psychologia · 3 min czytania
Maleńka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obudziła się rano. Była 4.15 kiedy wsunęła zimne stopy w kapcie z królikami. Do tej pory zawsze leżała przykryta kołdrą dopóki słońce nie zaczęło swojej wędrówki nad dachem wieżowca z naprzeciwka. Tym razem, szczelnie zawinięta w szlafrok stanęła przy oknie jakby wychodząc mu na spotkanie. Niebo miało kolor płatków malw rosnących w ogródku jej babci. „Zaraz się zacznie.” Pomyślała. „Ale jeszcze zdążę napić się herbaty, zanim...” Po chwili stała ponownie przy oknie poddasza obejmując dłońmi parujący kubek złocistego napoju z sokiem malinowym. Słońce zdążyło już wychylić czubek głowy zza zasnutego poranną mgłą horyzontu w którym majaczyły zarysy miasta. Jego pierwszy promień zagrał w orzechowych oczach nadając im blask, jakiego nie znały w żadnej innej godzinie. Tylko o tej jednej porze. Czekała cierpliwie śledząc wędrówkę czerwonej kuli po elipsie. Kiedy słońce znalazło się tuż nad blokiem odstawiła spokojnie kubek w połowie wypitej herbaty i otworzyła okno. Chłodny, jesienny podmuch przez moment szarpnął połami szlafroka; okryła się szczelniej. Potem weszła na szeroki parapet, wyciągnęła na boki ręce, zamknęła oczy, uśmiechnęła się i wciągnęła głęboko powietrze. Marzyła o tym przez te wszystkie zimne poranki, kiedy bała się wyjść spod kołdry.