Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 40 min czytania

Małgorzata

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„- Wie Nennst du dich? - Die Frage scheint mir klein, Für einen, der das Wort so sehr verachtet, Der, weit entfernt von allem Schein, Nur in der Wesen Tiefe trachtet.“ Faust, Goethe

Małgorzata stała naga przed lustrem i liczyła pieprzyki. Dotykała po kolei małych, czarnych kropek na skórze. Czuła pod palcami lekką wypukłość i zastanawiała się nad przyczyną ich obecności. - Po co gładkiej, nagiej skórze pieprzyki, jak nie po to by ją oszpecić, wytknąć jej niedoskonałość? – myślała – Pewnie są karą, wymierzoną przez jedną z greckich bogiń z zazdrości o piękno ziemskich kobiet. Jeśli byłabym w stanie w jakiś sposób je zdjąć, czy zetrzeć magicznym płynem lub kremem, a zostawić ciało idealnie czyste i gładkie… Gdyby marmurowe posągi miały pieprzyki, nikt by nie chciał ich podziwiać. Liczyła dalej. Na samej twarzy znalazła ich dwadzieścia, a razem z szyją i dekoltem, aż trzydzieści pięć! - To zupełnie niesprawiedliwe. – westchnęła Jej długie, czarne włosy zafalowały wraz z pełnym rezygnacji ruchem głowy. Miała szczupłą, zgrabną figurę o dość wyraźnie zarysowanych kobiecych kształtach. Delikatna twarz, nosząca jeszcze wiele cech dziecięcych i bystre, zielone oczy odbijały się w lustrze. Gdy tak stała naga w łazience, słońce oświetlające pokój za jej plecami powoli zaczęło zachodzić. Cienie przedmiotów wydłużały się, a plecione przez nie pajęczyny na ścianach gęstniały. Zaczynała się kolejna ciepła, kwietniowa noc. Przez duże, otwarte na oścież okno wpadał lekki wiatr, niosąc zapach kwitnących w ogrodzie czereśni, odległe pohukiwanie sów i pewien napierający ciężar nocy, który zbliżał się nieubłaganie od strony lasu. Małgorzata skończyła badanie. Naliczyła sto dwie czarne kropeczki w różnych wielkościach, rozsiane po całym ciele. Ta cyfra wprawiła ją w przerażenie. - To tak jakbym była brudna w stu dwóch miejscach – rzekła sama do siebie i wypowiedziane słowa jeszcze mocniej ją dotknęły. Zadrżała, po czym skonfundowana rozejrzała się wokół. - Czego ja się tak boję? – spytała samą siebie – Przecież i tak nikt mnie nie usłyszy. W dodatku to tylko pieprzyki, każdy je ma. Zła i świadoma swej głupiej próżności, wróciła do pokoju szukając koszuli nocnej. Słońce w pełni jeszcze nie zaszło, ale pokój wypełnił się już gęstą ciemnością, tak niemożliwą w dużych miastach, gdzie światło latarni i ulicznego życia niezmiennie wpada przez niezasłonięte okna. - Małgorzato! – niespodziewany wrzask przeszył powietrze, podrywając do lotu śpiące ptaki. Dziewczyna podskoczyła, obracając się natychmiastowo, po czym zastygła z rękami w górze. Czy to możliwe, że ktoś krzyczał jej imię? Była przekonana, że w domu, a tym bardziej w pokoju nie ma nikogo prócz niej samej. Jednak przed chwilą wyraźnie ktoś przeraźliwie krzyknął. Czy jakiś złodziej mógł zakraść się do ogrodu, ale skąd znał jej imię? Powoli i bardzo cicho podeszła do otwartego okna. - Małgorzato! – ponownie rozległ się wrzask, spotęgowany wyraźnym zniecierpliwieniem w głosie. Stanęła przy framudze i chwyciła się jej kurczowo. Podmuch zimnego wiatru uderzył ją w twarz, działając jednocześnie otrzeźwiająco. Po chwili absolutnej ciszy, wychyliła się i spojrzała w dół. W ogrodzie stał niewysoki mężczyzna, koło pięćdziesiątki, ubrany w czarny, elegancki garnitur, ze staroświeckim cylindrem na głowie. Gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się szeroko i powiedział już spokojnym głosem: - Zejdź tu do mnie natychmiast, ile można krzyczeć po nocach. Patrzyła na niego w osłupieniu. - Gotowa? Już wszyscy na Ciebie czekają, zaraz zacznie się bal. Ona dalej stała zupełnie zdezorientowana, wpatrując się w mężczyznę, jak w wariata. - No, Małgorzato, do wszystkich diabłów, przecież królowa nie może się spóźnić! – i wykrzywił się zalotnie, posyłając jej urocze spojrzenie. Jednak po kilku chwilach, nie napotykając na żadną sensowną reakcję ze strony dziewczyny, prócz szerokiego rumieńca na obydwu policzkach, zreflektował się trochę i już surowym głosem spytał: - Dostałaś moją wiadomość o zaproszeniu na bal, którą wysłałem wczoraj przez porannego słowika? Zawsze w ten sposób powiadamiam przyszłą królową o jej wyborze i od pięciuset lat się to sprawdza. Zamilkł na chwilę niepewny, czy chce dodać coś więcej, ale w końcu zrezygnowanym głosem powiedział: - No dobrze, prawdą jest, że w poprzednim stuleciu mieliśmy inną sytuację, ale każdy wie, że Moskwa to było zupełnie diabelskie miejsce, a Rosjanie nie mają najmniejszego szacunku wobec posłańców, więc wszystko trzeba było załatwiać na miejscu. Pomyśleć, że pewnie próbowaliby posłańca przekupić lub w najlepszym wypadku spić tak bardzo, że zapomniałby o swoim obowiązku, a potem oni sami zamknęliby się w jakieś cerkwi, oblani wodą święconą i okadzeni mirrą; stara sztuczka. – Westchnął cicho i przewrócił oczami. - Tym niemniej w twoim wypadku nie było żadnych uzasadnionych przeciwwskazań. A więc był słowik, czy go nie było? Takie słowa Małgorzatę już lekko zdenerwowały. Za kogo miał się ów dziwny mężczyzna, żeby prawić jej od samego początku takie reprymendy i wydzierać się po nocy? Zmarszczyła brwi i wyniosłym głosem odparła: - Owszem, wczoraj rano przyleciał słowik na mój balkon i pięknie śpiewał, pozwalając mi rozkoszować się swoim głosem, gdy jeszcze leżałam w łóżku, ale nie odczytałam jego wypowiedzi, jako jakąkolwiek wiadomość, prócz tej, że Matka Natura musi ludzi niezmiernie kochać, zapewniając im takie poranne koncerty. Te słowa rozbrzmiały z pełną stanowczością, a donośny głos rozlał się po okolicy i odbił od ściany lasu. Małgorzata zdawała się być zupełnie przekonana o swoim stanowisku. Nabrała pewności siebie i w żaden sposób nie onieśmielał jej fakt, że stoi naga w oknie i rozmawia z obcym człowiekiem. - Pani, wybacz mi w takim razie moją ignorancję, nie wiedziałem, że tak się sprawy mają. – wyrzekł mężczyzna i niespodziewanie ruchem pełnym szacunku przykląkł na jedno kolano – Mam zatem zaszczyt zaprosić Najjaśniejszą Panią Małgorzatę w charakterze królowej na bal u szatana, który odbędzie się dzisiejszej nocy, dokładnie 10 mil stąd w łańcuckim zamku. Nie podnosząc się z kolan i z wbitym wzrokiem w ziemię, dodał: - Ośmieliłem się również, pożyczyć sąsiada Najjaśniejszej Pani, aby w postaci wieprza dosiąść go i towarzyszyć w podróży, kiedy będzie Pani lecieć tradycyjnie na miotle. Mam nadzieję, że nie odczyta tego Pani jako impertynencję, gdyż wszystko co leży w zwyczaju, wydaje się słuszne. Małgorzata zasępiła się lekko, ale kazała mężczyźnie powstać, po czym zbliżyła się do barierki i pełnym wyższości głosem oparła: - Niezmiernie dziękuję za zaproszenie. Naturalnie, nie mam wyboru, aby go nie przyjąć, jednak zanim ruszymy w podróż, chciałam omówić z Panem warunki naszego kontraktu. Jak każda dziewczyna o imieniu Małgorzata, jestem bardziej lub mniej przygotowana do pełnienia podobnej roli, jednakże jeżeli mogę być z Panem szczera, nie spodziewałam się, że zaszczyt ten przypadnie w udziale akurat mnie. W samej okolicy mieszkają jeszcze co najmniej dwie inne dziewczyny, które równie dobrze wypełniłyby ten obowiązek. Elegancki gość powstał i zaczął niecierpliwie przechodzić z nogi na nogę. Ona jednak całkowicie go lekceważąc, kontynuowała: - Nie pozostając ignorantką i mając na uwadze sposób w jaki potraktowaliście królową Margot, chciałabym zawczasu poznać moje prawa i obowiązki, jak również ustalić formę wynagrodzenia, która tradycyjnie przysługuje gospodyni balu. Mężczyzna słuchając jej, wyjął chusteczkę z kieszeni, zdjął cylinder i przetarł spocone czoło. Po zdjęciu kapelusza wydawał się jeszcze niższy i zobaczyła, że ma rude, już mocno przerzedzone włosy. Zaklął cicho pod nosem, w dodatku w obcym języku, że mogła jedynie zgadywać, o co mu właściwie chodzi, po czym mamrotał coś jeszcze o prawniczym wykształceniu i powszechnej edukacji, ale zdołała usłyszeć jedynie strzępy wypowiedzi. Poczym już bez poprzedniej kurtuazji zaczął: - Oczywiście, oczywiście, właśnie miałem do tego przechodzić. Głośno nabrał powietrza. - Co do wynagrodzenia, to przysługują Pani tradycyjnie trzy życzenia, które można wypowiedzieć wcześniej, przed samą ceremonią lub w jej trakcie. Przy czym radzę zrobić to wcześniej, by ich nie zmarnować w przypływie głupiej litości lub sympatii, wobec któregoś z gości lub nie daj Boże kogoś znajomego, którego jako Królowa będziesz miała Pani obowiązek przyjąć i ugościć w zamku. Przerwał na chwilę, bo zaczął macać się po kieszeniach, szukając czegoś. W końcu z wewnętrznej kieszeni fraka wyjął kilkukrotnie złożoną i pogiętą kartkę, którą z pewną trudnością rozłożył, rozejrzał się w prawo i w lewo, jakby sprawdzając, czy nikt inny nie podsłuchuje i zaczął czytać: - Wykonawca (to znaczy Pani, Królowo) zobowiązuje się wykonać usługę w sposób zgodny z przepisami prawa rzymskiego, niezależnie od państwa, na terenie którego aktualnie przybywa i na którym odbędzie się bal, według ustaleń ze Zleceniodawcą – w tym przypadku to Książę. - Po drugie - ciągnął głos – Wykonawca, oświadcza, iż wykona usługę z najwyższym zaangażowaniem i na poziomie estetycznym właściwym dla tego typu przedsięwzięć. - Następnie, Wykonawca za usługę pobierze wynagrodzenie, w postaci trzech życzeń, których realizacja jednak pozostanie zgodna z zasadami logiki, w tym w szczególności, z zasadą niesprzeczności oraz wyłączonego środka. - Po czwarte – czytał mężczyzna – Zleceniodawca zobowiązuje się nie podporządkowywać humorom, a szczególności stanom wzburzenia przedmiesiączkowego Wykonawcy… Rozłożył kolejną cześć papierowej listy i dalej wygłaszał podobnie niedorzeczne punkty, które Małgorzata nie wiedziała, czy ma traktować poważnie. Po piąte…., po szóste…, w punkcie dwudziestym czwartym… Dziewczyna już nie słuchała, ale z pełnym zaangażowaniem zajęła się studiowaniem złotej kamizelki mężczyzny i najróżniejszych broszek do niej poprzypinanych. Był to w rzeczy samej najdziwniejszy i jednocześnie najbardziej elegancki strój, jaki kiedykolwiek widziała. - … Przy czym Zleceniodawca dodaje, że wszelkie spłodzone podczas balu dzieci, zostaną przez niego przysposobione. – zakończył triumfalnie gość, po czym ponownie starannie złożył umowę i schował ją do tej samej kieszeni. - Zgadzasz się, Madame, na wszystko? Małgorzata kiwnęła głową. - Dobrze, to już na miejscu, w łańcuckim zamku, spiszecie ten dokument w dwóch identycznych egzemplarzach i złożycie na nim wasze podpisy. Czy masz, Pani jeszcze jakieś dodatkowe pytania? Bo czas nas nagli, my tu gadu, gadu, a diabeł śliwki rwie, hahaha. Zaniósł się gromkim śmiechem. Małgorzata uśmiechnęła się delikatnie, po czym jednak szybko spoważniała i zwróciła się uroczystym głosem do towarzysza: - Szanowny Panie, rozumiem te wszystkie zasady i zastrzeżenia, jaką mam jednak gwarancję, że nie popełnię żadnego błędu lub przez przypadek nie zażyczę sobie czegoś, czego później będę żałować? Jakim cudem będę umiała się odnaleźć wśród tych wszystkich osób? Proszę, mi coś opowiedzieć o tym, co ma się tam wydarzyć? W jaki sposób rozpocznie się bal i jaka będzie moja funkcja? – pytała z coraz większym niepokojem. - Zaręczam Panu, że nigdzie nie wyruszę, póki się tego nie dowiem. – dodała na koniec najpoważniejszym głosem, na jaki była w stanie się zdobyć. Mężczyzna w odpowiedzi roześmiał się na cały głos, po czym rozbawionym tonem zaczął: - Ależ Madame, oczywiście opowiem Pani wszystko, czego pragniesz. Nie ma potrzeby zarzekać się w podobny sposób, choć uroczo Pani wygląda, taka nadąsana. Proszę mi wierzyć, że bez problemu sobie Pani ze wszystkim poradzi. Gdy już Pani dotrze na miejsce, wszystko będzie do balu przygotowane. Orkiestra będzie czekać na swoim miejscu, kelnerzy po obu stronach sali będą gotowi na sygnał, aby wnieść jedzenie, a szambelani zaczną wprowadzać gości. Ja będę z początku Pani towarzyszył i przedstawiał każdą z osób. W momencie kiedy mężczyzna zaczął opowiadać, słońce zrównało się z linią drzew na horyzoncie, by w końcu zupełnie zgasnąć. Jeszcze było widać delikatną czerwona poświatę jego ostatnich promieni, ale ogród Małgorzaty pokrył się już zupełną ciemnością, a zarówno ona, jak i mężczyzna zniknęli w mroku. Słychać było jedynie ich głosy, które jakby nie dostrzegając tej zmiany, przechodziły z miejsca na miejsce, odnajdując się wzajemnie. Małgorzata spytała: - Jakie jest właściwe przeznaczenie mojego pobytu na balu? Co stanowi jego prawdziwy cel? - Cel? – spytał mężczyzna – Czy Pani zdaniem wszystko musi dążyć do jakiegoś celu? Czy nie możemy zrobić, czegoś tak po prostu? Ad hoc? Czy ten cel nie może przykładowo zasadzać się jedynie na samym istnieniu, przebywaniu, w konkretnym miejscu, tu na ziemi? – ciągnął głosem rasowego filozofa, głosem, który wydawał się dziewczynie nie tylko przebiegły, ale w dodatku koszmarnie irytujący. - Jednakże zgodnie z tradycją, każdy bal ma Gospodarza i Gospodynię, bez tego ani rusz – klasnął w dłonie – zatem potrzebujemy Pani, aby w ogóle bal mógł się odbyć. Jeżeli, Madame już musisz być tak niezwykle dociekliwa, to masz Pani w potencji przeznaczenie zarówno estetyczne, jak i epistemologiczne. My pragniemy urzeczywistnić jedynie pierwsze z nich, w Pani mocy pozostają wszelkie korzyści poznawcze, jaki możesz Królowo wynieść z tego niecodziennego przedsięwzięcia. Nas praktycznie nie sposób zawieść, wystarczy jedynie przybyć i być. Tak, być na miejscu, to wszystko! Mężczyzna mówił dalej i wydawało się, że jego głos się zmienił, jakby stał się niższy i pełen przeszywającego oddziaływania, choć z drugiej strony pozostawał w jakiś sposób daleki. Słuchając go trudno było się jej skupić na sensie słów, ale łatwo przeczuwało się ich dominującą siłę. Zrobiło się ciemniej, a gwiazdy zniknęły za gęstymi chmurami. Małgorzatę zaczęło przenikać uczucie samotności, połączone z pogłębiającym się zmęczeniem, jakiego nie była w stanie wytłumaczyć. Nieznajomy jednak, jakby nie zauważając tego, ciągnął opowiadanie, a ona z niewiadomych przyczyn musiała go słuchać: - Zaczną pojawiać się ze wszystkich stron ludzie – goście Księcia. Będą klękać przed Panią, a twoim zadaniem Madame będzie przyjąć każdego z nich, choć wkrótce staną się nieznośnie nużący, a dłoń zacznie Panią boleć od ich ciągłych uścisków i pocałunków. - Potem nagle zapalą się światła – mówił daleki głos – ujrzysz Madame w tym momencie gości, pióra powkładane w kapelusze, maski, a nawet trzymane na smyczy pieski. Długie zastawione jedzeniem stoły będę się w Pani oczach ciągnąć w nieskończoność. Będzie tam cały przepych, jaki można sobie wyobrazić, ukazujące wszelkie rozkosze zarówno lat minionych, jak i lat dopiero nadchodzących – proszę je zapamiętać, bo to może być jedyna taka okazja. - Ależ Królowo, Pani już to ma przed oczami! – wykrzyknął mężczyzna – Widzi Pani ich twarze? Och jakie są piękne, ale takie dumne. Wiedz, Madame, że to pycha. Gdy już wszyscy przybędą i przedstawią się Królowej, pojawi się Gospodarz Balu – Książę we własnej osobie. Bez wątpienia stanie na środku sali, wśród wpatrzonych w niego gości i uroczyście Panią pozdrowi, by następnie zaprosić do tańca. Niech Pani nawet nie myśli o odmowie. To by mu złamało serce! – głos na chwilę zamilkł, ale Małgorzata tego nie zauważyła, cała jej uwaga zdawała się skupiać na młodym mężczyźnie, który przystępował do niej ze środka sali. - Zaczniecie, naturalnie, walcem wiedeńskim, gdyż tak leży w zwyczaju – ciągnął głos – własne umiejętności zaskoczą cię Królowo, będzie ci się wydawało, że w ogóle nie dotykasz podłogi, ale suniesz w powietrzu. Po chwili dołączą do was kolejne pary, a następnie ruszy w taniec cała sala. Musisz Madame wiedzieć, że Książę jest wybornym tancerzem, pomimo lekko kulejącej jednej nogi, gdyż był obecny niemal na każdym potężniejszym balu, a nie ma w zwyczaju podpierać ścian – roześmiał się cicho. - Niezaprzeczalnie wyszepce Pani do ucha, jak bardzo jesteś piękna, Królowo, jak zachwycająco wypełnisz swoją rolę i że nie mogli dokonać lepszego wyboru. Proszę tylko nie chować tego zaróżowienia. Jest w nim Pani tak uroczo, a Książę niezwykle to lubi. Małgorzata na chwilę zamknęła oczy, wiedziała, że jest zmęczona, ale była zbyt podekscytowana, aby o tym myśleć. Oparła się o balustradę i wyszeptała: - A czy będziemy ze sobą mówić? - Tak oczywiście – odparł lekko rozbawiony głos – przecież on uwielbia rozmawiać. Przedstawi się Pani imieniem Urian i będzie ci się wydawało, że jest mu z tym określeniem bardzo do twarzy, wręcz młodzieńczo. On sam będzie niezwykle całą sytuacją przejęty, aż nieodpowiednio do pełnionej przez niego funkcji. Zacznie ci opowiadać o każdym z gości, a musisz wiedzieć, że zna wszystkie ich sekrety. Będziecie mijać w tańcu najbarwniejsze pary, najwytworniejsze postacie; niektórych pozdrowi skinieniem głowy, do innych się uśmiechnie lub rzuci jakieś grzeczne słowo powitania, przy wybranych zaś zatrzyma się i cię przedstawi, Królowo. Proszę tylko nie dawać mu satysfakcji i nie być zazdrosną o żadną z napotkanych dam, choć z pewnością będą zachwycająco piękne. Małgorzata nie czuła już zimnej balustrady wbijającej się w jej rękę, ani przeszywającego wiatru. Pod zamkniętymi powiekami przewijały się jej kolorowe suknie, mocno umalowane twarze, cylindry, fraki i przenikający wszystko zapach perfum. - Zapewne jako pierwszego przywitacie bardzo specjalnego gościa z Włoch, który nie był już u nas od stuleci. Ostatnio jednak zrobiło się o nim niezwykle głośno. Znów zafascynował tak wiele osób, że nie sposób było go nie zaprosić. Będzie nim młody i dobrze wychowany syn papieża Aleksandra VI. Bardzo wiele słów już o nim wypowiedziano i napisano. Tak wiele z nich było zwykłymi oszczerstwami, choć część nie mijała się z prawdą. Wydaje się jednak, że żadne z tych ukutych haseł, nie określa go lepiej, niż jego własne życiowe motto, które z taką zawziętość starał się realizować: „Aut Ceasar aut nihil!” - to jest właśnie prawdziwa ambicja, prawdziwa rządza władzy – opowiadając mężczyzna, nie był w stanie ukryć przepełniającej go fascynacji. – Żadna ze zbrodni nie powstrzymała go przed osiągnięciem celu – ciągnął – a cel ten był prawdziwie wielki – uczynić papiestwo monarchią dziedziczną. Co za pomysł, trzeba mieć do tego nie tylko inteligencję, ale też tupet! – wykrzyknął. Wielu uległo już jego czarowi, choć był okrutny i bezlitosny, ale swego czasu wyprawiał najlepsze uczty w całej Italii, ba w całym basenie Morza Śródziemnego. Świat nigdy nie zapomni o wyjątkowym bankiecie figur szachowych z 30 listopada 1501 roku, zdaje się w dodatku, że sam papież w nim uczestniczył, a Cesare był wtedy jeszcze kardynałem… Po tych słowach przestrzeń wypełniła się gromkim śmiechem. Małgorzata nie była pewna czy wszystkie elementy tego opisu jest w stanie uporządkować w jedną całość. Zastanawiała się o czym mogła rozmawiać z takim mężczyzną i czy wypadało jej o cokolwiek zapytać. - Poświęć mu chwilę czasu, Królowo. – dodał ze stanowczością głos - Nikt nie potrafi zabawiać towarzystwa, tak jak on. Nie przestrasz się tylko jego czarnej maski, nie nosi jej dla zachowania tajemnicy, czy lepszej prezentacji, to niemiła pamiątka, jaka mu pozostała po przejściu tak wielu chorób wenerycznych, w tak żałośnie krótkim życiu. Nie dziw się, w końcu został kardynałem w wieku osiemnastu lat. To były czasy! - Spytaj go koniecznie, Madame – dodał – o szesnastowieczne trucizny – zna się na nich, jak nikt. Jest profesjonalistą. Pani, z pewnością nie zawiedziesz się na nim. Małgorzata słuchała z wytrzeszczonymi oczami i półotwartą buzią. Te wszystkie informacje wydawały się jej niepojęte. Czuła się zawstydzona, że jest w tej sprawie tak wielką ignorantką, przy czym uświadomiło jej to, jak wielką siłę stanowi sama wiedza. - Tak niewiele przedsięwzięć jest naszym oryginalnym pomysłem. – zastanawiała się – Człowiek, jeżeli szuka inspiracji, nie musi sam nic wymyślać, kiedy już wszystko zdarzyło się wcześniej. Wystarczy jedynie spojrzeć na tego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Małgorzata — czytnik · opowiadania