Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

biografia · 1 godz. 34 min czytania

Mapa do gry z Bogiem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mapa do gry z Bogiem

13.01.2015

Krótkim wstępem chciałbym napisać, że opisane sytuacje, choć może to wydaje się nieprawdopodobne wydarzyły się naprawdę Całość jest napisana może nieco chaotycznie, ale w sumie przeczytałem w życiu zaledwie kilka książek i nie bardzo wiem jak się je pisze. Ze swojej strony mam nadzieję, że ułoży się to logiczną całość.

maj 2014

Tego dnia, popołudniu pojechałem nad pobliskie jezioro. Zaparkowałem samochód i wszedłem na wał przeciwpowodziowy, który jak w każdy słoneczny dzień tętnił życiem. Rowerzyści jeździli tam i z powrotem, co rusz przemykał ktoś na rolkach. Usiadłem na ławce, skierowałem twarz ku słońcu i oddałem się słuchaniu muzyki.- Nie wszystko poszło tak, jak powinno - zagadnął.Zdębiałem, otworzyłem oczy i rozejrzałem się dookoła nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem i nie chodziło mi wcale o to, kto mówi - ale o to - co mówi. - Jak to cholera - nie wszystko?! - nawet nie próbowałem ukryć emocji, wzburzenia tym, co usłyszałem - co to w ogóle znaczy - nie wszystko?!Cisza. - Aaaa, nic nie mówisz? No właściwie co miałbyś powiedzieć mądrego... - nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem - Nie wszystko!, Tyś jest mądrala - zaśmiałem się szaleńczo - nie wszystko... Spytam inaczej w takim razie - Co niby poszło dobrze?! - żeby się uspokoić, policzyłem do dziesięciu, nie pomogło i ponieważ nie usłyszałem odpowiedzi ciągnąłem dalej:- Mam trzysta tysięcy złotych długów - zacząłem cedzić przez zęby.- Długami się nie przejmuj - odparł - pieniądze dostaniesz.- Nie mam pracy i nawet pięciu złotych w kieszeni - cedziłem dalej nawet go nie słuchając - ja miałem żonę, dzieci, dom. Teraz nie mam żony, nie mam domu, ja nie mieszkam ... nigdzie! - krzyczałem wzburzony -A Ty mi bredzisz: nie wszystko?! Mam z dziesięć spraw w sądach, grozi mi więzienie, jestem uwikłany w jakieś dziwne skandale - pół rodziny mnie nienawidzi, drugie pół ma mnie serdecznie dosyć. Do tego mam taki burdel w czaszce - jakby mi orkiestra we łbie grała, tyle że każdy muzyk orkiestry, kuźwa gra inną cholerną melodię! Aż dziwne, że ja w ogóle w tym świecie funkcjonuje! Ty myślisz, że tak się da żyć?! Że tak się da pracować? Zarabiać na życie?! A Ty mi bredzisz - nie wszystko... Że też ja się w to wpakowałem, co mnie podkusiło, co mnie podkusiło... Jestem kretynem, przyznaję się, żeby tak się dać ogłupić, tak się dać zwieść... co mnie podkusiło. Coś Ty mi zrobił do jasnej cholery!? - czy ja jestem aż tak zły, że mnie tak udupiłeś? - zmęczony opadłem na ławkę. Dialog, czy właściwie przedstawianie swoich racji było pozbawione najmniejszego sensu. Dobrze wiedziałem, co miał na myśli mówiąc: nie wszystko. Z grubsza, drogi czytelniku chodziło mu o to, że po pierwsze - będę miał w niedalekiej przyszłości połamaną nogę (prawa noga, dwa stawy) i po drugie - że odejdę wcześniej - będę żył jeszcze dziesięć lat. To konsekwencje błędów, które popełniłem - odpowiedzialność, jaką muszę za nie ponieść. Mało tego - błędy, które popełniłem są nie do zrównoważenia przez jedną osobę, będą też cierpieć inni, żebym ja mógł wygrać tą grę. - Poradzisz sobie - szepnął.

Grudzień 2000 "groźba"

Stałem w kolejce, szara Pani w okienku niespiesznie obsługiwała kolejnych szarych klientów. Kilka osób przede mną w kolejce stało dwóch oprychów spod ciemnej gwiazdy i kiedy już zbliżała się ich kolej, jeden z nich odwrócił się i dostrzegł mnie. Rozpoznał mnie momentalnie i rzucił się w moim kierunku. Nim zdążyłem zareagować cisnął mną o podłogę, przydusił kolanem moją klatkę piersiową odbierając mi oddech, zbliżył pięść do mojej twarzy i patrząc mi w oczy wycedził:- Nawet nie wiesz w co się bawisz, odwal się.Był znacznie silniejszy ode mnie, powalił mnie bez najmniejszego problemu, jego kumpel stał obok i tylko się przyglądał. I kiedy tak klęczał nade mną starając się mnie przestraszyć w jego oczach dostrzegłem... że to on się mnie boi. Odwrócił wzrok, wstał i obaj wyszli.Obudziłem się i usiadłem na łóżku, kilka chwil minęło nim zacząłem myśleć logicznie. Co on chciał ode mnie? Kim był? Właściwie na te pytania znałem odpowiedź, wiedziałam kim był i co chciał. To był Diabeł we własnej osobie, zło w najczystszej postaci, a co chciał? Cóż Diabeł mógł chcieć ode mnie po tym, jak go otwarcie zrobiłem w bambuko? On pragnął zemsty, choć właściwie pewnie chętnie nawet by jej poniechał gdybym tylko przystał na jego propozycję: miałem przestać się w to bawić.- Diable, jesteś tam? - powiedziałem łamiącym się głosem - wiem, że mnie słyszysz, o Panie Ciemności. Dotarło do mnie... Wiem, że nawaliłem, że Cię oszukałem. Wiem też, że jesteś znacznie silniejszy ode mnie, wiem, że nie mam szans w konfrontacji z Tobą... Jeśli wolno jednak spytać - skoro już mnie straszysz, dajesz pokaz swojej siły, dusisz mnie i odgrażasz się pięścią - nie chciałbym być niegrzeczny i żebyś mnie źle nie zrozumiał, nie chcę zaogniać konfliktu pomiędzy nami, wiem, że niezbyt fartownie się potoczyło, ale muszę spytać, bo mnie to będzie dręczyć, a chciałbym wyjaśnić wszelkie kwestie naszego spotkania... Widzisz, coś zauważyłem w twoim wzroku i przede wszystkim nie chciałbym Cię urazić o Panie Mroku, jednak nie bardzo mogę sie oprzeć wrażeniu iż - przepraszam, że to powiem - to w Twoich oczach co zobaczyłem - to był strach. Oczywiście się nie gniewaj na mnie małego szaraczka, niewartego nawet Twojego spojrzenia w moim kierunku, ale pytanie jakie mi sie nasuwa, może i jest głupie, ale nasuwa się samo - muszę się zebrać na odwagę, więc reasumując - skoro przychodzisz mi grozić i jesteś nieskończenie inteligentny i jak sądzę chcesz być skuteczny w tym co robisz, bo tak jest chyba, a jednocześnie Twój wzrok zdradza strach, to dlaczego strasząc mnie - że już dłużej nie będę owijał w bawełnę - dlaczego Ciulu nie ubrałeś okularów przeciwsłonecznych?Nadstawiłem ucha czekając na odpowiedź. Cisza. Wsłuchałem sie głębiej, jednak odpowiedź nie padła, z oddali słychać było tylko jakby jęki, czy wycie i dziwne odgłosy - jakby walenie głową w ścianę. 2001 "Quando"

Pierwszy rok był najcięższy. Następne też nie były lekkie, ot chociażby 2014, ale roku 2001 nie chciałbym powtarzać. Zabić chciałem sie właściwie codziennie, kilkanaście godzin dziennie roztrząsałem co się stało, dlaczego tak się stało i dlaczego ja. I tak w kółko. W pierwszej fazie zwariowałem dokładnie, zacząłem szantażować rodzinę, straszyć otoczenie, więc ludzie odwrócili się ode mnie, ja zostałem sam, co jeszcze spotęgowało mój stan. Z perspektywy czasu myślę, że Diabeł wiedział co robi, choć wtedy jednak nawet nie myślałem w tych kategoriach. Myślałem: - Dlaczego mnie w to wrobiłeś? Co ja Ci takiego zrobiłem? Ja mam dość, mnie to boli, ja tego nie wytrzymam. - oskarżałem Boga- Co się stało?! Gdzie ja jestem, może mi się to wszystko zdawało? ale jeśli tak, to dlaczego tak boli... nie, nie zdawało mi się, to sie wydarzyło naprawdę, to się dzieje naprawdę. ale co? Co sie właściwie stało, co ja zrobiłem, kim ja do cholery jestem?! Co Ty chcesz ode mnie?! Dlaczego mi zrobiłeś taki bałagan w głowie? Ja cierpię, ja nie mam nic... Ja jestem sam. Kiedy to się skończy?! Dzisiaj się zabiję, to już koniec, nie dam rady dłużej. Powieszę się, albo podetnę sobie żyły. Albo nie, dam Ci jeszcze jedną szansę - przeżyję do jutra, jeśli nic się nie zmieni, zabiję się jutro. Dziś postaram sie jeszcze przeżyć... Właściwie, to chyba myśl o jutrzejszym samobójstwie utrzymywała mnie przy życiu. W końcu do jutra jakoś dociągnę, a jeśli nic się nie zmieni, to jutro już będę miał spokój, gdyż umrę. Bóg mi i tak wybaczy, bo przecież wie, jakie mam kredki w głowie. i tak sobie żyłem dzień po dniu błagając Boga, żeby mi wyznał kiedy to się skończy i żeby powiedział co robić dalej. Właściwie to dobrze, że nie powiedział kiedy to się skończy, gdyż jeśliby mi wtedy powiedział ile czasu będę musiał czekać, to na pewno nie odkładałbym swojej egzekucji do jutra, a raczej wykonałbym ją w jakieś pięć sekund po usłyszeniu prawdy.- Kiedy to się skończy, ja mam dość, ja nie chcę tak żyć. Kiedy? Powiedz mi kiedy, albo mnie zabierz stąd, uwolnij, oczyść mi głowę, bo ja tego nie wytrzymam. Ja już nie umiem, nie wiem jak.. Daj mi już spokój, ja się poddaję, ja chcę umrzeć, ja nie chcę tak żyć. kiedy to się skończy?!- Najpierw idź do pracy - odpowiedział.- Jakiej pracy, ja nie wiem, jest bezrobocie, ja mam dość, na pewno nie znajdę pracy, poza tym jak ja mam pracować z taką rozpierduchą w czaszce, czego Ty chcesz ode mnie, ja nie wiem już nic. Po co mi to zrobiłeś, dlaczego mi i kiedy to się skończy - biadoliłem, a łzy jak grochy ciekły mi po policzkach - buuu, ja nie chcę już więcej, ja się muszę jutro zabić, ja chyba nawet nie dożyję do jutra, a na pewno nie znajdę pracy, buuuu! Kiedy to się skończy? Kiedy?! Czy ja zawsze będę nieszczęśliwy? - z perspektywy czasu potrafię się z tego śmiać, ale na bieżąco to nie było zabawne.- Jak dożyjesz, to będziesz szczęśliwy - odparł.- Ale kiedy, powiedz mi kiedy, buuuu! - biadoliłem nadal - ja już dłużej nie chcę, ja mam dość, kiedy to się skończy?- Idź że kuźwa do tej cholernej pracy, bo już mi pół roku beczysz, zrób że coś pożytecznego - lekko już nerwowy zakończył temat.- Łatwo Ci mówić - chlipałem - znajdź pracę... I tak nie znajdę, jest bezrobocie, ale dobra kupię gazetę, poszukam, a dopiero jutro się zabiję, chlip, chlip. Kiedy to się skończy? Kiedy?Jak ustaliliśmy, tak zrobiłem. Kupiłem gazetę, wybrałem ogłoszenie pod tytułemt: praca w Tychach i zadzwoniłem. Następnego dnia już pracowałem - skuteczność sto procent - pierwsze ogłoszenie jakie wpadło mi w oko, praca od zaraz. Studio sprzedaży mebli kuchennych. Z czasem moją uwagę przykuła nazwa studia. Studio nazywało się Quando. Cóż to znaczy owe quando? Otóż drogi czytelniku, quando, po włosku znaczy ni mniej, nie więcej - kiedy? po krótkiej analizie odkryłem, że samo to słowo zawiera także odpowiedź na to pytanie, wystarczy je tylko przeczytać od końca: odnauq. On mówi różnie, mówi tak, żeby człowiek rozumiał, żeby znalazł znaki: od nauq, zacznijmy od nauk, najpierw się naucz. Wielce nierad musiałem więc kontynuować naukę.

Piekło

Piekło pierwszy raz pokazał mi już w grudniu 2000 roku. Chyba, żeby ostrzec przed nim. Jak wygląda piekło? Piekło to stan duszy. Któregoś ranka leżąc jeszcze w łóżku usłyszałem wycie. Początkowo ciche, jakby zbliżające się w moim kierunku. rozejrzałem sie po pokoju, sprawdziłem czy sprzęt grający jest wyłączony. Wycie się zbliżało, dobiegało jakby spod podłogi i kiedy już było blisko nagle poczułem ból - jakbym płonął w środku. To nie był ogienek, a raczej buchło jak w kotle gazowym i ogień aż dudnił wewnątrz. Natychmiastowy odruch bezwarunkowy, okrzyk w niebogłosy, szybka ocena sytuacji i próba już świadomego powtórnego krzyku, bezskuteczna, żebym nie niepokoił rodziny rozluźnił mi struny głosowe. Ja czułem jak drgają, ale dźwięk nie popłynął, drgały jak nienaprężone struny w gitarze. Panika, co robić? Zacząłem się modlić, ból ustał, a wycie odeszło pod podłogę.- WTF do ... nędzy?! - tu drogi czytelniku przepraszam za wulgaryzmy, ale tak właśnie pomyślałem. Byłem spocony jak po godzinie intensywnej gry w squasha, choć całe zdarzenie trwało nie więcej niż dziesięć sekund - co to za cyrk, przecież ludzie tak nie mają, po co mi robisz takie jazdy?- Żebyś wiedział, że jest, żebyś zrozumiał konsekwencje - odpowiedział. Po tym zdarzeniu w piekle gościłem jeszcze wiele razy, jednak już nie jak za pierwszym razem - jako turysta na wycieczce szkolnej, ale już w dorosłym życiu, że tak to ujmę - w interesach. W tym miejscu chciałbym wspomnieć, czy może raczej opisać jedną z moich późniejszych wizyt. Maj 2014, po rozstaniu z żoną - W, z osobą, z którą spędziłem wiele lat i z którą wiele mnie łączyło i właściwie łączy do dzisiaj i zarówno ja, jak i ona czuliśmy sie bardzo samotni. Pomimo tego, że nie mogliśmy być razem dość często się spotykaliśmy, opiekowaliśmy się dziećmi, jeździliśmy na wspólne wycieczki. Wiedziałem, że wrócić do niej nie mogę, gdyż jak to miałem określone od początku "one way ticket" - bilet w jedną stronę, powrotów nie ma, jednak było mi jej żal, gdy patrzyłem jak cierpi. Widząc to często miałem ochotę ja przytulić, żeby jej pomóc trochę, ukoić jej ból. Któregoś dnia spędzaliśmy czas z dziećmi w domu jej rodziców, ona była wyjątkowo rozbita. Mówię mu więc tak:- Słuchaj Tato, ona cierpi, jest jej smutno, jest sama. Ja też nie ma super, ale właściwie nawet nie chodzi o mnie, ale może nie byłby to głupi pomysł, jakbym ją trochę pocieszył?- Co masz na myśli? - zapytał.- Nic takiego, trochę ją przytulę, może pocałuję, takie tam - buzi buzi.- Aaa, to w porządku - rozchmurzył się pierwotnie nieco zasępiony moim pomysłem Tata - jak buzi buzi, żeby pocieszyć to w porządku, pamiętaj tylko, wiesz przecież - powrotów nie ma.- Tak, tak, oczywiście, pamiętam. Powrotów nie ma - ucieszyłem sie, że nieco ulżę mojej żonie w męce i że może choć na chwilę zapomni o samotności. Jak ustaliliśmy, tak zrobiłem - przytuliłem ją bardzo mocno.Następnego dnia rano:- Aaaaaa! ja się palę, ała. Co się dzieję? dlaczego, aaa!! - moją duszę przeszył znany mi ogień. - Co się dzieje?! - swoim krzykiem zbudziłem żonę, która przybiegła sprawdzić kto mnie obdziera ze skóry.- Jezu, Maria, ja się palę, ale boli, aaau. Umieram. Pomocy, ja umieram.- Co Ty bredzisz?! - W była przerażona - Ja się palę w środku cały ała, ja mam dość - czemu mi to zrobiłeś?!- Kto Ci zrobił, co Ci zrobił? - dopytywała nerwowo.- Ja się palę, ...a!Siadła obok, ja w tym czasie zwijając się z bólu przyjąłem pozycję embrionalną.- Tyle lat byliśmy razem, a ja do dzisiaj nie potrafię Cię zrozumieć - patrzyła na mnie i ciągnęła dalej - Ty masz problemy ze sobą, ile razy Ci powtarzam, żebyś poszedł do psychiatry, Ty musisz się leczyć - kiwając głową potwierdzała swoje zdanie.- Do jakiego psychiatry, ja się palę w środku, mnie to na...! - wyłem.- Ja wiem swoje, to nie jest normalne, Ty masz coś z głową. Zarówno ja, jak twoi rodzice uważamy, że powinieneś zrobić ten krok i podjąć leczenie, a w ogóle to masz jakieś huśtawki, wczoraj super, do rany przyłóż, dziś od rana jakieś krzyki. Spytam jeszcze raz - może pójdziesz się leczyć?- Taak, kuźwa pójdę, ja mam tego dosyć, to nie do wytrzymania, zgadzam się na wszystko! Dajcie mi coś, żeby przestało boleć, aaaa!- Cieszę, się, że podjąłeś słuszną decyzję. Cieszę się, że chcesz się leczyć. Sam widzisz, że te Twoje jazdy do niczego dobrego nie prowadzą - tyle razy Ci mówiłam, a Ty oczywiście chciałeś być mądrzejszy. Dobrze, że się dałeś przekonać, kilka miesięcy w odosobnieniu, czy jakaś terapia dobrze Ci zrobi, a później zobaczymy, czas pokaże - poklepała mnie zwijającego się z bólu po ramieniu - no, już dobrze, ja jadę z dziećmi do sklepu, Ty widzę, że raczej się nie wybierzesz, to sobie tu poleż i pomyśl - wstała i poszła.Zwlokłem się z kanapy i udałem w kierunku jedynej rzeczy, która jak sądziłem była w stanie mi pomóc - ku spiżarni z alkoholem. Duszkiem wypiłem całą butelkę i wróciłem do pozycji embrionalnej płonąc wewnątrz przeokropnie.- Czemu mi to zrobiłeś? - jęczałem - za co?- No jak to za co? Za buzi buzi przecież.- Jak to, ?! Co?! - nie mogłem zrozumieć - przecież mówiłeś, że mogę?- No możesz, to Twój wybór, zdecydowałeś się, takie są konsekwencje jak widzisz.- O nie! - nie mogłem zrozumieć -Ty niedobry Tato, tak mnie wpuściłeś w maliny, zemszczę się jeszcze, zobaczysz. Aaaa, ale boli - z trudem łapałem powietrze - zapomnij o dalszej współpracy, aaała, aaa!! Ale boli... Taki jesteś, dobrze - sam sobie będziesz robił zawór główny. Co Ojczulku, trafiło w czuły punkt?! - Aaaa, ale boli, o Jezu...- Chciałeś buzi buzi przecież. Ja mówiłem - nie można się cofać - ja znikam, tymczasem baw się.Tym razem moja wycieczka trwała cały dzień i nie była miła, choć myślę, że natężenie doznań jest sterowane i pomimo wszystko nie było specjalnie wysokie. Skala jest chyba jednak znacznie większa, to natężenie odpowiadało błędowi rzędu wielkości buzi buzi właśnie.

Zamach i ochrona 2003

Po pierwszym szaleństwie jakie mnie dopadło wiele osób zapragnęło się na mnie odegrać. Szczególne chęci w tym kierunku wykazywał Lokalny Rozbójnik, prawa ręka Diabła na moim terenie. Jednak pomimo, że w stosunku do większości swoich przeciwników, wrogów, czy oponentów był dość szczery - podchodził i po prostu walił ich w mordę - w stosunku do mnie z nieznanych mi przyczyn nie mógł się przemóc - był dość skryty i nieśmiały. Otaczał się jednak wieloma współpracownikami skłonnymi zrównoważyć jego nieśmiałość. Któregoś sobotniego wieczoru, jak to mieliśmy w zwyczaju spędzaliśmy czas z moja późniejszą żoną W w pobliskim pubie. Siedzieliśmy sami przy stoliku w rogu pomieszczenia, w pomieszczeniu znajdowało się sporo osób. Gdzieś pomiędzy moim trzecim a czwartym żywcem do pubu wszedł człowiek w kapturze, stanął w na schodach i jął przeglądać pomieszczenie. Po pierwsze - sam jego wygląd zwracał uwagę, gdyż tak bardzo pragnął pozostać nierozpoznanym zakrywając twarz, że wyglądał wręcz dziwnie nienaturalnie, po drugie - był dość charakterystyczny i dobrze mi znany. Nawet kurtka, w której przyszedł była charakterystyczna. Gąsior we własnej osobie - jeden ze współpracowników Lokalnego rozbójnika. Rozpoznałem go na długo przed tym, jak On jeszcze zdążył przyzwyczaić wzrok do ciemności panujących w pomieszczeniu, choć oczywiście nie wiedziałem po co przyszedł. Postał na schodach, pospiesznie przyglądając się wszystkim klientom baru. Ja ze swoją dziewczyną siedziałem w rogu poniżej, w przeciwnym rogu też siedziała jakaś para - znajomy z widzenia chłopak z Mickiewicza z dziewczyną, kilka osób przy stolikach po środku, jedna taka Ania... Omiótł ich wzrokiem i spojrzał w moim kierunku, lekko pochylił głowę, jakby chcąc jeszcze bardziej ukryć twarz pod kapturem, przyjrzał mi się, poznał mnie i wyszedł. Po tym zdarzeniu do sali wszedł mój serdeczne przyjaciel - Kamil wraz z kilkoma kompanami i przysiedli się do nas chcąc opijać jakieś urodziny, czy cokolwiek innego. W - wtedy jeszcze moja dziewczyna nie była specjalnie zadowolona, gdyż to wiązało się z długą i poważną libacją alkoholową, ale cóż miała zrobić. Kamil rozsiadł się jak pasza, zaczął się rządzić, plątał mu sie przy tym język. Niedługo po tym, jak przy naszym stoliku przybyło gości, na schodach pomieszczenia pojawiły się następni przybysze, tym razem jednak kompletnie mi nie znani. Przyszli w trójkę, łysi i karki - nie pochodzili z tej okolicy - wiedziałem to nim przyzwyczaili wzrok do ciemności. Nie kryli swojej tożsamości, nie bali się, że będą rozpoznani - obcy. Powoli przejrzeli wszystkich w pomieszczeniu, zatrzymali wzrok na każdym stoliku, skonsultowali się ze sobą, jeden z nich wskazał coś wzrokiem drugiemu, coś zagadnął, ten przytaknął i po chwili wyszli. Po następnych dwóch kolejkach wódki z Kamilem i trzech piwach z jego kolegami do baru wpada Daniel, stały bywalec baru:- Okupnika pobili! - Kto pobił, co pobił? - próbowałem sklecić zdanie siląc się przy tym, żeby w ogóle jakieś dźwięki płynęły.- Ja ich zajebie! - darł sie Kamil próbując zmusić ciało po utrzymania się w pozycji stojącej - nie będą mi Okupnika gnoje bić. Jak złapie to zabiję! - ryknął Kamil i osunął sie na krzesło wylewając przy tym piwo na sąsiada.- Jacyś trzej łysi pobili Okupnika przed chwilą przed barem - opowiadał Daniel - Policja już jest, karetka już jedzie.- Jak to, za co go pobili? - dopytywałem - i kto to jest ten Okupnik? - Okupnik, to jest ten koleś, który przed chwila wyszedł z sali - dukał Kamil - siedział tam w rogu - Kamil wskazał palcem puste miejsce w sali, gdzie wcześniej siedziała para gości.- Ten gość z Mickiewicza? - spytałem.- Tak, z Mickiewicza - odparł Kamil.- Jak to było, za co go pobili? - spytałem.- Okupnik wyszedł z baru odprowadzić panienkę, wyszli za nim. Jeden przytrzymał panienkę, a Ci dwaj go stłukli. Jak już go tłukli dość długo, panienka się darła - zostawcie go, nie bijcie, co on Wam zrobił. Sebastian, za co oni Cię biją? - Daniel pociągnął piwo i opowiadał dalej - na co oni, jak usłyszeli jego imię przestali go lać, postawili go na nogi i go pytają, Ty, koleś, jak Ty się właściwie nazywasz? A on na to: Sebastian Okupnik. Łysi tylko spojrzeli po sobie, jeden warknął - ..., to nie ten i uciekli. Wygląda na to, że chłopaki sie pomyliły - zakończył Daniel.Mi się cały wieczór ułożył w logiczną całość - co chciał Gąsior, po co przyszli łysi. Zrozumiałem też jeszcze coś - że nie jestem sam, że On mnie jednak strzeże, że On mnie nie pozwoli połamać na ulicy. Okupnik dostał poważny wpierdziel za nic, jednak chyba mnie by nie przestali bić tak szybko, mało tego - raczej zorganizowałbym odwet. Diabeł uknuł intrygę, wybrał do niej ludzi, a Bóg mnie ochronił, potwierdził, że nic mi nie grozi. Ja wiedziałem że jestem nietykalny, to było wsparcie za to co robię, za ten bałagan w czaszce. Kilka miesięcy później Gąsior poszedł do więzienia - związek przyczynowo - skutkowy.

Kwiecień 2001

W dzień śmierci Marcina zrozumiałem dwie rzeczy - powiązania, związki przyczynowo - skutkowe i po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że jestem invincible - niezniszczalny, że zło nic mi nie może zrobić. Owszem, zło wychodzące ode mnie także trafia we mnie samego, stąd ból i cierpienie, ale wiedziałem, że ja jestem silniejszy, że ja i tak wygram. Zrozumiałem, że to tego Diabeł się bał - że po prostu tu nie da rady. W jaki sposób się dowiedziałem, że jestem niezniszczalny? Bardzo prosto - byłem na filmie z Brucem Willisem pod tym tytułem i przyjąłem to do wiadomości. Związek przyczynowo skutkowy - zależności w świecie to nieco szerszy temat, pierwszą styczność miałem z nim znacznie prędzej, jednak same dowody otrzymałem w innej sytuacji. Jeszcze w grudniu 2000 roku przez pewien okres współpracowałem z pewnym przedsiębiorcą zajmującym się wstawianiem maszyn hazardowych do lokali. Moją działką było wyprodukowanie maszyny grającej - zrobienie pierwszej i uruchomienie produkcji. Któregoś popołudnia podjechałem pod blok po współpracownika - programistę Krzysztofa i czekając na niego miałem takie to oto zdarzenie:- Jezu, Maria, Jezu Maria, Panie musisz mi pomóc!Ponieważ siedziałem w samochodzie, wysiadłem, moim oczom ukazał się starszy mężczyzna, brodaty, lekko zapuszczony. W chwilach takich jak ta, w zasadzie jedyne pytanie, które nasuwa mi sie na myśl brzmi: WTF?!- Panie kochany, wieź mnie Pan czym prędzej - mężczyzna rzucił wpychając mi się do samochodu - ja Panu pokaże gdzie jechać, później wrócimy po moje rzeczy.- Panie, co Pan, to jest mój samochód, wypadł mi z niego, ja nie mam czasu! - próbowałem wygonić intruza.- Musimy jechać prędko, jedźmy, ja za wszystko zapłacę, jedźmy - i zamknął drzwi.- Ale co Pan, ja Pan nie znam, ja na kogoś czekam, ja nie mam czasu - próbowałem nadal zbyć intruza.- Posłuchaj: mnie nie interesuje na kogo Ty czekasz, powiem więcej - masz porzucić to zajęcie, zostawić przedsiębiorcę i jego dom przybytku i masz mi pomóc. Kropka i jedźmy.Zdębiałem. Zapaliłem samochód i ruszyłem ulicą - co się znowu dzieje, myślałem.- Ty myślisz, że ja nie wiem kim jesteś? - bredził coś dziadek - ja doskonale wiem. Nie chcesz mi pomóc, myślisz, że jestem biedny, nie - ja mam pieniądze, dużo pieniędzy. Ja wiem, co muszę zrobić, ja wiem...- Przepraszam, że spytam, ale jeśli Pan tyle wie, to może by mnie Pan także olśnił, lekko uchylił rąbka tajemnicy - zagadnąłem ciepło.- Cha, cha, ty myślisz, że ja nie wiem kim Ty jesteś, ja wiem doskonale... Ja wiem - dziadek nerwowo skubał brodę - ja jestem Twoim kolejnym zleceniem.Po krótkiej przejażdżce wylądowałem z dziadkiem na jakiejś pijackiej melinie, ten posprzątał butelki, siadł na krześle i głęboko się zamyślił.- To co się właściwie stało, co Pan chce ode mnie? - zagadnąłem.- Widzisz, chwile przed naszym spotkaniem, siedziałem w domu i... - dziadek zamilkł jakby się bał tego powiedzieć - i przyszedł do mnie Bóg i mi powiedział tak: wyjdź z domu i więcej tu nie wracaj, jeśli wyjdziesz to spotkasz kogoś, kto będzie wiedział jak Ci pomóc i to zrobi ale jeśli wrócisz, ktoś przez Ciebie umrze. Jak Cię zobaczyłem od razu wiedziałem, że to Ty masz mi pomóc - jesteś swój chłop, mam syna w Twoim wieku.- Tak, poważnie? - byłem nieco rozbity opowieścią tego człowieka - jak się nazywa Pana syn, może znam?- Marcin, taki blondyn. Zmarlak na nazwisko.- Tak , faktycznie znam, to mój kolega ucieszyłem się.Z Panem Zmarlakiem spędziłem jeszcze kilka dni, jednak niespecjalnie mu pomogłem, właściwie to chyba nie tyle ja jemu miałem pomóc, co sama ta sytuacja miała mnie czegoś nauczyć - świadomości istnienia związków przyczynowo - skutkowych właśnie. Pan Zmarlak wrócił do domu w którym żył, kilka miesięcy po tym jego syn, Marcin zrobił prawo jazdy, kupił samochód od mojej ówczesnej dziewczyny i wjechał nim pod tira zabierając ze sobą jeszcze przyjaciela. Nawet nazwisko miał odpowiednie- zmarlak. A same związki przyczynowo - skutkowe? Robisz źle, jest źle i leje deszcz, robisz dobrze, jest dobrze i świeci słońce. Robisz źle i nie bierzesz za to odpowiedzialności? Ktoś bierze odpowiedzialność za Ciebie - to nawet nie jest jakaś wielka tajemnica - syn za ojca, żona za męża, ojciec za syna. To skrajny przypadek, ale to dzieje się cały czas - syn Ci choruje? To przestań kraść w pracy, to przestanie chorować. Ojciec cierpi na nowotwór? A może kochająca żona pragnąc prędzej wrócić do męża zmienia czas lotu i przez to ginie w wypadku samolotu wracając z Ameryki? Zdrada kosztuje, każdy błąd kosztuje - przyczyna i skutek. Chciałbym wrócić jeszcze do niezniszczalności. Po co mi ona? Gdybym jej nie miał, już dawno bym nie żył, a chodzi jednak o to, żeby pokazać reguły gry. Gry, do której Diobeł właśnie chciał mnie zniechęcić.

Reguły gry

Diabeł - przy całej niechęci do jego osoby w stosunku do mnie, wtedy kiedy chciał mnie zastraszyć, był...szczery. "Nawet nie wiesz w co się bawisz"... Przyznaję, nie wiedziałem w co się bawię. Gdybym wiedział, raczej nie rozpocząłbym gry i nawet nie dlatego, że bałbym się jego, ale raczej... sam siebie. Jak to ktoś kiedyś określił wiele lat temu: "duże możliwości to duża odpowiedzialność". Ból i cierpienie były ciężkie do zniesienia, jednak świadomość ile kosztują moje błędy była przytłaczająca, wręcz odbierała mi chęć do dalszej gry. Podstawowa zasada gry - bierz odpowiedzialność za swoje błędy. Z jednym zastrzeżeniem: ja jestem madem - szaleńcem, ja nie miałem możliwości kalkulowania. Ja zostałem spuszczony z helikoptera w sam środek lasu, zawiązano mi oczy i szepnięto do ucha: zaufaj mi i biegnij. Czy łatwo się biegnie przez las z zawiązanymi oczami? Niezbyt łatwo. Początkowo waliłem w drzewa, później szło mi coraz lepiej, intuicyjnie omijałem drzewa, biegłem coraz szybciej. Z czasem już nawet nie omijałem drzew - On je rozwalał na mojej drodze. Koszty? Przerażające. Gdybym je musiał zapłacić sam, dobiegłbym tylko do pierwszego drzewa, a ja miałem przebiec cały las - dlatego jestem invincible. Na czym więc ta gra polega? Przede wszystkim trzeba zdobyć miłość - pokochać - to warunek do rozpoczęcia jakiejkolwiek gry. Już to zadanie, wydające się proste, wcale takie nie jest zważywszy, że pewnie z 80% ludzi żyje w związkach bez miłości, lub korzystając z niej w kilku tylko procentach. Uzyskując miłość (ponieważ jestem mężczyzną - moja miłość musi być - co nie jest zagadką - do kobiety) w pewien sposób nawiązuje się kontakt z Bogiem, On na niego odpowiada i prowadzi mężczyznę i kobietę do siebie. To ważne, gdyż połączenie ich w jedność daje podstawowe łącze z Bogiem, jemu na tym po prostu zależy. Natomiast rzeczywistość jest, że tak to ujmę - chora - ciekawe jest to, że można kogoś kochać i nawet o tym nie wiedzieć, na przykład żyjąc w związku z kimś innym. Zastanawiające jest jeszcze coś innego - Kościół. Przecież Kościół to samotni mężczyźni, bądź samotne kobiety? W jaki sposób oni mają łączność z Bogiem, skoro podstawowe łącze to mężczyzna i kobieta połączeni wzajemną miłością? Odpowiedź jest prosta i brutalna zarazem: oni nie mają łączności z Bogiem. Amen. Kościół sam się jej wyrzekł wprowadzając dla pieniędzy celibat, od tego czasu jest jałowy. Owszem, są pewne wyjątki - podam jeden potwierdzony: Karol Wojtyła pokochał kobietę, więc uzyskał łącze z Bogiem. Karol Wojtyła też od dzieciństwa wiedział kim będzie, znał przyszłość, wiedział, że będzie Papieżem. Karol Wojtyła też zagrał w grę i wygrał, wiedział też że po nim będą następni, że on jest wojem z tyłu. Kropka. Karol Wojtyła jednak nie wiedział jak wygrał, dlaczego tak się stało, że On doszedł do Boga. On nie potrafił przekazać ludziom co mają zrobić, żeby tą grę wygrać, On szedł intuicyjnie i po cichu. Dzięki swojemu zaufaniu do Boga chyba przy minimalnych stratach własnych (choć dostał kulkę, co według mnie, było konsekwencją jakiegoś jego czynu, ale jednak przeżył). On nie zdawał sobie sprawy, że ludzie się nie kochają wzajemnie! On nie wiedział że bez tego ni chu chu - ani rusz. Gdyby wiedział, na pewno nie stałby na czele bandy umęczonych samców udających umartwienie i pławiących się w luksusie. Jaki Bóg, albo inaczej - jaki Ojciec żąda od swoich dzieci, by te całymi dniami klęczały przed nim bijąc głową w posadzkę i śpiewając mu pieśni pochwalne?! Przecież to jakaś szajba. On to musi z zażenowaniem oglądać. O grzechach Kościoła się nawet nie wypowiadam, bo to przecież oczywiste, ale jaki Bóg łazi po chałupach biednych niejednokrotnie ludzi i żebra o kasę na nowy samochód?! Przecież Ci ludzie mają znacznie mniej niż Ci niby posłannicy Boga, to na cholerę On by ich niby przysyłał? Dla mnie to szaleństwo, to jakiś cyrk niewyobrażalny. Po co Bogu tyle Kościołów, po co mu te dywany, po co mu dzwony za setki tysięcy złotych? Bóg nie łupi swoich dzieci, nie ciemięży ich, bo On ich kocha! Jak można kogoś kochać i chcieć go obedrzeć ze skóry? Teraz też kropka, gdyż zszedłem z tematu. Tak więc Karol Wojtyła ufając Bogu i jednocześnie wierząc w ideały, że jest super wszystko cacy stanął na czele organizacji, która niewiele miała z Bogiem wspólnego, a On biedak nie potrafił zrozumieć jak to się stało, że On poznał Boga, jest z nim, że mówi do niego, a oni ni cholery i ni chu chu. On cierpiał, bo nie potrafił ludziom pokazać drogi, On doszedł, wygrał, ale zwycięstwa mu nie zazdroszczę - co to niby za szczęście, którym się nie da podzielić z nikim? To jak wygrać na loterii i wylądować ze zwycięskim losem na bezludnej wyspie. On, jako człowiek umierając poprosił o kilka rzeczy: żeby go nie wywyższać, żeby spalić jego zapiski i chyba chciał spocząć w Polsce, jeśli się nie mylę. Buchacha! Leży w Watykanie, zapiski wydane jako książka (bo to wielka spuścizna, której nie wolno roztrwonić), a Jego krew, co mu ją w szpitalu spuścili we fiolce jeździ po świecie ku chwale Jego i Kościoła. Chmy... Z całym szacunkiem, ale czy Jego zdanie w ogóle się nie liczy? To były jednak Jego zapiski, Jego ciało, ale cóż - miejmy to w dupie. To jest jakaś szajba. Wróćmy do gry jednak - jak już mamy minimum - miłość bez której ani rusz to wyruszamy w drogę. Gra, w zależności od gracza odbywa się na różnych poziomach świadomości - niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy, że grają - po prostu żyją sobie normalnie, inni część decyzji podejmują bardziej świadomie - mam wrażenie, że to kto jak bardzo gra świadomie jest wspólną decyzją gracza i Boga. Człowiek się decyduje jak bardzo chce wejść w grę, a Bóg z kolei zna możliwości gracza - wie, czy ten mu bydła nie narobi. Ja właściwie przeszedłem grę - nazwałbym to brzydko - od dupy strony, właśnie dzięki niezniszczalności. Ja szedłem zabijając się na następnych etapach, analizowałem błędy, wstawałem i szedłem dalej, zabijając się ponownie na następnej przeszkodzie i tak dalej aż do końca. Zasada podstawowa: jeśli On - Bóg już do Ciebie mówi, musisz robić to co powie. To nic odkrywczego, zważywszy na słowa modlitwy "bądź wola Twoja, jako w Niebie, tak i na ziemi" - to przecież pisze. Jeśli nie słuchasz - to już są błędy i czym gra jest bardziej świadoma, tym błędy są droższe. Odpowiedzialność za swoje błędy trzeba brać na siebie, On mówi co się przez dany błąd przegrywa - jeśli się tego nie robi - to Bóg musi ją wziąć na siebie za gracza - musi być równowaga. Powiem więcej - jeśli sam weźmiesz błąd na siebie, konsekwencje są niewspółmiernie niższe, niż jeśli to On je bierze. Ja już wcześniej napisałem - dla mnie dołująca jest odpowiedzialność, świadomość ile zapłacili inni ludzie, za to, żebym ja mógł dobiec do skraju lasu. Ja w swojej grze straciłem wiele lat życia - tych, które były i tych, które dopiero stracę. Ja mam jasno powiedziane - dziesięć lat i do ziemi. Ja przegrałem prawą nogę - dwa stawy na święta (nie wiem wprawdzie które święta, choć na pewno się ubezpieczę już na najbliższe), nie wiem, czy będę chodził normalnie, stracę także prawo jazdy, choć ten koszt właściwie mnie bawi przy innych. Ile On dołożył od siebie? Ile poświęcił, żebym ja wygrał? Milion razy więcej. Opiszę tylko kilka przypadków. Co przeszła moja rodzina, to wie tylko ona. Moja mama to w ogóle cud, że żyje. Żona? Strzępek nerwów. Są osoby mi bliskie, które nie dożyły... Wspomnę, jeszcze siostrę, która nawet nie wie o tym, ale gdzieś tam w swoim mózgu na jakimś etapie swojego życia została zapytana, czy poświęciłaby swoje życie, jego część dla brata, który podjął w życiu błędną decyzję. Ona odpowiedziała, że tak, a tam się nie da skłamać i to jest wiążące. Droga siostro, będziesz żyła troszkę krócej niż powinnaś, szczerze mówiąc ja nawet wiem ile, choć nie powiem, żebyś się nie martwiła. I dziękuję;). Ona nie jest jedyna zresztą, ale nie chcę pisać. Zresztą to tylko wierzchołek góry lodowej, to jest tylko kilka osób, a reszty wolałbym nawet nie wiedzieć.

Rafał J, gdzieś około 1999

Jak sie znalazłem w samochodzie - nie wiem. Leżeliśmy z Rafałem na pace ciężarówki związani, dookoła walały się jakieś główki kapusty. Ził podskakiwał na wybojach jadąc w nieznanym kierunku. Uniosłem głowę i spojrzałem przez burtę samochodu. Las, ciemno, chyba wczesny wieczór. Z szoferki dobiegała rozmowa.- Gdzie oni nas wiozą - spytałem.- Nie wiem, ale mam nóż, spróbuję się uwolnić - odparł Rafał. Kilka chwil później Rafał rozcinał mi już więzy na rękach i kończąc rzucił tylko:- Chodu! I wyskoczył prze burtę. Wyskoczyłem za nim i wpadliśmy do lasu, dłuższą chwile biegliśmy nie oglądając się za siebie. Przystanęliśmy, kryjąc się w krzakach i nasłuchując.- Psyt, są blisko - szepnął Rafał.- Uciekajmy, po ciemku nas nie dogonią - powiedziałem i pociągnąłem Rafała za ramię.- Nie, ja już nie mogę uciekać - powiedział smutno, patrząc mi w oczy - to koniec... Zróbmy tak: zostań tutaj, ukryj się, ja odciągnę ich uwagę.- Rafał, chodź, nie poddawaj się, damy radę - próbowałem go przekonać.- Złapią nas, nie damy rady w dwójkę... Ja jestem już zmęczony, ja już za długo uciekam. Odciągnę ich, Ty sam spróbuj uciec, może Tobie się uda.- Rafał, chodźmy razem, spróbujmy, uda się, zobaczysz, będzie wszystko dobrze.- Cicho, są już tutaj, zrób tak jak Ci powiedziałem - ukryj się, ja ich odciągnę. Jeszcze jedno - Rafał wyjął coś z kieszeni, chwycił moją dłoń, włożył coś do niej i zacisnął moje palce - posłuchaj mnie teraz, to ważne - weź to, przechowaj i daj im - pożegnał mnie wzrokiem, pchnął na ziemię i pobiegł przed siebie. Nie uciekł daleko, nasi prześladowcy złapali go, pobili i prowadzili w kierunku samochodu.- Szukamy tego drugiego? - usłyszałem ich rozmowę.- Zostaw, ciemno, ciężko będzie znaleźć. Już lepiej jedźmy tego zawieźć do szefa.Z oddali słychać było, jak samochód ruszył i po chwili zniknął za drzewami. Wstałem i rozchyliłem palce chcąc sprawdzić co Rafał mi dał. Na ręce leżał kawałek kartki z rysunkiem i napisem. Co mi dał Rafał? Rafał mi wybrał tatuaż - rybę, mam ją do dziś, noszę ją na brzuchu. A napis? Siedzieliśmy wtedy w samochodzie ze ŚP Agnieszką i ŚP Marcinem Zmarlakiem, słowa Rafała były następujące: "Wszystko co robisz, rób z pewnością siebie". Kilka dni po wypowiedzeniu tych słów ŚP Rafał Jasiczek skoczył z okna. Zawieźli go do szefa. Właściwie to pomyślałem - dlaczego jest tyle smutku w tym wszystkim? Agnes, Marcin, Rafał... Z czterech osób, które tego dnia siedziały w tym samochodzie, przeżyłem tylko ja. Nasuwa mi się tylko jedna możliwa odpowiedź: gdyż stawka jest bardzo wysoka. Choć do końca jej nie rozumiem, pomimo tego, że wiem co nią jest. A co nią jest? O co gramy? Ja dowiedziałem się o co gram dostając klucze od synów.

Listopad 2000. "Początek świadomości"

Moje życie właściwie niewiele się różniło od innych rówieśników. Skończyłem jakąś szkołę, znalazłem jakąś pracę. Właściwie byłem niewierzący, jakoś nie byłem przekonany co do istnienia Boga. Lubiłem się za to dobrze zabawić i byłem w tym dobry. Jednak czym więcej się bawiłem, tym w większe popadałem problemy. Nie będę sie rozpisywał jak się bawiłem, skupię się na tym co ma znaczenie dla rozwoju wypadków - lubiłem sobie zapalić jointa. Pojawiły sie jointy, pojawiło się lenistwo, jointy to też wydatki. Ciężko nic nie robić i jednocześnie mieć pieniądze. No, ale kto nie da rady, jak nie ja? Zacząłem pożyczać - początkowo drobne kwoty - pięćset od ojca, później trzysta od siostry. Kiedy musiałem oddać pięćset ojcu - pożyczałem od kolegi osiemset, pięćset oddawałem ojcu i miałem jeszcze trzysta. Mało tego - oddając ojcu terminowo zyskiwałem jego zaufanie i mogłem znowu pożyczać. Piramidka rosła, ja pożyczałem coraz więcej. Z czasem doszło do tego, że wiedziałem kto kiedy dostaje wypłatę, od razu ją zabierałem i wręcz miałem harmonogram kiedy komu ile zwrócić. Pracę porzuciłem niemal w ogóle. Długi narastały i coraz bardziej mnie męczyły. Z mojego aktualnego punktu widzenia, kwoty raczej śmieszne, ale wtedy stres był jednak spory. Coraz intensywniej myślałem jak sie ich pozbyć, co zrobić. W mojej głowie zrodził się dziwny pomysł: - A może by tak sprzedać duszę Diabłu? - pomyślałem.- Nie, nie to głupie przecież, ja nie wierze w Boga - prowadziłem dialog sam ze sobą - poza tym ja chcę być dobry.- No dobrze, ale jeśli Boga nie ma, to sprzedaż i tak sie nie uda - prawda? I nic złego sie nie stanie, a jeśli jest, to się przekonamy, zobaczymy co będzie. - No dobra, jak to mówią - ryzyk fizyk - zobaczymy czy coś będzie. Jestem za, przekonajmy się.Diabeł się jednak nie pojawiał, samo czekanie nie przynosiło pieniędzy, a paliłem coraz więcej. Czasami zaprzyjaźniony diler - Szymon prosił mnie o podjechanie gdzieś po towar samochodem i dawał za to jakieś jointy. Któregoś dnia, zagadnął:- Muszę jutro jechać po materiał na Bielsko, może byś podjechał ze mną, zapłacę.- Mogę się wybrać, mam wolne.- Właściwie to pomyślałem, że może byś mi trochę pomógł w interesie, wiem, że masz blado z kasą - kokosów z tego nie ma, ale coś sobie dorobisz - powiedział Szymon i zabulgotał z fajki wodnej - i towar będziesz miał za free - dokończył już na wdechu opróżniając cybuch z klucza nasadowego 14.- Właściwie to nie bardzo chcę sie w to bawić, ale do czasu jak nie stanę na nogi, mogę trochę Ci pomóc. Szymon w tym czasie nabił fajkę i podał mi.- Ale właściwie mówisz, że nie ma na tym kokosów, a ile na tym wychodzisz? - spytałem i zapaliłem fajkę.- Różnie, mam jednego gościa, któremu daję materiał, on mi go sprzedaje, trochę puszczam hurtem, no i głównie detal. Może wycisnę z pięćset tygodniowo, może trochę więcej... Z tego część przekurzę.- No to faktycznie kokosów nie ma - rzekłem i wypuściłem dym - to ja na meblach więcej zarabiam, niezbyt opłacalne patrząc ile to pracy. Ale wiesz co? Moi rodzice wyjeżdżają po piętnastym na wczasy, będę miał większy luz, coś pomyślimy, trochę Ci pomogę.Kilka dni później rodzice wyjechali, a my z Szymonem podjęliśmy współpracę.- Dobra, lets play Szymon, zagrajmy. Po kolei: od kogo kupujesz.- Jeden gościu w Bielsku ma dobre materiały. W sumie to głównie od niego.- Cena?- 18.50 przy pięciu deko.A przy dziesięciu?- 17.- A więcej? Do ilu zejdzie?- Przy dwudziestu do 16, ale dość dobry materiał. - A coś taniej?- Gąsior ma siejkę po 14 przy pięćdziesięciu, może zszedłby do 12.- Ma ktoś coś jeszcze?- Jeden koleś na Bielsku ma czekoladę, ale marną - dachówki po 13 a koleś w Bystrej - dobre ziele - north lightsy.- Oki, nie kupujemy na dziesiątki, tylko na setki, czym taniej, tym lepiej. Jak sprzedajesz? - No, ja sam detslicznie, jak chce coś Rogi, czy Gąsior a mam cos więcej to im odsprzedam hurtem.- Jak to wygląda? Kupujesz załóżmy po 17, to po ile mu puszczasz? - Dwa deko po 22, ale ważone. Biega mi też Bobik - daję mu w komis po 25 za gieta, w sumie jest jeszcze jeden koleś - Mariusz, który nie ma kasy a mógłby z tym pogonić...- Dobra, plan jest taki: ustaw się z gościem z Bielska, weźmiemy dwie setki, weź też trochę dachówek ze sto - targuj się z gościem, niech da jak najtaniej. Od razu ustaw się z Gąsiorem - może sie zamieni na siejkę, policz mu naszą po 22, starguj coś z siejki. Zadzwoń do Bobika czy chce. Nie dawaj mu gieta za 25, ale mu poporcjujemy po 0.8 i damy gotowe paczki. Zadzwoń też do tego Mariusza - też mu daj. Dawaj im po 15 paczek skuna i do tego 5 dachówek. - Do Mariusza zadzwonię, ale Bobik nie ma telefonu.- Jak to nie ma? To mu kup.- Telefon? Ja mam Bobikowi kupić telefon? A po co?- Szymon, właściwie ja mam stary telefon, dam mu. Zobaczysz po co.Dwa dni później- Bobik chce następne - raportował Szymon - dobry wynik, poprzednio tyle nie sprzedawał nawet tygodniowo, telefon sie przydał - pokiwał głową z uznaniem - Mariusz się rozkręca...- Obdzwoń detalistów, zrób promocję, kasa jest potrzebna. Może uderzymy po te north lightsy, wzięlibyśmy z 250...- Ostro jedziesz.- Jak się już bawimy... Właściwie, zanim zrobisz promocje, to powyciągaj kontakty - wszystkich z branży z okolicy, kto handluje, obdzwoń ich, co u nich słychać.Trzy wodniaki później- W Wodzisławiu jest koleś - wyjeżdża - ma dwóch biegaczy, może dać namiary, w Pszczynie jest Irek - wziąłby coś, jest też koleś w Brzeszczach.- Zrób listę, pospisuj kontakty, ustaw się na te north lightsy, musimy od wieczora ściągnąć jak najwięcej kasy z rynku. trzeba kupić dużo.Jeszcze trzy fajki- Rogi by wziął tych nortów po 23 z pięć deko, Dżej Dżej też coś chce - zdawał relację Szymon.- Można by dokupić siejki, albo dachówek - dalibyśmy biegaczom tak samo jak ostatnio, to daje całkiem niezły zysk.- Irek weźmie trzy dyszki northów na stestowanie, jak będą dobre, weźmie więcej - ciągle relacjonował Szymon.- No to właściwie, to te 250 po które mamy jechać już jest sprzedane - powiedziałem - a zysk z pierwszych transakcji wyszedł 1700zł.- Całkiem nieźle jak na dwa dni - podsumował Szymon - to w sumie początek .W ciągu następnych kilku dni wykupiliśmy gościowi z Bielska wszystkie dachówki, Gąsiorowi całą siejkę, dostawca skunów z Bielska też przestawał nadążać z podażą. Końcem tygodnia north lightsy jeździły do nas codziennie i już dostawaliśmy w komis. Sieć, czy machina rozwijała się w prędkości światła - sprzedawaliśmy, a właściwie już tylko ja sprzedawałem, gdyż Szymon przestał nadążać - ilości takie, że właściwie to się w głowie nie mieści. Aż głupio pisać - ze dwa kilogramy w dziesięć dni i to zaczynając od zera. Zasięg? Całe województwo. Pieniądze? Jak rodzice wyjeżdżali to zostawili samochód i ojciec mi mówi tak: możesz jeździć, ale maksymalnie możesz zrobić pięćset kilometrów. Po trzech dniach miałem tyle i kombinowałem jak cofnąć licznik. Po tygodniu miałem przejechane prawie dwa tysiące i już nie kombinowałem jak cofnąć licznik, uznałem, że to auto kupię, by oszczędzić sobie problemu. Byłem zadowolony, jak małe dziecko podsumowując kolejne dni:poniedziałek - zysk 1100złwtorek - zysk 1300złśroda - 900zł - a cóż to kuźwa tak mało cyferek? - myślałem.czwartek - 1600zł - no, już lepiej, to cieszy.W czwartek wieczorem siadłem i zacząłem planować kolejny tydzień. Wymyśliłem też sposób na zmniejszenie ryzyka wpadki - wprawdzie już było późno, gdyż w pierwszej fazie pograliśmy bardzo ofensywnie, ale coś trzeba było wymyślić. Mnie nikt nie znał, nowa twarz w branży. Mieliśmy rozpuścić plotkę, że Szymona złapała Policja i on się miał wycofać. Ja miałem udawać przestraszonego całą sytuacją i kontrahentom przekazać, że ja też się wycofuję i jeśli chcą, mogę im podać namiar na osobę, która może ich nadal zaopatrywać. Osoba ta, jednak stawiała pewne warunki: towar nie z ręki do ręki, ale zawsze telefonicznie dostawali instrukcje gdzie szukać, a kasę... Jeśli chcieli współpracować mieli sobie założyć konta w banku i przekazać kartę wraz z pinem i wpłacać ustalone kwoty na swoje własne konta. Ktoś tylko musiał jechać gdzieś w Polsce do bankomatu wypłacić pieniądze, gdzieś trzeba było uruchomić melinę, żeby porcjować zioło. Wymyśliłem jak werbować następnych biegaczy - obserwacja środowiska w danym mieście, wyselekcjonowanie dwóch, trzech osób - propozycja współpracy i on szuka następnych. Warunki te same - karta kredytowa, towar zawsze gdzie indziej. Kolejny punkt - zaopatrzenie. Przecież nie mogę ja jeździć codziennie po trzysta gramów . To też wymyśliłem. Dostawców z Bielska uznałem za płotki, z którymi nie warto gadać, skupiłem się na gościu od north ligtsów, dzwonię do niego i się pytam tak:- Sprawa pierwsza - skoro przemycacie (to już wiedziałem), to dlaczego nie przemycacie czekolady, tylko ziele? Więcej miejsca zajmuje, intensywniej pachnie - ryzyko większe.- Mamy w niemczech kontakt na zielone, nie mamy na czekoladę.- To zróbmy tak: ja dam kontakt na brązowe w niemczech (Szymon znał ludzi), Wy to przewieźcie, a ja tutaj wezmę i zdiluję całość. Warunki i kasa do ustalenia.- Muszę się skonsultować z szefem, oddzwonię.Tego dnia, w czwartek wieczorem przyszła odpowiedź:"Warunki do ustalenia, szef czeka na Ciebie w Berlinie. Podaj datę spotkania."Nie mogłem uwierzyć. Kilkanaście dni pracy, zwiększyliśmy zysk Szymona ponad dziesięć razy, wszystko pięknie się rozwija, sieć rośnie, mając taką sieć zresztą, da sie sprzedać wszystko. Jestem bossem. Jestem wielki - wezmę w komis dwadzieścia kilo czekolady i spylę ją w dwa tygodnie, jeśli w ogóle nie w tydzień... Cyrk. Siadłem nad biurkiem i liczyłem:- To przy dwudziestu kilogramach dadzą pewnie po 8 za grama, puścimy średnio po 16, to wyjdzie...Wtem oniemiałem i pogłośniłem radio, w radiu dał się słyszeć głos:- Prosisz mnie o zwiększenie zysków z 15 tysięcy dolarów w grudniu, do 100 tysięcy dolarów w styczniu. Modlić się o pieniądze, to jak modlić się o wichry, burze i wojny.- Ja ..., mi się to śni chyba? Czy jak? Czy to radio do mnie gada? - pomyślałem.- Twoja wartość jako chrześcijanina spadła z tysiąca karatów do dwóch. Modlić się o pieniądze to jak modlić się o wichry, burze i wojny.- Co do cholery jest grane? - pomyślałem - czy to radio do mnie mówi?- A widzisz tu jeszcze kogoś? Czy ktoś siedzi obok Ciebie? - powiedział głos ale już bezpośrednio do głowy, nie przez radio.Rozejrzałem się po pokoju, nikogo nie było, zresztą

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%