Inne · 10 min czytania
MALINA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Pogotowie, słucham. -Dzień dobry, ja w sprawie śmierci. -Śmierci? W takim razie niech pani znajdzie numer do jakiegoś domu pogrzebowego. Do widzenia... -Nie, nie! Proszę się nie rozłączać! -hm? -Może to jeszcze niezupełnie umarło, ale jest w agonii, nieodwracalnej, ostatecznej. Ja się boję, proszę pani. -To? -Gdybym miała migotanie przedsionków, pewnie by to panią zainteresowało. Ale ja nie mam migotania przedsionków. -Pani wybaczy, ale to numer alarmowy, tutaj nie rozmawiamy o głupotach. Żegnam. -Dlaczego wypełnione wodą płuca nie są głupotą, a mój problem jest? -Bo nie da się żyć z wypełnionymi wodą płucami? -A ze złamanym sercem, duszą i rozumem, da się? -Droga pani, nie zszyjemy pani duszy, nie zlepimy złamanego serca plastrem i nie przeszczepimy rozumu. Polecam wizytę u psychologa. -Ale psycholog tylko ciągle zadaje pytania. To mnie męczy. -Taka jego profesja. Do widzenia. -Niech się pani nie rozłącza! W tej chwili na pewno nikt nie umiera! -Skąd pani może to wiedzieć?! -Jedna śmierć to zbyt wiele, jak na jedną minutę. -Czyja śmierć? -Moja. Ja tak metaforycznie umieram. -Pani nic nie dolega poza niewyjaśnionym powodem smutku. -Ja nie jestem smutna. -Niech pani nie kłamie, to słychać. -Słychać smutek? -Oczywiście. -Jaki jest? Cichy czy głośny, szemrzący czy chropowaty? -Bezbarwny. Głuchy. -Tego się mogłam spodziewać. -Czy dzwoniła już pani pod numer telefonu zaufania? -Nie. -Niech pani zadzwoni, z pewnością pani pomogą. Numer znajdzie pani w internecie, do widzenia... -Minuta minęła. Pewnie teraz umiera ktoś jeszcze prócz mnie. -Pewnie tak, dlatego żegnam panią. -Ale ktoś umiera w smutku, ciszy i cierpieniu. I pewnie nikt o tej śmierci nie wie. -Dlaczego pani tak z góry założyła? Czyżby już nikt nigdy nigdzie w ogóle nikogo nie kochał? -Tak, właśnie. -To niezwykle pesymistyczne. Nie zgadzam się z tym. -Ale ja się zgadzam. Bo życie wrzuciło mnie do pralki i wyprało z miłości. W sumie także ze wszystkich innych uczuć. -Psycholog z pewnością pomoże pani nabyć je z powrotem. Do widzenia!
Tuut- tuut- tuut.
Odłożyła słuchawkę, tym samym wywołując ciszę. I siedziała tak przez dłuższą chwilę, wsłuchując się w smutek, który w niej kiełkował i ową ciszę. Siedział tak, myśląc, po co tak właściwie żyje, po co w ogóle zadzwoniła na pogotowie, po co zjadła wczoraj w nocy pudełko musli z biedronki, po co obudziła się rano, po co weszła pod prysznic, po co pojechała rowerem do banku wybrać pieniądze i po co, do cholery, powiedziała ‘dzień dobry’ sąsiadowi z góry, którego nienawidzi? * dzień zaczął się niezwykle. Wstała z łóżka o 4.25 i wyszła na balkon. Pod sklepem stało dwóch żuli, wiernie czekając na otwarcie sklepu. I zaczęła żałować, że takim żulem nie jest, bo oni mają jakiś cel w życiu, a ona nie ma. I to w ogóle jest niezwykle karygodne, bo trzeba mieć punkt w stronę którego się zmierza, a ona błądzi na ślepo. Tak nie można!! Powietrze było chłodne, choć nie było jeszcze Hanki, a jak wiadomo, od Hanki zimne wieczory i ranki. Drżała pod tą swoją koszuliną, którą kupiła za dwadzieścia trzy złote i pięćdziesiąt osiem groszy w sklepiku z ubraniami przy rynku, a która swojej ceny wcale warta nie była. Koloru była niebieskiego, a właściwie błękitnego ze złotym kotem między piersiami. Jeśli już mowa o jej piersiach, były duże i ciężkie, a kiedy stała na balkonie, miała całkowicie twarde sutki, ale z zimna. Marzyła o chwili, kiedy jej sutki stwardnieją choć raz nie z powodu zimna. Wróciła do pokoju, pościeliła łóżko i poszła do kuchni. Włączyła radio i usłyszała Marię Peszek. Chciała tańczyć, choć do piosenek panny Peszek trudno tańczyć. Mimo to jednak chciała, ale nie mogła. Blokował ją wewnętrzny smutek. Wypiła dwie kawy i zrobiła się szósta. Zeszła na dół do sklepu, minęła żuli. Dała im pięć złotych i kupiła sobie trzy bagietki, żółty ser, szynkę, serek topiony i pół litra mleka. Mleko wypiła jak tylko wyszła ze sklepu. Jurek kiedyś kazał jej kupować to odtłuszczone, bo nie chciał, żeby tyła. A ona chciała. Więc po kryjomu piła tłuściutkie mleko i miała uczucie, jakby postępowała wobec Jurka nie fair. Dla niej to było jak inicjacja z innym mężczyzną. Dlatego za każdym razem mu mówiła. On wyzywał ją od tłustych krów, uderzał trzy razy, zawsze trzy w twarz i wracał do oglądania telewizji. Dlatego odkąd Jurka nie ma, ona znów grzeszy, ale tym razem nie czuje się winna. * Grób jej matki jest miejscem świętym. To nie żaden zwykły nagrobek, jakich pełno. To miejsce kultu, odwiedzin, to miejsce przesiąknięte parapsychologią, to miejsce, gdzie Malina może porozmawiać z matką. Gdzie indziej nie potrafi. Jej grób to taki łącznik między ziemią a niebem. Ona wierzy w niebo. Dlaczego miałaby nie wierzyć?! Przychodzi tu…