Horror · 16 min czytania
Mara
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Leżał nieruchomo, czuł pulsujący ból w nodze, którą skręcił przy upadku z piętra. Od pękniętych żeber promieniował ból rozchodząc się falą gorąca po całym ciele. Prawą dłoń i przedramię okaleczył rozbijając szybę w oknie. Kiedy uniósł się lekko i wsparł na łokciu stojący nad nim mężczyzna wymierzył do niego z rewolweru. Kręciło mu się w głowie, a słabe światło nie pozwalało widzieć wyraźnie, zmrużył oczy próbując dojrzeć twarz napastnika. Zebrał siły i spróbował wstać, a w tedy świat eksplodował... Szary obłoczek dymu. Kula z hukiem wypadła z lufy. Strzaskała nos, górną szczękę wybijając zęby, przeszła przez podniebienie, wyrwała dziurę z tyłu głowy i utknęła w ziemi. Ciało zastygło w bezruchu leżąc w kałuży krwi na środku pustej brukowanej ulicy.
***
Od pewnego czasu zaczął nawiedzać go ten szczególny sen. Powtarzał się każdej niemal nocy. Na początku krótki, jakby niepełny. Świat wokół pływał we mgle, nie sposób było dopatrzeć się szczegółów, pod stopami wiła się wąska ścieżka wysypana drobnym, czerwonym żwirem. Stał tam nieruchomo, niezdolny by zrobić choć krok, sterczał jak sparaliżowany nie słysząc własnego oddechu, ani nie czując bicia własnego serca. Z biegiem czasu, z mgły powoli zaczęły wyłaniać się kształty, nad głową rozlało się atramentowe niebo z wysoko przyklejonym złotym księżycem. Z upływem dni zaczęły pojawiać się gwiazdy, a w pewnej odległości od ścieżki majaczyć niewyraźne sylwetki nagich drzew, rzucających ostre, czarne jak smoła cienie. Mijały kolejne noce, którejś z nich gdy zapadł w sen, a jego stopy stanęły na ścieżce, poczuł na skórze chłód powietrza, usłyszał chrzęst żwiru i ledwo słyszalne granie owadów w ciemno zielonej, trawie, czuł mgłę przylepiającą się do ciała niczym pajęczyna. Sen zawsze rozpoczynał się tak samo. Stoi zupełnie sam. Przerażenie wpełza pod czaszkę, ześlizguje się wzdłuż kręgosłupa, cienka koszula mokra od potu przykleja się do pleców, zimne powietrze kłując, wypełnia płuca. Rusza przed siebie w gęstej, mleczno - białej mgle, strach potęguje się, w uszach słyszy szum płynącej w żyłach krwi i nierówne bicie podnieconego serca, strach puchnie w czaszce, rozsadza ją, miesza się z ciekawością, która pcha go dalej wzdłuż alejki...
***
Wyszedł na ulicę . Kulał i przy każdym stąpnięciu na jego twarzy pojawiał się grymas bólu. Było już ciemno, w jego żyłach pływał alkohol, nie zauważył kiedy w chłodne, nocne powietrze wplotła się mgła, zalała wąską uliczkę, którą szedł. Zniknęły niskie budynki z czerwonej cegły i brukowana ulica, widać było jedynie tlące się żółtym światłem klosze ulicznych latarni. Poczuł że traci zmysły. Przystanął w miejscu, oddychając nerwowo wypuszczał z ust kłęby pary, rozejrzał się dookoła, mógł jedynie rozróżnić niewyraźne cienie mdło odcinające się na tle szarzejącej mgły. Nie był w stanie zrobić kroku, zakręciło mu się w głowie, wyciągnął przed siebie ręce szukając jakiegoś oparcia, w końcu opadł na kolana. Poprzysiągłby, że wyczuł w tedy pod dłońmi żwirową dróżkę i rosnącą przy niej ostrą trawę. Zacisnął powieki i położył się na brzuchu, na policzku poczuł zimny i mokry bruk. Leżał bez ruchu, aż z otępienia wyrwał go przejeżdżający samochód.
***
Część 22 / 2
Niebo było wolne od chmur, gwiazdy i księżyc świeciły mocno, lepka mgła rozpływając się powoli odsłaniała krajobraz, słaby wiatr kołysał gałęziami drzew. Wzdłuż ścieżki wił się niski, czarny żywopłot. Zrobiło się chłodno potarł dłońmi, aby je rozgrzać. Minął małą ławeczkę pokrytą białą, łuszczącą się farbą, za nią w oddali rozlewał się staw, nad którym rozpinał się wygięty w łuk drewniany mostek. Lustro wody było nieruchome i zupełnie czarne. Nachylił się i zanurzył opuszki palców w lodowatej wodzie. Zauważył swoje zniekształcone odbicie, twarz była niewyraźna i schowana w ciemności. Woda uspokoiła się, pod jej powierzchnią rozbłysnęło na ułamek sekundy blade światło. Mała iskierka w toni czarnej wody. Nachylił się bardziej nosem niemal dotykając wody, w tej samej chwili unosząc się jakby z dna stawu dotarł do niego niski chropowaty dźwięk, by po chwili eksplodować hukiem. Uderzył w czaszkę i zadudnił w uszach pozbawiając go przytomności ... ocknął się stojąc w łazience z dłonią opartą na lustrze. Gdzieś w głowie wibrowało echo po eksplozji. Sięgnął ręką i zapalił światło. W odbiciu zauważył krew na ustach, jej kropla spływała z warg przez drobny zarost, ocierała się lekko o brodę i spadała bezgłośnie do umywalki. Otworzył usta, kieł w górnej szczęce był wykrzywiony, pchnął go językiem krzywiąc się lekko, ząb wypadł, zadźwięczał cicho uderzając o kran i upadł na podłogę kręcąc się w miejscu.
***
W pokoju panował lekki półmrok, który rozjaśniała stojąca na biurku mała lampka. Okna były przysłonięte ciężkimi zasłonami, na podłodze obok łóżka leżały porozrzucane ubrania i książki strącone z półek. Panowała niemal zupełna cisza przerywana świstem wciąganego powietrza. Przywarł mocno do ciała kobiety dłonią zasłaniając jej usta. Czuł zapach jej potu. Na jej szyi pulsowała niebieska żyła, piersi opadały i unosiły się rytmicznie. Chwyciła jego rękę próbując się uwolnić, w tedy zanurzył ostrze noża tuż pod jej serce. Ciało opadło, źrenice rozszerzyły się gwałtownie, gałki oczu zadrżały i odwróciły w głąb czaszki, wydała cichy jęk osuwając się na podłogę. Nachylił się i zadał cios w klatkę. Ostrze wbiło się głęboko trąc o kość wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Wysunął klingę uwalniając strumień ciepłej krwi, który rozlał się wokół trupa. W tej samej chwili usłyszał jak drzwi wejściowe do domu otwierają się, zaraz potem odgłos kroków na schodach tłumionych przez cienki dywan. Poderwał się czując, że ogarnia go panika. Zgasił światło. Do pokoju wszedł rosły mężczyzna, miał na sobie płaszcz i kapelusz. Nie mógł dojrzeć jego twarzy. Skoczył, uderzając na oślep, ciął go w policzek. Mężczyzna zaklął przykładając do rany rękaw płaszcza. Gdy napastnik ruszył ponownie ten zrobił unik i schwycił go za przedramię. Zwarli się w uścisku. Kotłowali przez chwilę. Olbrzym w końcu chwycił go w pasie uniósł w górę starając się zwalić przeciwnika ze schodów prowadzących na parter. Napastnik ciął mocno trafiając w głowę. Ostrze przesunęło się po czaszce rozcinając skórę, ześlizgnęło się po lewym uchu rozrzynając je wpół. Upadli oboje, stoczyli się ze schodów. Ranny mężczyzna jęcząc głośno chwycił się za twarz, drugi wydostał się z uścisku, trzymając kurczowo w skostniałych palcach nóż. Chciał unieść ostrze, ale ofiara chwyciła za nie raniąc dłoń drugą sięgając do jego nadgarstka. Z jej gardła wydobywał się dźwięk przypominający warczenie psa, miał twarz czerwoną od krwi i oczy pełne furii. Napastnik nacisnął całym ciężarem ciała na nóż tnąc palce ofiary i wbijając czubek ostrza w jej pierś. Odskoczył od niej z trudem. Ze zmęczenia z trudnością łapiąc powietrze opadł na ścianę. Ranny, wciąż trzymając w zakrwawionej dłoni broń, kaszląc i plując krwią uniósł się. Napastnik ruszył jeszcze raz, ale powietrze przed nim przecięła klinga noża, cofnął się. Cofnął się jeszcze om krok unikając ślepych ataków przeciwnika. Skoczył do drzwi i nacisnął klamkę nim przekroczył próg obejrzał się za siebie. Ranny mężczyzna stojąc na czworaka uniósł nóż w górę i w bił w jego stopę. Ostrze weszło lekko pod kątem przebijając but i niemal odcinając mały palec, utknęło w grubej podeszwie...
***
Wyszedł z budynku zataczając się, chudą dłonią otarł spocone czoło i twarz pokrytą grubym zarostem. Z nocnego nieba padał szumiąc cicho drobny deszcz i ulice były puste. Postawił kołnierz starego płaszcza. Światła domów odbijały