Filozofia · 29 min czytania
Marlena
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sierociniec. Tutaj trafiają dzieci bez rodziców. Dzieci... Cóż za zabawne słowo. Śmiać mi się chce . Ale nie zrobię tego. Nie teraz. Ci wszyscy ludzie się na mnie patrzą. Dobrze że mam długie włosy bo by mnie widzieli. Są ślepi. Tęsknię za moją wierzbą.... Jedziemy i jedziemy. Wyboje. Nikt się nie postarał by załatać tą drogę. Jest taka stara. Jest taka piękna... Ja nie chcę tam jechać. Tam są ludzie. Dużo ludzi... Naprawdę śmieszne. Już za miesiąc zaczną się medialne święta. Hipokryzja. Księżyc. Tęsknię za moim Księżycem... Ci ludzie rozmawiają. Pogoda, praca, "jak leci"... Co za błache tematy. Podobno milczenie jest złotem. Dlaczego więc oni rezygnują z bogactwa i rzucają słowa na wiatr? Wiatr... Tęsknię za moim wiatrem... -O czym tak myślisz Marlenko? - zapytał mężczyzna w garniturze przedstawiany jako "pan Grzegorz". -O liściach na wietrze... -Ciekawy temat, dlaczego akurat taki? -Ponieważ są piękne. -To jedyny powód? -Nie, ale najłatwiej go wytłumaczyć. -A samochody? Są piękne? -Czasami... - po tych słowach całe towarzystwo się roześmiało. Całe oprócz Marleny. Idioci. Ja chcę już stąd wyjść. Piętnaście minut później byli już na miejscu. Była już 17.14. Przed obskurnym dużym budynkiem stały 3 osoby: kurpulentna kobieta ubrana w pstrokatą sukienkę w kwiaty trzymająca psa chihuahua w ręku, młoda szatynka w okularach ubrana w jeansy i brązową koszulę oraz ubrany na granatowo szczupły mężczyzna w średnim wieku z miotłą w ręku. -No to jesteśmy na miejscu. - oznajmił pan Grzegorz w momencie gdy silnik ucichł. Zachwyciła mnie odkrywczość tego wniosku. Odpięli pasy, wysiedli i podeszli do owej trójki. Tylko dziewczynka i mężczyzna tak uczynili, kierowca i towarzysz podróży zostali w pojeździe. -To jest pani Adrianna, właścicielka twojego nowego domu. - stojąca po środku uśmiechnięta kobieta w sukience o rzucającym się w oczy wzorze podała rękę. Marlena ścisnęła ją, lecz na krótko. Odrażająca. Jeżeli z jej umysłem nie jest lepiej niż z ciałem to mam nadzieję że będę spotykać ją jak najrzadziej. -To jest Eliza, twoja opiekunka. - ścisnęły sobie ręce. -A ten pan to pan Adam, zajmuje się tutaj wieloma rzeczami i jest miły. - na potwierdzenie tych słów w trakcie wyciągania nie pierwszej czystości ręki jegomość uśmiechnął się serdecznie. Marlena się nie uśmiechnęła. Prawie nigdy tego nie robiła. -Tutaj się rozstaniemy Marlenko. Powodzenia w nowym domu. - Nie myśl że ci podziękuję. Pan Grzegorz wrócił do auta, pan Adam poszedł do drewnianej przybudówki, a dziewczynka wraz z dwoma kobietami skierowała się do drzwi głównych. Weszły przez drzwi, doszli do końca korytarza by trafić na klatkę schodową. Za jej pomocą dostały się na wyższą kondygnację budynku. Celem wyprawy okazało się pomieszczenie opatrzone numerem 42. W środku znajdowały się ubrania i zabawki Marleny które nie uległy ogniu ułożone lub powieszone w prostych meblach. -Od teraz to twoje miejsce na ziemii. - oznajmiła opiekunka i uśmiechnęła się lekko. Pani Adrianna stojąca na zewnątrz pokoju patrzyła na to obojętnie odruchowo głaskając swojego psa. O nie. To pokój czteroosobowy. Nie zniosę życia z innymi dziećmi. - chcesz tu zostać czy zobaczyć resztę budynku? -Kiedy wrócą ci którzy tutaj śpią? -Po kolacji. To oznacza jeszcze dwie godziny. Też jesteś zaproszona. -W takim razie chcę zostać... -Ok, niech tak będzie. - opiekunka Eliza zamknęła za sobą drzwi. Marlena słyszała kroki i oddalającą się rozmowę: -Podobno jedyna przeżyła ten pożar. - odezwała się właścicielka ośrodka. -Tak. Mówią, że to bardzo dziwny przypadek ponieważ ona żyje mimo że według ekspertów żaden człowiek który zostałby w środku nie byłby w stanie przetrwać. Po za tym jakim cudem mogły ocaleć jakieś rzeczy skoro z mieszkania podobno nic nie zostało? -Hmmm... Cud? -Doprawdy nie wiem... - Marlena przestała słuchać i spojrzała przez okno. Zastała tam bezlistne drzewa, burzowe niebo i czarne metalowe ogrodzenie złożone z ostro zakończonych drutów skierowanych ku niebu. Świat za oknem jest taki piękny...
Obudziła ją Anka, jedna z dwóch współlokatorek. -Księżniczko Hariet, pora wstawać. -Ja... Nie chcę być księżniczką Hariet... -To kim chcesz być? -Nikim. Nie chcę się w to bawić... - na dźwięk tych słów Anna zrobiła bardzo zdziwioną minę. -Już pora na książęce śniadanie, nieprawdaż księżniczko Suzy? -No chyba tak.. - odpowiedziała niepewnie Weronika. Dziewczynki oddaliły się i zajęły się wspólnym domkiem dla lalek. W momencie w którym Marlena skończyła się ubierać do pokoju weszła opiekunka. -Jak tam dziewczynki? -Marlena nie chce się z nami bawić. -Hmm... Dlaczego? -Nie wiemy. -Dajcie jej trochę czasu to się rozrusza, prawda? -Nie. - odpowiedziała spokojnie acz stanowczo brunetka. Opiekunka i dwie księżniczki patrzyły ze zdziwionymi minami jak Marlena opuszcza pokój. Budynek składał się z trzech kondygnacji - na górnej była sypialnia wychowanków, na parterze recepcja, biblioteka i wiele innych pomieszczeń w piwnicy zaś była kuchnia, stołówka i wielki pokój zabaw. Płatki na mleku? Przecież mleko to trucizna. Cukier to trucizna. Życie to trucizna która jest główną przyczyną śmierci. No ale niech będzie, zjem te płatki. Tak też zrobiła. Po posiłku nadszedł czas niemal przymusowych zabaw. Większość dzieci, w tym Marlena trafiło do dużego kolorowego pomieszczenia pełnego wspólnych zabawek którymi trzeba było się dzielić. Panował tam hałas i nieład, tak więc dziewczynka chcąc być najdalej od tego, siadła przy oknie i zaczęła patrzeć tęsknym wzrokiem na deszcz nucąc szeptem Sonatę Księżycową. Trwała tak kilka minut w zamyśleniu, jednak w końcu usłyszała za plecami głos Emili: -Dlaczego nie bawisz się z resztą? -Nie chcę... -A co byś chciała robić? -W sumie... Mogłabym porysować... - opiekunka uśmiechnęła się. -Tam jest taki specjalny stolik z kartkami i kredkami. -Dziękuję... - odpowiedziała cicho Marlena i odeszła w stronę wskazanego mebla. Dobrze jest czymś zająć myśli. Chaos to na ogół bardzo piękne zjawisko, najwidoczniej oni są wyjątkiem. Nie wiem jak ja z nimi wytrzymam. W sumie to nie jest chaos. Jak mogłam tak postąpić? To że nie jestem w stanie znaleźć porządku w tak skomplikowanym układzie sił nie oznacza jeszcze że to musi być chaos. Najwidoczniej chaos zaczyna się tam gdzie kończy się rozum. Lecz co wtedy ze sprawiedliwością? Podobno chaos jako zjawisko losowe jest jedyną sprawiedliwą siłą. Jeżeli chaos ma przesuwalną granicę, najwyraźniej sprawiedliwość też musi takową posiadać. Ale czy to wtedy wciąż sprawiedliwość? Czy ona wogóle kiedykolwiek istniała? Wydaje mi się że sprawiedliwość to rzecz mocno subiektywna i ograniczona ludzkim pojmowaniem świata. W sumie jak wszystko. Nie zapominajmy o relatywności. -Co to jest?! - usłyszała niespodziewanie zza pleców i obejrzała się odruchowo. Była to Adrianna ubrana w fioletową sukienkę w tulipany i tradycyjnie ze swoim pieskiem w ręku. -To? Ma pani na myśli rysunek? -Tak! Co to jest?! -To jest Pan Kruk. I piękne drzewo. I Biedak. Pan Kruk jest ptakiem i jak wszystkie ptaki przynosi wieści. Ale jego wieści są jedyne w swoim rodzaju - on jest zwiastunem. -Czym?! -Zwiastunem. Zwiastuje dobrą nowinę o tym że ktoś się obudzi. -Obudzi? - po twarzy kobiety widać było że coraz mniej rozumie. -Tak. Życie to tylko sen. A ktoś się nareszcie obudzi. Co za wspaniała wiadomość... Ktoś nareszcie pozna prawdę. O ile istnieje coś takiego jak prawda. -Ale kto się obudzi? -Nie wiadomo. Tylko Pan Kruk wie takie rzeczy, ale nikomu nie mówi bo nie chce psuć niespodzianki. To bardzo miła osoba. To może być każdy, na przykład pani. - w tym miejscu Marlena spojrzała przełożonej prosto w oczy i uśmiechnęła się delikatnie. Ona zaś była na skraju oburzenia. Chwyciła rysunek i szybkim krokiem wyszła z sali po drodze wołając: -Emila, idziesz ze mną!
-Co widzisz?! -Bezlistne drzewo, obok klęczy jakiś smutny człowiek i patrzy się na mężczyznę z głową kruka w kapeluszu i garniturze. Bardzo ładnie wykonany rysunek. Czyj? -Twojej nowej wychowanki! Powiedziała że to Pan Kruk który opowiada ludziom że umrą. Takie małe dzieci nie powinny wymyślać takich rzeczy! -I co ja mam w związku z tym robić? -Nie pozwalaj jej. Powiedz jej że musi się zapytać zanim coś narysuje. Ten obrazek jest chory. Nie chcę takich więcej! -Dobrze, tak zrobię. - powiedziała Emila i wyszła. Udała się od razu do Marleny i obwieściła jej nowe wieści. -Dlaczego? Bo był "chory"? -Podsłuchiwałaś? -Nie wiem czy można to tak nazwać, nie trzeba było się wysilać... - Emila poczuła podziw. - I co teraz nawet rysować mi nie wolno? -Musisz mi powiedzieć co to będzie, a ja powiem czy to jest ok. Zawsze coś, co nie? Na przykład chyba możesz narysować konia? -Wolę nie... Jeżeli z krukiem było tyle problemów... Lepiej będzie jeżeli narysuję coś martwego. - "z deszczu pod rynnę" pomyślała Emila - Może być samochód? -Ależ oczywiście. - odpowiedziała Emila z uśmiechem.
-Zakaż jej rysować cokolwiek!!! -Aż tak? -Ty to widzisz?! Płonące auto z dziwną rozmazaną plamą pod kołem. Ona niczego nie narysuje normalnie! - Emilę zaczęło ogarniać rozbawienie lecz nie okazała tego - Co tym razem ma to oznaczać? -Samochód płonie ponieważ ona uznaje ogień za jedną z najpiękniejszych rzeczy na świecie. A plama jest skomplikowaną metaforą - oznacza krew. -Co takiego?! -To jej rozwinięcie myśli "Artysta przekazuje swoim dziełom fragment duszy". Rozwinęła to z podania kościoła katolickiego według którego każda dusza musi mieć ciało. W tym wypadku jest to samochód. Lecz ciało ulega zniszczeniu. Artysta krwawi gdy kawałek jego duszy cierpi. Ta myśl jest tak głęboka, że ledwo ją ogarniam rozumem. Jeszcze ten napis z tyłu kartki... - Adrianna gwałtownie odwróciła kartkę. Zastała tam napisany intensywnie czarną kredką napis "Płaczę gdy widzę jak anioły zasługują na śmierć". - Możliwe że chodzi jej o panią. -Co?! -Anioły czyli sztuka, pani zaś nie pozwala jej tworzyć tej sztuki. Sztuka niezapisana powoli umiera. Pani zabija sztukę. A ona najwyraźniej źle się z tym czuje. -To nie jest sztuka!!!! -Może mieć pani rację. Jedno jest pewne - to wołanie o pomoc. -Co?! -Pani jej chyba nigdy nie zrozumie...
Niedziela. Dzień najświętszy w tygodniu. Inny niż reszta. Płatki były te same. Dla tego pana bycie księdzem chyba już dawno przestało być powołaniem a zaczęło być zawodem. Tylko zawodem. A może czuje się zawiedziony? Ładna gra słów. Ale poważnie, dlaczego on to ciągnie? Jak ktoś ma mu uwierzyć skoro on sam nie wierzy w to co mówi? Sprawiedliwość. Jeżeli nasza sprawiedliwość jest tak wątpliwa i zwiewna, co mam sądzić o Boskiej Sprawiedliwości? Teodycea... Bóg jest taki sprawiedliwy. Taki sprawiedliwy... Podobno próba rozumienia Jego wyroków to grzeszny akt bluźnierczej arogancji. Ale to przecież prawda. Dlaczego prawda jest grzechem? Ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła... Ciekawość to przecież dążenie do prawdy. Prawda jest źródłem mądrości. Tradycja jest jej zwłokami. Wychodzi na to że mądrość jest grzechem. A święci podobno słynęli z mądrości. Jak ją zdobyli? Nie przez ciekawość? Podczas gdy Marlena rozmyślała, większość dzieci wierciła się lub przysypiała z powodu nudy. Gdy msza się skończyła bardzo szybko nadeszła pora na obiad. Po skończonym obiedzie Marlena podeszła do swojej opiekunki: -Pani Emilo? -Ooo, co tam? -Ja chciałam... Mogłabym pomóc przy zmywaniu naczyń? -Oczywiście, to bardzo miłe z twojej strony. -Dziękuję... - Zajęcie. Grunt to mieć zajęcie. Widzę, że ona mnie tu najlepiej rozumie. Ma dosyć czysty umysł, lubię ją. Gdy już skończyła zmywać, wraz z nieliczną garstką innych podopiecznych wyszła na dwór. Siadła na ławce, daleko od reszty i zaczęła nucić swoje ulubione fragmenty znanych jej utworów klasycznych. Po kilku minutach usłyszała za plecami cichy męski głos: -Hmm, co ja słyszę? Aria ze mszy żałobnej Mozarta. Pogratulować gustu muzycznego. - Marlena czuła że ktoś się dosiadł, lecz zamiast sprawdzić kto to jeszcze bardziej niż zwykle ukryła twarz we włosach. -Dziękuję... - odpowiedziała cicho Marlena. - Mało kto zna ten utwór. A on jest taki piękny... -Masz rację, jest. Nadano mi imię Samuel, a Tobie? -Mi też nadano... - nastała chwila ciszy. Jak te liście pięknie upadają. Prawie jak tam... - Brzmi ono Marlena. - postanowiła w końcu spojrzeć na swojego rozmówcę. Był to wysoki, blady i bardzo chudy mężczyzna z włosami niemal identycznymi jak ona. Różniły się tylko długością gdyż były trzy razy krótsze. - Skąd się tu wziąłeś? -Ciekawe pytanie. Wydaje mi się że stąd co wszyscy. Dlaczego nie jesteś z resztą? -Nie chcę. Wolę zostać sam na sam na sam z pięknem. Zauważyłeś tę zależność, że im bardziej człowiek zbliża się do piękna tym bardziej jest samotny i tym bardziej to boli? -Taka już jest chyba jego natura... -Do tego samego doszłam wniosku. -A wiesz dlaczego? Piękno z wykluczeniem tego naturalnego jest wytworem umysłu ludzkiego, choć i z naturalnym można polemizować. W ludzkiej naturze zaś leżą błędy. Piękno docelowo ma być idealne. Bezbłędne. Wychodzi na to, że artyści muszą odzierać się z człowieczeństwa by stworzyć coś pięknego. Muszą wchodzić wgłąb własnego umysłu. A tam jest piekło. Nasze wnętrze to jedyne miejsce w którym jesteśmy naprawdę samotni. I tam musimy szukać piękna. -Tak. A potem ludzie mają czelność nazwać to dorobkiem człowieka. Piękni ludzie... Sztuka wywodzi się z człowieka, lecz jest ponad niego. To tchnienie Boże, dzieło słowa. Posiada własną duszę. -Jeżeli dotyka to aż Boga, to czy można nazwać to bluźnierstwem? -Niewątpliwie... - znów nastała cisza. On tak dobrze uzupełnia moje myśli. Wspaniała osoba. -Zauważyłaś, że te dzieci na nas dziwnie zerkają? -Nie dziwi mnie to. Pewnie zaskakuje ich kontrast wieku. Nie wiedzą że tak naprawdę najważniejsze jest to co niewidoczne dla oczu. A skoro nie wiedzą to jak mają zrozumieć? -Ładne nawiązanie do Exuperego. -Dziękuję. -Hmm... Niewidoczne dla oczu... W ciemności istnieje to czego nie widać w świetle. - na dźwięk tych słów Marlena zaśmiała się cicho. -Co to może być? -Podobno prawda... Spójrz, pan Adam. Co on tam robi? Chyba rozwiesza huśtawkę. -Uwielbiam huśtawki. Im dłuższy sznurek tym lepiej. - dzieciom powoli zaczęło być zimno więc jedno po drugim wracały do