Psychologia · 13 min czytania
MALARKA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bardzo powoli zaczął tworzyć się kształt. Z początku niczego nie przypominał, ale z minuty na minutę stawał się czymś pięknym. Coraz piękniejszym. Kształt stał się kobietą o długich kruczoczarnych włosach i ciemnych jak noc oczach. Dziewczyna była smutna. Płakała. Dlaczego? Sama nie wiedziała. Skąd mogłaby wiedzieć? Dopiero się przecież narodziła. A odpowiedź była bardzo prosta, chodź mogła się wydawać trochę okrutna- płakała, bo tak chciał jej stwórca. Stwórcą był pędzel. Oczywiście tylko pośrednio. Pędzlem bowiem kierowała o wiele bardziej skomplikowana istota- człowiek. Również kobieta, lecz nie do końca tak idealna jak jej dzieło. Można by ją nawet nazwać bogiem, ale zgrzytałaby tu pewna odmienność pojęć. Bóg bowiem jest istotą idealną, a jego dzieła (ludzie) nie. Tu mamy natomiast do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym. Umówmy się jednak, że przymkniemy oko na ten drobny szczegół i nazwijmy owego stwórcę bogiem. Malarka ta była bowiem bogiem, a przynajmniej czuła się nim w obrębie swojej małej pracowni. To ona decydowała tutaj o wszystkim, również o swoim najnowszym dziele –kruczoczarnej piękności, która z pewnością różniła się od innych obrazów stojących pod ścianami warsztatu. - Mogłaś być szczęśliwa... – mówiła malarka tworząc dzieło. – ale będziesz rozpaczać. Mogłaś przynosić radość, ale będziesz przynosiła smutek. Mogłaś być dla mnie pamiątką pięknych chwil, ale będziesz jak niechciana blizna, przypominająca o wszystkim, co mnie w życiu złego spotkało. A będzie tak, ponieważ ja tego chcę. Będzie tak, ponieważ rodzisz się dziś, a dziś ja nie wierzę w szczęście. Malarka zawsze mówiła do swoich prac, a słowa te stawały się jak zaklęcie. Jak czar, który martwe malowidła napełniał życiem. „Co to?”. „kim ona jest?”. „Skąd się tutaj wzięła?” –szeptały raz po raz zaskoczone obrazy z pod ścian warsztatu. Nigdy nie widziały podobnej rzeczy. One wszystkie były szczęśliwe. Nie znały smutku. Widziały go po raz pierwszy i nie potrafiły go nazwać. - Pani chyba żartuje! – odezwał się w końcu któryś z portretów, który nie mógł dłużej potrzeć na to co wyprawia malarka. Ona jednak go zignorowała. - Proszę pani! – spróbował znowu portret. – Musi mi pani wybaczyć moją śmiałość, ale chyba mówię w imieniu wszystkich tu zebranych. Nie wiem kim jest istota, którą właśnie pani tworzy, ale ona jest szkaradna! - Nie jest szkaradna – zaprotestowała malarka nie przerywając swojej pracy. – Jest piękna, ale wy nie potraficie tego dostrzec. - Ale ona płacze! Nie powinna płakać – powiedziała panna młoda z obrazu stojącego pod oknem. Nawet ona i jej nowy mąż oderwali się od siebie by przyjrzeć się poczynaniom artystki. Malarka znowu nic nie powiedziała. Wstała tylko z miejsca i popatrzyła na swój twór z daleka. Był skończony. Podeszła do nowej i zasłoniła ją płachtą. Inne obrazy przyglądały się uważnie każdemu jej krokowi. - To nie jest wasza wina – powiedziała w końcu malarka. Wiedziała, że jest im winna parę słów wyjaśnienia. – Wy wszystkie zostałyście stworzone z radości. Nie rozumiecie i nigdy nie będziecie potrafiły zrozumieć, czym jest smutek... Ale to naprawdę nie wasza wina. To przecież ja was takimi stworzyłam... No, ale cóż... W prawdziwym życiu istnieje również smutek. Dzisiaj przekonałam się o tym tak, jak jeszcze nigdy przedtem. Ale proszę was bardzo, nie dyskryminujcie przez to nowej. Ona naprawdę jest piękna. - Nie jest piękna! – krzyknął znowu jakiś portret. – Jest okropna. My wszystkie zostałyśmy stworzone po to, żeby cieszyć. By podnosić na duchu. Pamiętam dokładnie. To były pierwsze słowa, jakie usłyszałem. Pani słowa. A ta dziewczyna? Co ona tu w ogóle robi? Nikogo nie pocieszy, ani nie rozbawi. Jest nikomu niepotrzebna. Powinna pani ją natychmiast zmazać! - Tak! - No właśnie! - Cisza! – krzyknęła malarka. – Dosyć! Nikt tu nie będzie zmazany. Wiecie czemu? Bo nikt z was, mimo iż jesteście, cudowne i piękne, to nikt z was nie potrafi wymazać mi z serca mojego smutku. A ponieważ ja jestem smutna, ponieważ smutek istnieje naprawdę, w prawdziwym świecie, to może istnieć również na płótnie. Pogódźcie się z tym i zapoznajcie się z nową koleżanką. Malarka skierowała się w stronę wyjścia. - Ale co się pani stało? – spytała mała dziewczynka huśtająca się na huśtawce zawieszonej na gałęzi drzewa. Wszystkie obrazy przyjrzały się jej z odrobiną zdumienia, ale i z ciekawością. Nikt z nich nie ośmieliłby się zadać takiego pytania malarce. Malarka była ich stwórcą, któremu zawsze oddawali bezgraniczny szacunek. Takie osobiste pytania były wykluczone. Nic więc dziwnego, że zadała je właśnie ta niedojrzała dziewczynka. - Bo widzisz... – zaczęła malarka. – Życie nie potoczyło mi się zupełnie tak jak chciałam. Mój mąż był bogaty. Miał utrzymywać mnie i was. Nie chciałam pracować, bo jedyne co umiem i naprawdę kocham, to malowanie. Z tego jednak się nie utrzymam... Nie chcę was sprzedawać. Jesteście częścią mnie. Nie mogę sprzedawać siebie... Czasami dawałam swoje prace komuś w prezencie, ale były to tylko bliskie mi osoby. Osoby którym chciałam dać część siebie... Ale teraz wszystko będzie musiało się zmienić. - Jak to! Chce pani nas sprzedać? - Niestety. Nie mam innego wyjścia. Muszę mieć za co utrzymać warsztat i siebie. - Jak to!? - Mój mąż zmarł – powiedziała malarka i wyszła z warsztatu. Wiedziała, że żadne z jej obrazów nie będzie w stanie tego zrozumieć. Obrazy zostały same w warsztacie. Zrobiło się cicho. Już miały zamienić się z powrotem w nieruchome sceny, gdy nagle usłyszały dziwny dźwięk, dobiegający zza białej płachty... - No i czemu płaczesz? – krzyknął jakiś obraz w stronę nowej. - Bo to takie smutne! – usłyszeli głos zza płachty. - Smutne? Niby co? - Wszystko! - Znaczy co? W tym momencie ostry przeciąg zrzucił płachtę na podłogę ukazując ciemnowłosą i ciemnooką dziewczynę. - Sama nie wiem. Kiedy się ocknęłam, nie wiedziałam jeszcze czemu płaczę. Później płakałam, bo słyszałam jak o mnie rozmawialiście. Było mi przykro, że mnie nie lubicie... Teraz jednak naprawdę jest mi smutno. - Czemu? - Bo tej pani umarł mąż. Ona go przecież na pewno kochała! – mówiła z płaczem. – Straciła go, a teraz straci jeszcze wszystko co kocha, czyli was. To jest bardzo smutne. - E tam! Uważam, że przesadzasz. A tak w ogóle, to nie wierzę w smutek. Myślę że został on tylko…