Przyjaźń · 7 min czytania
Mam na imię Julia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Są tacy, którzy uciekają od cierpienia miłości. Kochali, zawiedli się i nie chcą już nikogo kochać, nikomu służyć, nikomu pomagać. Taka samotność jest straszna, bo człowiek uciekając od miłości, ucieka od samego życia. Zamyka się w sobie.”
Jan Twardowski
Mam na imię Julia. Piękne imię – tak mówi większość, ale… jest w nim coś, co ściąga na „nosicielkę” tragedie. Jest przeklęte. Skazane na piękną miłość, kończącą się nagle, szybko i boleśnie.
Jeszcze do niedawna wiodłam normalne życie, miałam szczęśliwą rodzinę, przyjaciół, wszystko, czego zapragnęłam, żadna impreza nie mogła się odbyć beze mnie, a znajomi bili się o to, aby być jak najbliżej mnie. Wszystko zmieniło się dwa lata temu. Moja mama, największa życiowa miłość mojego ojca, zmarła. Postrzelił ją jakiś gówniarz, bo nie chciała mu kupić wódki. Ojciec już nigdy nie był taki, jak wtedy, gdy żyła. Zaczął pić stracił pracę, a gdy do drzwi zapukał komornik rzucił się na niego z nożem. On trafił do więzienia, a ja do domu dziecka. Wszyscy się ode mnie odwrócili, już nie miałam kasy, pozycji, po prostu przyjaźń ze mną nie była opłacalna. Byłam na skraju załamania nerwowego, ale w domu dziecka poznałam Jego. Łukasz – tak miał na imię. Nie był jakiś wybitnie przystojny, ale za to cholernie inteligentny i… po prostu cudowny, inne określenie nie przychodzi mi na myśl. Zobaczył mnie kiedyś załamaną, rozmazaną, po prostu w tragicznym stanie, gdy stałam na parapecie okna na 3 piętrze i byłam gotowa skoczyć. Nie narobił paniki, nie przekonywał mnie na siłę. Powiedział tylko: „Jesteś pewna, że chcesz skoczyć? Wiesz, nie chodzi mi o ciebie, ale masz całkiem fajną bluzkę, a krew ciężko sprać.”. Zatkało mnie, odwróciłam się i zobaczyłam go, stał oparty o futrynę drzwi, taki wyluzowany, pewny siebie, straciłam całą odwagę, już nie mogłam skoczyć.
Tamtej nocy długo rozmawialiśmy, o wszystkim i o niczym, nie pytał, dlaczego chciałam skoczyć, chciał znać mój ulubiony kolor, wiedzieć, jakiej muzyki słucham. W pewnym momencie zapadła cisza, nie zadał kolejnego pytania… Sama opowiedziałam mu całą historię mojego życia, od tego cudownego aż po dziś dzień. Nie wiem, co to było, ale miał w sobie, co takiego, co działało na mnie w tajemniczy sposób. Otworzyłam się przed nim, jak jeszcze przed nikim dotychczas. A on słuchał mnie przejęty, nic nie mówił i tylko patrzył swoimi pięknymi ciemnymi oczami w taki nieodgadniony sposób. Gdy skończyłam opowieść pt. „Mój życiorys”, stanęły mi łzy w oczach, zawsze tak było, gdy wspominałam wszystkie nieszczęścia i upokorzenia, których doznałam. Nic nie powiedział, przytulił mnie tylko, a ja nagle poczułam, że nic mi nie grozi, nabrałam poczucia bezpieczeństwa, jakiego nigdy nie zaznałam. Po jakichś trzech minutach wstał i wyszedł, tak po prostu, odwrócił się tylko w drzwiach, spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
Ledwo się położyłam, zadzwonił budzik. Zwykle rankami nie miałam na nic ochoty, szczególnie na pójście do szkoły, wysłuchiwanie głupich komentarzy i znoszenie wytykania palcami, jednak tym razem było inaczej. On dał mi taką niewyjaśnioną siłę, dzięki której mogłam znieść wszystko. Tamten dzień minął szybko, były jakieś lekcje, jacyś ludzie, jakieś idiotyczne rozmowy na przerwach. Nie obchodziło mnie to. Ci wszyscy ludzie byli tacy… puści, powierzchowni, nie interesowało mnie to, co mieli do…