Fantastyka · 8 min czytania
Marla Devon
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Czerwony garbus sunął po ulicach miasta z prędkością żółwia, bo tylko na to pozwalała prawie zerowa widoczność. Przez gęstą jak grecki jogurt mgłę przebijało się jedynie pomarańczowe światło stojących przy drodze latarni. Całą dzielnicę oblepiła morelowa para wodna.
Marla Devon wytężała wzrok, w końcu dała za wygraną i porzuciła samochód na wyboistym chodniku - przecież nie znajdzie ulicy Strumiennej 55, jeśli z jezdni nie widzi nawet dokładnie furtek domów. Otuliła ją cisza wczesnego poranka, a śliskie powietrze przesuwało swoje wiotkie dłonie po jej coraz bardziej wilgotnych włosach i wsiąkało w ubranie. "Twoja cera lubi deszcz" tak kiedyś powiedziała jej kosmetyczka. Czy lubi też chłodną, mokrą mgłę? Sądząc po gęsiej skórce po policzkach i przedramionach, raczej nie.
Co za dziwaczny nastrój - z jednej strony aż ciarki przechodzą od tej ciszy i nikłej widoczności - jakby coś chowało się za wodospadem z mleka - z drugiej ten wesoły, ciepły odcień światła dodaje otuchy - rozgrzewa wilgotne powietrze.
Widząc majaczącą na jednym z domów tabliczkę z adresem Marla podeszła do kutej bramy przed budynkiem, wspięła się na palce i odczytała napis "ul. Trumienna 53". Wzdrygnęła się ze zdziwieniem i, przestraszona, przesylabowała jeszcze raz: Tru-mie-nna. To jakiś upiorny żart!? Ulica Strumienna zamienia się w Trumienną - czyżby mgła wyżarła pierwszą literę jak rdza!? Marla stłumiła cichy okrzyk i powstrzymała chęć ucieczki do samochodu i natychmiastowego zostawienia tej sprawy i koszmarnej ulicy daleko za sobą. Po kilku nerwowych krokach zatrzymała się.
- Weź się w garść! - syknęła cicho do siebie - Ulica jak ulica, z "s" czy bez, to tylko słowo, nic strasznego.
Wdech i wydech, dłonie złączone palcami i przymknięte oczy - to zawsze rozładowuje stres.
- Uff, lepiej - otworzyła oczy i... po mgle nie został nawet ślad!
Część 22 / 2
Stała przed otwartą furtą domu numer 55. Trumienna 55 - khm, khm - głos w nawigacji samochodowej mógłby teraz ogłosić: "cel podróży został osiągnięty", chociaż ktoś połknął jedną literkę. Bogato rzeźbiona, drewniana brama. Piękna! Ornamenty tworzyły na niej dżunglę egzotycznych kwiatów i splątanych liści. Pokrywająca je farba łuszczyła się, ale dzieło nieznanego artysty wciąż było kolorowe i zadziwiające, jak wrota do zaczarowanego ogrodu. Pośrodku wiło się ptasie pióro - srebrne i długie, wyrzeźbione tak ulotnie jakby jego właściciel przed chwilą odleciał spłoszony nadejściem Marli. Wyglądało na tak lekkie, jakby wypadło ze skrzydła, przez chwilę wirowało, aż w końcu opadło i jeszcze nie do końca zastygło w bezruchu.
Tymczasem poranne słońce oświetliło ulicę i po zamglonych strachach nie pozostał ślad. Gęsia skórka na skórze dziewczyny ustąpiła i jej policzki odzyskały zdrowy, różowy odcień. Marla pewnym ruchem odgarnęła z ramion włosy, poprawiła zawieszoną w poprzek tułowia torebkę.
Stopą obutą w lekki sandałek tupnęła w chodnik tak, jakby stawiała kropkę na końcu zdania i z zawodowym uśmiechem reporterki wkroczyła na posesję za kolorową bramą.
Gęsta, dzika trawa porastała brzegi ścieżki, ale widać było, że ktoś często nią przechodził - ziemia była świeżo wydeptana i czysta. W rogu ogrodu zauważyła świeżo zagrabione, wczesnojesienne żółte liście.
Dróżka kończyła się u podnóża szerokich, kamiennych schodów, bardzo zakurzonych i matowych. Rozglądając się weszła na górę i dopiero teraz zauważyła, że ściany domu pokrywa farba w kolorach, które widziała już na furtce - tu też płaty farby zwisały jak przywiędłe liście, ale całość przedstawiała się bardzo ciekawie. Karaibskie kolory - głęboki lazur, słoneczny żółty, świeża mięta i ożywczy oranż pokrywały ściany w pozornie chaotycznych plamach, które z bliska wydawały się być płótnem szalonego, genialnego artysty.
Masywne, drewniane, okute mosiądzem drzwi do domu też przedstawiały się…