Fantasy · 43 min czytania
Mały ghul, duże kłopoty
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Niziołki zawsze, powtórzę, ZAWSZE przynoszą kłopoty. Jeśli nie ukradną dziecku lizaka, to podkradną kurę albo wisiorek. A jak nie kradną, to i tak zaczną. Tak to już jest z niziołkami. Chociaż ja sam nic przeciwko nim nie mam, to w Tar Loch ta rasa miała, szczerze mówiąc, przerąbane. O ile gnomy tolerowano lub ignorowano, to niziołki były otwarcie szykanowane. Tar Loch było totalnym, za przeproszeniem, zadupiem. Oprócz dwóch czy trzech handlarzy, którzy przybywali tu przejazdem, wioska nie była przyzwyczajona do przyjezdnych. Każdy podróżny, który zatrzymał się w wiosce, wzniecał prawdziwe zamieszanie. Tak też zareagowali miejscowi chłopkowie na przybycie dość dziwnej kompanii – złożonej z krasnoluda, gnoma i elfki. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że byli uzbrojeni po zęby, a elfka półnaga. Miała na sobie ledwie jedwabną, kusą koszulkę i długie, również jedwabne białe spodnie. Wszyscy mijający ją chłopi gapili się jej w dekolt, co powoli zaczynało ją denerwować. Cóż, denerwować to mało powiedziane. Jedyne, co ją hamowało to jej dwaj towarzysze. Oolaonna Światło-Księżyca nie była bowiem przyzwyczajona do głodnych spojrzeń mężczyzn, szczególnie ludzi. Wszystkie inne rasy lubiła, ludzi jednak nie tolerowała. Może to przez jej przeżycia z dzieciństwa. Rodzice biologiczni oddali ją w ręce ludzkiej rodziny w wieku zaledwie 10 lat, co na standardy elfów zakrawa na ludzki wiek 2 lat. Tam, od kiedy skończyła 20 lat była wykorzystywana przez ludzkiego ojca na wszelkie możliwe sposoby. Od pielenia grządek, przez wypasanie zwierząt, po „zamiatanie sypialni”, jeśli wiecie, co mam na myśli. Horror ten trwał przez kolejne 40 lat, do śmierci ojca. Po tym Oolaonna udała się do Akademii Czarowników w Arvgardzie, gdzie po 48 latach została Wielkim Magiem Akademii. Wtedy też zdobyła drogą kupna dziwne pudełko i wisiorek z wyrytymi na nich dziwnymi runami. Biła od nich nienaturalna magiczna aura, której nic nie mogło zakłócić. Żadna moc, żaden czar. W promieniu 20 kilometrów czuć było wpływ naszyjnika i pudełka. Co ciekawsze, naszyjnik świecił, kiedy ktoś kłamał. Gdy jednak ktoś nakładał go na szyję, ten dusił delikwenta, a po śmierci ofiary z powrotem się rozluźniał. Oolaonna, jako Wielki Mag Akademii zatraciła się w poszukiwaniach źródła mocy naszyjnika. Przez okrągłe 40 lat badała go i pudełko i prawie odkryła jego mroczną tajemnicę. Znalazła nawet tłumacza, który mógłby przetłumaczyć napisy na obydwu przedmiotach. Jednak najazd drowów przeszkodził jej badaniom. Bowiem w roku 893 Ery Rozwoju wybuchła Wojna Ras, zaś Torwar był głównym polem bitwy. Oolaonna musiała uciekać. Gdy wybiegała z ukrytego tunelu, złapał ją oddział drowów. Została wzięta do niewoli na blisko 3 lata. Po tym czasie wojna dobiegła końca, a drowy porzuciły ją niedaleko jaskiń, w których się skryła zdziesiątkowana armia tej rasy. Straciła największy skarb swojego życia. Przez ostatnie 7 lat poszukiwała obydwu rzeczy, nie natrafiła jednak na żaden trop. W tym czasie poznała swoją kompanię, krasnoluda Olokasa Stalową-Rękę i gnoma Fruneirosa Schwarzenberge. Od tej pory towarzyszyła im wszędzie. Ciekawa jest również historia znajomości Olokasa i Fruneirosa. Zacznijmy od tego drugiego, zostawiając najlepszy smaczek – krasnoluda – na koniec. Fruneiros od najmłodszych lat układał wiersze i pieśni. Cóż, był stereotypowym gnomem. Poza jedną rzeczą – nie znał się na żadnych urządzeniach. Cały swój zapał włożył jednak w wiedzę o muzyce, wierszoklectwie i geografii, historii i sztuce. Był prawdziwym mistrzem w tym, co robił. Wszystkie gnomy go ubóstwiały. Jednak po jakichś 4 latach zaczęło mu się, co tu dużo mówić, nudzić. Zobojętniały na zwyczaje gnomów, ich perypetie i obecność wyruszył w drogę, gdzie przypadkiem spotkał przyjaznego, co dziwne dla tej rasy, krasnoluda. Fruneiros od zawsze lubił wypić, znalazł tedy w Olokasie – bo tak miał na imię krasnolud – wielkiego przyjaciela. Razem pili, śmiali się, podróżowali. Poszukiwali jeszcze jednego członka do swojej drużyny, ale o tym za chwilę. Najbardziej osobliwa jest jednak historia Olokasa Stalowej-Ręki. Na rok przed jego narodzinami pewien stary piernik, ogłaszający się prorokiem, przepowiedział narodziny krasnoludziego dziecka, które miałoby ocalić świat przed „wielkim złem, które miało przyjść z mroku”. Rodzice wychowali Olokasa w duchu przepowiedni, był on więc do czasu pyszny i dumny niczym największy cesarz jakiegoś mocarstwa. Dopiero, gdy przegrał 10 sztuk złota w turnieju, przejrzał na oczy i zaczął zachowywać się cnotliwie, jeśli można tak powiedzieć o krasnoludzie. Wyruszył tedy w podróż, aby nieść dobro i zdrowie. Podczas jednego z krasnoludzkich świąt, które uczcił garncem najlepszego piwa, jakie znalazł, poznał Fruneirosa. Spodobał mu się, miał poza tym dużą wiedzę ogólną, przydał mu się więc. Niedługo potem zostali przyjaciółmi wraz z później spotkaną elfką Oolaonną. No nic, tyle żem już poopowiadał o historii przeszłej, że hej! Wróćmy więc do wątku, rzekłbym, głównego. Oolaonna gotowała się w sobie. Nakryła się tedy jedwabnym szalem, zakrywając część swych krągłości. W tym czasie przeszli kilkanaście metrów i wstąpili za próg lokalnego zamtuza, zwanego niezbyt wyrafinowanie: „Dzika Ladacznica”. Gdy tylko weszli do środka, elfka zmarszczyła nos i zasłoniła usta ręką. Krasnolud i gnom pozostali niewzruszeni, na twarzy tego pierwszego zagościł nawet przelotny, krzywy uśmiech. W środku czuć było wszelki odór możliwy do wyczucia w kiepskiej jakości zamtuzie – smród taniego piwska, moczu, piżma i kuchni. W środku panował niebotyczny harmider. Było już grubo popołudniu, więc całe chłopstwo zwaliło się na codzienną popijawę. Mimo tego, że stoły stały jeszcze na swoich miejscach, to o krzesłach nie można było powiedzieć tego samego. Miski, kufle, puste butelki, spici chłopkowie, krzesła, słowem – wszystko, co mogłoby znajdować się w pijalni piwa walało się wokół, po podłodze i stołach. Jakiś młodzian spał pijany na kontuarze, śliniąc siebie i ladę obficie. Za ławą stał barczysty barman. Wyglądał tak, jak można sobie wyobrazić stereotypowego posiadacza zamtuza – dobrze zbudowany, ścięty na krótko brunet obdarzony sumiastym wąsem. Jego kitel musiał kiedyś być białym, teraz przypominał jednak kolorem stare łajno. Mimo początkowego sprzeciwu Oolaonny, kompania została w lokalu. Gdy przechodzili obok, na wpół przytomni chłopkowie podnosili na nich mętny wzrok, by za chwilę powrócić do picia lub spania, zależnie od tego, który przedobrzył z piwskiem. Spokojnie i dostojnie podeszli do lady. Barman, gdy tylko ich zauważył, widząc wielkie z jego punktu widzenia bogactwo, którym ociekała kompania (sam chętnie kupiłby sobie miecz wiszący u boku gnoma, gdyby było go stać), zaczął się podlizywać nowoprzybyłym, wyczuwając okazję na łatwe wzbogacenie się: - Witojcie, witojcie, czcigodny podróżnicy! Jakaż to niebywała potrzeba przywiodła was w me skromne proga? - Progi, panie, progi – poprawiła go nadal zdegustowana elfka, gapiąc się ciągle na jego niezbyt czysty kitel. - Kształcenia, widoczność, nie odebraliście – dodał Fruneiros. – No, ale nic, nie moja sprawa takowe rzeczy oceniać. Powiedzcie mi, panie barman, czego tu możność jest napić się? - Oj, panie, dużego wyboru to ja ni mam. Chyba, że was się złoto trzyma, to coś specjalnego się znajdzie – rzekł barman, po czym puścił oko do Oolaonny, która stanęła jak wryta i zaczęła wlepiać w niego oczy. Bynajmniej nie w celach pokojowych. - Powiedzmy, że złoto nas się trzyma, kiedy potrzeba na to nadejdzie. – odparł dyplomatycznie gnom. - Aa, rozumiem, rozumiem. Tak więc dużą popularnością cieszy się dziś nasze rodzime, wioskowe piwo… Jak zwykle, zresztą. - Ile za dzban? - Normalnie poprosiłbym trzy srebrniki. Ale dla takiej cnej kompanii oddam trzy dzbany za sześć. Co wy na to? – Po krótkiej naradzie cała grupa zgodziła się, na tą wiadomość barman zaryczał: - Raz? RAZ?! No, jesteś – zza framugi drzwi wychynęła nienaturalnie umięśniona, rudowłosa kobieta hojnie obdarzona przez naturę. - Przynieśże trzy dzbany piwska! Tylko prędko!... A wracając do czcigodnych państwa… - Chwileczkę, chwileczkę – przerwał mu w pół słowa Olokas. – Może bylibyście na tyle mili, żeby powiedzieć nam, na jakie to zadupie nas przywiało, hm? - Ah… Nasza wioska to się zowie Tar Loch, czcigodny panie – wycedził barman. - Ależ proszę wybaczyć nieuprzejmość mojego kolegi – wtrącił się gnom. – On po prostu za długo nie pił piwa… - I nie chędożył… - dorzuciła półgębkiem elfka, łapiąc przelotny uśmiech samego krasnoluda. W tym czasie żona barmana o dość przydatnym imieniu Raz przyniosła trzy dość duże dzbany piwa. Pierwszy rzucił się na piwo Olokas, Fruneiros nie był wcale gorszy, za to elfka dystyngowanym ruchem nalała płynu do kufla i wzięła łyczek… Nagle krasnolud zachłystnął się i potężnie splunął na podłogę. - Z całym szacunkiem, ale takich szczynów to ja od lat nie piłem, barmanie! – zaraz po nim gnom wypluł swój haust, tym razem na ladę. - Cóż za sikacz! Nie dałbym złamanego miedziaka za tą wodę! – podniósł raban Fruneiros. Obydwaj spojrzeli na elfkę, która patrzyła się na kufel z rosnącym obrzydzeniem. - Panie barmanie… Szanuję pańską pracę, naprawdę. Jednak to, co nazywa pan piwem, nawet jak na tak małą mieścinę to jakiś bardzo kiepski żart! - Hola, ludzie! – podniósł ręce w obronnym geście barman. – Ja tu tylko gotowy produkt podaję. Nie ja ceny ustalam, tylko piwowarzy, zaprawdę! - No, no, panie barmanie, tak to my się bawić nie będziemy! – powiedział zdenerwowany Olokas. – Zaraz się policzymy… No, chyba, że da nam pan jeszcze raz tyle piwa za niezmienną ceną, hm? - Cóż poradzę… Dobrze. Po kilku godzinach chlania krasnolud z gnomem stali się wyjątkowo skorzy do rozmów, elfka zaś nadal ślęczała nad pierwszym dzbanem i ani myślała pić więcej, mimo namów barmana. Olokas zaśpiewał wespół z Fruneirosem „Lubieżną Ilenę”, na co elfka tylko podniosła głowę znad kufla, zmierzyła ich ostrym wzrokiem i powróciła do rozmyślań nad tajemniczym składem miejscowego piwa. Jak wszyscy wiemy, alkohol rozwiązuje języki. Gnom i krasnolud zaczęli gadać o zabijaniu potworów, wtedy nagle barman podskoczył i zaczął wypytywać się kompanię: - A gulaka byście ubili? - Z pewnością, IK! Z pewnością… - odburknął Olokas, po czym wlał w siebie kolejny haust piwa. - Och, z nieba mi spadacie, kompanio! Toć i my mamy tu gulakowe gniazdo… No, a te gulaki to one straszne są! – Nagle, barman zaczął konspiracyjnie szeptać. – Słuchajcie, one raz zabrały dzieciaka, wypuściły go po tygodniu, a potem znaleźli go chłopkowie rozszarpanego, że flaki widać było! I śmierdział, jak gulak jakiś! Musicie nam pomóc, powiadam! Ja już dzieciaka na dwór boję się wypuścić! - Hehe… Ale, kochany, takie, IK! Takie usługi ko… kosztują – wyburczał Fruneiros. - Wiem, wiem… Nasz zarządca to skąpiec, ale ja mogę wam zapłacić, ot co! - Tak? To ileż możecie nam, barmanie, zapłacić, hm? – dołączyła do dyskusji elfka. - Powiem ja wam tak. Prosty chłop jestem i dużo monet ni mam. Ale, zrzuciliśmy się wioską na szczytny cel i… - Ile? - To… to będzie sto srebrników, pani. - Hahahaha! – zaniósł się śmiechem gnom, po czym zaczął szalenie kaszleć, zachłystnąwszy się piwem. - Cicho, Schwarzenberge… - syknęła Oolaonna, a Fruneiros od razu przestał się śmiać i powrócił do spożywania trunku. – Trochę to mało. A ile to ghuli was dręczy? - Powiedziałbym, że przynajmniej z pięć. Tyle tych pomiotów się nasz wioskowy tropiciel doliczył. - Tym bardziej, nasza cena to… - elfka spojrzała po kolegach. Fruneiros sprawiał wrażenie śpiącego, Olokas zaś nie nadawał się do rozmawiania, był trochę za bardzo upojony. – Żądamy więcej. - Ależ pani droga, to niemożliwe! Najwyżej… A, odżałuję! Za darmo dam wam przenocować… i śniadanie zjeść… - Czyli kilka srebrników więcej… No, barmanie, postarajcie się jeszcze trochę – powiedziała Oolaonna i uwodzicielsko zatrzepała brwiami. - Ale… Grr, niech was szlag! Dorzucam osiołka, ale macie wyrżnąć wszystkie, co do jednego! - Ależ oczywiście, cny panie bar… IK! Barmanie… - wybełkotał gnom i walnął głową o kontuar. Szelmowski uśmieszek pojawił się na twarzy barmana. - Widzę, że spać się państwu chce… Może za zniżkową cenę trzech srebrników wynajmę wam… dwa pokoje na noc, hm? - A jeden z nich jest dwuosobowy? – Barman pokiwał twierdząco głową. – No, toć dobiliśmy targu! – Chwilę później Oolaonna zaciągnęła, z niebagatelną pomocą pana barmana, dwójkę podchmielonych kolegów do ich pokoju. Sama weszła natomiast do swojego, zamknęła drzwi na klucz, zabezpieczając zamek zaklęciem ochronnym i powtarzając to samo z okiennicami. Po chwili zrzuciła z siebie ubranie i wskoczyła do łóżka. Jakież było jej zdziwienie, gdy mebel złamał się pod nią wpół. „Taka gruba chyba nie jestem…” pomyślała, po czym zajrzała pod łóżko. - Korniki… - szepnęła ze zrozumieniem, po czym zdjęła materac z nieprzydatnej już kupy drewna. Po kilku chwilach zmorzył ją błogi sen… *** Fruneiros przetarł oczy i ziewnął przeciągle. Drapiąc się w rzyć podszedł do okiennic. Gdy tylko uchylił jedną z nich, wdarła się do pomieszczenia struga światła, która nieubłaganie raziła w oczy Olokasa. Po chwili dało się słyszeć głośne pierdnięcie. - No, druhu, pobudka, już słonko wzeszło – powiedział cicho Fruneiros, otwierając szerzej okiennice. - Chędożyć słonko – burknął krasnolud, po czym przewrócił się na drugi bok. - Ruszaj rzyć, bo pójdę po batog! – ryknął gnom, po czym zaczął przywdziewać spodnią część swojej nabitej ćwiekami skórzni. - Już, już – mruknął krasnolud. Chwilę później obydwaj byli już ubrani i gotowi do wyjścia. *** Nieznanym tej dwójce sposobem Oolaonna stała już na korytarzu, ze wszystkimi rzeczami pod pachą, oczekując ich wyjścia. - No wreszcie – powiedziała elfka na ich widok. – Mam nadzieję, że to wczorajsze piwo nie odbiło się zbytnio na waszej koordynacji psycho-ruchowej? - Nie, no skądże – odparł Olokas. – Tylko łeb mnie boli, do stu czartów… - Od takiego cienkusza? – zdziwił się Fruneiros. – Jakiż tedy z ciebie krasnolud? - Cicho! – szepnęła nagle elfka. - No cóż znowu do ciężkiej… - Cicho, mówię! – uciszyła go zaaferowana elfka. Wszyscy wytężyli słuch. Po chwili zza żelaznych drzwi dało się słyszeć ciche jęki i miarowe uderzanie o ścianę. - No ładnie – mruknął gnom, po czym zaczął iść w stronę schodów. Po chwili obrócił się i zdał sobie sprawę, że żaden z jego kompanów nie ruszył się z miejsca, a policzki Oolaonny spąsowiały z lekka. – Ech, dzieci, nie wiecie wy, co to zamtuz. Tu z każdego pojedynczego pokoju jęki i krzyki i huki się nieść powinny. A wy o jedną panienkę takie zaaferowanie? - No dobra, dobra, nie mędrkuj – burknął Olokas, po czym wszyscy razem zeszli po schodach na dół, do pijalni. Albo tego, co z niej zostało. Po nocy zamtuz wyglądał jak pobojowisko. Po podłodze walały się kufle, krzesła, upici w sztok chłopkowie, miski, dzbany po piwie i jedzenie. Jeden ze stołów był przewrócony, kilka okien zdemolowanych, a drzwi otwarte na oścież. Żona barmana, Raz, energicznie zamiatała podłogę wysłużoną miotłą, od czasu do czasu zdzieliwszy nią po głowie jakiegoś pijaka, który łapał ją za spódnicę. Barman siedział za kontuarem, opierając głowę na rękach. Chwilę później nalał sobie porządnie piwa do kufla i wypił jednym haustem. W tym momencie zauważył trójkę na szczycie schodów, schował więc prędko kufel i przygotował się na lawinę pytań. - Panie… Co tu się stało, na Moradina? – spytał zaskoczony Olokas. - Jakby to powiedzieć… Wczoraj, jak państwo wiedzą, był szósty dzień… Tego dnia cała wataha chłopków z naszej wsi zbiega się, by pić i bawić się do rana. - Bawić się poprzez demolowanie panu lokalu, jak mniemam – dorzucił Fruneiros, rozglądając się wokół. - No, to akurat nie jest tradycja. Po prostu dwóch przyjaciół pobiło się o dzbanek naszego wioskowego piwa. A potem, cóż poradzić, zaczęła się burda stulecia. I teraz tylko straty liczę, powiadam. - Ale jakim cudem nas nie obudziła ta wrzawa? – dziwował się Olokas. - Bo żeś się tak uchlał, żem musiała cię za nogę po schodach wciągać, ot co! – rzekła rozjuszona Oolaonna. - Widzę, że nie tylko mi te burdy działają na nerwy… - barman, po czym zagaił: - A nie jesteście aby trochę głodni? Może coś na śniadanko? - A co moglibyście nam zaoferować? *** Okazało się, że jedyną potrawą względnie tanią, acz nietrującą dla przeciętnego żołądka była zupa cebulowa z podejrzanym mięsem i starymi ziemniakami. Nie było to zbyt wiele, jednak biorąc pod uwagę fakt, że Raz miała zmysł smaku jak leśny troll bez języka, nawet taka potrawa zdobywała rangę rarytasu. Chwilę później potwierdził to żołądek Olokasa, wydając z siebie ciche mruczenie. - Zanim pójdziecie, panie barman, może byście nam powiedzieli, gdzie mamy znaleźć te ghule? – spytał Fruneiros, ciężko zeskakując z ławy stojącej przy stole. - A, to bardzo proste, w samej rzeczy. Idziecie sobie, panie gnom, w prawo z mojego zamtuza, potem prosto, jak w mordę strzelił i do skrzyżowania, tam na Rożnir pojedziecie i tak za półtora stajania kościółek zniszczony zobaczycie. I tam gdzieś sobie te gulaki gniazdo założyły, tfu! – Gdy tylko to powiedział, kompania zapłaciła za usługę i wyszła z lokalu. Na zewnątrz rozpoczynał się letni poranek. Ptaki świergotały wesoło, motyle latały wokoło, ganiane przez dzieci. Mimo wszystko, Tar Loch była piękną wioską. Mimo walących się chat, pomimo gnojówki na ulicach i wszechogarniającego smrodu, mała mieścina miała w sobie jakiś dziwny urok, który powodował, że każdy przyjezdny czuł się swojsko. Na drewnianej ławie przy wyjściu z zamtuza siedział gnom ubrany w ćwiekowaną skórznię, z łukiem przerzuconym przez ramię. Ostrzył sztylet z tak wielkim zapałem, że nie zauważył przechodzącej kompanii. Za to Fruneiros zwrócił uwagę na siedzącego. - Ha! Brat gnom! Miło widzieć – krzyknął radośnie Fruneiros. Zaskoczony gnom podskoczył pół łokcia w górę, po czym podał ze zdziwieniem rękę swojemu. - Cóż za zaskoczenie, nie neguję – powiedział gnom, nadal marszcząc bujne brwi ze zdziwienia. – Nie spodziewałem się brata gnoma w takiej dziurze. - A, my tu tylko przejazdem – odparł Fruneiros. – Powiedzcie mi, co wy w takiej, za przeproszeniem, rzyci robicie? Przecie tu tylko na poletku pracować, albo zwierzęta łapać. - Ha, ubodliście mnie. Rzeczywiście, jestem łowcą zwierząt z obowiązku, za to zielarzem z zapału. A właśnie, może potrzebujecie czegoś? - A cóż tam macie? Po chwili grzebania po kieszeniach, gnom wyjął trochę jakichś suszonych korzonków, jakieś dziwne liście i parę świec. - Ho, ho! A cóż to za uschłe badyle? – palnął Olokas, który wnet zamilkł pod ciężarem spojrzeń Oolaonny i Fruneirosa. - Bez urazy, panie krasnolud – uśmiechnął się gnom – ale moja babka rację miała mówiąc, że krasnoludy to prosty naród. No nic. Mam tu trochę suszonej maliny, czosnku, tojadu i świec ziołowych… - Świece ziołowe? A po cóż takie cholerstwo myśliwemu? – zdziwił się gnom. - Ah, no tak. Moja własna receptura. Świece odpędzające wszelkie robactwo w odległości dobrych kilku stóp. - I to działa? – spytał zaskoczony krasnolud, marszcząc brwi. - Oczywiście. - Panie gnom, powiedzcie nam lepiej co nieco o tej mieścinie – zagaiła Oolaonna. - Hmm… Cóż ja mogę powiedzieć? Zależy, co was interesuje. Jeśli chcecie napić się czegoś, to w tym tutaj zamtuzie dostaniecie trochę piwa. Jeśli pójdziecie tą ścieżynką, to dojdziecie do kramiku Archiona. Poczciwy staruszek sprzedaje praktycznie każdy towar. Jak chcecie kiepskiej broni, albo czego z metalu, to zajrzyjcie do Fruavera. Poczciwy krasnolud z niego jest… Dojdziecie tam jak do Archiona, jeno kawałek dalej prosto pójść trzeba. No cóż… To chyba tyle. - Dziękujemy, pomogliście nam nieco – podziękowała elfka i zaczęła iść wraz z Olokasem w stronę traktu wychodzącego z wioski. - Powiedzcie mi jeszcze jedno – szepnął Fruneiros. – Gdzie znajdę dobrej jakości fajkowe ziele? - Archion sprzedaje jakiś tani zamiennik – odparł gnom. – Poszperajcie przy trakcie. Mało który z tutejszych chłopków ma jakiekolwiek pojęcie o jego właściwościach. - Jeszcze raz dziękuję, bracie gnomie. Riilo! - zakrzyknął Fruneiros, po czym pobiegł za kompanią, która zdążyła już wyjść za obręb wioski. *** Droga z ubitego piachu wiła się między wzgórzami niczym wąż między kamieniami. Wokół niej rósł rzadki las brzozowy, w którym co jakiś czas widać było inne rodzaje drzew – lipy, akacje i wierzby. Jako że przypadał środek Kwiatu Lata, lipy pokryły się wonnym kobiercem prawie niezauważalnych, biało-zielonych kwiatów. Wokoło latały motyle, bzykały pszczoły. Kompania podróżowała już dobre kilka godzin. W tym czasie minęli ledwie kilku chłopów, niosących wielkie toboły i jednego konnego tragarza, zmierzającego w stronę Tar Loch. Olokas zaczynał się powoli niecierpliwić. - Wiecie co? Zdaje mi się, że ten barman nie ma poczucia kierunku… - O czym ty bredzisz? – zdziwił się Fruneiros. - No przecie już my dobre trzy stajania przeszli, a tu drogowskazu jak ni ma, tak ni ma! - Uspokój się, Olokasie – zgasiła jego zapał Oolaonna. – Liczę stajania, jak na razie mamy za sobą… Dokładnie jedno i trzy ćwierci. A w oddali, jeśli się przyjrzysz, zobaczysz ową tablicę na badylu. – Nie mając nic do dodania, krasnolud zasępił się i począł liczyć kroki. Na nic się to nie zdało,