Przygoda · 2 godz. 38 min czytania
Mała Afryka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
1
Przewodniczący grzmiał o złodziejach, nadużyciach i o banku centralnym. Stojąc za stałem- mównicą raz po raz wymachiwał pięścią i potrząsał lwią grzywą swoich włosów. Sala co chwile wybuchała racami oklasków . W najlepszych momentach demaskacji powszechnego spisku, co bardziej krewcy słuchacze zrywali się na nogi, rozpierani energia, aby już, zaraz, natychmiast, dorwać w ręce tych złodziei, oszustów no i bank centralny, oczywiście. Korpulentna postura przewodniczącego o czerwieniejących z nadmiaru adrenaliny policzkach panowała nad salą. Zawładnęła nią. Jak mroczny demiurg. Jak już nieraz bywało.
W wewnętrznej kieszeni marynarki Pawła Kurowskiego, cicho zamruczała komórka. - mamusia? Cześć! - ryzyka ,że przekrzyczy przewodniczącego nie było, więc mógł spokojnie rozmawiać – tak jesteśmy na spotkaniu przedwyborczym... w tym, no.... - zakrył dłonią telefon i nachylił się w stronę Viceprzewodniczącego – gdzie my właściwie jesteśmy ?... w Biłgoraju, mamusiu!.. - proszę pozdrowić Panią profesor – teraz Vice nachylił się w stronę Pawła - pozdrowienia .. i nawzajem...tak?.... no to super !!! Z pierwszego miejsca?!...Fajnie!!! A co tam u ciebie?... Jak zdrowie?...no to cieszę się. Cześć. Na razie. Schował telefon. Siedzieli w pięciu za stołem typu prezydialnego ( cokolwiek to nie oznacza ) w obskurnej sali kina w Biłgoraju ( gdzie to właściwie jest?..). Na środku krzesło przewodniczącego, po lewej stronie działacze lokalni tej niewątpliwie postępowej partii a po prawej Paweł Kurowski i Vice. - Dobre wieści? - Zapytał Vice. Był to osobnik stanowiący wizualne przeciwieństwo Przewodniczącego. Nawet przy chudym Pawle wyglądał jak anorektyk, który powinien natychmiast trafić pod kroplówkę. Jego 163 centymetry wzrostu mogły imponować wśród Pigmejek, ale w słowiańskim kraju leżącym w sercu Europy nosił, na modłę niewyrośniętych aktorów, beznadziejne “kowbojki” na obcasach.. Także do garnituru. Nawet można by go polubić, pomyślał Paweł. Chociaż to oczywiście świnia i donosiciel. Ale te kowbojki...Ręce opadają... - Rewelacyjne. Rada krajowa umieściła mnie na pierwszym miejscu listy wyborczej do sejmu w województwie - odparł - gratulacje! To wspaniale! - Vice był zawsze nieszczery i chyba tylko w rzadkich chwilach, kiedy mówił prawdę, groziło mu ,ze się zająknie lub w inny sposób da po sobie poznać zmieszanie -A w którym województwie ? - w podkarpackim...chyba... muszę jeszcze zapytać mamę. - Bardzo się cieszę, panie Pawle. Naprawdę. Ale mam nadzieje, że nie wpłynie to na plan Pana podróży ? Zawsze wie jak zepsuć człowiekowi humor, pomyślał Paweł. To wspaniały fachowiec. W naszej partyjnej pracy wręcz nieoceniony. Ale świnia i donosiciel, przede wszystkim. - to już zależy od Pana Przewodniczącego – odparł Paweł Kurowski z nutką nadziei w głosie.
- To byłoby niepoważne wobec naszych partnerów. Skład delegacji został już ustalony - Przewodniczący pozbawił go nadziei, gdy jadąc samochodem na następne spotkanie przedwyborcze Vice wspaniale wykorzystał moment, kiedy twarz Przewodniczącego wyglądała na pochmurną i podsunął mu pytanie “czy nie byłby Pan Przewodniczący łaskaw rozważyć celowości wyjazdu Pana Pawła wobec zaistniałych obiektywnych okoliczności?” Świnia, ale ma klasę , ocenił Paweł. Jeszcze dużo musze się od Vice nauczyć. - A jaki jest właściwie skład tej delegacji ? - pytając, Paweł odwracał głowę z przedniego siedzenia pasażera. Przewodniczący siedział na tylnej kanapie Volvo. Obok niego Vice. - Poleci Pan z naszym Konsultantem. Doktor prawa. Adwokat. Wspaniały fachowiec - poznacie się panowie ze dosłownie godzinę – wtrącił nadzwyczaj uprzejmie Vice – ma się z nami... to znaczy z panem Przewodniczącym! , zobaczyć na najbliższym spotkaniu w ... we Frampolu - to jeszcze Polska?... Nie chcemy przecież przejmować władzy na bratniej Ukrainie , he, he – zarechotał przewodniczący. Pozostali dwaj pasażerowie i kierowca wybuchneli głośnym śmiechem. - Bilety odbierzecie jutro w moim biurze – powiedział po chwili Vice, z trudem powstrzymując się, aby nadal nie radować się wyszukanym dowcipem Przewodniczącego. - pojutrze wieczorem wylatujecie. Przesiadka w Londynie. Następnego dnia rano będziecie już na Seszelach.... Zazdroszczę Panu.. taka wspaniała wycieczka, gdy tutaj tyle pracy przed wyborami - ale ja nie uchylam się od pracy partyjnej - ależ nie to chciałem powiedzieć. Pan mnie źle zrozumiał. Sam bym chętnie poleciał na kilka dni cudownego wypoczynku pod palmami. Ale JA niestety nie mogę... - patrz temu konsultantowi na ręce. Rozumiesz? - przerwał mu szorstko Przewodniczący – niby to nasz człowiek, ale na blokadach ze mną nie stał...Bruderszaftu termosem z nim nie piłem. Spotkacie się na Seszelach z moim sojusznikiem i przyjacielem, panem Zdzichem Klaczorowskim. Przekażecie mu dokumenty , które Konsultant dostanie w neseserze. Te papiery nie są do oglądania, tylko do przekazania Zdzichowi. Rozumiesz? - Oczywiście , Panie Przewodniczący - jak Zdzisław zrobi z nich właściwy użytek, to narobi się za granicą , zwłaszcza w Stanach sporo szumu. Poleci parę głów liberałów i komunistów i tych trzecich też.... Innymi słowy: lecicie, oddajecie i zapominacie żeście latali i oddawali. Jasne? - Tak jest. Już teraz mogę zameldować wykonanie zadania. Bo zostanie ono wykonane na sto procent. - I za to cię lubię.... - Przewodniczący mówił to już do okna. Przejeżdżali przez jakąś wioskę. Najpierw Lancia z ochroniarzami a z tyłu Volvo z przewodniczącym. Przewodniczący patrzył na wiejskie chałupy, ogródki kwitnące malwami, przydrożne rowy, w których pasły się krowy. Jakieś dwie kobiety w chustach kłóciły się głośno. Trzech pijanych chłopów próbowało naprawić rower. Grupka dzieci wracała ze szkoły. Jedno szło z tyłu. Idące z przodu, czasem odwracały się, rzucały w tamtego kamieniami pokrzykując: “Żydłak! Żydek ! Mosiek ! “
- taki piękny kraj – rzekł marzycielsko przewodniczący – to mógłby być raj na ziemi.... - A oni go rozkradają !!! - dodał po chwili normalnym już tonem.
Spektakl o złodziejach, oszustach i wilku w skórze banku centralnego zdobywał publiczność także we Frampolu. Dom Kultury trząsł się w posadach od oklasków jak serie z karabinów maszynowych i wiwatów grzmiących jak artyleria. - wodzu prowadź!!! - ojciec narodu !!! Wszyscy słuchacze na stojąco fetowali przemówienie Przewodniczącego. Vice szturchnął Pawła w bok. Jego wzrok- a w ślad za nim oczy Pawła- powędrowały do miejsca, gdzie na brzegu pierwszego rzędu sali kinowej siedział Konsultant. Korpulentny, mały człowieczek w okularach Ziewał. Studiował zacieki na suficie. Obiema rękami obejmując neseser leżący mu na kolanach.
Podłoga pod Pawłem zatrzęsła się. To wielka, buraczana postura przewodniczącego, po zakończeniu wystąpienia opadła na krzesło obok, aż deski parkietu zadrżały.
2
Podłoga drżała nadal. Paweł Kurowski ocknął się. Wyjrzałem przez okrągłe okienko. Wszystko w porządku. Jesteśmy w powietrzu. Widać jak na horyzoncie, poniżej, wstaje słońca. Lecimy na Seszele. Ja i Konsultant. Ale nie wszystko było w porządku. Na fotelu obok, Konsultant trzymał na kolanach swój nieodłączny neseser. Minę miał nietęgą. - trochę trzęsie – zagadnął Paweł- turbulencje... Konsultant patrzył na niego oczami myszy, która niespodziewanie spotkała się z kotem . I wtedy samolot na chwile ucichł. Fotele przestały się trząść. Samolot, jakby zamienił się w wielki, bezgłośny latawiec. - no i już po wszys...- zaczął młody polityk, ale dalsze słowa zagłuszyły krzyki pasażerów. Po chwili konsternacji dotarło do wszystkich, że samolot spada Silniki milczały. Samolot nieubłaganie zniżał lot. Coraz bardziej gwałtownie. Ze stolików ku sufitowi poderwały się plastikowe filiżanki i kieliszki. Czerwony obłok soku pomidorowego wzbił się nad fotelem przed Pawłem i rozpłaszczył na suficie samolotu. - O kurwa, kurwa,kurwa !!!! - krzyczał Konsultant, nie przestając zaciskać dłoni na swoim neseserze. To niemożliwe. Zaraz wszystko się uspokoi- myślał Kurowski, próbując zachować spokój – to nierealne i niemożliwe. Nie rozbijemy się. Za miesiąc mam zostać posłem na sejm. Całe , piękne, życie przede mną! Mam przecież dopiero 30 lat!! Nie mogę po prostu rozpierdolić się razem z tą kupą nielatającego żelastwa o jakąś górę kamieni w środku Afryki !!!! - nie zgadzam się !!!- wykrzyknął - o kurwa, kurwa,kurwa !!!– dodał Konsultant. Za oknem mignęło jakieś wzgórze. Zielonkawy pagórek. To już tak blisko jesteśmy?!... Samolot trząsł się od wibracji. Krzyki i piski pasażerów zlewały się w jeden jazgot. Paweł wbił dłonie w podłokietniki i zamknąłem oczy. Dobra- pomyślał – skoro tak, mówi się: trudno. Będzie jak będzie. Pudłem samolotu zaczęło trząść jakby wjechał na drogę z kostki brukowej. Oparcie fotela waliło Pawła po plecach. Poczuł jakiś swąd. Ognisko?.. Zapach rozpalanego grilla?.... Ktoś urządził sobie party z grillem?!. Moim kosztem ?!!! Dlaczego???!! - kurwa, kurwa,kurwa... - podsumował Konsultant. Paweł otworzył na chwile oczy i zobaczył jeszcze jak neseser adwokata otwiera się i zamyka. Jak z wewnątrz usiłują uciec, wzbić się w powietrze, uwięzione tam pliki banknotów. Coś strzeliło. Jakby w głowie, pod czaszką, pękł Pawłowi balon.
3.
Złoty połysk. Dużo światła. Złota poświata. Trudno patrzeć. Światło razi w oczy. Jest aż żółto wokół od tego rażącego, napastliwego światła.. Plamy przed oczami. Przesuwają się. Potrząsa głową, aby lepiej widzieć. Plamy oddalają się i przybierają postać żywej istoty. Centkowane zwierze patrzy na niego . Łeb ma podobny do psa. Takiego bezpańskiego, jakie spotyka się przy śmietnikach. Jakieś strupy na pysku. Futro jak stary dywan. Robi kilka kroków w jedną stronę, potem kilka w drugą, cały czas spode łba łypiąc w jego stronę kaprawymi ślepiami. Paweł Kurowski siedzi oparty o drzewo. Cherlawe, chimeryczne drzewko z kolcami. W pobliżu widzi jeszcze kilka takich kolczastych, niskich drzewek. Wyrastają z brunatnej, suchej ziemi. Nieliczne liście są żółtawe, umierające. Gdzieniegdzie z popękanej gleby wystają kępy wyschniętej trawy. To nie jest rajski ogród – myśli Paweł - Zatem jeszcze nie teraz. Nie w tej chwili. Jeszcze dano mi trochę czasu?... Kilka metrów od człowieka spaceruje hiena. Leniwie drobi kroczki, kręcąc się w istocie w kółko. Jakby na coś czekała.
Część 22 / 6
W oddali, pionowym słupem dymu nad buszem dopala się rozbity samolot.
4
Minęło kilka godzin od katastrofy samolotu, gdy siedzącego nadal pod akacjowcem znaleźli go Masajowie. Musiał wyglądać dziwacznie. Granatowa marynarka, biała (przynajmniej jeszcze wczoraj) koszula, rozpięty, poluzowany krawat, granatowe spodnie od garnituru, na których znać jeszcze było ślady po kantach, czarne skarpetki i jeden, skórzany pantofel na lewej noce. Nic go nie bolało. Po prostu siedział pod drzewem, nie czując potrzeby, aby się stamtąd ruszać. Dostałem kolejny prezent – tylko ta jedna myśl niestrudzenie chodziła mu po głowie – mamusia zawsze mówiła, że urodziłem się pod szczęśliwą gwiazda. Znowu dostałem prezent. Przeżyłem Nadchodzący Masajowie spłoszyli hienę. Odeszła zniesmaczona. Było ich trzech. Wszyscy owinięci czerwonymi kocami, w delikatną, czarną kratkę. Krótko ostrzyżeni. Smukli i szczupli. Każdy miał w ręce długi na około metr, wypolerowany kij z brązowego drewna a za pasem drugi, krótszy, trochę jak buzdygan z maczugowatą naroślą na końcu oraz coś, co wyglądało na pochwę mieszczącą około półmetrowej długości nóż o szerokim ostrzu. Wtedy jeszcze Paweł nie wiedział, co to panga i jaka jest ostra. - Jumbo ! - odezwał się jeden z nich - wszystko w porządku ? - dodał po angielsku - mhmm, oczywiście Stali nad nim rozmawiając w nierzozumiałym języku a Paweł, nadal siedząc przyglądał się ich butom Były to sandały, lecz wykonane z gumy. Jak mógł dostrzec, jeden z nich miał obuwie pochodzące z opony firestone a drugi pirelli. Marki obuwia trzeciego nie dał rady wypatrzeć. Na chudych, patykowatych nogach, ponad kostkami, każdy nosił po kilka kolorowych bransoletek zrobionych z nanizanych na cienki drut plastikowych kulek. Takie same bransoletki mieli na rękach. Duże, sięgające od przegubów dłoni aż po łokcie. Na szyjach wisiory zrobione z suchych nasion. Długie uszy, których rozciągnięcie wymagało niewątpliwie sporo zachodu i czasu, potwierdzało wrażenie Pawła ,że ci gentlmeni bardzo dbają o swój wygląd. - pomóc ci w czymś? - zapytał znowu ten sam, o najbardziej okrągłej twarzy - macie może wodę? - Poczekaj – powiedział drugi i oddalił się. Dwaj pozostali zajęli się znowu rozmową pomiędzy sobą. Paweł nic nie rozumiał, ale był pewien, że tematem rozmowy nie jest ich niespodziewane spotkanie w buszu. Po kilku minutach wrócił ten trzeci. Niósł w dłoni dwa małe, żółte owoce. - Masz. Jedz Paweł niepewnie wziął owoce. Podziękował, ale nie był pewien czy powinien to zjeść - Jack fruit – powiedział częstujący. Owoc był słodkawy i - co najważniejsze – bardzo wodnisty. Pragnienie rzeczywiście gasił.
- odprowadzić cię gdzieś ? - zapytał znowu ten o okrągłej twarzy. Paweł wzruszył ramionami. Gdzie mnie możecie odprowadzić? Do domu? Na mój wspaniały fotel z wysokim oparciem co stoi dwa metry przed plazmowym ekranem mojego telewizora z kinem domowym? - gdzie ? - zapytał Masaj patrzył na niego przez chwilę, jakby nie rozumiał najprostszego pytania. - chodź. Wstań – afrykańczyk wyciągnął do Pawła dłoń. Mężczyzna wstał. Otrzepałem się. Rozejrzał czy niczego nie zostawił. I wtedy dotarło do niego, że siedząc, cały czas opierał dłoń na teczce. Miał ze sobą teczkę, ale to nie była jego teczka. Dobrze, że w kieszeni mam swój portfel z dokumentami, drobnymi pieniędzmi i kartami kredytowymi na wypadek spotkania w buszu bankomatu – pomyślał Paweł – ale skąd mam tę teczkę?... Zaczynał już przypominać sobie czyj to był neseser, ale nie pamiętał dlaczego miał ją ze sobą. W odległości kilkuset metrów, nad wątłą roślinnością buszu, unosiło się jeszcze trochę dymu po niedawnej katastrofie samolotu. Tam na pewno jest policja, pogotowie, śmigłowce i samochody... A w każdym razie powinny tam być. Paweł spojrzał pytająco na Masaja , który pomógł mu wstać. Ten pokręcił głową. Cokolwiek by to nie oznaczało, Kurowski wiedział już jedno – że nie chce tam wracać. - Zaprowadźcie mnie do jakiejś miejscowości. Do jakiegoś hotelu, gdzie jest telefon. Proszę. Masaj pokiwał głową.
Spacer po buszu w jednym bucie nie należy do wielkich przyjemności. Zwłaszcza, że ziemia upstrzona była licznymi, różnego pochodzenia, od malutkich po znacznie większe – gówienek. Jak na wiejskim podwórku, które Paweł pamiętał z wakacyjnych wyjazdów do dziadków. Gdzie kury, kaczki ,gęsi i wszelka inna domowa zwierzyna srała gdzie popadnie. Tu było podobnie. Tyle, że zwierzyna nie była domowa. Klnąc pod nosem, gdy nie udawało mu się postawić skarpety w bezpiecznym miejscu szedł za przewodnikiem. Masajowie zerkali na niego czasem. słysząc polskie bluzgi i coś komentowali między sobą. Szli ścieżką przez busz, przecinającą liczne inne ścieżki. Kto je tu wydeptał? Jest ich więcej niż na trawniku przed moim blokiem – pomyślał Paweł. Ścieżka wiodła ma ogół wśród na tyle gęstych, kolczastych zarośli ,że zboczenie z niej nie byłoby mądrym krokiem. Krzaki i rzadkie drzewa nie były wysokie, jak w lesie ,ale miały wystarczającą wysokość by bardzo ograniczać widoczność. Aby zobaczyć więcej należało wspiąć się na termitiere. Niektóre miały kilka metrów wysokości. Wtedy widziało się więcej . Więcej buszu. Aż po horyzont, ograniczony z każdej strony przez dalekie wzniesienia, rozciągało się morze buszu. Żadnych dróg, kominów, zabudowań, miasta. Z pod nóg czmychały im króliki i ptaki W pewnej chwili niemal weszli na stadko żyraf. Skubały liście z drzew w odległości kilku metrów od ścieżki . Przekrzywiały swe łabędzie szyje badawczo przyglądając się przechodzącym ludziom. Masajowie nie rozmawiali z Pawłem. Nie przejawiali nim właściwie żadnego zainteresowania. Niemal bez przerwy zajęci byli zresztą rozmową między sobą. Aż do momentu gdy spotkali na ścieżce następnego Masaja. Wszyscy trzej wyraźnie się ucieszyli ze spotkania. Ten czwarty nie sprawiał wrażenia specjalnie uradowanego, a może z racji, że był wyraźnie młodszy nie wypadało mu okazywać zadowolenia. Kto ich wie, jakie mają zwyczaje?... i co ten młody niesie w zawiniątku pod pachą? Napotkany Masaj niósł pakunek wielkości ludzkiej głowy. Coś, zawinięte w skórę kozy i szczelnie zawiązane. Tubylcy kilka minut rozmawiali, pozwalając Pawłowi odpocząć. Kusiło go aby usiąść, kucnąć przynajmniej, dać odpocząć nogom nieprzyzwyczajonym do długich spacerów (zwłaszcza w jednym bucie). Ale zdawał sobie sprawę, że białemu człowiekowi nie wypada okazywać słabości. Po kilkuminutowym postoju ruszyli dalej. Wszyscy, razem z Masajem, który niósł dziwny pakunek. Instynkt podpowiadał Pawłowi, że zmienili kierunek marszu. Ale nie mógł być tego pewien, skoro nie wiedział dokąd szli wcześniej i w jakim kierunku powinni iść. Jednak wrażenie, że coś uległo zmianie, pozostało.
W trakcie marszu przez busz Paweł powoli odzyskiwał swoją normalną sprawność umysłową. Samolot rozbił się. Byłem uczestnikiem tej katastrofy. To zdarzyło się na pewno – myślał – mimo poczucia nierealności tego marszu przez busz w jednym bucie i towarzystwie czterech ubranych w czerwone koce Masajów, pewne zdarzenia miały miejsce z całą pewnością. Jak katastrofa samolotu. Jak fakt, że niosę w ręce teczkę, która nie jest moją teczką. Dlaczego to robię i co powinienem zrobić? Powinienem jak najszybciej dostać się do telefonu ( czy ci czterej wiedzą co to jest telefon?... Prosiłem aby zaprowadzili mnie do miejsca gdzie jest telefon, ale czy oni wiedzą co to jest telefon?..). Powinienem zatelefonować do mamy. Przede wszystkim do mamy, bo przecież mama zawsze i wszędzie musi wiedzieć wszystko co synek robi... . Potem zadzwonić do Przewodniczącego. Powiedzieć co i jak. A swoja droga, gdyby mama tak się do wszystkiego nie wtrącała to pewnie nie byłbym nadal kawalerem... może ta Marta nie była wcale taka beznadziejna?... To już nieważne. Nie o tym miałeś myśleć, Pawełku, co urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdką. Telefon do Przewodniczącego. To jest ważne. To moja przyszłość i kariera. - Pierdolę to. Ta myśl zatrzymała go nagle. Stanął w miejscu. Masajowie przystanęli i zerkali na niego, co się stało. Skąd taka przewrotna, anarchistyczna myśl? To śmieszne. Nigdy nie miałem takich myśli. ( Paweł poprawił sobie jedynego buta i dał znać ,że wszystko jest już o.k. ) To musi być skutek szoku pourazowego. Tak jak fakt ,że nie pamiętam niektórych zdarzeń. Szok pourazowy. Oraz szok spowodowany tym nierzeczywistym spacerem przez dziką Afrykę w towarzystwie facetów o długich uszach, co noszą buty zrobione z opon samochodowych. Zaraz dojdę do siebie. Zauważył, że otoczenia zaczyna się zmieniać. Roślinność stała się bardziej zielona, gęstsza i wyższa. Po chwili to już był prawdziwy las. Ścieżka z płaskiej , zamieniła się w drogę pod górę. W gałęziach drzew słyszał jakieś poruszenie. Coś tam szeleściło, skakało. Stromym szlakiem doszli do miejsca, gdzie była niewielka pieczara wydrążona w skale. Głęboka na trzy metry. A przed pieczarą mały plac udeptanej ziemi, ogrodzony ułożonym tam, wysokim na ponad metr ostrokołem z usychających, kolczastych gałęzi. Na środku placu popiół zdradzał miejsce paleniska. Masajowie przykucnęli wokół tego miejsca. Paweł z ulgą uczynił to samo, ale w pewnej odległości od nich. Czuł się w tym miejscu bardzo nieswojo. Poza hałasem w gałęziach drzew słyszał też coś co przypominało szum rzeki - woda? - zapytał Masaj o okrągłej twarzy – chcesz pić wody? Paweł pokiwał głową. Marzę o tym..... Masaj wszedł do pieczary, wziął stamtąd dużą, plastikową butelkę, która już wielokrotnie była napełniana i opróżniana, co zdradzała jej dziwna, żółtawa barwa i kształty odbiegające od niegdysiejszych, gdy była jeszcze młodą, zgrabną butelką z coca-colą i poszedł do rzeki po wodę. Mimo pewnych, zrozumiałych oporów Paweł napił się wody. Nie tyle, ile by chciał, ale przynajmniej by ugasić pragnienie. Kilka łyków. Potem zaproponował butelkę Masajom. Też wypili po kilka małych łyków.
Inny z Masajów poszedł do jaskini. W jej kącie było miejsce skąd odrzucił gałęzie , przesunął kilka niewielkich kamieni i wyjął dwie następne plastikowe butelki PET. Tym razem pełne. Zawierały zielonkawy, mętny płyn. Odkręcił jedną i podał z uśmiecham Pawłowi. Ten grzecznie odmówił. Masaj nie nalegał. Wypił duży łyk płynu, co przypominał wodę z zaniedbanego akwarium i podał kolegom. Smakowało im to bardziej niż woda. Gdy zaproponowali Pawłowi raz jeszcze, już nie odmówił. Wziął w usta niewielki haust Było to słodkawo-kwaśne. Jak młode, domowe wino, którego smak pamiętał z dawnych studenckich czasów, ale z posmakiem miodu. To musi być alkohol. Jeszcze jeden większy łyk nie zaszkodzi. Przecież alkohol działa dezynfekująco. - sukuru buratina – powiedział Masaj o okrągłej twarzy – nasz napój. - Dobry – odparł Paweł Młody Masaj , którego spotkali po drodze położył swój pakunek na ziemi. Z pochwy za pasem wyjął półmetrową pangę i jak brzytwą przeciął nią wiązanie. Niemal ich nie dotykając. Na widok skuteczności płaskiego, cienkiego ostrza pangi Pawła przeszedł dreszcz. Z zawiniątka ze skóry rozlała się krew. Wyciekła i wsiąkła w ziemię. W pakunku było surowe, świeże mięso. Masajowie coś komentowali między sobą. Kurowski poczuł się nieswojo. On też był przecież tylko kawałkiem mięsa. Może tamtego mięsa jest za mało?... Może potrzebują więcej mięsa?.. Może jeszcze nie wszyscy tu obecni zapomnieli, że czas kanibalizmu już minął?... Tak jak minął wiek niewolnictwa. Chyba nie pomyślą, że człowiek z Polski może mieć cokolwiek wspólnego z ich dawnymi krzywdami?!!...
Na szczęście afrykańczycy sprawiali wrażenie jakby o nim zapomnieli. Krzątali się po placyku. Każdy miał jakieś zajęcie. Jeden znosił suche kawałki drewna. Inny strugał z gałązek zaostrzone, około półmetrowe kije. Młody, przy pomocy swojej pangi, ciął mięso na podłużne paski. Srebrzyste ostrze złowieszczo ociekało krwią. Czwarty przyniósł z jaskini garść suchej trawy, jakieś kawałki drewna i dużą porcje zasuszonych odchodów zebry lub innej sporej antylopy. Masaj wyjął z pochwy pangę, położył ją na ziemi. Na niej ułożył płaski, suchy kawałek drewna. Dwa jego końce przycisnął do ziemi kolanami. Wziął do ręki około półmetrowej długości kijek, oparł jego koniec o płaskie drewienko i zaczął kręcić kijem trzymając go w dłoniach. Paweł pożałował, że rzucił palenie i nie ma zapalniczki. Przecież zapalenie ognia w taki sposób potrwa wieki, jeżeli wogule się uda.. Sam, jako dziecko, nieraz próbował. Nigdy się nie udawało. Przyjął zatem do wiadomości, że jest to jedno z wielu kłamstw edukacyjnych, jakimi faszeruje się dziatwę w szkołach. Był mocno zdziwiony, gdy dosłownie po kilkunastu sekundach na płaskim drewienku pojawił się dym. Niebieskawy, słaby dymek. Masaj przestał kręcić kijem., Wziął do ręki gówienko antylopy, przełamał je i podsuwając do tlącego się drewna, delikatnie chuchał. Na wyschniętych, brązowawych odchodach pojawiły się czerwone iskierki. Masaj dmuchał z wielką delikatnością i wyczuciem, pieszcząc w dłoniach żarzące się gówienko. Gdy rozżarzyło się na dobre, wetknął je pomiędzy suche trawy, w miejscu przeznaczonym na ognisko. Trawy zajęły się ogniem. Paweł patrzył zafascynowany. Jakby zobaczył cud. Coś, w co przestał wierzyć jeszcze w dzieciństwie, okazało się prawdą. Jasną i oczywistą jak płomień prawdą.. Przypomniał sobie mit o Prometeuszu. Wypita sukuru buratina szumiała w głowie. Może to ja jestem współczesnym Prometeuszem ? Uratowanym Prometeuszem. Dzieckiem szczęścia. Ocalonym z katastrofy , której nie powinienem przeżyć, aby ponownie odkryć ogień. Nowym Prometeuszem. Odpowiednim dla obecnych czasów...- Mimowolnie popatrzył na leżącą obok teczkę Konsultanta – coś mi mówi, że w tej teczce czai się materiał na okazały stos... W głowie Pawła zaczął kiełkować przewrotny plan.
Najmłodszy Masaj nawlókł paski mięsa na cienkie kijki. Powbijał je w ziemie wokół ogniska. Wszyscy zasiedli przy niewielkim palenisku. Butelki zielonkawej sukuru buratiny przechodziły z rąk do rąk. - mam na imie Saytoti – Masaj o okrągłej twarzy usmiechnął się do Pawła – a ty ? - Paul - Kalembu, Gayoko, Anru – przedstawili się pozostali . - Jutro dojdziemy do miasta, Paul - jutro? - Dzisiaj przed nocą już nie zdążymy - będziemy spali tutaj ? - Paweł z niedowierzaniem wskazał na jaskinię - tak – odpowiedział Saytoti rozbrajająco szczerze.
Mięso , które Masajowie upiekli przy ognisku było twardawe i rozpaczliwie wołało o sól. Bezskutecznie. Paweł zapytał co to za mięso i szybka pożałował tego pytania. Usłyszał odpowiedź ale jego skromna angielszczyzna nie pozwalała na zrozumienie jakie zwierze mieli tubylcy na myśli. - Niama cioma , tak to się nazywa w swahilii- dodał Saytoti - niama cioma, ładnie Był tak głodny, że rozszarpał zębami i przeżuł wszystko co mu podali. Nie było tego wiele, ale na zaspokojenie głodu wystarczyło.
Wypita sukuru-buratina pozwoliła mu łatwo zasnąć w kącie jaskini. Neseser podłożył pod głowę, a marynarki próbował użyć jak koca. Ale i tak następnego dnia obudził się szczękając zębami z zimna. Było jeszcze ciemno. Po omacku zawiązał mocno jeden rękaw marynarki i przełożył do niego całą zawartość teczki. Przejmujący chłód minął dopiero, gdy po świcie wyruszyli w dalszą drogę.
Część 33 / 6
Po kilku godzinach marszu dotarli na miejsce. Ścieżka z buszu prowadziła prosto na podwórko hotelu. Obok drewnianej wiaty z tablicą i rzędem ławek, będącej szkołą. - Kilka razy w tygodniu odbywają się tu lekcje – wyjaśnił Saytoti- czasem też przychodzę. Nauczyciel mieszka w tym właśnie hotelu. W pomieszczeniu pełniącym role recepcji, gdzie na ścianach wisiały reklamy safarii i zużyta już nieco, ale sprawiająca wrażenie dokładnej mapa Tanzanii, przywitał ich właściciel hotelu. Afrykańczyk ubrany z europejska w niebieski t-shirt z numerem 10 i napisem “Zidane” na plecach. Fakt, że Paweł trafił do jego hotelu w jednym bucie nie wzbudził specjalnego zdziwienia, ale pytanie o najbliższy sklep z obuwiem wywołało konsternacje. - chyba w Arushy... musiałbyś jutro z rana pojechać matatu do Arushy. To jakieś 80 kilometrów. Na długo chcesz się, u mnie zatrzymać? Nocleg ze śniadaniem kosztuje 10 dolarów. Woda jest cały dzień – podkreślił Zidane - a rano i wieczorem ciepła. Trzeba zapłacić z góry za 3 noce. - Chętnie zatrzymam się w tym miłym hotelu kilka dni. Paweł położył na stoliku banknot 50 euro . Zizou uśmiechnął się szeroko, pokazując szpaler białych zębów.. Kurowski pożegnał się z trójką Masajów. (Ten Młody, którego dzień wcześniej spotkali na ścieżce poszedł wcześniej w swoją stronę.) Podziękował za pomoc i nie wiedząc czy postępuje właściwie zaproponował 20 euro za fatygę. Przyjęli i grzecznie – ale bez specjalnej wylewności – podziękowali. Odchodząc, dodali, że przyjdą do niego jutro z rana. - Oczywiście – odparł bezmyślnie Paweł
Hotel Zidana był parterowym, niewielkim budynkiem z kilkoma pokojami wyposażonymi w łóżka z moskitierami i małe, nocne szafki. Jedna łazienka z umywalką i lustrem na ścianie wystarczała na wszystkie pokoje. Na podwórku, w drewnianej szopce znajdował się kibelek gdzie w ciemności biegały jaszczurki i czaiły się pająki. Był tu także telefon. - Mama?.. To ja Paweł... - tak się cieszę, tak się cieszę!!! - szlochała mama do słuchawki – nic ci nie jest? Gdzie jesteś? Kiedy wracasz? Tak się cieszę !!! - jestem cały i zdrowy. Wylądowałem gdzieś w Tanzanii. Miejscowość nazywa się Longido. Nocuje w tutejszym hotelu. Zapisz numer telefonu..... Jutro będę myślał jak wrócić do domu - tak się cieszę!!
Właściciel hotelu przyniósł mu jeden stary but typu adidas i zaproponował aby przymierzył. But był tylko nieznacznie za duży. -wspaniały – powiedział Paweł – sprzedaż mi go ? - to prezent - dziękuje, naprawdę. - Jadłeś cos? - ...dzisiaj nie.. - przygotuje ciapati, ok.? - Z przyjemnością – nie wiedział co to może być, ale wiedział ,że jest bardzo głodny i zje wszystko, co nie ucieknie z talerza.
Zaledwie w kilka minut po telefonie do mamy zadzwonił Przewodniczący. - Cieszę się, że jesteś cały. Odetchnęliśmy z ulgą. Czy konsultant jest z tobą ? - Nie. Nie wiem gdzie jest. Nie wiem, co się z nim stało - jak to? - Normalnie. Nie wiem. To była chyba katastrofa lotnicza - “chyba”?... - nie wiem co się stało - nie bardzo rozumiem... jesteś zapewne jeszcze w szoku... najlepiej zrobisz nie ruszając się z hotelu. Poczekaj tam. Wyślemy kogoś po ciebie. Dobrze? - Dobrze - masz ze sobą neseser konsultanta? - Nie mam żadnego neseseru – skłamał bez zastanowienia - Mówiłem już, że nie wiem, co się stało z konsultantem - dobrze, dobrze. Nie ruszaj się z tego hotelu. Czekaj na kogoś od nas. Było coś złowieszczego w głosie przewodniczącego. Coś, co zapaliło ostrzegawcze światło w mojej głowie – myślał Paweł – jakiś instynkt kazał mi skłamać... A może raczej było to wspomnienie trzepoczących banknotów? Jak kanarki w klatce machały skrzydełkami, aby je uwolnić... Abym JA je uwolnił...- uśmiechnął się mimowolnie.
Ciapati okazały się plackami podobnymi do naleśników. Tyle ,że słonymi. Zidane usmażył ich pięć. Były pożywne i wystarczyły, aby Paweł ugasił głód. Potem poszedł do wynajętego pokoju, wysypał na łóżko zawartość rękawa marynarki i dokładnie zapoznał się z jego zawartością. Były tam opasłe pliki euro w ciasnych gorsetach banderoli. Szybko przeliczył. Dwieście tysięcy, mniej- więcej. Jeżeli w każdym pliku było tyle samo banknotów... Ale kto to wie?... Ujął z każdego pliku po kilka banknotów i wcisnął je do kieszeni spodni. Gdy zaczął przeglądać dokumenty, minął mu dobry nastrój. Potwierdzenia odbioru pieniędzy, pokwitowania, donosy. Wszystkie podpisane nazwiskami znanych osób ze świata polityki. Nawet karki wyglądające na wyjęte z archiwum IPN-u, niewątpliwie oryginalne, nie kopie. Kupa gówna. Istne szambo – pomyślał Paweł – i odsunął od siebie papiery. Podzielił swój skarb na dwie części: pieniądze i dokumenty oddzielnie. Teraz muszę coś z tym zrobić, pomyślał.
Aby nie mieć poważnych kłopotów powinien z grzecznie oddać teczkę przewodniczącemu, tłumacząc przy tym ,że nie zajrzał do środka, mimo iż zamek szyfrowy nie działał. Takie tłumaczenie oczywiście nic nie da. Nikt w to nie uwierzy. Ale mówić swoje trzeba. Jak to w polityce. Poważnych kłopotów ze strony swoich ludzi miał nie będzie. Na razie. Do czasu, dopóki będzie posłuszny Przewodniczącemu. Paweł był jeszcze w miarę młody, ale polityki liznął na tyle by wiedzieć, że oddając teczkę podpisze cyrograf. Od tej chwili będą mieli na niego haka, że nielegalnie woził “to gówno” przez granice. W każdej chwili będą mogli sprzedać stosowny przeciek do gazet albo telewizji. Już Mama Profesor nie pomoże. Mają mnie. Teraz będę musiał słuchać się Przewodniczącego i Vice, albo po cichu zejść im z drogi. Pozostaje zatem tylko jedno wyjście.
6.
Przewodniczący włączył telewizor w swoim gabinecie. Obrócił się na skórzanym fotelu o wysokim oparciu w stronę ekranu, nie zwracając uwagi na wchodzącego do gabinetu Vice. Ten tylko ukłonił się milcząc. Wiedział, że w czasie Teleekspresu nie wolno szefowi przeszkadzać. Wysłuchali najnowszych wieści o przebiegu kampanii wyborczej. Obejrzeli kolejny , trzeci już tego dnia, sondaż przedwyborczy, który przewodniczący skwitował głębokim śmiechem. Usłyszeli też informacje o katastrofie samolotu pasażerskiego nad buszem w Tanzanii. Na pokładzie był podobno jeden obywatel Polski. Trwa sprawdzanie. Ambasada w Nairobi nie potwierdziła jeszcze tej informacji. - dobrze ,że ten konsultant ma amerykańskie obywatelstwo – odezwał się cicho Vice - ma... albo miał – odparł przewodniczący – patrz i ucz się, bo wiecznie żył nie będę !– dodał z ojcowskim uśmiechem - wszystko trzeba starać się przewidzieć, jak pan przewodniczący... - załatwione? - Tak. Jeszcze dzisiaj wylecą po niego. Co jeszcze możemy zrobić aby znaleźć... zgubę? - Najpierw ten chłystek.. Rozmawiałem z nim przez telefon. Wiem, że kłamał. Jestem o tym przekonany. - A jeżeli jednak nic nie wie o teczce? - Mamy przecież plan awaryjny
7
Paweł leżąc pod moskitierą, słuchał jak w buszu hałasują zwierzęta. Żaden z dźwięków nie przypominał jakiegokolwiek znanego mu odgłosu. Powinien czuć się nieswojo, nasłuchując złowieszczych, niezrozumiałych odgłosów nocy w buszu. Ale był już wyjątkowo spokojny a nawet wręcz zrelaksowany. Ogarnął go dziwny stan ducha, w którym nie martwił się o nic. Jakby facet, który goły leżał pod kocem ( jedyne, uprane ubranie schło na moskitierze), był zupełnie kimś inny, a nie znanym mu do obrzydzenia dobrze zapowiadającym się ( dzięki mamusi, pani profesor z rady krajowej) działaczem przodującej partii politycznej w kraju, co jest równie duży jak śmieszny. Spał dobrze i obudził się jeszcze przed świtem. Na równiku dzień i noc trwają sprawiedliwie po 12 godzin. Noc nie jest zatem nigdy za krótka i można się wyspać zanim wstanie nowy dzień.
Przy śniadaniu, podanym przez Zidana ( na niebieską, piłkarską koszulkę z numerem 10, z racji porannego chłodu zarzucił wytartą na łokciach marynarkę ) na stole zbitym z kilku desek, stojącym pod krzakiem akacjowca, poznał Alexa, woluntariusza z Holandii. Przyjechał tu przed kilkoma miesiącami, aby pracować jako nauczyciel. Miły, młody człowiek. Trzy razy w tygodniu prowadził lekcje angielskiego dla wszystkich chętnych, którzy pojawiali się w pobliskiej wiacie. Było ich zazwyczaj 10-20 osób. Od dzieci po dorosłych. Wolny czas spędzał na włóczeniu się po Tanzanii. Przyznał, że Paweł dobrze robi czekając aż ktoś po niego przyjedzie. Podróżowanie po Afryce na własną rękę, dla kogoś, kto dosłownie spadł tu nagle z nieba mogłoby okazać się trudne a nawet czasami, wręcz szokujące. A wynik podróży niekoniecznie musiał okazać się zgodny z planem. Alex pierwszy zauważył Masajów, którzy wyrośli jak z pod ziemi i stali kilka metrów od stołu. To była ta sama trójka, która wczoraj przyprowadziła Pawła do hotelu. -tak jak się umawialiśmy - oznajmił Saytoti -tak, oczywiście... już kończę jeść.... słuchaj, Alex – Paweł przyciszył głos – nie wiesz o co im chodzi? Wczoraj przyprowadzili mnie tutaj i powiedzieli, że przyjdą dzisiaj. Nie bardzo wiem po co?... - widocznie mają swoje powody. Chyba powinieneś z nimi pójść - ale gdzie i po co ? - Ja tego nie wiem. Oni wiedzą. Po prostu zapytaj ich – uśmiechnął się i dodał głośniej – na mnie już czas. Miłego dnia – i wstał od stołu zostawiając Pawła samego w towarzystwie trzech zakutanych w czerwone płachty Masajów. A jeszcze przed chwilą Alex wydawał mi się miłym, młodym człowiekiem. - o.k. Jestem gotów.... Co będziemy robić ? - Pójdziemy – odpowiedział Saytoti – chodź z nami I ruszyli ścieżką, która prowadziła z podwórka hotelu między kolczastymi krzakami w głąb buszu. - dokąd właściwie idziemy ? - zapytał Kurowski - niedaleko. Pokaże ci gdzie mieszkał człowiek z twojego plemienia - aha- Paweł pokiwał głową ze zwątpieniem. Porywające – pomyślał – co za czort mnie podkusił aby z nimi iść?
Część 44 / 6
“Niedaleko” okazało się kilkugodzinnym spacerem. Busz przypominał labirynt ścieżek wśród krzaków i drzew akacjowców, wydeptanych przez zwierzęta i ludzi. Ścieżki krzyżowały się , zbiegały i rozchodziły. Zorientowanie się w nich wydawało się niemożliwe. Przechodzili w pobliżu wioski gdzie za ostrokołem z kolczastych gałęzi stało kilkanaście pokrytych strzechą lepianek. Ulepionych z gliny i zwierzęcych odchodów. Jak widać gówna używają tu do wszystkiego – pomyślał Paweł, przypominając sobie jakim sposobem dzień wcześniej Masajowie rozpalali ogień – jest takie szkockie (albo irlandzkie?..) przysłowie : “co kraj to inne gówno”. Należałoby raczej powiedzieć “ Co kraj , to inne przeznaczenie gówna” Z wioski wybiegła w ich kierunku gromadka dzieci. W obszarpanym ubraniach. Ciągnąc za sobą chmurę much. Zatrzymały się w bezpiecznej odległości i zaciekawieniem patrzyły na białego, pokazywały go palcami i śmiały się. Jakby był okazem w zoo. Potem mijali stado krów. Wyglądały na biedne i zachudzone. Masajowie przywitali się z pasterzami i wyraźnie ożyli na widok krów. - tu są też moje krowy – oznajmił dumnie Saytoti – a czy ty masz krowy? - Nie, nie mam - Szkoda . U nas krowy są najważniejsze Paweł miał już serdecznie dosyć spaceru i niezmiernie chciało mu się pić, gdy dotarli do celu. Osady lepianek, przykrytych trzciną, zardzewiałą blachą lub czymkolwiek innym, co było pod ręką. Przewodnicy zaprowadzili go do miejsca na skraju osady, gdzie wśród uschniętej trawy z ziemi wystawało kilka kamieni. Przyjrzał się bliżej. To były nagrobki. Jakieś ledwo widoczne litery, daty. Napisy po angielsku. Zatem nie były to nagrobki tubylców. - Tu – wskazał jeden z kamieni Saytoti – to chyba ktoś z twojego plemienia, prawda? Paweł, zaciekawiony podszedł do kanciastego kamienia, wielkości dużej, wyrośniętej dyni. Daty na kamieniu były mało wyraźne, ale napis został wyżłobiony głębiej, aby na długo pozostał czytelny. Przeczytał napis i dostał ataku śmiechu, aż Masajowie, zaniepokojeni, odsunęli się o kilka kroków. Ktoś, niezgrabnymi literami wydłubał w kamieniu dwa polskie słowa: Kurwa Dupa
Wreszcie opanował atak śmiechu. Wytarł łzy, które mimowolnie płynęły mi z oczu. - tak. Macie racje, to był gość z mojego plemienia - znałeś go? -... możliwe...Od dawna tu leży? Zamienili między sobą kilka zdań. - Tak, od dawna - to znaczy? Ile lat ? - Dużo – odparł zniechęcony dziwnym pytaniem Saytpti – nie miałem jeszcze wtedy dzieci a Kalembu nie był jeszcze wojownikiem. To było dawno - tak. Rozumiem. Dziękuje wam. Bardzo się cieszę, że mnie tu przyprowadziliście. Popatrzył jeszcze raz na kamień symbolizujący grób. Albo facet klął jak przysłowiowy szewc, że pod takimi imionami go zapamiętano albo... sam sobie zażyczył aby tak podpisano jego grób – pomyślał Paweł - może to jest rzeczywiście lepsze rozwiązanie?... co by powiedziało komukolwiek n.p. “Zbysław Niegdysiejszy” wyryte w kamieniu?... A może to był krzyk rozpaczy? Samotny wilk wyjący bezsilnie do księżyca?... Tak czy siak, ten rodak osiągnął zamierzony efekt: “Non omnis moriari”, czy jak tam to szło.... - Czy mógłbym zostać tu sam kilka minut ? - zapytał Paweł, składając dłonie w geście modlitwy - oczywiście
7
- wstawaj, kurwa, wstawaj !!!! - dziki wrzask wyrywa go ze snu. Moskitiera jest odsłonięta. Dwóch ludzi w ciemnych okularach celuje do Pawła z długich luf swoich karabinów. Jest bardzo jasno. Coś go oślepia. - wstawaj, mówię, kurwa, wstawaj!!! ... Powoli!!.... Podnosi się z łóżka. Niewiele widzi, jaskrawe światło zalewa mu oczy. Ale głos tego, który krzyczy wydaje mu się znajomy. Ktoś chwyta Kurowskiego z tyłu za ręce i wykręca je. Pochylony głową do ziemi widzi kątem oka jak inny przetrząsa pościel łóżka, otwiera szafkę, zagląda pod łóżko. Ma na sobie kamizelkę z napisem “ Wrotkowski Patrol”. W drzwiach dostrzega człowieka z kamerą przy twarzy. Ma długie włosy. Obok stoi drugi, ten który trzyma reflektor. - gdzie jest neseser ?!! - Uchwyt rąk zostaje trochę poluzowany. Może przekręcić głowę na tyle, by zobaczyć kwadratową twarz krzyczącego mu nad głową detektywa Wrotkowskiego. - Nic nie wiem o żadnym neseserze.. - odpowiada - a to się jeszcze okaże! - odkrzykuje Wrotkowski – stop – dodaje ciszej do kamerzysty – jak wyszło? - Rewelka , Panie Krzysiu ! Oskar jadący na złotym lwie w towarzystwie berlińskiego niedźwiedzia !- odpowiada długowłosy kamerzysta o twarzy cherubina. Głos ma nadzwyczaj miękki i miły dla ucha, Jak kołysanka. - dalszy ciąg będziemy kręcić na dworze. Światło o świcie powinno być bardzo ciekawe. Wyprowadzają go na werandę. Sadzają za stołem . Naprzeciwko siada detektyw Wrotkowski, gwiazda telewizyjnego programu ( czy może raczej reklamówki?..) o swojej pracy w charakterze prywatnego detektywa. Detektywa , dla którego żądna sprawa nie jest zbyt trudna. Żaden złoczyńca zbyt przebiegły. Żadne honorarium zbyt wysokie. W obiektywie kamery widać jak za jego lewym ramieniem, spoza odległego masywu Kilimanjaro wstaje żółte słońce. Na szczycie Kilimanjaro połyskuje biała czapa śniegu. - jedziemy – szepcze kamerzysta - Żarty się skończyły – zaczyna głośno Wrotkowski – znaleźliśmy ciebie nawet tu, w środku Afryki. Dla nas to pestka. Powiedz nam co się stało z neseserem Konsultanta i dokumentami, które w nim były. - Tam nie było żadnych dokumentów... Nie wiem co się stało z Konsultantem i jego teczką. Odzyskałem przytomność jakiś czas po wypadku. Daleko od samolotu. Nie wracałem do samolotu. Przyszedłem prosto tutaj i zatelefonował do Polski, po pomoc. Nic więcej nie wiem - starannie opracowana historia – stwierdza detektyw bardziej do kamery aniżeli do Pawła – ale zaraz znajdziemy w niej słabe punkty, niekonsekwencje i przeinaczenia ,które zdemaskują tę kłamliwą historyjkę.... Kiedy ostatni raz widziałeś neseser ? - teraz bardziej stanowczo, to na pewno do Kurowskiego. - W samolocie. Tuż przed upadkiem - gdzie była - na kolanach konsultanta - co konsultant wtedy robił? - Krzyczał “kurwa, kurwa, kurwa!!!!” - nie kpij ze mnie – syczy detektyw przez zęby przysuwając się do przesłuchiwanego – znam inne metody, których mogę użyć, gdy kamera będzie wyłączona... rozumiesz? - Nic nie rozumiem z tego co tu się dzieje - dla kogo pracujesz?! Kto cię zwerbował?!! Kiedy?!! - nie wiem o czym pan mówi - o służbach specjalnych. O twoich kumplach z SB. Nie udawaj !! - jest pan śmieszny - ja dużo wiem. Więcej niż tobie się wydaje. Dobrze radzę: nie pogrywaj ze mną. To się nie opłaca. Teraz mów prawdę. Co było dalej? - Teczka otworzyła się.. - sama? - Samolot jechał jak po tartce... strasznie trzęsło.. neseser otworzył się i ze środka zaczeły wypadać pieniądze. Banknoty. Pliki euro. - No, no, no... - więcej nic nie pamiętam - wygodna historia! Amnezja albo pomroczność jasna, co ? - Nie wiem - dużo było tych banknotów? - Cały neseser - pierdolisz...
Detektyw wstaje od stołu. Daje znać gestem kamerzyście, aby przestał filmować. - telefon satelitarny ! - woła do jednego ze swoich ludzi. Bierze aparat , wybiera numer i oddala się z werandy.
Piętnaście minut później siedzą nadal na werandzie ale już w znacznie bardziej miłej atmosferze. Wręcz braterskiej. Kamerzyści nie filmują. Detektyw oznajmia ,że właśnie zrezygnował ze zlecenia które dostał od pana przewodniczącego. Może to zrobić, ponieważ został wprowadzony w błąd. Zlecono mu znaleźć neseser z ważnymi , państwowymi dokumentami. A tymczasem okazało się, że nie chodzi tu wcale o żadne nieistniejące dokumenty. Ale o pieniądze. Kasę. Mamonę. Sałatę. Teraz już będzie dla Pawła miły i pomoże mu odszukać te pieniądze. - A potem jakoś się dogadamy. Umowa stoi? - w zasadzie wisi mi co się stało z tymi pieniędzmi... - odpowiada Paweł od niechcenia - ale nam nie wisi !!! - śmieje się Wrotkowski. Jego ekipa wtóruje mu śmiechem – znajdziemy je, prawda?... - pomogę wam – odpowiada, bo przecież i tak nie ma innego wyjścia. Jesteś dzieckiem szczęścia, powtarza w duchu, wyrzucenie teczki pod jaskinia Masajów było bardzo trafnym posunięciem. Zidane, którego na pewno dokładnie już przepytali, nie widział żadnej teczki ani innego bagażu. Tylko faceta w brudnym garniturze i jednym bucie.
Ekipa Wrotkowskiego składała się z dwóch detektywów z Polski , dwóch ludzi z telewizji i dwóch afrykańczyków z agencji detektywistycznej w Nairobi. Podróżowali dwoma wypożyczonymi land-roverami. Na werandzie hotelu Zidana urządzili sobie punkt dowodzenia. Już około południa Wrotkowski miał listę pasażerów pechowego samolotu, listę zabitych, spis zaginionych , kopie raportów policyjnych , itp. Kamerzysta filmował go z różnych ujęć , uwieczniając skupioną twarz detektywa nad zapiskami kryjącymi kryminalną zagadkę. Paweł siedział w pobliżu. Miał wrażenie, że kamerzysta nie jest jedynym człowiekiem uważnie obserwującym detektywa. Był tego wręcz tego pewien. -plan jest następujący – zaczyna detektyw upewniwszy się ,że światło jest właściwe a jego fryzura nienaganna – rozdzielamy się . Ja pojadę do szpitala w Arushy. Przepytam rannych. Może coś ciekawego zapamiętali. Ty i ty , zostajecie tutaj, rozpytajcie mieszkańców. Może widzieli albo słyszeli coś ciekawego. Może ktoś jeszcze tu był jak na przykład nasz kolega.... Paweł ... - jasne - czy mogę? - odezwał się Kurowski - tak? - Czy mogę pojechać z wami do miasta? - Chcesz pomóc? - chciałbym wstąpić do jakiegoś sklepu – Paweł pokazuje na swój -niedawno jeszcze świetny- garnitur po przejściach. Dotyka brody z paskudnym, kilkudniowym zarostem Detektyw gładzi się po swojej gładko ogolonej brodzie, co rozsiewa wokoła zapach wody po goleniu Davidoff. - o.k. Możesz jechać.
8
Po godzinie jechali dziurawą drogą do Arushy, najbliższego dużego miasta. Paweł, detektyw Wrotkowski i dwóch jego pomocników- jeden z polski i jeden Afrykańczyk, imieniem Uhuru. Wąska droga prowadziła przez teren, który na pierwszy rzut oka wyglądał jakby został przeniesiony z księżyca. Brunatne pustkowie, poorane głębokimi kanałami gdzie w czasie pory deszczowej płynęły wezbrane, obfite rzeki. Głębokie na kilka metrów i podobnie szerokie kaniony dawały wyobrażenie jak diametralnie zmieniała się ta pustynna obecnie okolica w czasie deszczów. Pozostawione za plecami Longido, było przy tym krajobrazie jak wspomnienie rajskiej oazy. W kieszeni Uhuru zadzwonił telefon. Wziął komórkę, popatrzył na wyświetlający się numer. Z koszuli wyjął skrawek zapisanej kartki, porównał zapiski z wyświetlającym się numerem i wyciszył dzwonek. Ponura okolica za oknem powoli przeistaczała się. Pojawiło się trochę zieleni, pierwsze drzewa i znak drogowy ostrzegający przed zwierzętami. A po chwili zauważyli na poboczach drogi szpaler pawianów. Małpy siedziały idealnie na skraju jezdni. Po kilkanaście z każdej jej strony, Odwrócone twarzą do szosy, gapiły się na przejeżdżający samochód. Wrotkowski zwolnił i ostrożnie, nie wiedząc czego można się spodziewać po bandzie małpiszonów, przejechali przez ten niesamowity szpaler. Przyglądały się ale innej aktywności nie przejawiały. Może wystarczała im świadomość, że to ludzie czują się nieswojo zakłopotani? Znowu zadzwonił telefon Afrykańczyka. Sytuacja powtórzyła się. Popatrzył, porównał numer na wyświetlaczy komórki z zapiskami na kartce i nie odebrał połączenia. - dlaczego nie odbierasz? - zapytał zaciekawiony Wrotkowski - zabójcze numery – odparł rzeczowo Uhuru - przepraszam, co ?.. - od jakiegoś czasu znowu pojawiły się zabójcze numery – odpowiedział absolutnie poważnie – odbierzesz i w ciągu doby umierasz. Odbiera się tylko telefony od znajomych. - na tej kartce masz spis zabójczych numerów ? - Ale nie jest kompletny. Tylko niektóre - aha Afrykańczyk nie sprawiał wrażenia niedorozwiniętego analfabety. Mimo to z pełną powagą uświadamiał podróżnych jakim zagrożeniem są zabójcze numery. To oczywiście efekt czarów. Złych czarów. Ktoś się brzydko bawi swoimi czarami. Jeszcze wtedy Paweł nie rozumiał, jakie znaczenie mają czary w Afryce. Patrząc na mijane po drodze miejscowości zauważył, że najistotniejszym ich elementem jest duża ilość zalegających śmieci. Wszędzie na poboczach dróg walały się śmieci. Najwięcej było plastikowych torebek Aż dziwne wydawało się, że mieścina składające się z kilkunastu krzywych, skleconych z puszek po konserwach budek-domów potrafi wyprodukować tyle śmieci. Wiatr przenosił plastikowe torby z miejsca na miejsce. Nadmuchiwał je, unosił w powietrze i zawieszał na suchych krzakach, gdzie łopotały jak monstrualne, szare lub bladoniebieskie liście.
Arusha przywitała ich takimi samymi osiedlami budek do mieszkania i wszechobecnymi śmieciami. Bliżej centrum pojawiły się betonowe, kilkupiętrowe budynki. Wiele z nich było zaledwie rozpoczętymi budowami. Samymi betonowymi szkieletami, w otworach których łopotały sztandary podartej folii. Afrykańskie miasta tak wyglądają . Jakby właśnie były w trakcie rozbudowy. Ten stan rozbudowy jest permanentny. Wiele budów zaczyna się, niewiele kontynuuje, jeszcze mniej ulega zakończeniu – dowiedział się Paweł później.
Wrotkowski z pomocnikiem poszli do szpitala, a Kurowski pod opieka Uhuru udał się do sklepu skąd wyszedł już jako-tako wyglądając, czyli mając na sobie dwa takie same buty ( nota bene firmy Bata, pochodzącej z Czech, co dla człowieka wychowanego w jedynie słusznym przeświatczeniu ,że jest członkiem jedynego wielkiego narodu w tamtej części Europy– w odróżnieniu od małego , nic nie znaczącego a charakteryzującego się jedynie śmiesznym językiem społeczeństwa kraju na południu – było niezbyt budującym odkryciem ) oraz przewiewne, bawełniane ubranie i mały plecak w którym zmieścił się zwinięty w kłębek garnitur z koszulą.. Wprawdzie biały człowiek na ulicach Arushy to i tak nieczęsty widok, ale przynajmniej przestał wyglądać jak clown i potwierdzać tym powszechne przekonanie wśród afrykańczyków, że biali nie są normalni. W Arushy można oczywiście spotkać białych. Najczęściej w trakcie przygotowań do wejścia na Kilimanjaro lub w drodze do parku Serengeti albo Ngoro Ngoro. Powody wizyt białych potwierdzają powszechną opinie, że nie są oni normalnymi ludźmi. Po co przyjeżdżać z innego kontynentu, aby oglądać normalne, zwykłe zwierzęta? Czy w twoim kraju nie ma zwykłych zwierząt? Jest w tym sporo racji: wyobraź sobie proszę wyprawy safarii mające na celu oglądanie i fotografowanie wron na naszych, polskich podwórkach. Albo zachwycanie się gołębiami na krakowskich plantach, połączone z nauką sztuki uników przed bombardowaniem ich odchodami. Biali nie są normalni. Bo, po co wchodzić cztery dni pod górę zwaną Kilimanjaro aby potem trzy dni wracać z góry?... Białego zrozumieć się nie da. Uhuru wyjaśnił mu to, gdy pili piwo czekając na wyniki wizyty Wrotkowskiego w szpitalu. Przedtem Paweł zdążył jeszcze odwiedzić bank, w którym wypłacił z karty kredytowej troche pieniędzy, aby widziano, że nie dysponuję nadmiarem gotówki. Zaproponował Uhuru 10 dolarów za pomoc w oprowadzaniu po mieście. Spodziewał się ,że nie przyjmie, był przecież wynajętym pracownikiem Wrotkowskiego. Ale mylił się. Bez jakiegokolwiek zastanowienia wziął banknot i nawet podziękował z krzywym, wątłym uśmiechem. Detektyw Wrotkowski zamierzał po zakończeniu wizyty w szpitalu wracać do Longido, lecz Uhuru stanowczo odradzał. - już zbliża się zmierzch. Nie powinniśmy jechać - nasz land-rover ma światła – odparł detektyw - nie powinniśmy jechać – Uhuru nie dał zbić się z tropu – w Afryce, po prostu nocą się nie jeździ - bo lwy żerują? - Tu nie ma lwów. Ale można spotkać na drodze blokadę ustawioną przez piętnastu uzbrojonych w kałasznikowy ludzi, którzy nie zadają żadnych pytań, tylko biorą co im wpadnie w ręce. W Afryce nie podróżuje się nocą – powtórzył jak nauczyciel powtarzający uczniowi, że dwa dodać dwa to jest cztery. - Zatem gdzie się zatrzymamy? - Arusha Inn, najlepszy hotel w mieście – odparł afrykańczyk. - Prowadź wodzu
Część 55 / 6
Do hotelu mieszczącego się w kamienicy przy jednej z głównych ulic wjeżdżało się przez masywną, wysoką bramę. Potem korytarz prowadził na podwórko-patio, gdzie za następną brama urządzono parking dla gości hotelowych. Hotel wyglądał jak forteca. Widocznie, nie bez powodu. Na kilku piętrach mieściły się pokoje. Na każdym poziomie, na patio stały stoliki restauracyjne. W pokoju, gdzie Paweł miał nocować z Uhuru, były dwa łóżka, mała szafka i para japonek na wypadek gdyby któryś z gości chciał iść do łazienki. Jeden klapek był czerwony a drugi zielony. Może miało to coś wspólnego z barwami narodowymi kraju w którym przebywali? - pomyślał Kurowski Dzień był długi i męczący. Ale on czuł się jak na wycieczce szkolnej. Jakby cofnął się o dwadzieścia lat... Spotykają mnie same niespodzianki.. Tyle atrakcji wokół... łau...ouuu...wszystko jest niecodzienne i niesamowite- myślał nie do końca poważnie - a ja, nie wiedzieć czemu, jestem z tego zadowolony, Duch beztroski wisiał nad nim. Czuł, że wszystko ułoży się dobrze. Przecież był dzieckiem szczęścia.
Kolacje jedli na patio. Obok ich stolika wracali z wycieczek, obwieszeni aparatami i kamerami, umorusani zadowoleniem turyści. Ekipa telewizyjna detektywa nie wzbudzała w tym miejscu żadnej sensacji. Niejeden biały wybierał się na Kilimanjaro w towarzystwie 30 tragarzy i pomocników, w tym także kamerzystów i fotografów, by utrwalali jego kilkudniową, niezłomną, samotną niemal, walkę ze Szczytem Afryki. - co się u was pija ? - zapytał detektyw kelnera - najczęściej konyagi – odparł zasuszony, starszy afrykańczyk pełniący rolę kelnera. - Podaj - z tonikiem czy z wodą ? - A co to jest konyagi? - Trochę podobne do ginu... - zatem z tonikiem Po chwili na stoliku pojawiło się kilka szklaneczek, kilka małych, oszronionych butelek toniku i kilka plastikowych saszetek z jakimś płynem. - wlać ? - zapytał kelner - jak masz na imię? – odpowiedział pytaniem detektyw - Bill - powiedz mi Bill, co to jest ?– Wrotkowski wskazał na plastikowe, małe, żółtawe torebki, leżące obok butelek z tonikiem. Kamerzysta filmował wszystko z odległości kilku metrów. Uwielbiał pracować z detektywem. Ten facet ma wspaniałe wyczucie dramaturgii, uważał. A długowłosy operator kamery podskórnie wyczuwał, kiedy nastąpi moment wart uwiecznienia. I swoją prace wykonywał perfekcyjnie. Wręcz z miłością. Program “Wrotkowski Patrol” bił rekordy popularności w telewizji. Wprawdzie czasem, ktoś powodowany złośliwością czy zwykłą, podłą zazdrością o sukces, dopytywał się czy to prawda ,że ich dobra współpraca i wspaniałe zrozumienie na improwizowanym przecież planie nie wynika z faktu, że są partnerami w związku ? Zwykła, bezinteresowna ludzka zawiść. Czyli koszty sukcesu. Zawsze jest coś za coś.
- Konyagi – odparł kelner Bill – wprawnym ruchem oderwał róg od jednej z torebek i wlał jej zawartość do szklaneczki – podwójne?... W torebce mieściło się 25 mililitrów alkoholu - oczywiście – odparł równie protekcjonalnie detektyw Konyagi okazało się trunkiem rzeczywiście podobnym do ginu, czyli mającym aromat jałowcówki. - niezłe – grzecznie skwitował Wrotkowski. Kamerzysta uchwycił ten miły, flirciarski uśmiech w zbliżeniu. Kochany Krzyś, pomyślał. Jesteś słodki. Zobaczysz, wyrwę ci serce – albo co innego – jeżeli jeszcze raz tak się uśmiechniesz do tego starego czarnucha..
- nie pytasz czego się dowiedziałem w szpitalu, wspólniku?- detektyw zwrócił się do Kurowskiego - a powinienem? - Sprawiasz wrażenie jakbyś wszystko wiedział bez potrzeby pytania... - nie, nie. To nie tak – szybko zaprzeczył Paweł – mówiłem ci, że... los tego nesesera.. jakoś nie bardzo mnie... To brzmi głupio. Sorry. Czego się dowiedziałeś? - Już lepiej – uśmiechnął się detektyw i wypił łyka za szklaneczki – całkiem niezłe... niestety nikt z ocalałych nie pamięta niczego ważnego. Chociaż jeden, ten który siedział obok was.. pamiętasz? Ty siedziałeś przy oknie, konsultant w środku a z brzegu taki miły angielski gentlman na emeryturze ? Pamiętasz?... - taki siwy... - mhmmm... Opowiedział ,że tuż przed wypadkiem widział jak otworzyła się walizka konsultanta. Jak klapa walizki latała w górę i w dół. Jak banknoty w banderolach trzepotały... taki widok przykuwa uwagę nawet na chwilę przed śmiercią , prawda? - Wątpię - a ten starszy gentlman właśnie tak powiedział... Jak ci smakuje konyagi? - zapytał widząc ,że Paweł znowu podnosi do ust szklaneczkę, chociaż zostało w niej zaledwie kilka kropel. - Niezłe... Bill !! Poproszę jeszcze kolejkę dla wszystkich - z wodą czy z tonikiem? - Z tonikiem - widzę, że naprawdę ci TO posmakowało - powiedziałem wszystko co wiem. Proszę: odczep się. - Ten Anglik, emerytowany pilot z czasów wojny, co być może latał za zrzutami dla powstania warszawskiego powiedział jeszcze ,że to ty zamknąłeś walizkę - co? - wieko od neseseru latało w górę i w dół, konsultant krzyczał w panice to samo co w czasie wojny polscy piloci, takie słowo na “k”... a ty, spokojnie wyciągnąłeś dłoń i zdecydowanym, pewnym ruchem zamknąłeś walizkę. - Nie pamiętam - ha,ha,ha... nie mów tak proszę... tak odpowiadają w sądach oskarżeni gdy już nie mogą nic innego odpowiedzieć. Tak zawsze uczą ich adwokaci. Fałszywe zaznania są przestępstwem, a “niepamiętanie” - nie ... - twoje zdrowie, Krzysztof – Kurowski podniósł szklaneczkę – rozumiem, to twoja praca, twój zawód... dobry wieczór, państwu! - uśmiechnął się kwaśno do obiektywu , który natarczywie wwiercał mu się w twarz – ale nie wmawiaj mi niczego. Powiedziałem ci wszystko co wiem, co pamiętam. U mnie nie znajdziesz odpowiedzi. Wybacz. Twoje, mimo wszystko zdrowie... i ekipy kamerzystów TVM - dziękuje. Ja pije twoje zdrowie. Żebyś nie myślał, że coś do ciebie mam. Absolutnie. Wiem.. to znaczy , wyobrażam sobie, co przeżyłeś. Chociaż pewnie nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić... Wybacz Pawle... zdrowie... Bill !!! - już ? - nieco zdyszany pojawił się Bill - tak, już. Jeszcze konyagi, czy jak to się nazywa - z tonikiem czy z wodą? - Z tonikiem - ale tonick nie jest zimny - to nic. Z tonikiem - z tonikiem? - Tak...idźcie już spać – dodał detektyw do swoich współpracowników – my z Pawłem też zaraz się zbieramy Posłusznie wstali, podziękowali i odeszli. Tylko długowłosy kamerzysta został. Oddał sprzęt swojemu pomocnikowi i usiadł przy stoliku. Blisko detektywa.. Bill przyniósł kilka woreczków z konyagi i dwie buteleczki wody mineralnej - Bill – powiedział Paweł – prosiliśmy o tonic - ale tonic był ciepły. Mówiłem - kelner odwrócił się i odszedł. - Trudno – Kurowski uśmiechnął się do detektywa – co kraj to obyczaj, albo jak mawiają Szkoci ( czy Irlandczycy ??) : co kraj to inne gówno. Wycisnął do szklaneczek zawartość plastikowych saszetek. -rozchodniaczek? - tak... a jeszcze jedno... ten , angol, pilot, wiesz... - ten siwy? - Powiedział, że jak już zamknąłeś walizkę, to wasze oczy się spotkały... - ale przeżył. Zatem bazyliszkiem nie jestem - przeżył. Ma złamaną nogę i rękę. W jego wieku zrastanie się kości potrwa wieki... coraz bardziej mi ta wódeczka smakuje, a tobie ? - znowu mnie wkurzasz. O co ci chodzi? - Nie, nic – zaśmiał się telewizyjne detektyw – powiedział tylko, ten Anglik, pilot, bohater bitwy o Anglię, wiesz.... - wiem - zły człowiek - co? - że ten co mu spojrzał w oczy... to znaczy ty... że to “zły człowiek” - dobranoc. Mam dosyć. Idę spać.
Detektyw zaśmiał się. Gdy Paweł wstawał od stolika , zauważył jeszcze jak Wrotkowski kładzie rękę na udzie kamerzysty. Ten pogładził swoje długie włosy i przysunął się do detektywa.
10.
Obudził go śpiew. W pokoju panowała ciemność. Przez otwarte okno wpływały do pokoju dźwięki pieśni śpiewanej męskim, ale wysokim głosem. Przejmującej. Urokliwej pieśni. W kącie pokoju Paweł zauważył jakiś ruch. - Uhuru ? - Tak?.. Przepraszam, jeżeli cię obudziłem - nie, nie ty . Ten gość co śpiewa mnie obudził. Co to jest? - To muezin. Śpiewa aby zaprosić wiernych na modlitwę do meczetu. Pięknie śpiewa, prawda? - Pięknie - wrócę przed śniadaniem,. Powiedz szefowi, jeśli będzie się pytał - o.k.. a gdzie właściwie idziesz? - Do meczetu. Pomodlić się - jasne. Do zobaczenia... Uhuru? - Tak? - Widziałem dzisiaj na mieście nazwę : “Uhuru Park “, czy imię Uhuru coś oznacza? - Oczywiście – zabrzmiało z ciemności sarkastycznie - co oznacza twoje imię? - Uhuru to “wolność” w swahili - to dobre imię – odparł nieco zaskoczony Kurowski - jasne, że dobre. Mogę już wyjść? - Oczywiście. Przepraszam, że cię zatrzymałem.
Uhuru wyszedł. Paweł przekręcił się na bok i słuchał śpiewu muezina. Pieśń brzmiała jakby ptak nocy wyśpiewywał zapowiedź świtu. Jak pieśń o wolności, uhuru, śpiewana w ciemności. I wtedy pomyślał, że powinienem wyjść. Olać detektywa i jego telewizyjny show. Po prostu wyjść i odejść. Taki poranek, zanim jeszcze wstanie dzień, jest najlepszym momentem aby sobie pójść...- pomyślał. Szybko ubrał się i po cichu wyszedłem z hotelu. Nie zauważył, że w ciemnym kącie bramy wejściowej stał Uhuru. Szpicel o imieniu „Wolność” ruszył za Pawłem dopiero, gdy ten oddalił się od hotelu.
Miasta tonęło w mroku. Chłód był przejmujący. Gdzieniegdzie, szybko przemykały pojedyncze postacie. Poszedł w tym samym kierunku co inni. Trafił pod meczet, ale nie odważył się wejść do środka. Zawrócił w stronę centrum miasta. Na jakiejś oświetlonej słabym światłem witrynie wystawowej zwróciły jego uwagę reklamy safarii. Ngoro Ngoro, Lake Manyara, Serengeti, Park Mount Kilimanjaro – wyjazdy codziennie. Przez godzinę, do otwarcia biura plątał się po mieście a potem, zapewne jako pierwszy klient, wykupił wyjazd na najbliższe safari. Odjazd za godzinę. Pasuje. Aby urozmaicić detektywowi Wrotkowskiemu pracę – na wypadek gdyby chciał go szukać - podał się za Włocha, imieniem Tony. Tony Bolzano z Ravenny. Zadowolony z własnej pomysłowości poszedł do sklepu gdzie kupił różne rzeczy ,które wedle jego wyobrażenia były niezbędne na wycieczce po Afryce. Spray przeciwko komarom, latarkę z zapasowymi bateriami, wodę mineralną, whisky , mapy, przewodniki etc. Celowo, myśląc o tym co zrobi detektywWrotkowski, zapłacił za wszystko kartą kredytową.
11.
Wycieczka składała się z 7 turystów. Dwoje starszych Amerykanów z Florydy , dwie pary młodych Holendrów, jakaś niezbyt atrakcyjna samotna panny z Anglii no i Paweł, samodzielnie naturalizowany Włoch. Opiekunem wycieczki był Francuz, mieszkający w Afryce od lat, łudząco podobny do Antonio Banderasa, z włosami związanymi z tyłu w kok. Ekipę uzupełniali dwaj afrykańczycy – kierowca volksawega busa i kucharz. W ciągu trzech godzin przejechali 80 kilometrów wyboistej, gruntowej drogi do parku Lake Manyara. Siedząca nieopodal Pawła Angielka usiłowała w tym czasie studiować atlas ptaków wschodniej Afryki. Holendrzy przez sen podskakiwali na fotelach. Widocznie mieli za sobą męczącą noc skoro udawało im się spać. Tylko para amerykanów przejawiała zainteresowanie wszystkim, co zobaczyli za oknem busa. To oni zauważyli grupkę dziwnych chłopców. Bus zatrzymał się. Chłopcy byli mniej więcej dziesięcioletni. Ubrani w czarne tuniki, niemiłosiernie zakurzone sandały znanego już Pawłowi typu “firestone”, włosy mieli splatane w koki a na twarzach byli pomalowani w białe kreski. Wyglądali niesamowicie. Jak małe diablęta. Ponure, obojętne twarze. W dłoni każdego długi kij. Gdyby to nie były dzieci, wyglądaliby po prostu przerażająco. - młodzi Masajowie przed inicjacją – wyjaśnił Banderas - czy możemy zrobić zdjęcia ? - zapytała Irene, amerykanka - zapytam ich – odparł Banderas – zgodzili się za pięć dolarów od każdego fotografującego – oznajmił po chwili. - co to znaczy “przed inicjacją”? - zapytała Irene, gdy odjechaliśmy już po zrobieniu zdjęć - przed obrzezaniem - fui... Reszta podróży przez suche pustkowie minęła na podskakiwaniu w fotelach. W pobliżu jeziora Manyara przyroda ożyła. Pojawiły się akacjowce, których wierzchnia warstwa liści układała się niemal płasko, jak od linijki. Z gałęzi zwisały ptasie gniazda. Współpasażerka, ta z atlasem ptaków na kolanach, ożywiła się na widok żółtych ptaszków krzątających się wokół gniazd. Może to jakaś pani ornitolog? - pomyślał Paweł. Później, w samym parku , gdy wjechali między rzeczki zasilające jezioro Manyara, las zgęstniał. Królowały w nim monumentalne, upiornie poskręcane baobabów. Zatrzymali się na polance, aby rozprostować kości. Paweł zamierzał podejść do najbliższego baobabu, ale Banderas grzecznie poprosił by nie oddalać się od samochodu. - Wprawdzie drapieżniki w dzień nie żerują, ale na baobabach lubią mieszkać mamby. Wyjątkowo jadowite węże. Zwane tu “wężem dwóch kroków” , po podobno tyle przejdzie człowiek po ukąszeniu mamby czarnej. W trakcie dalszej wycieczki Francuz, mówiący po angielsku ze śpiewnym akcentem, nie pozwalał już wychodzić z samochodu. Takie są przepisy, tłumaczył. W parkach gdzie występują tzw. duże drapieżniki jak lwy czy lamparty turystom nie wolno wysiadać z samochodów. Oglądali zatem antylopy, pawiany, zebry i słonie za oknami lub wystawiając głowę przez podnoszony dach busa. Aparaty fotograficzne trzaskały i bzyczały. Zwierzęta, doskonale obojętne na obecność licznych samochodów, najeżonych aparatami i kamerami nie zwracały na to uwagi. Lunch składający się z zapasów, które kucharz miał w samochodzie ( chleb tostowy, jajka na twardo, banany ) zjedli w pobliżu jeziora . Brzegi jeziora różowiły się od tysięcy spacerujących na chudych nogach flemingów. Pawła sąsiadka, pani ornitolog, dostała wypieków na twarzy. Wypstrykała przez aparat z teleobiektywem dwa lub trzy filmy. Przed wieczorem dojechali na nocleg do kempingu o wielce obiecującej nazwie “Mosqiuto River”. Kucharz zaserwował na kolacje jajecznicę z chlebem tostowym i banany. Kurowski wyjął butelkę whisky a holendrzy częstowali jakimiś samodzielnie skręcanymi papierosami. Siedzieli pod dachem z liści palmowych. W słabym świetle naftowych lamp. Z buszu dobiegały odgłosy zwierząt. Wycie, piski, śmiechy, zawodzenie. Nad tym wszystkim wisiało rozgwieżdżone niebo. Z najbardziej rzucającym się w oczy gwiazdozbiorem, który kiedyś żeglarze opływający Afrykę w poszukiwaniu drogi do Indii, nazwali Krzyżem Południa. Dobrze się żyje w skórze innego faceta – pomyślał Kurowski – jakbym narodził się na nowo. Żadnych problemów, stresów. Tony Bolzano nie zajmuje sobie głowy sprawami, które jeszcze wczoraj mnie martwiły. Tony to fajny facet. Wieczór był bardzo miły, tyle że Paweł nie pamiętał jak się skończył.
Część 66 / 6
Obudziło go okrutne pragnienie. Do tego, że było ciemno zawsze gdy się budził, zdążył już przywyknąć. Gorzej, że nie bardzo wiedział gdzie się obudził i dlaczego. Po chwili zaczął wyławiać z ciemności zarysy otaczających przedmiotów. Moskitiera. Jest. To dobrze. Jestem rozebrany. To też dobrze, że nie padłem gdzieś w opakowaniu. Wprawdzie zazwyczaj nie sypiam nago... Plecak. Mój plecak !. Na krześle nieopodal leży mój plecak w miejscu gdzie zostawił go wczoraj po wyjęciu butelki whisky. Zatem jestem w moim pokoju. O.K. Jest dobrze. W plecaku jest plastikowa butelka z wodą. Wstał aby się napić. Łóżko na którym spał, skrzypnęło a potem mruknęło i westchnęło. Słysząc te odgłosy, zatrzymał się w pół drogi do plecaka. Ale najpierw musiał się napić. Butelka z wodą była w bocznej kieszeni. Kilka głębokich łyków wlało w Pawła życie. Wrócił pod moskitierę łóżka.
Uchylił kołdrę. Ktoś spał na drugiej części. Niestety nie był w stanie zobaczyć niczego szczególnego poza miarowo oddychającym zarysem ludzkiej postaci. Spałem nagi – pomyślał – a jeżeli ten facet obok mnie to homoseksualista?... może to Banderas?.. Przed oczami stanęła mu twarz Banderasa z wczorajszego wieczoru. Z czerwonymi od whisky lub pożądania oczami. Czego można się spodziewać po Francuzie?...o, kurde.... Wczoraj uśmiechał się do mnie obleśnie... chciał mnie poderwać... o, kurde!!! Intruz chrapnął i przekręcił się w stronę Pawła. Ten uniósł trochę kołdrę. W słabym świetle księżyca wpadającym przez okna zauważył ,że postać intruza nie przypomina Banderasa. Ma dłuższe włosy i krągłości w miejscach gdzie u tamtego była owłosiona klatka piersiowa. To dziewczyna... uff... Jeszcze nigdy obca dziewczyna w moim łóżku nie ucieszyła mnie tak bardzo- pomyślał Paweł. - cześć, malutka – wyszeptał przytulając się do niej - cześć, Tony – lekko uchyliła oczy – już nie spisz? Ty zwierzaku... To jednak prawda, co się mówi o temperamencie Włochów...ty włoski diable..
To była Pani Ornitolog. O rany... Więcej już nie będę pił. Ani palił “niewiadomoczego”.
Poszli na śniadanie razem. Towarzyszka Pawła wisiała mu ostentacyjnie na ramieniu. Zwracał się do niej “kochanie” lub “malutka” bo trochę głupio było zapytać o imię. Na szczęście Banderas z daleka przywitał ich okrzykiem: - cześć Eliza i Tony ! Zapraszamy na śniadanko. - Witaj - dobrze, że to jednak nie jego zaciągnąłem do łóżka , pomyślał Paweł. Chociaż właściwie kto kogo zaciągnął? Ja Elizę, czy ona mnie?... Tego nie dowiem się już zapewne nigdy... Tym razem kucharz podał jajka sadzone z chlebem tostowym i banany. Do każdego posiłku podawał jajka w innej formie. Ale zawsze jajka. Biali jedzą jajka. Brak prądu elektrycznego ( poza największymi miastami) to nie tylko nastrojowe wieczory przy lampie naftowej ale także brak lodówek, zamrażarek, wędlin , serów, twarożków, paróweczek i mnóstwa innych smacznych rzeczy, bez których trudno wyobrazić sobie życie, weschnął Paweł połykając kęs jajka. Większość wycieczki była z lekka przymulona, jedynie Banderas trzymał zawodowy fason a Eliza wręcz tryskała energią. Opowiadała o afrykańskich ptakach. Pytała, kto wie jakie jest najpopularniejsze hobby Anglików . Piłka nożna? Nie. Nikt nie zgadł, że to “bird-watching”, czyli oglądanie ptaków. Okazało się, przy tym, że Eliza nie jest żadnym ornitologiem z Oxfordu. Prowadzi z siostrą sklep mięsny gdzieś w Surrey.
- tak się cieszę, taka jestem rozradowana, że pojedziemy do Ngoro Ngoro, wiesz Tony ? - szczebiotała Eliza siadając obok Pawła w busie – może zobaczę czarne bociany, perkozy, sekretarze... a Ty ? Co ciebie fascynuje, Tony? - Ty, Elizo... - włoski podrywacz.... - pogroziła mu w dziecinnym geście palcem a uśmiech miała przy tym jak księżyc w pełni Bus szarpnął, zaklekotał i ruszył na dalszy ciąg wycieczki. Do parku Ngoro Ngoro. Banderas zaczął opowiadać o czekających ich atrakcjach. Eliza na chwilę umilkła. Kilka dni w ciele Tonego Bolzano pomożę mi nabrać właściwego dystansu, lepiej ocenić sytuacje i wybrać lepsze rozwiązanie... - zdecydował Paweł i znowu stał się Tonym. Popatrzył ukradkiem na Elizę. Właściwie nie była wcale taka brzydka, jak jeszcze wczoraj się wydawało. Może nie piękna. Żadna modelka czy twarz z okładki. Włosy średniej długości. Na taki kolor mówi się chyba szatynka. Bo to oznacza każdy kolor poza blond i czarnym. Oczy, nos, usta... taka typowa angielska uroda. Niby nic specjalnego, ale ma w sobie coś. Jakiś urok. Jakieś ciepło. Właściwie gdy tak patrzę na jej profil, to widzę, że jest całkiem ładną kobietą. Nieźle udało mi się to polowanie w Afryce – pomyślał. - dlaczego się uśmiechasz, ragazzo? - zapytała - czekam aż mnie zauważysz... - masz miły głos, wiesz ? Nie pracujesz przypadkiem w radio? Powinieneś prowadzić nocne audycje dla kobiet... - nie. Jestem skromnym urzędnikiem - pewnie wszystkie laski z urzędu przewracają za tobą oczami?.. Wrócisz do Włoch i zapomnisz o mnie... Jesteś żonaty, prawda?... - nie - co “nie” ? - Nie zapomnę o tobie... i nie jestem żonaty - myślę, że kłamiesz. To że nie nosisz obrączki o niczym nie świadczy. Schowałeś ją pewnie w portfelu. - Elizo, proszę, nie psuj nastroju tego miłego poranka. Nie jestem żonaty - łatwo ci mówić. Dla facetów to nie ma znaczenia. Byle wyrwać jakiś towar... a kobieta angażuje się emocjonalnie i nie cierpi być oszukiwana. Samochód wjechał na wyboje. Podskoczyli kilka razy, łapiąc się rączek u sufitu. - Jesteś dla mnie niesprawiedliwa, Elizo – powiedział , gdy przestało nimi rzucać - nie gniewaj się – przytuliła się do mężczyzny i słodko uśmiechneła – przepraszam. Uśmiechnij się, przecież oboje przeżywamy piękną afrykańską przygodę, prawda? - Prawda
12
Leśna droga prowadziła do parku Ngoro Ngoro. Dopiero gdy bus zaczął zjeżdżać w dół, do wnętrza krateru, drzewa przerzedziły się a potem ustąpiły miejsca słonecznej sawannie. Kręta, stroma, gruntowa droga prowadziła do wnętrza powulkanicznej kaldery. Kamienie chrzęściły pod kołami gdy bus ostrożnie zjeżdżał serpentynami w głąb. Jak do wielkiej studni, na dnie której, wśród traw i rzadkich drzew , przyroda żyła w stanie niemal niezmienionym od setek , a może tysięcy lat. Dawniej uważano, że zwierzęta żyjące we wnętrzu wulkanu, którego krater ma kilka kilometrów średnicy, zastały tam zamknięte, uwięzione i nie mają możliwości migracji ze światem poza kraterem . Że żyją tam w stanie niemal pierwotnym. Okazało się ,że zwierzaki znalazły sobie jednak drogę wyjścia i wejścia do Ngoro Ngoro. Co nie zmieniło faktu, że chyba nigdzie nie spotyka się tylu okazów afrykańskiej fauny w tzw. przeliczeniu na kilometr kwadratowy. Banderas opowiadał o parku i napotkanych zwierzętach. Turyści , którzy mieli aparaty lub kamery ( czyli wszyscy, poza Pawłem ) robili zdjęcia i filmowali. Stali kwadrans, razem z trzema innymi samochodami, pod dużym drzewem w gałęziach którego podobno spał lampart. Nie było go widać, ale jeżeli zaczęło się wpatrywać w plątaninę gałęzi i gąszcz liści, bardzo intensywnie, z nadzieją ,że zauważy się lamparta to pojawiało się wśród zielonych liści żółtawo-brązowe futro kota. A gdy nie chciało sie go widzieć, nie wierzyło się ,że tam leży wyciągnięty na gałęzi - wówczas tajemniczy lampart znikał z oczu. Potem wjechali w liczące co najmniej kilkaset sztuk stado antylop i zebr. Duże, pokraczne antylopy gnu, co mają łby z grzywami, podobne do końskich, nie chciały zejść z drogi nic sobie nie robiąc z towarzystwa samochodu. Nauczone, że samochody nie robią krzywdy nie zwracały na nie uwagi. Traktowały busy i jeepy z doskonałą ignorancją. Bezosobowo i bezprzedmiotowo, jakby ich tu wogule nie było. Zapewne gdyby biali zdobywcy świata, o duszach konkwistadorów, wysiedli ze swoich aut i rozsiali wokół zapachy przodków - myśliwych, zwierzaki nie byłyby już tak ufne. - zebry próbowano wielokrotnie udomowić – opowiadał Banderas – taki mały konik przydałby się w gospodarstwach rolnych. Ale nigdy się nie udało. Nie oswajają się. Gdy udało im się wreszcie przejechać przez stado gnu i zebr, dotarli do jeziorka w którym wylegiwało się stado hipopotamów. - To najgroźniejsze zwierze Afryki – objaśnił nam Banderas - hipcio? Żartujesz chyba?... - bynajmniej. Hipopotamy powodują najwięcej ofiar śmiertelnych wśród ludzi. Popatrzcie na ich szczęki, gdy otwierają paszcze. Te zęby przecinają człowieka wpół. Potrafią atakować łodzie płynące po rzece czy jeziorze, jeżeli naruszono ich teren. Przegryźć łódkę tymi ząbkami, to żaden problem. Atakują także ludzi na lądzie. Nad brzegiem, jeżeli nieopatrznie przetniesz i zagrodzisz im drogę do wody. W pobliżu wody żerowało także kilka rodzajów ptaków. Większych i mniejszych, różnokolorowych. Eliza była w siódmym niebie. Miała dwa aparaty fotograficzne, jak rasowy reporter, więc gdy w jednym kończył się film, podawała go Pawłowi, ten zmieniał rolkę na nową, a ona pstrykała drugim. Wczesnym popołudniem zatrzymali się na lunch, nad jeziorem, w miejscu gdzie wszystkie samochody mozolnie objeżdżające od rana krater stawały na odpoczynek. Było tu co najmniej 30 aut. Za przyjemność obcowania z niemal dziką, nietkniętą przyrodą płaciło się tutaj koniecznością licznego towarzystwa turystów z całego świata. To taki ogród zoologiczny, ale na odwrót. To ludzie przebywają w zamkniętych klatkach samochodów a zwierzęta leniwie, bez pośpiechu, jak na niedzielnym spacerze, przechadzają się między samochodami. Kucharz miał oczywiście niewyczerpywalny zapas jajek. Na lunch były jajka na twardo. Paweł wysiadł z busa i zamierzał siedząc na trawie rozkoszować się smakiem jajek z chlebem tostowym. - nie rób tego ! - energicznie zatrzymała go Eliza - dlaczego? - Tu są niebezpieczne... Ptaki, które atakują ludzi, aby odebrać jedzenie. Patrz, latają nad nami. - Są mniejsze ode mnie. Nie dam im. - Potrafią wydłubać oczy. Nie czytałeś przewodnika? - Nie zauważyłem... - to raczej nieprawda... - wtrącił się Banderas, słysząc rozmowę – w przewodniku Pascala piszą o takim niebezpieczeństwie, ale nigdy nie słyszałem by taki przypadek się zdarzył. Myślę, że ktoś zrobił sobie żart z faceta piszącego przewodnik dla Pascala. - Zaryzykuje zatem i sprawdzimy – Paweł usiadł na trawie, kilka metrów od samochodu - jak chcesz- Eliza odwróciła się na pięcie i wsiadła do busa. Za nią reszta wycieczki. Tylko Kurowski z Banderasem zostali na dworze. Nad głowami krążyły ..., ale na szczęście nie przejawiały zbyt agresywnych zamiarów. W odległości 50 metrów, nad brzegiem jeziora, grupka japońskich turystów oglądała z zaciekawieniem jakieś, około półmetrowej wysokości brunatne pagórki. Nie były to termitiery, które miały bardziej stożkowe kształty i osiągały większą wysokość. Paweł widział w buszu nawet trzymetrowe termitiery . Jeden z japończyków nachylał się tyłem nad takim pagórkiem, jakby chciał na nim usiąść, ale nie siadał. Reszta ze śmiechem robiła mu zdjęcia. - Co to jest ? - zapytał Banderasa, przełykając bez specjalnego smaku kolejny kęs jajka. - Gówno słonia
Po lunchu czekał ich gwóźdź programu. Szukanie lwów. Najłatwiej znajduje się lwy wjeżdżając busem na wzniesienie i stamtąd patrząc w którym miejscu krateru Ngoro Ngora zebrało się najwięcej samochodów. Trzeba szybki jechać do miejsca , gdzie stoi kilkanaście aut. Tam muszą być lwy. Rzeczywiście. Dwa lwy leżą w niskiej trawie. Widać je bardzo dobrze. Czasem któryś machnie ogonem. Czasem nawet poruszy łbem. Ale przez piętnaście minut postoju nie przejawiają żadnej innej formy aktywności. Turyści niecierpliwią się - czy one się ruszą? - pyta ktoś Banderasa. Każdy czeka z gotowym aparatem lub kamerą. Ujęć leżących w trawie lwów wszyscy mają już pod dostatkiem. - Wątpię – odpowiada rzeczowo Banderas – lwy w ten sposób spędzają zdecydowaną większość dnia. Oszczędzają energię. Na ogół leżą bezczynnie i śpią. Czasem tylko pójdą do wodopoju. A polują najczęściej w nocy. - I to ma być król dżungli ?... Na planie safari punkt pod tytułem “lwy” należy odchaczyć minusem, notuje w myślach Paweł. Czekają jeszcze następny kwadrans i zniechęceni zachowaniem lwów jadą dalej. W stronę następnego jeziora. Z oddali widać niebieskawą taflę wody i różową plaże. Gdy podjeżdżają bliżej można już dostrzec ,że plaża porusza się. Podekscytowanie Elizy oznacza, że mają do czynienia z ptactwem. To wielkie, może nawet kilkutysięczne stado flemingów. Krzywodziobe flemingi leżą lub stoją na jednej nodze. Bardzo ciasno. Z oddali zlewając się w jedną, różową całość. Samochód podjeżdża jak się tylko da najbliżej. Trzaskają migawki aparatów. Jakaś samotna hiena przebiega obok busa kierując się w stronę stada. Ptaki jeden po drugim, bez pośpiechu wzbijają się do lotu. Rozwijają swe wielkie skrzydła. Ogromny, różowy wachlarz zawisa nad jeziorem. Faluje i powoli, majestatycznie odlatuje na drugi brzeg. Wszyscy wysiadają z samochodu aby lepiej przyjrzeć się temu megawidowisku, usłyszeć szum tysięcy skrzydeł. Nawet kucharz wychodzi z busa. - Jak nazywają się te ptaki w swahili? - pyta Paweł - Ndege – odpowiada kucharz - ndege? - W języku swahili wszystko co lata nazywa się “ndege”. Ty też przyleciałeś tu z Europy ndege. W swahilii nie ma nazw dla różnych ptaków. Bo po co ? To tylko ndege.
Gdy już siedzą w busie i wyjeżdżają z Ngoro Ngoro , Paweł dzieli się z Elizą moją nowonabytą od kucharza wiedzą. - doprawdy? -odpowiada w tonie sarkazmu - tak mi powiedział - no i co z tego? Co chcesz przez to powiedzieć?... - mówi oschłym tonem. Przesiada się na inny fotel. Nie rozmawiają już ze sobą do końca wycieczki. Eliza jest urażona, a Paweł nie pali się z przeprosinami. Wysiadając z busa w Arushy rzucają sobie zdawkowe “bye”.
13
Kurowski zatrzymał się na noc w małym hoteliku bez nazwy, gdzie nie proszono o okazanie paszportu. Wystarczyło płacić z góry. Jedząc kolacje ( ryż z sosem, bez jajka !! ) rozłożył mapę i zastanawiał się co Tony Bolzano ma robić dalej. Nie powinienem jeszcze wracać do kraju – pomyślał -jeszcze kilka dni. Niech się przewodniczący i detektyw Wrotkowski denerwują. Niech zachodzą w głowę co się stało. Mnie to już wisi i powiewa. Zamówił piwo, potem drugie i długo wpatruję się w mapę. Afryki wschodniej. Zanzibar, Mombasa, Nairobi.... tajemnicze, egzotyczne nazwy, które kiedyś słyszał i które nadal rozpalały wyobraźnie. Może najpierw pojadę na Zanzibar? Na…