Inne · 9 min czytania
Małe szare
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jestem leniem i tchórzem, a w życiu nie osiągnę najprawdopodobniej niczego wielkiego. Moim największym przekleństwem jest ta odrobina inteligencji, która pozwala dostrzec beznadziejność sytuacji. Niejednokrotnie żałowałam, że posiadane szare komórki bezlitośnie wytykają mi własne braki. Nie chcę udawać i produkować natchnionych tonów – daleko mi do uderzania w patetyzm, niemniej świadomość własnej małości jest dość upokarzająca. W zasadzie, to kicham na taką świadomość. Niejednokrotnie w życiu mnie zawodziła, nie pozwalała przeżywać i doznawać tak, jakbym sobie tego życzyła. Bardziej świadomie. Wyłączała w pamięci głębsze odczucia, a pozostawiała wyuczone i tym samym przewidywalne odruchy. Okradała mnie z mej wyjątkowości i nie pozwala na późniejsze powtórne przeżywanie doznawanych uczuć. Gdy jednak dochodzi do unaocznienia sobie czego się nie potrafi i jak bardzo beznadziejnym się jest – usłużnie podsuwa całe stado przykładów – tym razem nie pozwalając na zapomnienie choćby najmniejszej błahostki. Często zastanawiam się jakby to było, gdyby inteligencja nie pozwalała mi na głębsze odczucia. Nie śmiem krytykować moich rówieśników, ale – do jasnej cholery! – jak ci co bardziej tępi mają dobrze. Nie mogąc sobie uświadomić własnej głupoty, żyją w błogim przekonaniu, że są naprawdę interesującymi i mądrymi ludźmi. Zresztą – najprawdopodobniej są, a przeze mnie przemawia gorycz i zazdrość, że mimo iż uważam ich za głupszych, potrafią zrobić coś o wiele lepiej ode mnie. No, nawet nie coś. Dużą większość. Takie, na przykład, zajęcia na studiach. Które to studia swoją drogą też spędzają mi sen z powiek, bo jako że studiuję tajniki języka ojczystego winnam być obeznana w tej materii i pięknie, a przede wszystkim poprawnie się wypowiadać. Tymczasem lękam się otworzyć gębę w co znamienitszym towarzystwie, na pewno zbłaźniłabym się jakimś komicznym błędem, albo wymyślonym na własne potrzeby erudycyjne wyrazem. Umarłabym od komentarza, że no tak, studentka polonistyki, a nie potrafi poprawnie mówić. Nie powinnam się również peszyć, gdy ktoś mi zada fachowe pytanie i znaleźć sobie inną wymówkę, niż tę, że przepraszam, jeszcze tego nie przerabialiśmy, nie wiem. Bo prawda jest taka, że na dobrą sprawę nie potrafię wymienić nawet pięciu utworów Szymborskiej i mam kłopoty z ortografią w podstawowych wyrazach. A jak mi się wydaje jako studentka polonistyki powinnam znać jakiś inny wiersz niż „Reduta Ordona”. W ogóle świadomość tego, co się powinno również jest dobijająca. Wróćmy jednakże do mych zajęć i rówieśników. Mamy – dajmy na to – jakieś konwersatorium. Konwersujemy sobie zatem. Pada pytanie, następuje długa cisza, każdy coś pilnie notuje w zeszycie, potem ktoś coś powie, w bólach rodzi się dyskusja. Pojawia się jednak i jak przystało na konwersatorium, konwersujemy wesolutko. A raczej oni konwersują, bo ja nigdy nie lubiłam zabierać głosu w takich dyskusjach. Wydawało mi się, że mowa jest zawsze o największych oczywistościach, a ja nie będę się zniżać do stwierdzania rzeczy oczywistych. Stworzona bowiem jestem do wyrażania głębi, do sięgania w najbardziej zaskakujące obszary jestestwa. Nieważne kogo, ważne że trafne, błyskotliwe, oryginalne i jedyne w swoim rodzaju. Zawsze w pogardzie miałam tych uczniów, którzy dumnym i pewnym siebie głosem opowiadali, że „Reduta Ordona” jest o reducie Ordona. Kolumb pewnie nigdy nie podniesie głowy po tak sromotnej, odkrywczej klęsce. A zatem pielęgnując w sobie owo uczucie głębokiej pogardy do takowych stwierdzeń (które nomen omen zawsze były pochwalane przez nauczycielkę) żyłam w przekonaniu, że zostałam stworzona do wyższych celów. Przynajmniej przy omawianiu lektur. Milczałam sobie zatem na zajęciach, żyjąc w przekonaniu, że jakbym tylko w swej łaskawości zechciała, to pięknie i rzeczowo odpowiadałabym na wszystkie z pytań zadawanych przez prowadzącego. I tylko dla niepoznaki zaliczam się do grupy, która to zawsze ma coś pilnego do zanotowania po padającym pytaniu i chyba jako jedyna w całej grupie tak naprawdę doceniłam piękno widoku za oknem klasy, podziwiałam go bowiem nader często. Byłam zatem mistrzem w kamuflowaniu własnego geniuszu. Tymczasem motywowana hasłem, że aktywność jest niezbędnym…