Fantasy · 12 min czytania
Małpi Król
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był to rok cudów, na ziemie zstąpił z nieba po raz kolejny mesjasz. Tym razem ludzi dostrzegli jego boskie pochodzenie i nie odtrącili go, wszyscy ludzie z małej osady w górach, kraju który nigdy nie był ważny. Plony tego roku były wyjątkowo obfite, wszelaka trzoda mnożyła się na potęgę, zapewniając wyjątkowy dobrobyt swoim panom. Ludziom trudy i znoje tego lata były obce, wszystkie dzieci rodziły się zdrowe i w pełni sił, staruszkowie, którzy byli jedną nogą na tamtym świecie ozdrowieli, a i nikogo żadne choroby się nie imały. Wszystko dzięki Emanuelowi, który sprowadził łaskę Boga w to zapomniane miejsce. - Witaj – powiedział młody chłopak do dziewczyny – Może pójdziesz ze mną wieczorem na tańce? - Chętnie – oblana rumieńcem uciekła do domu – przyjdź do mnie przed zabawą – krzyknęła jeszcze z progu jej domu. Chłopak cały w skowronkach podskokami, oddalił się od domu swej lubej. W swych miłosnych polotach poszedł nad leśny strumień gdzie to od dziecka lubił przesiadywać. Siedział tak oto patrząc się w bystro płynącą toń, kojąc jego młodzieńcze emocje, gdy to nagle w lesie po drugiej stronie strumyku, coś krzakami poruszyło. Nie czekając, z razu żwawo skoczył by zobaczyć co to, może królik lub to łania się trafi to upoluje kamieniem i do domu przyniesie – mięsa nigdy za dużo. Zwinnymi młodzieńczymi susami pognał za zdobyczą, nie zważając na gęstwinę zarośli kaleczącą jego nagie członki i twarz, nie zważał także pogłębiający się mrok odwiecznej puszczy. Jego oczy, choć bystre i młode widziały tylko majak cienia uciekający przed nim gdzieś pośród drzew. Biegł jak opętany, tracąc siły z każdym krokiem, nagle gdy już siły miały go opuścić cień zatrzymał się przed nim jakoby czekając na niego. Dopadł nieznanego i dostrzegł, ze to nie szarak, czy łania tylko stara kobieta odziana w stertę szmat, które kiedyś musiały być strojem. - Bagno – wyszeptała dziwnym nieobecnym głosem. - Staruszko – spojrzał na nią i wzdrygnął się na szpetność jej lica – Co tu robisz i co prowadziło twe nogi, że nie mogłem zań nadążyć – mówił zadyszany. - Bagno – najwyraźniej nie zwracała uwagi na młodzika – Coś tam jest, coś skrywa toń. Tylko odruch kazał mu spojrzeć tam gdzie wędrował nieobecny wzrok staruszki. Przed nim rozciągało się bagno, skrywające tajemnice wielu wieków. Spróchniałe konary sterczały złowróżbnie z niewidocznej toni, skrytej pod warstwą liści z zeszłej jesieni. Opary i roje owadów grały odpychająco, słonce prawie nie prześwitywało już przez drzewa. - Coś tam jest – szeptała dalej. - Ale co – podjął wątek. Ni z tego ni z owego coś zabulgotało, chłopak nie zatrwożył się bo wiedział, ze to normalne na bagnie. Potem znowu coś zabulgotało, potem znowu, i tak coraz częściej, aż niedaleko od nich zrodziła się kipiel – to nie było normalne dla bagna. Powoli z otchłani kipieli wyłoniła się czarna górka, nie przypominająca nic z tego czy tamtego świata. Strach zakradł się do serca chłopaka. - Widzisz! Coś tam jest – wysyczała stara – mówiłam ci. Trwoga dławiła słowa w jego gardle, nogi nie chciały porwać ciała do ucieczki. Czarna górka wyłaniała się dalej, przybierając bardziej znane kształty głowy, oplecionej kaskadami czarnych włosów. - Topielec – wyjęczał ledwo młodzik. - Nie topielec – stara poczęła śmiać się szaleńczo. Korpus już zaczął się wyłaniać, trupio blady wychudzony korpus, z równie chudymi członkami. Kaskada włosów rozlała się na boku ujawniając twarz upiora, blada od śmierci, z małymi czarnymi oczkami i szczęką uzbrojoną w rząd srebrnych zębów. Upiór z bagna wydał z siebie pierwszy złowieszczy krzyk, tak wysoki i mocny, że drzewa się zakołysały pod jego siła. Chłopak opanował się i z razu wolna, potem nieco szybciej zaczął uciekać. Potwór zaczął się wyłaniać szybciej, chłopak pochłonięty ucieczką odwracając się z razu by upewnić się, że upiór go nie goni widział tylko jak bestia wyrasta z bagna, stojąc na czarnym firmamencie wyrastającym mu z korpusu. Nigdy wcześniej nie biegła tak szybko, nigdy tak bardzo się nie bał, nigdy wcześniej nie był pewien gdzie biegnie. Biegł, biegła, biegł w gęstwinie lasu, biegła póki miał siły – w końcu siły mu się skończyły i padł wyczerpany na leśnej polance, opromienionej światłem. Leżał tam tak chwile łapiąc oddech, gdy serce przestało zagłuszać jego uszy doszedł go śpiew.
Niech kwiecie nam się piękni Te chwile co miną Niech życie się dłuży Niech nie kroczy doliną Nich jutrzenka nam niesie Otuchy zefirek Niech pieśń to zaśpiewa Narodzin skowronek
Na środku klęczała dziewczyna pochylona nad kwieciem wyrastającym z leśnego runa. Stała tak śpiewając głosem aksamitnym pieśń. Chłopak wstał zapominając o potworze z bagien. - Kim jesteś –zapytał stojąc nad dziewczyną. - Jestem Luna – spojrzała na niego przerywając pieśń. Była ubrana w biała sukienkę. – Idziesz do Małpiego Króla? - Małpi król – zdziwił się, wszelako, o żadnym królu nie słyszał by miał być w okolicy objazdem, a tym bardziej Król małp – Nie, ale gdzie on jest – ciekawość chłopaka była niezaspokojona – zobaczyć króla, to by było coś. - Musisz iść tą ścieżką, znajdziesz go bez problemu. Tak jak poradziła mu dziewczyna, trochę do zastanawiało czemu klęczy i śpiewa do kwiatu ale po tym co dzisiaj już zobaczył, nie chciał zadawać pytań. Ścieżka wiła się między drzewami, zdawała się prowadzić donikąd. Kiedy miał już zawrócić usłyszał odgłosy biesiadowania. Las zaczął się przejaśniać i wyszedł na polanę gdzie przy syto zastawionym stole siedziały wszelakie leśne stworzenia z tej i innych szerokości geograficznych, miejsce na szczecie stołu zajmował szympans w koronie i z berłem w ręku. - O gość – lekko skrzeczącym głosem zawołał młodzika Król – Podejdź tu chłopcze – Co się sprowadza w moje włości? - Podobno jesteś królem – zaczął miarowo – Chciałem poznać króla. - I oto jestem – małpa odparła się pod boczki i obróciła jak model – jesteś zadowolony – inne zwierzęta ryknęły charakterystycznymi dla siebie okrzykami. Młodzik stał osłupiały nie wiedząc co począć. Zorientował się, ze