Horror · 11 min czytania
Mamę zabiły gwiazdy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Nigdy nie bałem się ciemności. Nawet jako dziecko. Nie przerażał mnie mrok i to, co mogło się w nim kryć. Śmieszyły mnie opowieści o potworach czających się pod łóżkiem, tych z dna szafy, czy skrobiących szponami we framugi okien. Źródło mojego strachu – choć powiązane z nocą – kryje się gdzie indziej. Zaczęło bić najsmutniejszego dnia mojego życia, gdy chłopiec, którym kiedyś byłem, spał już od dawna w sercu dorosłego mężczyzny.
Cóż, powinienem się przyznać: niczego nie obawiam się bardziej niż tego, że nie będę mógł zasnąć. Bo, gdy leży się w łóżku, a zegarek uśmierca sekundy cichym cykaniem – wtedy myśli i wspomnienia przywdziewają powykrzywiane maski upiorów, o których nie chcemy pamiętać.
Wybiła trzecia w nocy, gdy w drzwiach sypialni stanęła niska postać o czarnych włosach zakrywających twarz i zbyt długiej, ciągnącej się po ziemi, białej koszuli nocnej. Przez chwilę nie robiła nic, potem wolno ruszyła w moim kierunku – tak lekko, że zdawała się unosić nad dywanem. Pomiędzy splątanymi snem kosmykami błyskały iskierki oczu. Zatrzymała się dopiero przy szafce nocnej, nachyliła nade mną i cichym, drżącym głosem wyszeptała mi wprost do ucha: - Tato, śpisz? - Nie, księżniczko. Ale ty chyba od dawna powinnaś być już w łóżku? – otworzyłem szerzej wpół przymknięte oczy i przyjrzałem się mojej córce. Była dużo szczuplejsza niż jeszcze pół roku temu, włosy wydawały się cieńsze i bardziej matowe, a usta ciągle wyglądały na spierzchnięte. Wychodząc z gabinetów lekarskich zawsze kołatało mi się po głowie echo tego, co oboje słyszeliśmy. Dzieci są silniejsze niż nam się wydaje, dzieci same sobie ze wszystkim świetnie radzą, dzieci to, dzieci tamto. Gówno prawda. Cierpią jeszcze bardziej, bo nie wiedzą, że rozbitego serca, rodziny, czy przyjaźni nie da się zlepić tak, żeby nie został żaden ślad. Nie wiedzą, a mimo to próbują i dlatego ich ból jest tym najbardziej dotkliwym i przeszywającym. To wszystko przemknęło mi przez głowę w ciągu najwyżej dwóch sekund.
- Tato… Opowiedz mi jeszcze raz o mamie. Nim zdążyłem odpowiedzieć, leżała już opatulona kołdrą, wpatrując się we mnie przepełniona nadzieją. - Na pewno? Kochanie, opowiadałem ci to już tyle razy… - Proszę, zgódź się. - Dobrze, już dobrze – uspokoiłem ją i mocno przytuleni do siebie ruszyliśmy w przeszłość. Do dnia, w którym pojawiły się gwiazdy.
Część 22 / 2
- To miało być to lato. Właśnie to. Nie następne, nie jakieś za pięć lat. To miało być nasze lato; najpiękniejsze, beztroskie, będące kopalnią szczęśliwych wspomnień. I właśnie tak – zgodnie z planem, bez zbędnych zmartwień – się rozpoczęło. Leżeliśmy całą trójką na dywanie próbując wybrać miejsce, w którym spędzimy wakacje. Nie było to łatwe, wszak na wszystkich zdjęciach morze mieniło się łagodnym błękitem, plaże – niczym w reklamie kiepskiego proszku – nieskazitelną, czystą bielą, a ludzie wyglądali na szczęśliwych. W końcu udało nam się jednak je wybrać – podobne temu, czym miała być ta pora roku: {i}nasze najpiękniejsze, beztroskie miejsce.{/i} I termin: pierwszy tydzień sierpnia. Czasu nie było wiele, więc rzuciliśmy się w wir – najczęściej niepotrzebnych – zakupów. Szafa w pokoju na piętrzę dotąd pęcznieje od słomkowych kapeluszy, przeciwsłonecznych okularów i kostiumów kąpielowych, których żadne z nas nigdy nie założyło.
Gwiazdy dopadły mamę trzeciego tygodnia wakacji. Znalazłem ją w łazience; siedziała na podłodze i nie mogła złapać tchu. Po jej policzkach ściekały grube, lśniące szmaragdem łzy. Ten sam kolor prześwitywał przez klatkę piersiową, niekiedy gasnąc, niekiedy wściekle pulsując. Nie mam pojęcia, jak zdołałem wsiąść z nią do auta i przejechać przez całe miasto bez ani jednego wypadku. Wszystko rozmazywało mi się przed oczami, topiąc kształty budynków i zakosy ulic w coraz to głębszej czerni. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce zdążyłem jeszcze tylko krzyknąć „Ratujcie ją!”. I przepadłem.
Ocknąłem się siedząc na plastikowym granatowym krzesełku w brzydkim budynku o zaniedbanych ścianach i zastanawiałem się, jak mam ci powiedzieć, że w tym roku nigdzie nie wyjedziemy; że nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zrobimy coś wszyscy razem. A najgorsze było to, że nie miałem pojęcia, jak opowiedzieć ci o tych dziwnych rzeczach, które przysporzyły nam tyle bólu. W końcu nikt, nigdy, naprawdę nigdy, nie jest przygotowany na atak gwiazd. Nikt nie jest przygotowany na zmierzenie się z ich podstępnością. Jakże przewrotnym jest, że pomimo tego czym są – a są czystym złem – na pewien sposób można je uznać za piękne. Przypominają nieco okrągłe kokony, pokryte siateczką cienkich żyłek, jarzących się fioletem i zielenią. Ich światło potrafi beztrosko przeskakiwać z palca na palec, chowając się i kryjąc, niczym żywe stworzenie. A mimo to, gdy się pojawią, gdy wyrosną – zamiast uśmiechu przynoszą łzy.
Nagle przycupnął koło mnie starszy mężczyzna, zdjął okulary i bardzo, bardzo długo przecierał je swoim poszarzałym fartuchem. Gdy skończył, oznajmił , że mama nie może wrócić do domu – blask gwiazd okazał się w niej zbyt silny. Trzeba było go zniszczyć i to jak…