Horror · 53 min czytania
Mała Makabra
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Otworzyła oczy. Światło. Strasznie jasno. Jakieś głosy. Nieprzyjemny zapach. Badawczym wzrokiem rozejrzała się dookoła. Widziała sufit. Pożółkła zieleń z dwoma świecącymi jarzeniówkami. Z lewej strony, ściana w kafelkach bliżej nieokreślonego, jasnego koloru, z prawej okratowane okno. Przetarła oczy. Leżała w łóżku pod zbyt mocno nakrochmaloną pościelą. Dotknęła ręką głowy. Poczuła szorstki materiał na czole. Coś lekko szarpnęło ją za ramię. Z wysokiego, metalowego stojaka zwisało kilka kroplówek. Obok stał jakiś aparat ze zwojem kabli i rurek, kończących się w wenflonie na jej nadgarstku. - Jak się pani czuje? – usłyszała niski, męski głos dochodzący spod drzwi. Spróbowała lekko unieść głowę aby zobaczyć twarz rozmówcy, ale poczuła mdłości i pulsujący ból głowy. Zrezygnowała. - Jak się pani nazywa? – spytał inny, damski głos. Podeszli bliżej. Widziała zarys postaci, ale nie mogła dostrzec twarzy. Oczy jakby zaszły jej mgłą. - Ile ma pani lat? – padło kolejne pytanie. Mgła się trochę rozwiała, ale ciągle nie widziała wyraźnie. Stali nad nią. Kobieta i mężczyzna w białych fartuchach. Ona ciągle cos notowała, on przeglądał jakieś papiery. Z tyłu poruszyła się jeszcze jedna sylwetka. - Ja – urwała. Zrobiła niepewną minę. Jej głos, jej własny głos zabrzmiał jakoś tak obco, jakby słyszała go pierwszy raz. Zbladła. Nad nią, postać z lewej powiedziała coś drugiej na ucho, a ta rzuciła jakieś polecenie tej przy drzwiach. Zapadła długa chwila ciszy. Kobieta na łóżku utkwiła wzrok na swoich dłoniach. Na ich wewnętrznej stronie widniały dwie niewielkie blizny w kształcie półksiężyca. Drżały jej ręce. Oblizała suche usta. - Ja – kontynuowała prawie szeptem. – Ja nie ... nie wiem. Nie pamiętam. – Spojrzała szklistymi oczami na stojące nad nią osoby. - Amnezja. – powiedziała kobieta do mężczyzny – Powinna ustąpić. To normalne po takim urazie. Na razie, niech odpoczywa. Ten tylko wzruszył ramionami. W momencie, kiedy już mieli wyjść, gwałtownie poderwała się na łóżku. Złapała stojącą najbliżej łóżka lekarkę za rękę. Zakręciło jej się w głowie. - Ja … - Nie dokończyła zdania. Zrobiło jej się ciemno przed oczami i bezwładnie opadła na posłanie.
Minął dzień, zapadła noc. Potem następna i jeszcze jedna. Czas przestał mieć znaczenie. Ktoś przychodził i odchodził, zmieniał opatrunek, a czasami nawet coś do niej mówił. Niewiele jednak do niej docierało. Godzinami wpatrywała się w sufit. Zdawała się nie słyszeć zadawanych pytań, a może świadomie je ignorowała. Wszystko, co się działo dookoła było takie nowe, takie dziwnie obce i straszne jednocześnie. Z czasem mgła ustępowała coraz bardziej. Mogła już dostrzec szczegóły pomieszczenia, w którym leżała i rozumiała większość zdań wypowiadanych przez lekarzy. Po woli odzyskiwała siły. Zbliżał się wieczór. Coraz lepiej jej się myślało. Zaczynała po woli zdawać sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znalazła. W dalszym ciągu była jednak bardzo słaba i z trudem przychodziło jej poukładanie sobie wszystkiego w głowie. Jeszcze raz spróbowała usiąść na łóżku. Lampa nad głową lekko zawirowała i zrobiło jej się niedobrze. Zanim zdążyła się powrotem położyć zwymiotowała na podłogę. Przez chwilę miała ciemno przed oczami ale potem poczuła się wyraźnie lepiej. Z tej perspektywy pokój wydawał się jakby większy. Białe kafelki na ścianach delikatnie kontrastowały z zielonym sufitem. Dotknęła ręką twarzy. Przejechała palcami po bandażu owiniętym dookoła głowy. Po woli, narastała w niej chęć porozmawiania z kimś, poczucia czyjejś obecności. Nie wiedziała co jej jest i co się stało, a co najgorsze nie wiedziała kim jest. Dziwne – pomyślała. Przecież słowa w miarę logicznie układają jej się w głowie, zna nazwy rzeczy i pojęcia, ale jak to możliwe że nie pamięta nic o sobie. Bała się. Spuściła nogi z łóżka. Przełknęła ślinę i poczekała aż przejdzie kolejna fala nudności. Spojrzała w okno. Widok rozciągał się na gęsty las. Wyglądało na początek jesieni. Słońce po woli chyliło się ku zachodowi. Pod jednym z drzew zobaczyła mężczyznę. Ubrany był w długi do ziemi, szary płaszcz. Brunatne włosy, w nieładzie opadały mu na czoło. Przez moment wydawało jej się, że wpatruje się w jej okno. Spróbowała stanąć. Nogi ugięły się pod ciężarem jej ciała, ale nie upadała. Zachwiała się. Mocno oparła ręce na brzegu szafki nocnej i w końcu dźwignęła się do pozycji pionowej. Dopiero teraz poczuła, jaka jest słaba. Zerknęła na okno, ale nikogo już nie zobaczyła. Pierwsze kroki przychodziły jej z trudem. Oparta o ścianę sunęła bosymi stopami po posadzce. Przypomniały jej się kroplówki i aparatura do której była podłączona. Najwyraźniej pielęgniarka odłączyła wszystko kiedy spała. Dotarła do umywalki. Spojrzała na wiszące nad nią lustro. Na moment wstrzymała oddech. Zobaczyła twarz kobiety w średnim wieku. Wpatrywały się w nią podkrążone, zielone oczy. Długie, pofalowane, ciemne blond włosy wystawały spod opatrunku na głowie. Nos, spiczasty, odrobinę zadarty do góry pokrywały drobne piegi. Usta, małe ale pełne, ściągnięte były teraz w smutnym grymasie. Podniosła rękę do swojego odbicia. Zobaczyła łzę spływającą po policzku. Stała tak przez kilka minut próbując przypomnieć sobie na kogo patrzy. To wszystko ją za bardzo przytłaczało. Czuła odpychającą niechęć i odrazę do kobiety którą widzi, ale jednocześnie wiedząc, że to jej własne odbicie zrobiło się jej żal. Przez moment targały nią jakieś dziwne, ambiwalentne emocje, których sama nie potrafiła rozpoznać. Już miała odwrócić wzrok, ale coś z powrotem przyciągnęło jej uwagę. Z jednej z dziurek w nosie spływała czerwona strużka krwi. Szybko otarła ją ręką. Odkręciła wodę w kranie i zmyła rozmazaną ciecz z dłoni oraz smugę z policzka. Zanim zakręciła kurek, w zlewie zaczęły się pojawiać czerwone krople. Podniosła wzrok i zamarła. Naprzeciwko niej stała przerażona kobieta, której z nosa i z oczu spływały strugi krwi. Otworzyła usta żeby krzyknąć. Zanim wydobyła z siebie jakikolwiek dźwięk, z rozchylonych warg zaczęła wypływać spieniona, brunatna ciecz. Poczuła słodkawy smak w ustach. Nie mogła już zaczerpnąć powietrza. Strach zmienił się w przerażenie. Sekundę później, leżała na podłodze. Usłyszała głos kobiety za plecami. Jakieś silne ręce chwyciły ją za ramiona. Nagle dookoła zrobiło się dużo ludzi. Zobaczyła twarz pielęgniarki i głos lekarza. Ktoś zrobił jej zastrzyk. Ktoś inny się o coś pytał ale nic nie rozumiała. Powieki robiły się coraz cięższe. Jacyś ludzie podnieśli ją i położyli na łóżku. Następną rzeczą, która wyrwała ją z odrętwienia był ostry zapach. Kiedy oprzytomniała, zobaczyła przed sobą pielęgniarkę trzymającą solę trzeźwiące. - Już wystarczy siostro. – odezwał się męski głos z końca sali. Rozpoznała lekarza, którego zobaczyła zaraz po przebudzeniu. Teraz wszystko widziała jasno i wyraźnie. Miał na sobie biały fartuch z wystającym statoskopem z kieszeni. Mimo siwawych włosów nie mógł mieć więcej niż 40 lat. Worki pod oczami zdradzały niewyspanie po nocnym dyżurze. Podszedł bliżej, stukając przy tym drewniakami o podłogę. Spojrzał na nią z miną, której nie potrafiła odczytać, po czym powiedział. - Zanim porozmawiamy na temat pani zdrowia, muszę obejrzeć pani głowę. - Mówił wolno, niskim głosem. Dokładnie sprawdził opatrunek, poświecił jej małą latarką w oczy i zapisał coś na karcie wiszącej w nogach jej łóżka. Przypomniała jej się scena sprzed kilku minut, a może godzin. Spojrzała na lustro wiszące na ścianie. - Ja. – Zaczęła. Znowu to samo wrażenie. Obcy, zupełnie nieznajomy głos wydobył się z jej gardła. – Moja twarz. Krew. – głos jej się załamał. - Już dobrze. Jest wszystko w porządku. – Teraz inny, kobiecy głos dobiegł spod drzwi. Podchodziła do niej wysoka, szczupła blondynka. Ręce miała założone na piersi. Biały fartuch mówił, że również jest lekarzem. Oboje podeszli bliżej i usiedli na krzesłach przy łóżku. Pielęgniarka stanęła za nimi. - Nazywam się dr Saliwan – kontynuowała – a to jest dr Petit. Jesteśmy tu aby pani pomóc. Proszę się niczym nie martwić. Jest pani pod naprawdę dobrą opieką. To co się stało, mogło być spowodowane szokiem oraz halucynacjami, jakie czasami występują przy tak silnych lekach jakie pani dawaliśmy. Nikt jednak nawet nie podejrzewał, że jest pani na tyle silna aby wstać z łóżka i podejść do lustra. Chwila ciszy. Wymiana spojrzeń. - Jak się pani nazywa? – powiedział mężczyzna - Czy wie pani, który mamy rok? Pacjentka zaprzeczyła ruchem głowy. - Nie … nie wiem. - Otóż to. – odezwała się kobieta. Zrobiła pauzę, jakby myślała od czego zacząć – Tak, jak podejrzewaliśmy. Jest to typowy objaw wstrząsu, jakiego pani doznała podczas wypadku. Utrata pamięci, o której już wspominaliśmy będzie się cofać, ale do tego potrzeba czasu. - Opowiemy teraz kilka zdań na pani temat. – dodał. - Na początku będzie się to mogło wydawać dziwne i trudno będzie we wszystko uwierzyć, ale proszę mi wierzyć – w tym miejscu zaśmiał się lekko pod nosem, jakby rozbawiony własnym powtórzeniem - z czasem wszystko pani sobie przypomni. Równie dobrze może to nastąpić dzisiaj, jak i za kilka tygodni. Trzeba po prostu być cierpliwym. Czy jest pani gotowa? - Skinęła głową. - Może są jakieś pytania, które chciałaby nam pani zadać? Kobieta zamyśliła się. - Gdzie ja jestem? - Jest pani w Szpitalu Klinicznym imienia św. Bartłomieja. - Co mi się stało? To pytanie jakby trochę zbiło ich z tropu. - Zaraz do tego dojdziemy. Czy jeszcze coś? – ponaglił ją lekarz Zaprzeczyła. - A więc chciałbym aby nas pani wysłuchała. - Może ja zacznę – blondynka wzięła głęboki oddech – Nazywa się pani Braun. Agata Braun. Urodzona w 1945 roku w małej wsi o nazwie Karbon na południu Walii. – kobieta mówiła wolno i wyraźnie, spokojnym i przyjemnym tonem, co raz zerkając na papiery trzymane w dłoniach. - Pani rodzice, Karol i Małgorzata Dingbat, zginęli w wypadku kiedy miała pani 5 lat. Od tego czasu opiekowała się panią babcia. Następnie, mając lat 19, po śmierci babci, przeniosła się pani do Londynu i tam skończyła studia. W 1980 roku wyszła pani za mąż za doktora nauk humanistycznych, Adama Brauna i oboje zamieszkaliście w dużym domu w Rossolinie na ulicy Foxa 21. W tym samym roku urodziła się wam pierwsza córeczka Alicja, a rok po niej syn Dawid. Jest pani 45 letnią nauczycielką chemii. Agata – powiedziała w myślach blondwłosa kobieta. Patrzyła na siedzącą naprzeciwko niej parę i z trudem rozumiała co do niej mówią. Brzmiało to jak streszczenie jakiegoś filmu. Żadne imię nie brzmiało jej znajomo i co gorsza nic sobie nie przypominała. Środki uspokajające chyba przestawały działać, bo znowu zaczęły drżeć jej dłonie i krople potu pojawiły się na czole. Mimo to jednak, starała się zachować spokój. Agata – powtórzyła jeszcze raz, tym razem na głos. Próbowała sobie coś wyobrazić, cokolwiek. Nic jej jednak nie wychodziło. Przed oczami stawały jej jakieś dziwne, abstrakcyjne imaginacje. Lekarze opowiadali historię jej życia, a ona odpłynęła gdzieś myślami. Czy to możliwe, że ma męża i dwójkę dzieci? Zerknęła na lekarzy. W ich zachowaniu wyczuwało się jakiś konflikt, jakby jedno chciało pokazać, że jest lepsze od drugiego. Facet w fartuchu coś mówił i tłumaczył, energicznie przy tym gestykulując, a ona przeglądając swoje notatki, z zaciśniętymi ustami szykowała się do przejęcia pałeczki. - I dlatego, po odzyskaniu zdrowia chciałaby z panią porozmawiać również policja. – głos doktora wyrwał ją z zamyślenia - Cudem uniknęła pani śmierci. Sąsiad zobaczył jak spada pani z okna. Nie potrafił jednak powiedzieć czy sama pani wyskoczyła, czy ktoś panią wypchnął. Kilka minut później cały dom stał już w płomieniach. - Policja? – przerwała Agata - Pani Braun. – westchnęła - Jest 25 październik 1990 roku. Pani mąż oraz dzieci uważane są za zaginione. Na podjeździe nie było jego samochodu i policja ma podstawy, aby sądzić, że mogło ich nie być wewnątrz podczas pożaru. Pani ubranie było całe we krwi. Nie była to jednak pani krew. Od ponad miesiąca była pani w śpiączce. Rozległy uraz głowy, naprawdę nie dawał wysokich szans. Dwa tygodnie temu pojawił się zakrzep i zmuszeni byliśmy ponownie trepanować pani czaszkę. Zwykle podczas takiej rozmowy unikane są bolesne tematy, ale w tym przypadku zdecydowaliśmy, że lepiej będzie o wszystkim opowiedzieć, niż żeby w wyniku cofnięcia się amnezji dostała pani szoku i powtórzyła się sytuacja z wczoraj. Agata nie wiedziała czy ma się śmiać czy płakać. To wszystko było dla niej takie odległe i nierealne. Przez myśl jej przeszło, że może nic z tych rzeczy nie jest prawdą, że to zaplanowane działanie na jej niekorzyść. Szybko jednak odrzuciła tę koncepcję. Ogarnął ją lęk. Obawa przed nieznanym. - Tutaj mamy rzeczy, które miała pani przy sobie podczas wypadku – powiedziała lekarka podnosząc do góry przezroczystą, plastikową torbę – mamy nadzieję, że pomogą w odzyskaniu pamięci. Proszę mi tylko powiedzieć, czy coś z tego co powiedzieliśmy wydało się pani znajome? Cisza - A więc zobaczmy co tutaj mamy. Wysypali na szafkę obok łóżka zawartość torebki. Znajdował się tam pęk kluczy, trochę drobnych pieniędzy, zegarek i książka. Agacie serce zaczęło jakby szybciej bić. Nic z tych rzeczy nie wyglądało znajomo, ale coś niewątpliwie budziło w niej nieznane emocje. Wyciągnęła rękę po książkę. - Z tą książką to dziwna sprawa – powiedział Petit – nie mogliśmy znaleźć nic na jej temat, poza tym, że jest bardzo stara. Podczas wypadku, kiedy panią znaleziono, w jednym ręku trzymała pani właśnie ją. – Wciągnął powietrze przez zęby aby coś dodać, ale zrezygnował. Zrobił kwaśną minę. Agata trzymała w rękach książkę średnich rozmiarów. Mimo niepozornego wyglądu zdawała się bardzo ciężka. Czerwone, skórzane okładki były nadgryzione zębem czasu. Na przedzie widniał czarny, jakby wypalony ozdobną czcionką napis: Mała Makabra. Bez autora, bez wydawnictwa, bez niczego więcej. Szybko przerzuciła kilka kartek, ale to co zobaczyła wcale jej nie usatysfakcjonowało. Książka zawierała 350 ponumerowanych, lecz nie zapisanych, pożółkłych stron. - Dobrze. Myślę, że na dzisiaj to by było na tyle. Czy aby na pewno nic pani sobie nie przypomina? – uniósł brwi i spojrzał na Agatę tak, jakby chciała zataić przed nim jakieś informacje. - Nie - Trudno. Jeśli za kilka dni nie będzie poprawy, może spróbujemy hipnozy. - Hipnozy? - Tak. Jest to metoda absolutnie bezpieczna i w wielu przypadkach skuteczna. Zostanie pani wprowadzona w trans i poprzez zadawanie odpowiednich pytań lekarz oddziałuje na pani podświadomość w taki sposób, aby wydobyć z niej jak najwięcej wspomnień. Ale na razie, proszę o tym nie myśleć. Potrzebuje pani dużo odpoczynku. - Pani doktor? – spytała Agata Dr Saliwan poprawiła się na krześle, z wyraźną satysfakcją, że pacjentka zwróciła się właśnie do niej. - Słucham? - Czy mogę zatrzymać te rzeczy? - Tak, oczywiście. Należą przecież do pani. - Gdyby czegoś pani potrzebowała – wtrącił mężczyzna, podnosząc się z krzesła – proszę nacisnąć ten guzik przy łóżku, a od razu ktoś się zjawi. Pożegnali się i zapewniając, że wszystko będzie dobrze, wyszli. Agata została sama. Rozmowa ta w niczym nie pomogła, a wręcz przeciwnie. Miała w głowie gorszy mętlik niż wcześniej. Tej nocy prawie nie zmrużyła oka. Za każdym razem, jak tylko zamykały jej się powieki, zaczynała śnić o jakiejś absurdalnej, ale budzącej dreszcz sytuacji. Spadała. Leciała bezwładnie w dół czarnej otchłani. Dookoła niej wiły się w fantasmagorycznych kształtach płomienie. W momencie, kiedy miała już się zetknąć z ziemią, otwierała oczy. Sen powtarzał się w kółko, ciągle ten sam. Co chwilę więc, budziła się zlana potem. Środki nasenne, które dostała po kolacji również nie działały. W pewnym momencie, postanowiła wogule nie zasypiać. Nad ranem, kiedy pierwsze promienie słońca wpadły przez okno, w końcu, zmęczona przez koszmary zasnęła. Padła jak mucha, aby godzinkę później zostać obudzoną mierzeniem temperatury i poranną wizytą. Czas mijał wolno, nawet za wolno. Po śniadaniu otworzyła szafkę i spojrzała na rzeczy, które jej przyniesiono. Kilka monet, pordzewiałe klucze, zegarek z nie obracającymi się wskazówkami i książka. Nie przypominała sobie żadnej z nich, ale jednak, coś wywoływało u niej pewnego rodzaju dreszczyk. Przyciągało ją jednocześnie i odpychało. Wzięła do ręki oprawione w skórę, czerwone okładki. Przez chwilę wpatrywała się w czarny, tytułowy napis. Mała Makabra – powtórzyła pod nosem. Otwierające się drzwi wyrwały Agatę z zamyślenia. Stanęła w nich niska, pulchna kobieta po pięćdziesiątce, o przyjaznym i uśmiechniętym wyrazie twarzy. Nie miała na sobie fartucha. Przynależność do kadry lekarskiej zdradzała tylko mała plakietka przyczepiona do bluzki. Pewnym krokiem podeszła do łóżka. - Dzień dobry. - Dzień dobry – odpowiedziała pacjentka - Nazywam się doktor Lidia Palczewska, ale proszę mi mówić po prostu Lidia. Jestem psychologiem. Przysłano mnie abym odbyła z panią sesję hipnozy. - Ale, ale to miało być dopiero za kilka dni. - Ktoś najwyraźniej stwierdził, że nie należy zwlekać. Proszę pójść ze mną, do mojego gabinetu, tam wszystko pani wyjaśnię. Trochę niechętnie, z nieukrywanym ziewaniem, zwlokła się z łóżka. Narzuciła na siebie niebieski szlafrok wiszący przy drzwiach i wyszła razem z panią psycholog. Wychodząc na korytarz, poczuła chłód na stopach. Uświadomiła sobie, że po raz pierwszy opuszcza swoją salę. Zobaczyła po jednej stronie długi rząd drzwi zakończony windą oraz sale ze stolikami, krzesłami i gabinetem za szklaną szybą z drugiej. Dookoła było pełno ludzi. W Sali obok krzątały się pielęgniarki, w świetlicy kilku pacjentów oglądało mecz, a z windy wysiadła matka z dzieckiem, najwidoczniej idąca w odwiedziny do któregoś z pacjentów. Doktor Palczewska pospieszyła Agatę skinięciem głowy. Widząc, że ta odczuwa lęk, delikatnie wsunęła swoją rękę pod jej ramię i obie ruszyły w stronę windy. Przechodząc obok świetlicy, zagadnięta przez jakiegoś lekarza na moment przystanęła. Agata obróciła się w stronę telewizora. Stary, czarnobiały odbiornik, umocowany w rogu sali rzucał blade światło na twarze siedzących na przeciwko mężczyzn. Pięciu pacjentów, wszyscy z przynajmniej jedną kończyną w gipsie zastygli w bezruchu wyczekując na decyzję arbitra. Nagle, jeden z nich obrócił głowę w jej stronę i zmarszczył brwi. Był to niesamowicie chudy i łysy dziadek z jedną ręką na temblaku i cewnikiem wystającym spod piżamy. Wpatrywał się w nią przez chwilę tępym wzrokiem, z miną, jakby chciał ją za coś skarcić, po czym na dźwięk gwizdka, obrócił się w kierunku trwającej dalej gry. Pani doktor skończyła rozmowę i obie wróciły na wcześniejszą trasę w kierunku jej gabinetu. Idąc korytarzem, Agata poczuła, że coś jej ciąży w szlafroku. Wkładając rękę do kieszeni, na chwile przystanęła. - Czy coś się stało? – spytała psycholog - Nie, nic takiego. Jak to możliwe, że wzięłam książkę ze sobą? – pomyślała. Najwyraźniej zapomniała ją odłożyć i zamyślona, przez nieuwagę wsunęła do kieszeni. Kiedy wsiadły do windy, zanim zamknęły się drzwi, na korytarzu przed nimi, wyłonił się dziadek, którego widziała wcześniej. Szedł w odwrotnym kierunku, wymachując przed sobą długą, białą laską.
Leżenie na kozetce było niesamowicie przyjemne. Dywan na podłodze i obrazy na ścianach stwarzały taką, domową atmosferę. Pani doktor była bardzo miła i uprzejma. Od pierwszego, wypowiedzianego przez nią słowa odczuwało się do niej sympatię. - Proszę zamknąć oczy i odprężyć się. Policzę teraz do dziesięciu. Kiedy trzy razy klasnę w dłonie, obudzisz się. Czy zrozumiałaś? Zapadła ciemność. Agata odpłynęła. Pogrążona w letargu, dryfowała gdzieś na falach swoich ukrytych wspomnień. Co raz wynurzała się, by z powrotem zanurkować w głębiny własnych myśli. Klask. Otworzyła oczy. Usiadła. Mimo, iż było jej zimno, włosy lepiły się od potu do czoła. W pierwszej chwili, zdezorientowana nie wiedziała co się stało. Pamiętała tylko jakieś migawki i pojedyncze, nic nie znaczące obrazy. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Pusto. Na stole przed fotelem, gdzie siedziała pani doktor, leżała odwrócona okładką w jej stronę, czerwona książka. Klask. Do jej uszu dobiegł dźwięk, który ją obudził. Wstała. Cisza. Potem kolejne, klask. Obróciła się. W kącie, na podłodze, siedziała skulona pulchna postać. Doktor Lidia Palczewska kiwała się w tył i w przód, co raz wyrywając sobie pęk włosów i klaszcząc w dłonie na przemian. Blada twarz, zmieniona przez okropny grymas w niczym nie przypominała przyjaznej pani psycholog. Szeroko otwarte oczy patrzyły gdzieś w przestrzeń przed sobą. Z uśmiechniętych szaleńczo ust spływała na brodę ślina. Nie pamiętała, jak dotarła na swój oddział. Może przestraszona wybiegła i wrócił drogą, którą tu przybyła, a może straciła przytomność i ktoś ją przywiózł. Jednego była pewna. Leżała w swoim łóżku i za nic nie zamierzała go dzisiaj opuścić. Przed oczami stanął jej obraz doktor Palczewskiej w obłędnym transie. Usiadła na łóżku. Szarpnęła za szufladę swojej szafki. Mała Makabra leżała na swoim miejscu, tak jak dzisiaj rano. Coś jej jednak nie dawało spokoju. Wzięła książkę do ręki. - Co tam się właściwie stało? – dobiegł ją damski głos zza uchylonych drzwi Przysunęła się bliżej wyjścia i wytężyła słuch. - Nie mam pojęcia. Rozmawiałem z Palczewską dzisiaj rano i wydawała się całkiem normalna. – odpowiedział inny, męski ton – Jak coś takiego mogło przydarzyć się komuś z takim doświadczeniem i prawie trzydziestoletnim stażem pracy? Co będzie z nią teraz? - Nie wiem. Na razie jest umieszczona na oddziale psychiatrycznym, gdzie wcześniej sama pracowała. Wygląda na to, że jej po prostu odbiło. – odpowiedziała kobieta – A jak się czuje pani Braun? - Na razie śpi. Porozmawiamy z nią później. Głosy oddaliły się. Przystawiła ucho do drzwi, ale nie słyszała już rozmowy. Wróciła do łóżka. Na tacy zostawiony miała posiłek, ale nie miała najmniejszej ochoty jeść. Niebo za oknem zachmurzyło się i chyba zbierało się na deszcz. Podciągnęła się do pozycji siedzącej. Poprawiła poduszkę i kolejny raz spojrzała na trzymaną w rękach książkę. Przerzuciła parę kartek, po czym znowu ją zamknęła. Dostała gęsiej skórki. Zawahała się. Na chwilę znieruchomiała, po czym powtórzyła czynność. Trochę ponad pół książki było zapisane. Piękne kaligrafowane litery zdobiły 210 pierwszych stron. Kolejne były puste. Wróciła na pierwszą kartkę. Mała Makabra – głosił napis. Była przekonana, że wcześniej książka była w całości nie zapisana. Chociaż, biorąc pod uwagę stan jej zdrowia i ostatnie wydarzenia, niczego już nie była pewna. Przezwyciężając strach, pchana nieznanym dotąd uczuciem, odwróciła kolejną stronę i zaczęła czytać. „Z otchłani czeluści, z nieznanych zakamarków, skrywających nieopisane cienie, z morza bólu i cierpienia, wyłania się by przeniknąć na wskroś tkanki i wżera się w mózg. Zamienia miłość w nienawiść, rozkosz w ból. Odbiera zmysły i miesza jawę ze snem. Odchodzi, by uderzyć ponownie. Zabiera nadzieję i napawa się Twoim strachem. To jest właśnie groza. Kiedy nie będzie już dokąd uciec, gdy nie będziesz miał siły na szloch, kiedy nie zostanie już nic, wtedy przyjdzie po Ciebie” Po krótkim wstępie zaczynały się opowiadania. Żadne z nich nie miało tytułu. Jedne były krótkie, drugie długie. Nie zawierały również żadnych imion, nazw miejscowości, ani dat. Pierwsze, opowiadało historie kobiety, mieszkającej w samotnym domu, z dala od najbliższej wioski, razem z trójką dzieci. Jej mąż kilka lat wcześniej wyruszył na wojnę i nigdy nie wrócił. Przyszła zima. Ogrom śniegu, który spadł z nieba odciął rodzinę całkowicie od świata na długie tygodnie. Pewnego dnia, kiedy skończyła się żywność, matka nie mogąc się opanować zabiła we śnie całą trójkę dzieci i przerobiła na prowiant. Następnie, kiedy znowu zabrakło jedzenia, aby się nasycić, odrąbywała sobie po jednej kończynie. Przestała w jakikolwiek sposób przyrządzać tak uzyskane mięso, po prostu obgryzała surowe. W końcu, kiedy została jej tylko jedna ręką, tą też zjadła, już bez odcinania jej od ciała. Leżąc na podłodze w izbie, pochłonęła kolejno wargi, policzki i język. Nie umarła z wykrwawienia. O zgrozo, w wyniku przedłużającej się śnieżycy, skonała z głodu. Agata czytała z zapartym tchem. Niesamowite, przerażające sceny, które momentami ją nawet obrzydzały, były tak prawdziwe, że ciężko było się oderwać. Realność opowiadań podkreślały mrożące krew w żyłach opisy zbrodni oraz wszelakich innych sytuacji. Co dziwne, z opowiadań wywnioskować można było, że są ułożone w sposób chronologiczny. Nie było dat, ani konkretnych wydarzeń, ale nawet sam język, którym były pisane, ewoluował od starodawnej gwary aż po bardziej nowoczesny. Książka wyglądała również jakby była napisana ręcznie, a co dziwniejsze charakter pisma, przez kolejne strony ani trochę się nie zmienił. Mimo wszystko, było to niewątpliwie, dzieło literackie wysokiego poziomu. Kolejna opowieść przedstawiała losy zamożnego właściciela, który w okrutny, bestialski sposób zabawiał się ze zwłokami swoich służących, których sam wcześniej zabił. Po jego śmierci, mimo iż był martwy, nie stracił świadomości, wszystko widział i słyszał. Grabarz w zakładzie pogrzebowym robił z nim mniej więcej te same rzeczy, których doświadczyła jego służba. Można powiedzieć, że będąc martwym, został żywcem pochowany. Czytając o kolejnych morderstwach, obsesjach i szaleństwach, dziwna myśl przeszła jej przez głowę. Szybko obróciła kartki do ostatniego opowiadania. Po kilku przeczytanych zdaniach zaśmiała się w duchu ze swoich irracjonalnych obaw. Opowiadanie to było mężczyźnie, który pewnego dnia zaczął słyszeć głosy. Głosy, które namawiały do najstraszniejszych rzeczy, najgorszych okrucieństw i niewyobrażalnych bestialstw. Najpierw szeptały, lecz potem zaczęły się wręcz domagać i krzyczeć. Były to zdania wypowiadane przez zmarłych, najgorszych zbrodniarzy i psychopatów, ongiś żyjących na tej ziemi. Po pierwszym akapicie, na chwilę przerwała. Wydawało jej się, że gdzieś już słyszała tę historię. Nie mogła tylko sobie przypomnieć dalszego ciągu. Mężczyzna na początku starał się nie słuchać i zagłuszał wciąż odzywające się głosy. Próbował walczyć z rozwijającym się obłędem. Następnie, kiedy wiedział już, że nie wygra, zamknął się w sobie i odciął