Psychologia · 15 min czytania
Marcel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Portret młodego człowieka, namalowany słowem. Oto Marcel, poznajcie się….
Szkoła. Normalny budynek. Trochę szary i brudny, z popękanymi ścianami. Godzina 7:55, czas nalotu uczniów, którzy z różnych stron ciągną strumieniami. -Marcel, no Marcel, zaczekaj-wołany chłopak zatrzymał się niechętnie. Ospale odwrócił głowę do nadbiegającego kolegi. Zlustrował go stalowym spojrzeniem. Wygładził firmową kurkę i przymknął oczy, jakby chciał przygotować się na cios. Wołający go chłopak zatrzymał się w pewnej odległości, poprawił torbę na ramieniu i niedbałym gestem wyciągnął rękę na powitanie. Dłoń ta była mocna, szorstka i pełna blizn. -Czego chcesz, Pedro, chyba wszystko sobie wyjaśniliśmy-powiedział Marcel cicho. Marzył, żeby zadzwonił dzwonek, właśnie teraz. -Niestety, nie pozwoliłeś mi wczoraj skończyć - syknął nazwany Pedrem. -Skończyć, idioto? Nie mogłem pozwolić ci zacząć. I nie pozwoliłem. Daj mi spokój !!! - Marcel nie krył wściekłości. Na jego skroni pulsowała napęczniała żyła, dłonie zacisnęły się w pięści, szczęka zesztywniała. - To był pierwszy i ostatni raz, inaczej pożałujesz. - Kogo ty straszysz, pajacu... Nie skończyli jednak rozmowy, dzwonek zagłuszył dalsze słowa Pedra, dlatego ten, nie zastanawiając się długo, złapał Marcela mocno za ramię. -Pederowski, co z tobą znowu?! Puść Marcela i jazda na lekcje! – Markowska, nauczycielka fizyki, wyrosła nagle koło szarpiących się uczniów. - Same problemy z wami, a z tobą szczególnie. Pedro odwrócił się na pięcie i wbiegł do szkoły. Marcel popatrzył za nim, poprawił kurtkę i spokojnie ruszył. Nauczycielka zatrzymała go gestem. -Masz jakiś problem? - spytała bez zaangażowania, ale jednak. Polityka „Zero tolerancji dla przemocy” wymuszała reakcje dorosłych. Chłopak popatrzył beznamiętnie i pokręcił głową. -No to biegiem na lekcje, Marcel, i znajdź sobie lepsze towarzystwo. Od jakiegoś czasu masz dziwne upodobania.
Lekcja zaczęła się tradycyjnie. Polonistka sprawdziła obecność, kazała otworzyć książki na stronie 182 i zaczęła z estymą czytać jakiś wiersz. Klasa przysypiała, utwór był długi, nudny i niezrozumiały. Marcel rozejrzał się . Olki nie było, pewnie znowu zaspała albo...? Książkiewicz pokazywał mu gestem, że ma jakąś sprawę, Nikola uśmiechała się zalotnie a Frąckowiak dłubał w nosie. Jak zawsze. Marcel oparł głowę o dłonie. Chciało mu się rzygać na to wszystko, co było wokół niego. Pomyślał, że życie jest jak zapisana książka, nie można niczego już zmienić, zmazać. Można jedynie wracać do pewnych fragmentów i wałkować je wciąż na nowo. Marcel popełnił w swoim szesnastoletnim życiu parę błędów, ale nauczył się dzięki nim wielu pożytecznych rzeczy. Dlatego dziś jest Marcelem, a Pedro jest Pedrem albo Pederowskim, nigdy Michałem. Bo Marcel dobrze wygląda i ma matkę lekarkę, a Pedro alkoholiczkę i jest biedny. Marcel jest kapitanem drużyny siatkarzy i ma osiągnięcia w karate, a Pedro kradnie i kombinuje. Marcel ma zawsze czyste ręce, a Pedro pełne blizn. Z zamyślenia wyrwał go głos polonistki: - A jakie jest twoje zdanie na ten temat…. Marcel? Chłopak rozejrzał się bezradnie, nie wiedząc o co chodzi. -Ja? Ja… -No tak, tradycyjnie - Michalkiewicz spojrzała na niego niechętnie, tylko ona jedna wśród nauczycieli nie darzyła go sympatią. Za każdym razem widział w jej oczach jakąś przyganę. Dziwiło go to, bo polski należał do jego ulubionych przedmiotów. Zawsze miał piątki, ale fakt, stawiane tak, że nie był z nich dumny. Michalkiewicz wpisywała mu dobrą ocenę, ale jednym spojrzeniem odzierała ją z całej wartości. - Tradycyjnie, co? Co, proszę pani?- zapytał. Nie wiedział, czy przyznać się do tego, że nie słyszał całego pytania. - Tradycyjnie uciekasz – opowiedziała i spojrzała tak, że zaparło mu dech z wściekłości. „Ty mała kur…,czego się czepiasz”- pomyślał, ale spuścił głowę. Lekcja potoczyła się dalej normalnie. Kiedy zadzwonił dzwonek, nauczycielka zatrzymała go: -Zostań- powiedziała i zamknęła drzwi. Marcel usiadł w pierwszej ławce, w pozie lekceważącej, oczekując kazania na temat swojego zachowania. - Co z Olą? Nie ma jej dziś, a ja rano widziałam pogotowie przed jej domem - zapytała cicho nauczycielka. Marcel podniósł gwałtownie głowę i zobaczył, że kobieta ma zasłoniętą rękoma twarz. Wsłuchiwał się chwilę, myśląc, że usłyszy szloch. Ale do jego uszu docierał tylko tumult przerwy. - Słuchaj, Marcel, nigdy mi się nie podobało to, że się spotykacie. Ty, wypieszczony maminsynek, i ona…tak doświadczona przez los. Marcel zamyślił się, nawet nie był zły na nauczycielkę. Przypomniał sobie wystąpienie Olki sprzed roku, na godzinie wychowawczej, w czasie hospitacji dyrektorki. Tak…To było coś. - O czym pani mówi, jaka duma? Jaki patriotyzm? Jaka solidarność? Nasz naród umiał walczyć dzielnie tylko w obliczu klęski, a w czasach pokoju zwalczaliśmy się, niszczyliśmy… -Olka! -Pani Marto, niech pani pozwoli jej skończyć, niech młodzież mówi, co myśli - powiedziała dyrektorka z wymuszonym uśmiechem. Olka momentalnie zamilkła i odwróciła się. Jej oczy zabłysły złym światłem. - Nie, pani dyrektor, nie będę kontynuowała, niech pani nie ma poczucia, że w szkole jest demokracja, a dorośli rozumieją dzieci - i gwałtownie usiadła. To było jedno z wielu wystąpień Oli, małej i niepozornej. Potrafiła zaciekle walczyć o prawa uczniów, o zwierzęta i o inne dla niej ważne sprawy. Ale to nie ją wybrali na przewodniczącą szkoły… Marcel, widzę, że mnie w ogóle nie słuchasz - Michalkiewicz wstała i podeszła do niego - Musimy jej pomóc, to już za długo trwa. -My? - zapytał Marcel zaskoczony- To znaczy, kto? Przecież wszyscy mają to gdzieś. Jak zemdlała pierwszy raz miesiąc temu, to się przejęli, ale teraz? Po 20 razie? To już norma… -Nie mogę matki ściągnąć do szkoły, cholera no!- wyrwało się polonistce, ale nawet tego nie zauważyła - dobra, Marcel, idź na lekcję - spojrzała na niego przeciągle- a ja się tym zajmę. - Chyba pani żartuje, idę do Olki, muszę wiedzieć…- zerwał się z ławki i wybiegł z klasy. Odwracając się na moment w stronę nauczycielki, zauważył w jej wzroku jakby ulgę i - niemożliwe -coś na kształt uznania.
Pedro siedział na murku przed szkołą, paląc papierosa. Spojrzał na wybiegającego Marcela. Chłopak zatrzymał się, wiedząc, że trzeba to załatwić i że Pedro nie popuści mu ani teraz, ani później. -Gdzie się tak spieszysz, gnojku- Pederowski zastąpił mu drogę- teraz w końcu skończymy- Złapał go za kurkę i potrząsnął.-Nie umiem gadać tak ładnie jak ty, więc powiem krótko. Muszę mieć te recepty i ty mi przyniesiesz je w zębach, a jak nie…To cię kur.. zabiję. Marcel zamyślił się. Nie bał się Pedra. Gdyby zaczęli się bić, nie wiadomo, kto by wygrał. Pedro był silny, lata biedy zmusiły go do walki i ciężkiej pracy. Marcel był wysportowany. Ale nie to zastanawiało chłopaka, intrygowała go determinacja, z jaką tamten walczył o te recepty. Dziwne. Z drugiej strony nie chciał konfrontacji. Ten mały kombinator był bliski Olce. Znali się od maleńkiego, a poszukiwanie matek w różnych spelunach umacniało więzi jak mało co. Marcel mocnym ruchem wyrwał się Pedrowi. -Puść, spieszę się do Olki. Chłopak rozluźnił uścisk i spuścił głowę. Na twarzy pojawił się cień…