmy czy skręcić w lewo czy w prawo, by dojść do schroniska Samotnia. Wyciągnąłem z kieszeni wahadło radiestezyjne i zapytałem. Wskazało, że w prawo. Banan też miał takie przeczucia. Wybraliśmy zatem tę ścieżkę i po jakimś czasie okazało się, że dobrze zrobiliśmy bo na drzewie znów zobaczyliśmy niebieski kolor naszego szlaku. W drodze do Samotni dane nam było podziwiać przepiękne góry a także zamarznięty staw przy Samotni, przypominający Morskie Oko. Cała droga do Samotni z Polany zajęła nam przeszło godzinę. Tutaj zamówiliśmy sobie gorącej herbaty i podbiliśmy swoje książeczki Górskiej Odznaki Turystycznej. Zakupiłem też pamiątkową odznakę schroniska, które niedawno zacząłem kolekcjonować. Tutaj też Paweł przypomniał mi, iż to właśnie w tym schronisku, co roku znany podróżnik Pustelnik, w sylwestrową noc, licytuje różne przedmioty na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zresztą na drewnianej ścianie przy bufecie dostrzec było można kilka numerów czasopisma o górach Nad Poziomem Morza, które ten podróżnik redaguje. Chwilę jeszcze posiedzieliśmy, po czym poszliśmy dalej. Im wyżej byliśmy, tym mniejsze było schronisko Samotnia i zamarznięty obok niego staw. Wykorzystywaliśmy te momenty na robienie ciekawych fotografii. Po kwadransie byliśmy już w ostatnim punkcie zaplanowanym na dzisiejszy dzień - w schronisku Strzecha Akademicka na wysokości 1258 m. npm. To tutaj mieliśmy zarezerwowany nocleg w czteroosobowym pokoju z umywalką. Tutaj też tradycyjnie podbiliśmy sobie książeczki GOT a ja zakupiłem kolejną pamiątkową odznakę. Później pościeliliśmy i połączyliśmy łóżka, tak że zrobiło się jeszcze przytulniej. Ciepły prysznic natomiast wypłukał z nas zmęczenie. Banan tego wieczoru wykonał kilka ćwiczeń Hatha Jogi - jego wytrwałość i konsekwencja wzbudziły we mnie podziw. Jeśli każdego dnia tak ćwiczy żadna choroba się go nie chwyci a jeżeli nawet, to pokona ją. Przed snem czytał jeszcze na głos książkę Ciało Mentalne. Niedługo po kolacji poszliśmy spać. Gdy zbudziłem się rano, przez okno zobaczyłem spadający z nieba drobny wiosenny śnieg… To już zapowiadało naszą niesamowitą wyprawę. Tak naprawdę śnieg, który prószył wcale nie był wiosenny. Na tej wysokości w Karkonoszach nie było najmniejszego śladu wiosny. Wszystko pokryte było blisko metrową pokrywą śnieżną. Na szczęście byłem odpowiednio przygotowany do tej wędrówki i markowe śniegowce chroniły mnie przed zimnem i wilgocią. Asia też takie miała. Ania też miała dobre buty i nieprzemakalną kurtkę. Banan miał mniej szczęścia, gdyż był w butach, które niedawno gdzieś znalazł… Przed śniadankiem powahałem sobie jeszcze wahadłem nad głową dla wzmocnienia a Banan zrobił mi zdjęcie na dwa sposoby. Jedno, na którym widać wirujący ruch wahadła i drugie na którym widać jakby to wahadło było zatrzymane. Po śniadaniu zdaliśmy pokój w bufecie schroniska i zaczęliśmy dalszą wędrówkę. Aśka ubrała stuptuty i włożyła zakupioną wczoraj pelerynę, ja wolałem zachować swoją na kiedy indziej. Śnieg padał, mgła była coraz gęstsza, a widoczność coraz słabsza. My podążaliśmy szlakiem w górę, w kierunku Spalonej Strażnicy, a na ścieżce wzdłuż niego powbijane były pale, prawdopodobnie po to, żeby ludzie się nie stracili wędrując w takiej mgle. Tego dnia jednak w okolicach Śnieżki zgubiła się wycieczka z Warszawy, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy. Po czterdziestu pięciu minutach byliśmy już przy Spalonej Strażnicy. Państwo, którzy byli za nami, zrobiło całej naszej czwórce pamiątkowe zdjęcie. Potem ruszyliśmy dalej grzbietem góry w coraz to większej mgle. Prowadziły nas pale. Ta cała tajemnicza mglista otoczka sprawiała, że czułem się jakby gdzieś w jej głębi lub też za tą mgłą było morze… Było to niesamowite uczucie. Wędrując dalej, po lewej stronie zobaczyliśmy jakąś górę, którą na początku wzięliśmy za Śnieżkę. Prawdziwa Śnieżka była wówczas pokryta tak gęstą mgłą, że nie mogliśmy dostrzec nawet jej konturów. Po jakimś czasie w oddali ujrzeliśmy dom, który jednak po chwili zniknął. Wiedziałem jednak, że to nie żadna fatamorgana a po prostu mgła. Zapytałem Aśki czy widzi ten dom, na co odparła: - jaki dom? Przecież niczego tam nie ma. To tylko mgła płatała nam takie figle. Po chwili znaleźliśmy się przy tym domu, który okazał się schroniskiem. Było to schronisko Dom Śląski położone na wysokości 1394m. npm. na Przełęczy Pod Śnieżką. Tutaj zrobiliśmy sobie małą przerwę na odpoczynek. Stąd czekała nas już bezpośrednia wędrówka na samą Śnieżkę, którą już było od czasu do czasu widać w zależności od przesuwających się przez nią mglistych chmur. Momentami udało się także dojrzeć kontury schroniska na Śnieżce, które pełni także funkcję stacji meteorologicznej. Tutaj droga zaczęła prowadzić o wiele bardziej pod górę niż dotychczas. Tutaj także było więcej ludzi, którzy z różnych stron, różnymi szlakami przybywali by zdobyć Śnieżkę. Droga na szczyt zabezpieczona była łańcuchami, których można było się trzymać - było bowiem bardzo ślisko. Mieliśmy to szczęście, że wędrowaliśmy przez ten fragment szlaku z jakąś większą grupą, którą prowadził przewodnik, który co chwilę przystawał i opowiadał wiele ciekawych rzeczy. Opowiedział np. o krzyżu, który mijaliśmy, że został postawiony na pamiątkę śmierci dwóch czeskich ratowników. Opowiadał też o grupie dwudziestu czterech osób, z których dziewiętnaścioro zginęło w lawinie w tej okolicy. Droga była kręta i zamglona, nie można było podziwiać rozległych widoków, mimo rozstawionych co jakiś czas punktów widokowych. Widoczność sięgała kilku metrów. Wędrowaliśmy w chmurach. Mnie się to podobało - fajnie jest mieć głowę w chmurach! Na szczyt Śnieżki - położonym na wysokości 1603m. npm. - doszliśmy dokładnie w godzinę i dziesięć minut. Tutaj mgła, choć trudno to sobie wyobrazić, była jeszcze gęstsza. To już nie była mgła, to już nie były chmury, to było mleko! Weszliśmy do schroniska w kształcie spodka UFO, gdzie znaleźliśmy ostatnie wolne miejsca przy stole. Tam oczywiście podbiliśmy pieczęcie. Ja kupiłem sobie odznakę, tutaj Anisia i Banan też sobie kupili. Asia natomiast wyciągnęła kupon konkursowy, w którym mogła zdrapać jedno z kilku pól. Zapytała Banana i mnie czy nie sprawdzilibyśmy jej wahadłem, pod którym może kryć się nagroda zakładając, że w ogóle jest ukryta w tym kuponie. Banan sprawdził pierwszy, ja drugi. Wskazaliśmy różne pola choć sąsiadujące ze sobą. Asia wybrała moją propozycję gdyż jestem jej chłopakiem. Niestety nie było tam wygranej. Sprawdziła zatem propozycję Banana. Tam też nic nie było. Zdrapała wszystkie i… Niestety ten kupon nie był zwycięski. Dziwnie na nasze wahadłowe zabawy patrzała jedna pani siedząca przy tym samym wielkim drewnianym stole, co my. Pewnie byliśmy dla niej takimi samymi dziwakami jak

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Majówka 2006 - wyprawa na Śnieżkę — czytnik · opowiadania