Fantastyka · 18 min czytania
Mała wyspa na oceanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Oliwia spogląda na mnie znudzonym wzrokiem. Ja też już mam dość. Chcę mi się cholernie spać, a ten facet ma jeszcze ochotę na zabawę. Nie mogę go przecież wyrzucić. - Oliwia, - odzywam się - spróbuj wysłać go do hotelu. - Hubert, a czemu sam nie spróbujesz. - Oliwia, nie rób mi tego. Nagle coś mi świta w głowie. Oliwii chyba też. Razem spoglądamy na Damiana. - O, nie, moi drodzy. Ja tu tylko pracuję. - Damian... - mówię, ale nie kończę. Przy barze zjawia się ów upierdliwy klient. - Rachunek, proszę - bełkocze, jest kompletnie pijany. - Zamówię taksówkę. - Wychodzę, podczas gdy Oliwia wypisuje facetowi rachunek. Rozglądam się, ale w pobliżu nie ma ani jednego pojazdu. Cholera, przecież musimy odstawić gościa do hotelu. Nie mam zamiaru prowadzić go za rączkę jak małe dziecko (jest tak pijany, że na pewno miałby problemy z utrzymaniem się w pozycji pionowej). - Cześć, Hubert. Niski, ponury głos rozlega się tuż przy mojej nodze. Zerkam w dół. - Kryzys, jak się masz? Koło mojej nogi usadowił się rudy kot. Spogląda na mnie i odzywa się: - Co szukasz? - Taksówki dla jednego klienta. Kryzys rozgląda się dookoła. - No to masz pecha. Nie widzę ani jednej. - Naprawdę? Niesamowite. - Wracam do knajpy. - Nie musisz być taki sarkastyczny - odzywa się kot. Wchodzę do środka. - Cholera, nie ma żadnej taksówki. - Nie marudź. - Oliwia pokazuje mi banknot: 100 franków portowych. - Przecież to za dużo. Jest nam winien tylko 60 franków. - Oj, Hubert - uśmiecha się Oliwia. - Lepiej zadzwoń do hotelu, niech przyślą taxi. - Znika w kuchni. - Skoro tak mówisz... Spoglądam na gościa. Mętnym, nieprzytomnym wzrokiem patrzy przed siebie. Biorę telefon i wykręcam numer do hotelu. Podczas gdy ja zamawiam taxi, do knajpy wkracza Kryzys. Wskakuje na stołek. - Ale się facet spił. - Rzuca okiem na pijanego klienta. - Ciekawe, jak go wsadzicie do pojazdu? - Kryzys chce wskoczyć na blat. - Nawet o tym nie myśl - mówię do niego. - Nie mam ochoty zbierać potem twoje kudły. - Odkładam słuchawkę, taksówka zamówiona, zaraz powinna przyjechać. - Miej serce, Hubert - odzywa się Kryzys. Zjawia się Oliwia. - O, Boże, Kryzys, już zamykamy. - Chciałem się tylko napić szklaneczkę czerwonego wina. Oliwia spogląda na niego chmurnym wzrokiem, ale Kryzys się tym nie przejmuje. Ignorując moje prośby, wskakuje na blat i kładzie się na lewym boku. - Kryzys, zamykamy. Nie dostaniesz wina - mówi Oliwia. - Sknerusy. Na was nigdy nie można liczyć. Kot podnosi się, leniwie przeciąga i zeskakuje na ziemię. - Przyjdź pojutrze, zaraz po otwarciu. Kryzys stojąc w drzwiach, spogląda na mnie w milczeniu. Po czym wychodzi. - Ależ ten kot ma tupet - odzywa się Oliwia. - Był tu Kryzys? - z kuchni wyłania się głowa Damiana. - Tak - odpowiadam krótko. - Co chciał? - Damian staje obok mnie. - Napić się wina. Damian uśmiecha się. W ręku trzyma klucze i kłódki. Jest gotowy do zamknięcia knajpy. Oliwia się już przebrała. Możemy iść.
Damian zamyka drzwi na klucz. Dwukrotnie sprawdza wszystkie zamki. Gdy jest pewien, iż są one zamknięte, dołącza do nas. Nigdy na niego nie czekamy. - Mój Boże, całe szczęście, że jutro jest dzień wolny - wzdycha Oliwia. - Co będziecie robić? - Muszę się trochę opalić - mówi Damian. - Jestem blady jak trup. - A ja dawno nie surfowałem. - Zdejmuję koszulę. - Ale dziś ciepło. Spoglądam na niebo pełne gwiazd. Jest tak piękne, że na chwilę się zatrzymuję. O drugiej w nocy gasną prawie wszystkie światła w naszym miasteczku, latarnie uliczne są przygaszane. Dzięki temu można obserwować niebo. A dziś nie ma prawie chmur. Tylko gdzie jest Księżyc? - Co się stało? - pyta Damian. - Nic - odpowiadam. - Spójrz, jakie piękne niebo. Damian zadziera głowę. - Rzeczywiście. - Co jest? - podchodzi Oliwia. Nie odpowiadamy. Damian wskazuje tylko niebo. Oliwia spogląda w milczeniu. I tak stoimy wszyscy troje z zadartymi głowami i gapimy się w gwiazdy. Musi to wyglądać komicznie. - Nie wiem jak wy, ale ja jestem zmęczona - Oliwia przerywa milczenie. - Idę do domu. - Ziewa leniwie. - Och, Boże, która już godzina? - Druga dziesięć - odpowiadam. - My też już idziemy. Po prostu urzekło mnie niebo. Jest takie potężne, cudowne... - Chwila milczenia. - Ciekawe, czy tam ktoś jest? - Na pewno - rzecze Damian. - Mówili dzisiaj w dzienniku, że na którejś planecie odkryto formy życia organicznego. - Ciekawe, czy inteligentne formy? Damian i Oliwia spoglądają na mnie. - No, co, nie chcielibyście spotkać obcej istoty? Ja bym chciał. - Marzyciel. - Oliwia daje mi buziaka w usta. - Cześć, do jutra. Zobaczymy się na plaży. - Takim samym całusem obdarza Damiana. - Cześć, Oliwia - odpowiadam. - Będziemy na plaży o drugiej po południu. Przyjdź. Oliwia macha ręką na pożegnanie i znika. Mieszka dokładnie w centrum miasteczka, w kamienicy, razem z matką. Chwilę stoimy. Potem Damian obejmuje mnie. - Chodź, - mówi - mam ochotę na kąpiel. - Ja też. Idziemy objęci. Mieszkamy razem w domku, tuż przy plaży. Tak właściwie to całe miasteczko leży wzdłuż plaży. Nasza knajpa i kino są na jednym jego końcu, a nasz dom - na drugim. - Masz klucze? - pytam. - Tak. Damian otwiera. Wchodzimy do środka. Włączam światło tylko w kuchni. Wchodzę do dużego pokoju i zapalam rząd świec stojących na stoliku. Delikatne promyki oświetlają cały dom, więc gaszę światło w kuchni. Słyszę jak w łazience Damian odkręca wodę. Idę do niego. Po drodze pozbywam się ubrania.
- Damian, sprawdzałeś jaka ma być dziś pogoda? Cisza. On nadal śpi, choć budziłem go już dwa razy. Otwierał oczy, coś odpowiadał i zasypiał ponownie. - Damian... Ruszam go delikatnie. - Obudź się. Już prawie druga. Damian otwiera oczy i spogląda na mnie. Ziewa leniwie. Podnosi się, wspiera na rękach i wygląda przez okno. - Która godzina? - pyta. - Prawie druga. Damian zrywa się z łóżka. - Czemu mnie wcześniej nie obudziłeś? - Próbowałem, ale ty ciągle zasypiałeś. Damian zakłada szorty. Wpada do łazienki. - Spokojnie, śniadanie jest gotowe. - Idę do kuchni. - Co chcesz: kawę, czy herbatę? - Herbatę. - Damian zjawia się w kuchni. - Ale piękny dziś dzień mamy. - Tak, mam nadzieję, że pogoda się nie zepsuje. Damian zasiada przy stole. Zaczyna jeść. Stoję przy kuchence automatycznej. Do jej wnętrza wstawiam kubek i naciskam guzik: herbata. Po chwili wszystko jest gotowe. Daję kubek Damianowi. Opieram się o kredens i patrzę na mojego ukochanego. - Coś się stało? - pyta Damian. - Nie - odpowiadam. - Pięknie dziś wyglądasz. Damian uśmiecha się. Kończy jeść i ponownie znika w łazience. - Przygotuj wszystko. Zaraz pójdziemy na plażę. - Wszystko już gotowe - mówię. - A gdzie pójdziemy? - Tam, gdzie zwykle. Blisko domu Oliwii. Damian wychodzi z łazienki. Jest nagi. Wygląda cudownie. - Tylko mnie nie zjedz. - Co? - pytam zdziwiony. - Pożerasz mnie wzrokiem. - Przepraszam. - Nie ma za co. - Damian uśmiecha się tajemniczo. - Poczekaj do wieczora. - A co będzie wieczorem? - pytam. - Przepraszam, ale czy możecie zachowywać się odrobinę ciszej? - cienki, niemalże piskliwy głosik nagle rozbrzmiewa nad naszymi głowami. - O, Damian... - Hej, Adonis, - Damian zakrywa się ręcznikiem - nie podglądaj. Uczepiony specjalnej deseczki, zwisa do góry nogami nietoperz. Zadzieramy głowy i patrzymy na Adonisa. - Chyba mamy prawo rozmawiać ze sobą w tym domu - mówię. - Tak, macie, ale zrozumcie mnie. Miałem cholernie ciężką noc. Te przeklęte myszy są coraz bardziej sprytne. - Adonis na moment rozprostowuje swoje skrzydełka. - Znowu musiałem zadowolić się ananasami. - W lodówce jest trochę mięsa. Weź je sobie - mówi Damian i wraca do pokoju. - Na pewno skorzystam, ale teraz - nietoperz zwija skrzydełka - muszę się przespać. - Miłych snów - odzywam się. - My idziemy na plażę. Jakbyś gdzieś znalazł Kleopatrę, to powiedz jej, gdzie jesteśmy. - Szykuję się do wyjścia. - Na pewno... jej przekażę. Dobranoc. - Dobranoc. Spoglądam na Adonisa, a on śpi. Momentalnie znalazł się w krainie snu. Chciałbym tak szybko zasypiać. Ale nie potrafię. Po chwili z pokoju wychodzi ubrany Damian. Chce coś powiedzieć, ale pokazuję, by milczał. Spogląda na nietoperza. Damian kiwa głową. Chwilę później, wychodzimy z domu.
Ocean jest dziś wyjątkowo spokojny. Niestety, nie mogę sobie posurfować. Gdy tak leżę na desce i próbuję złapać jakąś falę, z wody, tuż obok mnie, wynurza się delfin. Wydaje z siebie kilka dźwięków. - O, cześć, Cezar - mówię, a on nadal wydaje z siebie delfinie dźwięki. - Wybacz, ale nie rozumiem cię. - Oj, Hubert, nauczyłbyś się wreszcie naszego języka - odzywa się Cezar. - Po co? - siadam na desce i głaszczę Cezara po głowie. - Skoro ty mówisz w moim języku... - Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Cezar odpływa, ale po chwili wraca. Uderza ogonem w wodę i wszystko leci na mnie. - Nikt cię nie zmuszał, byś uczył się mówić po ludzku. - Nikt... - odzywa się Cezar. - A kto zrzucił tą bombę? - Przecież nikt nie zginął? Cezar nie odpowiada. Kilka razy przeskakuje nad moja głową. Uwielbiam, gdy on to robi. Cezar jest świetnym pływakiem. Zdaje się, że kiedyś pracował w jakimś oceanarium. - Gdzie jest