Inne · 13 min czytania
Makaron
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Piotrek nie pierwszy raz to robił. Trzymał w ręku puszkę z czarną farbą i wprawnymi ruchami obrysowywał wielki napis na murze otaczającym zajezdnię metra na Kabatach. Napis jaki obrysowywał (fachowo nazywa się to „outline”) brzmiał: „MaKaRoN.” Piotrek był w tym dobry i wiedział o tym. Znany w całym mieście, zostawił swój ślad już w prawie każdej części Warszawy. Malował dużo i w zasadzie wszędzie – w pociągach, w tunelach, w podziemiach, na blokach mieszkalnych, czasem nawet na chodniku.
Jego obecne graffiti składało się z liter narysowanych w charakterystyczny dla Makarona sposób. Wystrzępione litery, ostre kolory. Makaron – to była także jego ksywka, jaką nadali mu jego koledzy (ziomale – tak do siebie mówią wszyscy w jego środowisku) i – jak to bywa z ksywkami – nikt nie wiedział skąd ona pochodziła. Zresztą w stanie w jakim jest Makaron i większość jego kolegów pamięć ma się krótką. Makaron z ekipą w życiu (przynajmniej w tym jakie pamięta) robi dwie rzeczy: ćpa i maluje graffiti.
Nie było w zasadzie narkotyku, którego nie brał Piotrek. Marihuana, hasz, kwas, amfetamina, koks – prawie wszystko, co dostępne. Jednak wystrzegał się heroiny – w jego środowisku zażycie heroiny jest źle widziane. Ciągłe zgony, zejścia, picie z ćpaniem – Makaron jest typowym polskim nastolatkiem.
Teraz, jeszcze pod lekkim wpływem jointa, którego spalił przed godziną, Makaron dokonywał aktu, zwanego przez niektórych wandalizmem, który polega na bazgroleniu po murze. Miał nadzieje, że dużo ludzi będzie tędy przechodzić i choć jednej osobie przynajmniej na chwilę przez głowę przemknie pytanie: „kto to jest, ten Makaron?” Czas miał pokazać, że nikomu to pytanie do głowy nie przyjdzie, bo następnego dnia rano cały mur zostanie odmalowany i dzieło Makarona przykryte zostanie warstwą białej, nijakiej farby.
Część 22 / 2
Dzisiaj Makaron maluje sam. Zwykle robi to większą grupą, w ekipie. Często ich malowanie przywodzi na myśl zorganizowane akcje jednostek specjalnych. Pod osłoną nocy – chłopaki kołują drabiny, liny i litry farby i malują gigantyczne graffiti na murach. Tym razem Piotrek jest sam. Obudził się o drugiej w nocy, zachciało mu się palić jointa i zrobić jakiegoś wrzuta. Tak też uczynił. Jego rodzice oczywiście spali, wstając słyszał pochrapywanie swojego styranego ojca. Wszedł do kuchni, w której śmierdziało papierosami, które setkami palił jego tata. W lodówce nie było prawie żadnego jedzenia, poza kilkoma plastrami nieświeżego sera. Napił się mleka i wrócił do swojego pokoju. Spod dywanu wygrzebał małą plastykową torebeczkę, wielkości pudełka od zapałek, wypchaną trawą. Sięgnął ręką głębiej pod dywan. Tym razem w jego dłoni znalazła się większa, płaska torebka, w której znajdowały się bibułki i trochę tytoniu. Wymieszał tytoń z zielskiem, wyćwiczonym ruchem ręki ułożył go na zgiętej bibułce, poskręcał trochę, polizał delikatnie pasek z klejem, znajdujący się na bibułce, skręcił wszystko i joint gotowy. Zajęło mu to dosłownie chwilkę. Schował go do kieszeni swoich szerokich spodni. Wyjął z szafy plecak, który przy poruszaniu wydawał charakterystyczny, słodki dla ucha grafficiarza odgłos metalowych kuleczek, znajdujących się wewnątrz puszek z farbą. Przerzucił go delikatnie przez ramię, uważając by nie obudzić rodziców i cichutko wymknął się na klatkę. Jeszcze wewnątrz bloku zapalił jointa i pewnym krokiem opuścił blok. Pokręcił się chwilkę koło metra na Kabatach i w końcu znalazł dogodne miejsce, na którym umieścić miał swoje dzieło. Obnosił się z tym planem już od jakiegoś czasu. Wiele razy rysował swoje graffiti na kartce, dopracowując szczegóły swojego dzieła.
Właśnie kończył, dokonywał w swojej pracy ostatnich poprawek, gdy dosłyszał jakieś głosy. obrócił się lekko przestraszony. Było dosyć ciemno, jedyne światło jakie miał, to latarka, którą przyniósł z domu. Zgasił ją natychmiast i zaczął nasłuchiwać. Bał się że to policja, za malowanie na murach grozi bowiem spory mandat. Już go parę razy złapali, nie raz uciekał przed policją. Mur, na którym malował był wysoki. Tuż przy nim, w zasadzie wzdłuż niego przebiegał wał, usypany w (przynajmniej dla Makarona) nie wiadomym celu. Aby dojść do podstawy muru, trzeba było zejść do niego po stromym zboczu wału. Gdy Makaron zgasił latarkę, ogarnęła go ciemność. Nie mógł nic zobaczyć, przed sobą miał wał, nie widział żadnych świateł. Nasłuchiwał. ewidentnie słyszał jakieś kroki. Szybkie. Zbliżały się one do niego, ktoś szedł górą wału w jego stronę. Po chwili zobaczył nad sobą jakąś sylwetkę, która mignęła mu na tle nieba i po chwili oddaliła się. Makaron się uspokoił, pomyślał, że to jakiś pijaczyna. Lecz mimo wszystko postanowił, że wróci nie wałem, lecz pomiędzy nim, a murem. Szybko dokończył graffiti i oddalił się, przedzierając się przez rzadkie krzaki rosnące koło muru.
Kiedy szedł, zobaczył w oddali, tuż przy murze jakieś światło. Zbliżył się jeszcze trochę i dostrzegł małe, dogasające ognisko, a przy nim jakąś młodzież. Nikogo z nich nie znał. Makaronowi mimowolnie przez myśl przebiegł obraz traperów, którzy odpoczywają przy ognisku po całym dniu podróży i jedzą upieczone karibu. Goście gadali, pili coś, co z daleka wyglądało na wódkę i palili trawę. nie zdziwiło to Makarona zbytnio. Nagle zorientował się, że koło niego stoi jakiś koleś, odwrócony twarzą do muru i gada coś do siebie. Ewidentnie wymiotował. Piotrek oddalił się cichutko w stronę wału i przycupnął za krzaczkiem. Poczekał aż koleś wyrzygał co miał wyrzygać i wrócił do kolegów przy ognisku. Gość w czasie rzygania mówił coś o miłości. Pijacko filozofował. Musiał być zdrowo nawalony. Makaron dostrzegł, że towarzystwo przy ognisku rozochociło się i zaczęło się coraz głośniej śmiać. Krzyczeli, co jakiś czas któryś z nich wstawał, po chwili znowu siadał. Co chwilę któryś z nich szedł pod mur, aby się wyrzygać, lub wysikać. Nagle jeden z siedzących, gruby gość rzucił się na stojącego i obalił go na ziemię. Makaron przestraszył się, nie chciał być świadkiem morderstwa, lub gwałtu – jednego lub drugiego się bowiem spodziewał. Lecz nagle, z przerażeniem dostrzegł, że wszyscy się dokoła zaczęli śmiać, nawet gość, na którego rzucił się grubas. Dwóch innych stojących nad nimi rzuciło się na siebie i zaczęli się tarzać w trawie. Makarona dochodziły ryki: „Zapassssy, kurwa, zapasssssy!” Jeden z obalonych gości wyswobodził się i zaczął uciekać w stronę Makarona, śmiejąc się. Dopadł go drugi grubas z ekipy i powalił na ziemię tuż koło Makarona. Na szczęście pozostał on niezauważony. - Kurwa, mój…