Biografia · 6 min czytania
Marian Gruzek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Waldemar Pasiński: „MARIAN GRUZEK” – wyimek z powieści „Wejście w arkana, czyli autoportret z filmem”
Przypomniał mi się Gruzek. Marian Gruzek. Byliśmy wtedy na pierwszym roku studiów. Aby jednak słodko nam się nie studiowało, abyśmy nie zapominali, że nie rozum i wiedza, lecz kilof i łopata rządzą krajem, w ramach obowiązkowych praktyk robotniczych wysłano nas na miesiąc na budowę monstrualnie wielkiej szklarni pod Zegrzem. Na tej budowie cała praca czterdziestu studenciaków polegała na starannym ukrywaniu się przed panem majstrem, który wielkimi krokami sadził przez rozkopy, a ujrzawszy nas, zziajany i podobny do nastroszonego marabuta naganiał do kopania jakichś dziur. Budowa leżała na okropnym wygwizdowie. Nazywało się to Wieliszewo. Do Zegrza było daleko, a do Warszawy – jeszcze dalej. Nic dziwnego, że na takim pustkowiu nie patyczkowano się z człowiekiem i żarcie, jakie nam i budowniczym wielkiej szklarni serwowano, było paskudne. Paskudne i monotonne. Dzień w dzień na śniadanie otrzymywaliśmy stary chleb, skrawek margaryny, dżem, rozwodniony twaróg i czarną kawę. Dzień w dzień na kolację był stary chleb, osełeczka margaryny, dwa plasterki pomidora, ćwiartka pasztetu drobiowego z maciupkiej puszki i przesłodzona herbata. Na obiadach menu przypominało pracę dwuzmianową. Jednego dnia obowiązywała brygada żarcia w składzie: kapuśniak z kapusty kiszonej a mocno śmierdzącej, ziemniaki o sinym zabarwieniu, pieczone żeberka, gdzie żeberek dużo a mięska mało, i rozdeptany laczek ogórka kiszonego. Drugiego dnia futrowano nas drugą zmianą, czyli zupą pomidorową z ryżem, sinymi pyrami – chyba pastewnymi, twardą na kamień wątróbką w przypalonym sosie i kupką śmierdzącej kapusty kiszonej. I tak na zmianę: raz pomidorowa z ryżem – raz kapuśniak śmierdzący; raz pieczone żeberka – raz podeszwa wątróbki. A gdy ludzie szumieli, że wyżerka pod psem, kucharki z zemsty nie dawały noży do obiadu. Nie dziwota, że na wikcie budowniczych wielkiej szklarni każdemu z nas rozregulował się żołądek, każdy przejściowo dostał nieżytu. Ale największym zasrańcem na studiach okazał się Marian Gruzek. Ten miał biegunkę! Kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy dziennie latał za potrzebą! Biegunka dopadała go w najmniej oczekiwanym momencie: namydlonego wyganiała spod prysznica, by w krzakach się wypróżnił; dyskutującego o świetlanych perspektywach socjalizmu odrywała od kolegów i przedmiotu apoteozy i pędziła za najbliższy wzgórek; zrywała go ze snu i ze stołówki, kiedy spożywał śmierdzący kapuśniak. A on, jak nałogowiec, na każde wezwanie sraczki, z obłędem w oczach, w pośpiechu zdejmując roboczy kombinezon, biegł za najbliższą pryzmę