Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 17 min czytania

Marie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i} „To, co ja wiem, może każdy wiedzieć. Moje serce mam ja tylko.” W. Goethe {/i}

Gdzieś z oddali słychać zegar, wybijający godzinę dziesiątą. Ulice dziewiętnastowiecznego miasta spowite są gęstą mgłą. Domy wyglądają, jakby były oplecione muślinową firanką. Mimo to powietrze jest rześkie i pachnie świeżym, letnim deszczem. Gdzieś z końca ulicy słychać odgłosy szybkich kroków. Ubrana jedynie w cienką suknię dziewczyna idzie śpiesznie, prawie biegnąc. Co chwilę sprawdza, czy nikt nie podąża za nią. Nie. Może być spokojna. Ulica jest prawie pusta. Stojący przy wejściu do nocnych barów pijani mężczyźni zaczepiają ją. Odór alkoholu odrzuca ją i wywołuje niemiłe wspomnienia. Ale teraz nie czas na to. Trzeba uciekać. Byle dalej. Ale gdzie... Na to pytanie nie potrafi odpowiedzieć. Zaczęło jej się kręcić w głowie. Postanowiła wejść do najbliższego zaułku i tam trochę odpocząć. Przycupnęła na schodku przed dużymi drzwiami, które ledwo trzymały się w zawiasach. „ Jakie to dziwne uczucie. – pomyślała. – Jakby wszystko dookoła wirowało.” Przez chwilę wydawało jej się, że szczur siedzący naprzeciw niej wpatruje się w nią z uwagą. Ale nie zdążyła się nad tym zastanowić, gdyż jej powieki zamknęły się, a ciało i rozum odmówiły posłuszeństwa.

* * *

Dzień zapowiadał się całkiem przyjemnie. Poranny wietrzyk pieszczotliwie omiatał twarze przechodniów, a słońce radośnie zaglądało do ich domów. Miasto wyglądało, jakby obudziło się po długim śnie. Wysoki, ciemnowłosy chłopak, prowadził swój rower obładowany różnymi pakunkami. Dzisiaj odwiedzi matkę, która mieszka dwie przecznice dalej. Kiedy dotarł na miejsce, oparł rower o balustradę płotu. Z jednej z paczek wyjął torebkę wypełnioną słodkimi cukierkami. Zawsze przynosił coś młodszemu rodzeństwu. Uwielbiał oglądać radosne uśmiechy na ich małych twarzyczkach. Od śmierci ojca powodów do śmiechu było coraz mniej... Ale w tej chwili jego uwagę przykuło coś innego. Na schodach, przed drzwiami prowadzącymi do domu jego matki, ktoś leżał. Podszedł bliżej, żeby przyjrzeć się tej osobie. „To pewnie znowu jakiś pijak albo włóczęga.” – pomyślał. Ale mylił się. Była to młoda dziewczyna. Miała na sobie jedynie cienką suknię. Jej jasne włosy delikatnie opadały na obnażone i lekko przybrudzone ramiona. Delikatnie złapał ją za rękę. Próbował ją obudzić, ale bezskutecznie. Przez krótka chwilę dreszcz przebiegł mu po plecach. Oddycha. Najprawdopodobniej jest nieprzytomna. Zrobiło mu się lżej na sercu. „Zaniosę ją do mamy. Ona będzie wiedziała, co z nią zrobić.” Nawet przez myśl mu nie przeszło pozostawienie tej bezbronnej istoty swojemu losowi. Dobrze znał prawa, jakimi rządziły się ulice tego miasta i wiedział, że na dłuższą metę, nie ma szans na przeżycie. -Witaj mamo! Mam dla Ciebie małą niespodziankę. -Synku! Jak się cieszę, że cię widzę! A cóż to takiego? Pulchna kobieta przepasana fartuchem wyszła z kuchni, a właściwie z czegoś, co pełniło tę rolę. Za jej spódnicą kryło się dwoje małych dzieci. -Nie wiem, kto to jest. Znalazłem ją przed drzwiami. Jest nieprzytomna. -Połóż ją na kanapie. Spróbuję się nią zająć. -Dziękuję mamo. Na Ciebie zawsze można liczyć. A dla was, maluchy też coś mam. Z kieszeni wyjął paczkę łakoci i wręczył ją uradowanym dzieciom.

* * *

Słońce delikatnie łaskotało ją po twarzy. Postanowiła przez chwilę nie otwierać oczu. Poczuła zapach pieczonego ciasta. Dziwne. Do jej pokoju nigdy nie dochodzą zapachy z kuchni. Powoli otworzyła oczy. To, co zobaczyła, przekroczyło jej oczekiwania. Nie była w domu. W takim razie gdzie była? Starała się sobie przypomnieć, co działo się z nią wczorajszego wieczoru. Mgła. Pijani mężczyźni. I ten dziwny szczur... Tak, teraz już wszystko pamięta. Ale nadal nie wiedziała gdzie jest. Uniosła się na posłaniu. W rogu pokoju ktoś siedział i najwidoczniej od dłuższego czasu się jej przyglądał. -Dzień dobry. – odezwał się. Z głosu wynikało, że był to młody mężczyzna. -Dzień dobry. Czy byłby pan tak uprzejmy i powiadomił mnie, gdzie się obecnie znajduję? – uprzejmie zapytała. W domu nauczono ją, że niezależnie od sytuacji i osoby, z którą rozmawia musi zawsze być bardzo grzeczna. (Czasami sprawiało jej to trudności. Szczególnie w stosunku do osób...). -Jest pani w domu mojej matki. Znalazłem panią rano nieprzytomną. Siedziała pani na schodach, przed domem. -Dziękuję. Nagle usłyszała głośne poburkiwania wydobywające się z jej brzucha. Od wczoraj nie miała nic w ustach. -Może zjesz... zje pani śniadanie? -Dziękuję, ale nie chciałabym się narzucać. -To żaden problem. Proszę. Podał jej talerz z chlebem i słoik z dżemem. Teraz miała okazje, aby się lepiej przyjrzeć temu chłopakowi. Był wysoki, miał duże, ciemne oczy i czarne, krótko ostrzyżone włosy. Wydawało jej się, że był jej rówieśnikiem. Można by powiedzieć, że był nawet przystojny. Ale ona nigdy nie zwracała na to uwagi. Tak ją nauczono. -Kim jesteś i skąd się wzięłaś w tak odludnym miejscu? – zapytał. -Odludnym? -Sadząc po twoim stroju nie jesteś stąd. -Na imię mam Marie. A ty? -Mówią na mnie Bill. Czy ty przypadkiem nie pochodzisz z jednej z tych arystokrackich rodzin? -Nie. – skłamała. – Jestem córką kupca. -A suknia? -Ukradłam. -Czy aby na pewno? Nie sądzę. Pewnie uciekłaś z domu, bo nie chcieli ci kupić jakiejś nowej kolekcji jedwabnych rękawiczek albo szalów. Mieszkacie pewnie w bogatej dzielnicy i macie własną kamienicę…– na jego twarzy zawitał triumfalny uśmiech. Nie pierwszy raz spotykał rozpuszczone panienki uciekające z domu. -Nic nie rozumiesz! To wcale nie tak! -A więc jednak uciekłaś. -Tak, ale nawet nie próbuj mnie nakłonić do powrotu! -Dobrze. Na razie możesz tu zamieszkać, ale będziesz musiała pomóc matce w pracy. -Dziękuję. Nie spodziewała się, że tak łatwo jej pójdzie. Myślała, że będzie ją nakłaniał do powrotu i nie da jej spokoju pytaniami. Dziwne. Ludzie są nieprzewidywalni. „Miejmy nadzieję, że nie ma w tym żadnej zasadzki...” – pomyślała.

* * *

Dni ciągnęły się niemiłosiernie. Co dzień wstawała o 6.00 rano i szła z mamą Billa na targ. Potem do pracy u jakiejś bogatej rodziny. Jej jedynym partnerem były miotła i metalowe wiadro pełne mydlanej wody. Do domu wracały późnym wieczorem. Trzeba było jeszcze umyć dzieci i położyć je spać. A potem... potem była tak wykończona, że jedyne, o czym marzyła to kawałek poduszki. Czasami, kiedy nie mogła zasnąć, rozmyślała. „A więc tak wygląda wolność? Czy do tego tak zawsze tęskniłam? Ciężka praca i żadnych wygód, ani rozrywek. Jak Ci ludzie mogą tak żyć? To nie do zniesienia!” Jak co dzień odwiedził ich Bill. Marie bardzo lubiła spotkania z nim. Dużo rozmawiali. Pewnego dnia przyszedł bardzo wcześnie. Na stole położył zwitek banknotów. -Mamo. Te pieniądze są dla Ciebie. – powiedział. -Dobrze wiesz, co myślę o tym, co robisz … - rzekła matka. -Proszę cię! Przecież wiesz jak jest! Nie robię tego dla przyjemności. W głowie Marie myśli galopowały w zawrotnym tempie. Zrobiło jej się słabo. Podeszła do okna i szeroko je otworzyła. „A więc jest złodziejem …Jak to możliwe?! Przecież jest taki mądry …i miły …” Podszedł do niej. Chciał złapać ją za rękę, ale zauważył w jej oczach łzy. Nie wiedział dlaczego, ale poczuł się winny. Przez okno wfrunął kolorowy motyl. Zatrzepotał skrzydełkami i usiadł na dłoni Marie. -Zobacz! – powiedziała. – Czyż on nie jest piękny? A zarazem taki kruchy … Wystarczy dotknąć jego delikatnych skrzydełek i już nigdy nie poderwie się do lotu. -Nie wiedziałem o tym. Masz rację jest piękny. Ale trochę jakby nierealny… -To dlatego, że jest taki kruchy. Zupełnie jak uczucie. -Co masz na myśli? -Łatwo je zniszczyć, a na dodatek jest takie ulotne… „Ona ma w sobie coś dziwnego. Momentami przypomina małe zagubione dziecko, a czasami jest jakaś odległa, nierzeczywista.” – pomyślał.

* * *

Marie coraz więcej czasu spędzała na samotnych rozmyślaniach. Myśl o powrocie przybierała coraz konkretniejszych kształtów. Pewnego dnia, kiedy odwiedził ich Bill, poszli na krótki spacer. Pogoda była prześliczna. Wybrali się za miasto, na niewielką skarpę. Słychać tam było plusk wody z pobliskiego strumienia i szum drzew. Usiedli pod jednym z nich. Rozłożyste gałęzie dawały…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Marie — czytnik · opowiadania