Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 18 min czytania

Malarz twarzy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wesołe miasteczka nigdy mnie specjalnie nie pociągały. Charakterystyczny zapach, specyficzni ludzie, tajemnicza i nad wyraz nieprzyjemna aura, rozciągająca się nad całym obszarem tego stęchłego pobojowiska sprawiały, że od dziecka wolałem tradycyjne place zabaw, aniżeli pełne rozmachu lunaparki. Wprawiały mnie w poczucie zaniepokojenia, trwożyły do szpiku kości, choćby nie wiadomo, jak bardzo ładne się wydawały i jak wieloma światełkami i balonami przyciągały.

Moje zachowanie tym bardziej dziwiło innych, że miejscowość, w której żyłem od urodzenia, sama w sobie była posępna, kasandryczna, a takie atrakcje, jak przejezdny lunapark, pełen radości i dziecinnego gwaru, był w tym miejscu czymś wyjątkowym. Niszczył tę ponurą zasłonę mroku, chcąc podarować ludziom jak najwięcej radości, chociaż przez chwilę. Mnie się to jednak nie podobało. Od małego byłem nauczony, że należy ważyć swoje emocje, być rozsądnym, nie działać pod wpływem emocji. Obserwacja przyrody, życia, które bezpowrotnie ulatywało w mych oczach, sprawiły, że stałem się nieco oziębły, żeby nie powiedzieć - pesymistyczny.

Mieszkałem z rodziną na obrzeżach mieściny. Matka nie pracowała, opiekowała się domem, a ojciec dorabiał jako stolarz. Otrzymywał grosze, toteż nigdy nie zaznałem rozkoszy życia, a przynajmniej tych materialnych. Ciężka praca czasami mnie uszczęśliwiała, ale tylko czasami. Z zazdrością spoglądałem na inne dzieciaki w szkołach, ładnie wystrojone i uszczęśliwione. A ja po prostu nie miałem się z czego radować. Rodzice umarli na jakąś wstrętną chorobę, gdy miałem dwanaście lat i w tym samym roku przeniosłem się wraz z wujkiem, który się mną zaopiekował, do centrum miasta. Tam wszystko wyglądało inaczej, było zrobione z rozmachem. Wujek nie dbał o bliższy kontakt ze mną, ale przynajmniej miał pieniądze, a to równie ważne. Dzięki niemu wyglądałem lepiej, miałem więcej książek i w ogóle rzeczy do szkoły. Po ukończeniu gimnazjum zdecydowałem się na pójście do liceum, a tam poznałem Lilianę. Szybko się sobą zauroczyliśmy, a że byliśmy w podobnej sytuacji życiowej i każdy po przejściach, doskonale się rozumieliśmy. Do dziś wspominam ją, jako ciepłą, wspaniałą osobę i wciąż tęsknię. Zginęła w wypadku samochodowym, wracając z zakupów. Pogoda była wtedy okropna. Ale czy w tym mieście kiedykolwiek bywała ładna? Wciąż tylko jesienny, zimny krajobraz. Życie tutaj nie było najlepsze, mimo to, nie chciałem wyjeżdżać. Ona także nie chciała.

Zuzanna. Mój jedyny skarb. Owoc mojej miłości do Liliany. Dzięki niej żyło mi się lepiej, parło się jakoś do przodu i wierzyło, że kiedyś los uśmiechnie się szerzej. Gdy Liliana odeszła, Zuzia była w wieku niemowlęcym. Może to i lepiej?

Z dumą podziwiałem, jak rośnie, jak szybko się zmienia pod każdym możliwym względem. Była naprawdę piękna i sądziłem, że gdyby nie była moją córką, z pewnością podobałaby mi się. Nie myślałem jednak o tym często.

Matkę przypominała bardzo. W wyglądzie, ale i zachowaniu. Zaborcza, ambitna. Moich cech odziedziczyła niewiele. Była raczej choleryczką i działała impulsywnie. Często postrzegałem ją jako swoje przeciwieństwo.

Jeszcze bardziej utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy Zuzanna po powrocie ze szkoły oznajmiła mi, że w tę sobotę do miasteczka zawita lunapark i ona koniecznie musi się tam wybrać.

- Widziałeś ten plakat?! Taki ogromny, kolorowy! Piękny!

Moje serce zaczęło bić szybciej… Irracjonalne lęki z poprzednich wcieleń powróciły. Ale nie mogłem postąpić inaczej. Dla swojego jedynego dziecka, dla jedynej ostoi w tym zawrotnym szaleństwie, chciałem zrobić wszystko. Tak bardzo ją kochałem, tak bardzo chciałem uszczęśliwić. Dostrzegałem, jak bardzo tego pragnie i musiałem się zgodzić.

Ostatnie dwie noce, czwartkowa i piątkowa, były dla mnie czymś okropnym. Budziłem się niejednokrotnie i wpatrywałem jak oniemiały w czarny krajobraz miasta, próbując dostrzec cokolwiek. Miewałem ekscentryczne sny, które tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie powinienem tam iść, ale moja córka… Te jej lśniące oczy, ta pierwotna, niezmącona grzechem radość… Musiałem. Po prostu musiałem tam pójść, nieważne, co dyktowała mi podświadomość. Ten lunapark. Działał na mnie źle. Albo po prostu inaczej…

Gdy nadeszła sobota, trwoga opuściła mnie, ale tylko na moment. Krzątałem się bez celu po kuchni, podjadałem coś momentami, jak najdłużej odwlekając wyjście. Zuzanna jednak, chyba zbytnio podniecona całą sytuacją, obudziła się wcześniej niż zwykle. Zjedliśmy porządne śniadanie i wkrótce wyruszyliśmy, opatuleni ciepłymi szalikami.

Pogoda zaskoczyła mnie. Tradycyjny, północny wiatr, dziś brzmiał spokojniej i w ogóle był lżejszy. Słońce zaś, co jakiś czas wychylało się zza obskurnych fragmentów chmur. Mieścina nie była zbyt duża, jak już nadmieniłem, a że mieszkaliśmy w centrum, nie minęło pół godziny, jak staliśmy przed korowodem kolorów i zgiełku. Istne szaleństwo.

Wrażenie robiło, to muszę przyznać. Mnóstwo ludzi, urządzeń i karuzeli wprawiły mnie w prawdziwe osłupienie. Chyba ostatni lunapark, jaki widziałem, nie był aż tak ekstrawagancki. Zuzanna podskoczyła z wrażenia i ciągnąc mnie za gruby rękaw kurtki, ruszyła pędem ku wielkiej, witającej spragnionych wrażeń przybyszy, bramie.

Przekraczając próg miasteczka, zdawało mi się, że tysiące ogromnych oczu wpatruje się we mnie, chcąc przejrzeć mnie na wylot. Uczucie to było naprawdę dziwne, bowiem nigdy się z takim nie spotkałem. Pragnąc wyzbyć się tych irracjonalnych lęków, poszedłem za radą córki, by od razu przystąpić do konkretnego działania.

Pomimo swojego temperamentu, rozrywki dobierała naprawdę uważnie, a z niektórych, jak chociażby kolosalny młot, huśtający się w obie strony, wcale nie korzystała. Widziałem jednak, jak bardzo jest uszczęśliwiona i ja również byłem uradowany. Od dawna nie doznaliśmy takiej odskoczni od tej brzydkiej rzeczywistości, nie odcięliśmy się od krajobrazu szarości i wstrętu. Odetchnąłem spokojnie, czując ulgę, która poczęła mnie wypełniać.

- Tato! Spójrz tam! To jest… niesamowite.

Jej słowa zabrzmiały tak potężnie i fascynująco, że zdziwienie, jakie mnie ogarnęło, było wręcz niemożliwe. Przez chwilę zdawało mi się, że ten głos należy do kogoś innego, pochodzi nie z tego świata, nie z tej krainy. Uczucie spotęgowało się, gdy dostrzegłem, czym córka się zafascynowała. Był to obrazek intrygujący, tajemniczy, jakoś znajomo nieprzyjemny.

Na ubitym piachu stał sporych rozmiarów domek. Wzorzysty, ozdobiony bliskowschodnimi ornamentami, wysoki i przestrzenny. Po obu stronach wejścia usytuowane były mosiężne posągi egipskich bóstw, a same drzwi prezentowały się jako swego rodzaju portal. Wchodząc tam, przechodziło się do innego świata. Do starożytnych krain, dzisiaj już okrytych mrokiem. Obok domostwa, które, jak teraz zauważyłem miało koła, ustawiony był brzydki, obdrapany samochód, z przyczepą i mnóstwem takich samych wschodnich wzorów. Szaleńcem był ten, który projektował ten wystrój i dobierał kolorystykę!

Nim się zorientowałem, już staliśmy z córką pod budynkiem, wraz ze sporą grupką osób. Wszyscy przyglądali się czemuś, krzyczeli, przepełnieni pasją, wesołością, czy nutką grozy i tajemniczości. Klienci w zawrotnym tempie wkraczali do domku przez solarne odrzwia, a ja wciąż zastanawiałem się, co stanowiło fenomen tego miejsca?

I wtedy ujrzałem ten wzrok. Ciemne oczy, ukryte wręcz pod krzaczastymi brwiami wlepiły się teraz we mnie, chcąc jakby ukraść mi część duszy. Miałem wrażenie, że otwierają się coraz bardziej i zaraz spadną na ziemię. Były inne, jakby nieprawdziwe.

Należały do człowieka, który był ciemnej, bliskowschodniej karnacji. Miał na sobie jakieś dziwaczne łachmany, przypadkowe płótna, które zszyte w jedną całość tworzyły ubranie. Nogi zakryte były przez obwisłe spodnie, brązowawe i równie brudne, jak te szmaty u góry. Domyśliłem się, że człowiek jest jakimś artystą, bowiem wszędzie dostrzegałem mnóstwo śladów farby, gdzieniegdzie już zaschniętej na dobre, w innych miejscach świeżej jak rosa o poranku. Coś się we mnie zmieniło. Poczułem wewnętrzny impuls, który rozkazał mi, bym stąd uciekł wraz z córką, i to jak najszybciej. Nie wiem, kim był ten mężczyzna i chyba nie chciałem tej wiedzy posiąść.

- Wybitne malunki! – facet zaczął krzyczeć do gapiów, emanując entuzjazmem, chrypką i intrygującym akcentem – Tylko tutaj twoje dziecko może stać się prawdziwym zwierzęciem, przybrać jego twarz i poczuć dzikość!

Po tych słowach machnął ręką, gwizdnął szybko, a wtedy z domku wynurzyły się dłonie, trzymające jakąś dziecinę. Owszem, było to dziecko, ale stwierdziłem tak wyłącznie po posturze, aniżeli licu.

Oto bowiem, ten pseudo Egipcjanin trzymał w swych silnych palcach ramiona istoty, której twarz nie była bynajmniej ludzką. Publiczność krzyknęła, ktoś dziwnie zawył, inna osoba chrząknęła zdezorientowana. Ja zaś nie mówiłem nic i nie wiedziałem, czy to jeszcze ludzka sztuka, czy magiczna sztuczka, nie z tego świata. Ta twarz, twarz tej maluczkiej istoty, do obłędu przypominała twarz tygrysa, żywą i emanującą…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Malarz twarzy — czytnik · opowiadania